Dodaj do ulubionych

schronisko dla słów

19.05.05, 09:40
To celebracja "literówki" - drobny błąd może wywołać szeroki uśmiech na
Waszych twarzach, bądź zupełnie zaskoczyć niespodziewanym oświeceniem.
Pomyślcie tylko - okazuje się, że tuz obok, zupełnie blisko, o jedną, dwie
litery obok wydeptanych ścieżek jest zupełnie inny świat.

+ zgłośnik
+ Ugada
+ hebelia
+ buntelka
+ głaz rozweselający
+ kiełownik
+ wyroczynek
+ rwetest
+ otwarzacz
+ gadapter
+ malwersaint
+ żyglarz
+ kumosutra
+ faileton
+ kryptyk
+ jabłodajnia
+ zażonowany
+ pruderniczka
+ czarnoziom
+ eksplozycja
+ firanna
+ chormony
+ spamochód
+ pratensja
+ gastroboskop
+ kastra
+ Kopiernik
+ ufodziciel
+ powtór
+ lesbójka
+ dojówki
+ kurtka na vacie
+ trójzomb
+ Honor Pizzich
+ kończochy
+ Francuski mącznik
+ dróbiazg
+ chamizelka
+ bubeltówka
+ macażysta
+ kutrka
+ krewatka
+ harcer
+ żółwtaczka
+ skinsyn
+ bólserwujący
+ bruttal
+ szrotka
+ duplom
+ obciuch
--------------
Hej wam,
to nie ja wymyslilam, ale tak daje jak dostalam, autorzy nieznani.
Milego dnia
Obserwuj wątek
    • asia.sthm Re: schronisko dla słów 19.05.05, 10:32
      Juz wiem co to jest, ha ha.
      Daje wam, bo zdaje sie ze mamy tu talenty. smile))))

      www.belle.art.pl/schronisko/index.php
      + masokista
      + męksyk
      + sonetorium
      + opos dei
      + wutlenek wegla
      + knotroler
      + karkomania
      + gramaturgia
      + melonman
      + magasyn
      + pornfolio
      + fordzik
      + basystent
      + pucztówka
      + złeśliwy
      + truizna
      + absurdut
      + arcycdzieło
      + buzik
      + ograzm

      Absurdutowy ograzm to jest smile))
      • ulkaa Re: schronisko dla słów 19.05.05, 11:00
        Asiu, dzięki za przyjemny poranny masaż mózgu smile
        • asia.sthm Re: schronisko dla słów 25.05.05, 09:58
          (O polityce w Kanadzie w relacji mojego przyjaciela)



          Szanowne Panie i Panowie,
          Powyzszy kawal z PRLu ma zastosowanie do dzisiejszej Kanady, bo wlasnie mamy
          cyrk, co prawda nie kwadratowy, ale prostokatny. Cyrk jest prostokatny, bo
          taki ksztalt ma budynek parlamentu w Ottawie. O kryzysie rzadowym
          rozmawialem z X, wiec teraz napisze, jak to sie zakoñczylo. Otóz 19
          maja bylo glosowanie nad budzetem, wynik byl 152 za i 152 przeciw, zgodnie z
          tradycja spiker parlamentu (w Polsce - Marszalek Sejmu) rozwiazal ten
          problem, glosujac za rzadem, wiec budzet przeszedl, rzad pozostal i narazie
          wyborów nie bedzie. Jak wspomnialem, dwóch poslów ma raka (jeden rak jest
          smiertelny). Jeden z tych poslów nie mógl przyjechac, wiec dla zachowania
          równowagi jeden z poslów strony rzadowej powstrzymal sie od glosu, zeby nie
          robic wrazenia, ze rzad chce wykorzystac chorobe posla opozycji.

