Na studia wyjechałam do Lublina, 5 lat samotnego zamieszkiwania.
Po studiach wróciłam do rodziców, ale po roku wyprowadziłam się do
własnego mieszkania na 1,5 roku.
Lubiłam ciszę, samotność, spokój. Przyzwyczaiłam się do tego.
Zawsze byłam trochę inna. Ani dyskotek, ani głośnej muzyki.
Spokojne i miłe koleżanki. Cisza w górach czy w lesie to były
szczyty mego szczęścia.
Potem był ślub, Julka, Dominika, Mikołaj.
Wciąż jestem w kieracie. Wciąż hałas. Wciąż ktoś coś chce.
Potrzebuję ciszy. Mąż już to zauważył, wreszcie zrozumiał i pomaga
jak może.
Często bierze wszystkie dzieci na spacer, ja zostaję i dobrze mi z
tym

Teraz znów Mikołaj jeszcze mały, więc nie za bardzo jest możliwość
dłuższej mojej samotności.
Pewnie pamiętacie jak dwa lata tamu mąż zabrał dziewczynki na
tydzień do dziadków, a ja zostałam sama (z brzuchem). Cudownie było!
Rok temu zostałam tylko z Mikołajem i ciszę miałam, jak spał, a to
już coś
Czy Wy, dziewczyny, też macie taką potrzebę odizolowania się czy
samotności? Jak sobie z tym radzicie?
Bo ja się tak zastanawiam, czy to nie egoizm z mojej strony...