          To wszystko wyglada normalnie, wiec gdzie jest ten cyrk? Otóz 2 dni przed
          glosowaniem jedna czolowa poslanka z opozycji przeszla do partii rzadzacej i
          za to dostala w nagrode posade ministra. Wstrzas byl potezny. Paniusia sie
          nazywa Belinda Stronach, ma 39 lat, jest miliarderka - dyrektorem
          miedzynarodowej firmy, produkujacej czesci samochodowe. Obraca sie w
          wyzszych sferach, miedzy innymi jest przyjaciólka prezydenta Clintona.Poza
          tym miala romans z wiceprzewodniczacym swojej partii. Gdy przeszla do partii
          rzadzacej, to jednoczesnie rzucila swojego amanta. W ten sposób amant dostal
          dwa razy po glowie i byl zdruzgotany. Gdy doszlo do glosowania, okazalo sie,
          ze jej glos uratowal rzad (152:152), wiec amant dostal po glowie po raz
          trzeci. Gdy wychodzil z parlamentu, ledwo stal na nogach, wiec opieral sie o
          dwie poslanki ze swojej partii. Tego samego wieczoru pani Belinda poszla
          tañczyc z szefem personelu premiera (Chief of Staff), wiec amant dostal po
          glowie po raz czwarty. Po tym wszystkim amant oglosil, ze wraca do domu,
          zeby pójsc na spacer ze swoim psem, bo psy sa wierne. Konserwatysci byli
          wsciekli, jeden posel oglosil, ze Belinda jest kur.. i potem musial za to
          przeprosic. Inny posel powiedzial, ze ona jest idiotka (dipstick) i nie
          przeprosil. Skutek byl ten, ze amerykañska siec TV CNN oglosila Belinde
          Czlowiekiem Tygodnia, czyli czlowiekiem, który najbardziej zwrócil ich uwage
          w tym tygodniu. W tym samym tygodniu ukazalo sie zdjecie Sadama Husajna w
          samych majtkach, ale Belinda wygrala ten cotygodniowy konkurs pomimo takiej
          konkurencji.

          To nie koniec cyrku. W dzieñ glosowania jedna poslanka strony rzadowej
          oglosila, ze nie moze glosowac, bo ma zapalenie wyrostka robaczkowego.Wtedy
          zbadal ja inny posel-lekarz i oglosil, ze zapalenia wyrostka nie ma, ale
          albo ma cyste na jajniku, albo kamice nerkowa, wiec dal jej tabletki
          przeciwbólowe i poslanka zostala na glosowanie. Poza tym dzieñ przedtem inny
          posel strony rzadowej dostal bólu klatki piersiowej, pogotowie zabralo go do
          szpitala, okazalo sie, ze to nie jest atak serca, tylko zgaga, wiec go
          przywiezli spowrotem.

          Krótko mówiac - ala jaja!
          • asia.sthm Re: schronisko dla słów 25.05.05, 10:00
            wiem, wiem, dlugie to ale jak ktos ma czas to niech przeczyta, szczegolnie
            frakcja kanadyjska. smile))))
            wiecej o polityce nie bede nadawac.
            • asica74 Re: schronisko dla słów 25.05.05, 10:12
              dodaje jeszcze jedno zapozyczone od dede1 smile

              przytulalniej - slicznie!
              • asia.sthm Re: schronisko dla słów 19.10.05, 15:59
                Docent Basset - 1.

                W sali operacyjnej panowała cisza, przerywana tylko wesołym
                brzęczeniem much, przelatujących od czasu do czasu w pobliskiej
                trupiarni.
                Trzej asystujący lekarze nie odrywali wzroku od spowitej w
                białe całuny postaci pacjenta, od której krwawo odcinało się wyo-
                drębnione pole operacyjne, atakowane wprawnymi rękami docenta
                Basseta, ucznia i godnego następcy słynnego profesora Wilczura.
                - Wyjątkowo duże migdałki - mruknął anetstezjolog, dr Kun-
                delek, ostrząc jednocześnie na podręcznym toczydle igłę od jedno-
                razówki, aby była gotowa do ewentualnej iniekcji.
                - Siostro, kombinerki - warknął docent Basset spod maski,
                mającej zapobiegać tak rozpowszechnionemu wśród chirurgów
                nawykowi oblizywania skalpela.
                - A żeby cię - dodał, mocując się z jakimś opornym ścięgnem.
                Nagle puściło z jękiem jak urwana gumka od majtek, a chirurg u-
                siadł w kałuży posoki, trzymając w szczypcach krwawy ochłap.
                Zabrzmiały spontaniczne oklaski. Współpracownicy podchodzili
                pragnąc uścinąć dłoń mistrza, podczas gdy adiunkt, dr Wygrzmocony
                ślinił nitkę, aby nawlec igłę i zaszyć bulgoczącą jeszcze ranę.
                - A pudziesz - docent Basset żartobliwie przepędził tłustego
                szpitalnego kota, ciągnącego coś z kubełka. Basset był już bez
                maski, jego wspaniała, męska twarz świeciła od potu, ale w oczach
                widać było radość z udanej operacji. Żartował nawet z asystentką
                ściągającą połatane, gumowe rękawiczki:
                - Znowu dwie łatki zostały w pacjencie, panno Franiu - mówił z
                humorem - a potem podczas rehabilitacji ozdrowieńcy się skarżą,
                że co przysiad, to balonik!
                - A z pana docenta to wieczny jajcarz - śmiała się Frania,
                czyli Franciszka Ruchała, patrzaąc rozkochanym wzrokiem na Basse-
                ta.
                - Że jajcarz, to fakt - mruknął kwaśno adiunkt Wygrzmocony,
                przyglądając się rozwiniętemu już z prześcieradeł pacjentowi.
                Wszyscy spojrzeli w tym kierunku. Cisza zaległa salę.
                - Ładne migdałki mu pan wyciął... - bąknął z przekąsem
                anestezjolog.
                - A skąd mogłem wiedzieć - sumitował się docent Basset. - Jak
                przyszedłem do sali, to pole operacyjne było już odsłonięte, a
                reszta zasłonięta!
                - Pewnie Walkowiak znowu się upił i ułożył pacjenta na
                odwyrtkę - podsunęła siostra przełożona.
                Dr Ruchała podskoczyła nagle i po dziecinnemu plasnęła dłońmi:
                - Wiem! Wszyjemy mu z powrotem i nawet nie zauważy!
                - Akurat... - siostra przełożona wskazała na spęczniałego od
                przeżarcia kota, który siedząc na oknie oblizywał się smakowicie.
                - Już tam mój Mruczuś żadnym podrobom nie przepuści! - dodała
                z uznaniem, drapiąc czule za uchem spasionego bydlaka.
                Tymczasem adiunkt Wygrzmocony, studiujący od kilku chwil kartę
                pacjenta, złapał się oburącz za głowę:
                - Panowie, czy wiecie kto to jest? Toż to jest towarzysz Pod-
                nośnik!
                - Obecny! - zawołał pacjent, siadając na stole operacyjnym. -
                Co to jest? Gdzie ja jestem? O co walczymy? Dokąd zmierzamy? -
                dopytywał się głupio, jak to zwykle bywa w pooperacyjnym szoku.
                - O, widzę, że już po zabiegu! - dodał, odzyskując świadomość
                i zaraz też wpadł w tonację swoich rozlicznych przemówień:
                - Pragnąłbym z tego miejsca - zaczął - złożyć serdeczne,
                braterskie podziękowania naszej uspołecznionej służbie zdrowia,
                służącej swą ciężką, wytężoną i ofiarną pracą ludowi miast
                i wsi...
                - A dlaczego ja tak cienko mówię? - zainteresował się naraz.
                - No cóż... - wyjaśnił Basset, unikając jego wzroku. - Mig-
                dałki!
                - To jakżeż ja teraz będę przemawiał? - zmartwił się towarzysz
                Podnośnik. - Chyba... - dodał z nadzieją - chyba, że przejmę
                Referat Do Spraw Kontaktów z ZSMP! Tam są sami gówniarze około
                czterdziestki i przeważnie jeszcze przed mutacją!
                Ale docent Basset nie słyszał już tych słów, spieszył bowiem
                do domu, gdzie czekała go rodzinna uroczystość: imieniny jego
                pięknej żony, pani docentowej Jolanty Basset.

                Andrzej Waligorski - dawno go nie bylo, a ja splywam
                • marta_midwest Re: schronisko dla słów 20.10.05, 04:26
                  Asia, poplakalam sie! Prosze o wiecej!
                  • asia.sthm Re: schronisko dla słów 20.10.05, 11:10
                    Marta, specjalnie na twoj kaszel bedzie wiecej, ale wieczorem.
                    Od smiechu wsio przechodzi.
                    • ulkaa Re: schronisko dla słów 20.10.05, 11:37
                      Asia, cudne . Sama do siebie rechocze w biurze,
                      wsio mi przeszlo,to , co mialo przejscsmile
                      A Marcie musi przejsc , co nie ?
                      Trzymam kciuki za Martusie,raz sobie pozwole skrecic
                      wateksmile
                      • asia.sthm Docent Basset - 2. 20.10.05, 22:59
                        Docent Basset - 2.

                        Obszerny hall w willi docentostwa Bassetów tonął w dyskretnym
                        półmroku. Popołudniowe słońce, nisko już stojące nad horyzontem,
                        docierało tu tylko fragmentarycznie, przesiane przez wprawione w
                        ścianę denka od butelek po koniakach, wręczonych ongiś znakomite-
                        mu chirurgowi przez wdzięczne wdowy. Podłogę zaścielał puszysty
                        dywan, a ściany pokryte były obrazami renomowanych malarzy, od
                        Starowieyskiego po Krajewskiego. Zgodnie wisiały tu obok siebie
                        tak odległe tematycznie dzieła, jak "Pizdozwierz 2-gi Numeryczny
                        z Katarynką" i "Minister Berman całujący Sieroty po Akowcach". W
                        swoim klubowym fotelu siedział osłupiały docent Basset i po raz
                        nie wiadomo który odczytywał znaleziony na marmurowym kominku
                        list:

                        Drogi Mietku! Wiem, że sprawiam Ci ból sroższy, niż Ty
                        zdołałeś sprawić którejkolwiek ze swych ofiar na stole opera-
                        cyjnym, ale wreszcie przyszła koza do woza. Odchodzę od Ciebie na
                        zawsze!...

                        - Koza do woza! - prychnął urągliwie chirurg. - Nigdy nie
                        umiała właściwie cytować przysłów!

                        Może wyda Ci się dziwne - czytał dalej - że porzucam dobrobyt,
                        a nawet przepych, którym otoczyłeś mnie jak Święty Michał diabła.
                        Nie wszystko jednak da się przeliczyć na pieniądze. Człowiek, dla
                        którego Cię zostawiłam, potrafi zapewnić mi tę odrobinę ciepła,
                        tak potrzebnego każdej kobiecie, podczas gdy Ty karmiłeś mnie
                        wyłącznie wzniosłymi dewizami. Odchodzę więc, zostawiam wszystko,
                        czym mnie obdarzyłeś jak jakąś burą sukę. Zabieram tylko te
                        dewizy. Niegdyś Twoja - Jolanta.

                        - Zabiera tylko dewizy... - powtórzył odruchowo docent Basset,
                        ocierając łzę ze spuszczonego na kwintę nosa.
                        - Jak to zabiera dewizy? - wrzasnął nagle i rzucił się
                        otwierać sejf, zamaskowany chytrze obrazem zatytułowanym "Zielone
                        światło dla rzemiosła", a przedstawiającym nędzarza, wieszającego
                        się w celach samobójczych na szyldzie własnego warsztatu. Stalowe
                        drzwiczki odskoczyły ze zgrzytem, ujawniając opustoszałe wnętrze.
                        - Ożeż ty... - zawołał Basset pod adresem nieobecnej żony. -
                        Ja cię...!
                        - Baba z wozu, koniom lżej - odezwał się sentencjonalnie
                        stojący w progu wierny sługa rodu Bassetów, magister polonistyki
                        Bazyli Podgumowany, którego znakomity chirurg zabrał kiedyś z za-
                        wodu nauczycielskiego, odkarmił, zdezynfekował, odrobaczył i za-
                        trudnił w charakterze famulusa, pokojówki i palacza centralnego
                        ogrzewania.
                        - Nie płacta, panocku - dodał bezbłędną gwarą, nabytą podczas
                        długoletnich studiów. - Pambók nierychliwy, ale sprawiedliwy, i
                        tylko patseć jak onemu kurwisonowi dokopie z woleja. - Co
                        rzekłszy ucałował drżącą dłoń swego ukochanego chlebodawcy.
                        - Pies z nią tańcował - odrzekł docent, wysmarkując się jed-
                        nocześnie w pochyloną kornie głowę lokaja - stara to była fishar-
                        monia i mocno zdezelowana...
                        - Że zdezelowana, to racja - zgodził się sługa. - No, ale
                        pograć jeszcze na niej szło... - dodał z uśmiechem, jakby nagle
                        sobie coś przypominając.
                        - Ale dolary, dolary! - rozszlochał się znowu pan domu, wspom-
                        niawszy zagraniczne delegacje przeżyte o zimnej konserwie,
                        ciułane z trudem dewizy i niewybredne żarty celników na Okęciu,
                        grzebiących mu bez żenady długopisami gdzie popadło w poszukiwa-
                        niu przemytu.
                        - Dolary wzięła, ale wielmożną panienkę Simonę też zabrała, a
                        zawszeć to jakaś ulga! - perswadował służący polonista.
                        - Wódki! - zażądał docent Basset, ponieważ jednak wódka też
                        zniknęła, narzucił na ramiona kosztowne futro z nutrii i poszedł
                        w miasto, na wiatr, deszcz i poniewierkę...
                        • asia.sthm Docent Basset - 3. 23.10.05, 15:34
                          Docent Basset - 3.

                          W knajpie "Pierwiosnek" kipiało życie. Za kontuarem królował
                          potężny jak wielkie piece Magnitogorska ajent Wincenty Jamochłon,
                          słynny ongiś zapaśnik i sztangista. Rozstawione nie bez smaku ba-
                          terie różnokolorowych wódek otaczały aureolą słuszny w treści,
                          chociaż opluty w formie napis "Alkohol szkodzi zdrowiu", pod
                          którym ktoś dopisał "...ale ratuje budżet państwa". W szklanej
                          szafce widniały zwłoki śledzia, omszałe jajko na twardo i spory
                          kawałek pasztetu, po którym łaził wywijający z radości ogonkiem
                          duży, złocisty gronkowiec.
                          Bliżej wejścia pousadzali się urzędnicy samorządu terytorial-
                          nego, chłepcząc w pośpiechu jakieś chude zupki, przełykając zimny
                          makaron i zerkając ze strachem ku centrum sali, gdzie stoliki
                          zajęte były przez podziemie gospodarcze, drobnych rabusiów,
                          artystów estrady, prostytutki i zwyczajnych pijaczków. W kącie
                          skupiała się rozpoznawalna na pierwszy rzut oka konspira.
                          Rysowano tam na bibułkowych serwetkach wzory ulotek, wymieniano
                          szeptem zbrodnicze wiadomości i zerkając znad podniesionych
                          kołnierzy puszczano z premedytacją fałszywe informacje, notowane
                          skwapliwie przez siedzącego opodal tajniaka, ucharakteryzowanego
                          na zarażona syfilisem konduktorkę MPK.
                          - Wódki dla wszystkich - powiedział docent Basset, podchodząc
                          do kontuaru i rzucając banknoty ozdobione wizerunkami naszych
                          pierwszych monarchów z linii piastowskiej.
                          - Jak dla wszystkich, to Szopen - burknął bufetowy, mając na
                          myśli pięć tysięcy złotych. Jednak kierownik orkiestry nie wyczuł
                          intencji i zawołał z entuzjazmem: Tak jest, szefie, Szopena!
                          I zaraz też zabrzmiała Fantazja A-dur na tematy polskich
                          pieśni ludowych, opus 13-te, grana tym chętniej, iż muzycy byli
                          bez wyjątku pracownikami filharmonii dorabiającymi sobie w wol-
                          nych chwilach i z największą niechęcią naginali się do knajpia-
                          nego repertuaru, opartego głównie na popularnych rytmach
                          hardrockowych.
                          - Jeleń, jeleń! - rozległy się na sali życzliwe głosy i zaraz
                          też grono bywalców otoczyło hojnego ofiarodawcę, klepiąc go przy-
                          jacielsko po ramionach, niedźwiadkując się z nim i zerkając na
                          pękaty portfel, z którego wysupływał coraz to nowe banknoty.
                          Basseta wzruszenie dusiło w gardle. Wreszcie widział wokół
                          siebie żywych ludzi, a nie ich wyłonione w polu operacyjnym,
                          okrutnie masakrowane narządy. Pił bez umiaru, nie zauważył nawet
                          jak ulotnił się gdzieś jego płaszcz podszyty nutriami, jak z nóg
                          ściągnięto mu buty, a z przegubu ręki elektroniczny zegarek
                          "Maładiec". Jego zamglony wzrok z trudem odróżniał poszczególne
                          twarze, a przeszłość mieszała mu się z teraźniejszością.
                          - Jolanto.... dlaczego odeszłaś...? - bełkotał, wieszając się
                          na szyi babci klozetowej. - O, i pan sekretarz Jaskiernik jest z
                          nami! - wykrzyknął na widok wiszącego nad bufetem portretu Marii
                          Konopnickiej na rok przed śmiercią, uważanego przez ajenta za
                          zdjęcie ministra Nieckarza, zrobione przy okazji pierwszej komu-
                          nii.
                          - A ty kto właściwie jesteś? - wypytywał go Wincenty
                          Jamochłon, wiedząc z doświadczenia, że taka informacja bywa za-
                          zwyczaj bardzo przydatna nazajutrz, gdy już dochodzi do identy-
                          fikacji zwłok.
                          - Ja jestem nikim... - zachrypiał chirurg. - Do dziś byłem
                          Bassetem, a teraz... Teraz wiesz, kto ja jestem?
                          - Jam wał koński! - tu roześmiał się tak okropnie, że pobledli
                          nawet wielokrotni recydywiści, i słaniając się podszedł do drzwi.
                          - Jam wał koński! - zawołał jeszcze raz i wypadł w mrok ulicy,
                          a za nim kilku jego nowych przyjaciół.
                          W ciemnościach zakotłowało się, coś uderzyło głucho, ktoś
                          jęknął, zawrzała krótka potyczka o łup, wreszcie wszystko uci-
                          chło. I tylko z ust siedzącego na kupie gnoju docenta Basseta po
                          raz trzeci zabrzmiał szept:
                          - Jam... wał... koński...
                          Tu omdlał i legł bezwładnie obok butelki po piwie, którą go
                          przed chwilą ogłuszono.
                          • asia.sthm Re: Docent Basset - 4. 31.10.05, 11:40
                            Docent Basset - 4.

                            Oj, nabiegał się tego dnia sieżant Miziak, ręce po łokcie uro-
                            bił, nogi do kolan uchodził, a tu ciągle piętrzyły się przed nim
                            nowe zadania. Interweniował w spory rodzinne, zapobiegał bójkom,
                            wykrywał bimbrownie i ścierał nieprzyjazne napisy, albo neutrali-
                            zował je przy pomocy drobnych poprawek, tak jak nauczono go na
                            kursie, dopisując na przykład przed hasłem "PRASA KŁAMIE" - wyraz
                            "AMERYKAŃSKA".
                            Wreszcie usiadł, by napisać raport dzienny, gdy wtem kapral
                            Modliszka wprowadził jakiegoś odrażającego osobnika, ubranego
                            tylko w krawat, kapelusz i podarte skarpetki.
                            - Ktoś go podrzucił na wóz staremu Kociorupie - wyjaśnił Mod-
                            liszka. - Kociorupa wracał z targu w Warszawie, gdzie sprzedał
                            kapustę i kupił kolorowego "Rubina". Przyjeżdża do chałupy, a tu
                            zamiast "Rubina" ten facet.
                            - Kociorupa to pijaczysko - zastanowił się sierżant - mógł go
                            kupić w zamroczeniu zamiast "Rubina".... Zwłaszcza, że gość ma
                            takie same kolory jak telewizor - dodał, przyglądając się sinym
                            plamom, buraczkowym podbiegnięciom i zielonym zastoinom wid-
                            niejącym na ciele nieznajomego.
                            - Jak się nazywacie? - spytał, kładąc przed sobą formularz
                            przesłuchania.
                            - Jam wał koński... - jęknął przybysz.
                            - Jan Wałkoński - zanotował sierżant. - No, dobrze, powiedzcie
                            nam teraz, Wałkoński, gdzie was tak urządzono? Adresy, hasła,
                            punkty kontaktowe? Krypto- i pseudonimy?
                            - Jolanta... - wymamrotał cicho nieszczęśnik, trzęsąc się z
                            zimna.
                            - Pseudonim "Jolanta"? - zapytał Miziak. - Mówcie, mówcie,
                            Wałkoński! Wiemy o was więcej niż przypuszczacie! - dodał, mru-
                            gając porozumiewawczo do kaprala Modliszki. Podejrzany zamilkł
                            jednak i tylko szczękał zębami.
                            - Ech, puścić by mu światło w oczy, jak na francuskich filmach
                            kryminalnych... - rozmarzył się sierżant. - Ale trzeba by co na-
                            jmniej sześćdziesiątkę, a nie jakąś gównianą czterdziestkę...
                            Żebym to ja miał takie wyposażenie jak porucznik Borewicz... -
                            westchnął z zazdrością.
                            - A może by zadzwonić do Borewicza? - podsunął Modliszka. - To
                            ludzki facet, swój chłop, on nawet wiejskiego milicjanta ma w
                            poważaniu!
                            - Racja - zgodził się Miziak i podniósłszy słuchawkę telefonu,
                            rzucił w nią zdecydowanie:
                            - Ewa wzywa zero siedem!
                            W mieszkaniu Borewicza zadzwonił telefon.
                            - Co jest, kurwa? - rozeźlił się Borewicz, złażąc z przystoj-
                            nej prywaciary, którą właśnie przesłuchiwał i nawykowo zapinając
                            na gołym ciele szelki z kaburą podpaszną lewostronną, kryjącą w
                            sobie miły ciężar niezawodnej, oksydowanej dziewiątki.
                            - A, to wy, Miziak! - powiedział życzliwie. - Meldujcie szyb-
                            ko, bo mi opadnie!
                            - Mierzy opadanie krwinek w probówce, uczony z niego człowiek
                            - wyjaśnił Miziak kapralowi, przysłaniając ręką słuchawkę.
                            - Melduję - zawołał służbiście - że mamy tu podejrzaną osobę,
                            pseudo "Jolanta", ale nie chce nic gadać!
                            - Sam bym ją zbadał, ale nie mam, kurwa, czasu - odrzekł
                            Borewicz, który jako swój chłop posługiwał się luźnym językiem
                            dnia codziennego.
                            - W dodatku, kurwa, bezpartyjny jestem - dodał bez sensu, tak
                            jak to robił we wszystkich odcinkach serialu.
                            - To co mamy robić? - zmartwił się sierżant.
                            Borewicz parsknął krótkim, męskim śmiechem.
                            - Powiem wam tylko sierżancie, że w łóżku każdemu rozwiązuje
                            się język! - i położył słuchawkę, bo do jego sypialni dobijała
                            się już następna podejrzana, złotowłosa trucicielka ze stołówki w
                            Zakładach Produkcji Zabawek im. Feliksa Dzierżyńskiego.
                            - Modliszka! - rozkazał sierżant Miziak. - Ja wychodzę, a wy
                            macie się przespać z zatrzymanym!
                            - Nigdy! - załkał kapral. - Dostanę od tego adidasa!
                            - W takim razie - zawyrokował po chwili namysłu Miziak -
                            odprowadźcie go do starego Kociorupy. Jak go sobie kupił, to
                            niech się teraz o niego martwi!
                            • asia.sthm Re: Docent Basset - 5. 02.11.05, 23:46
                              Docent Basset - 5.

                              Życie nie układało się staremu Kociorupie po różach. Rozkuła-
                              czony w 1952 i pozbawiony swoich hektarów, stał się nagle bied-
                              niakiem wiejskim, a jako taki z entuzjazmem przyjęty został do
                              Spółdzielni Produkcyjnej imieniem Jakuba Szeli. Że zaś był
                              pyskaty i obrotny, już wkrótce spółdzielcy okrzyknęli go swoim
                              prezesem, dzięki czemu mógł pousadzać krewnych i znajomych na
                              wszystkich prominentnych stanowiskach w gminie. Zrobił to zaś tak
                              konsekwentnie, że podczas zebrań i rocznicowych akademii przy
                              stole prezydialnym zasiadała cała rodzina Kociorupów, spoglądając
                              władczo sponad zielonego sukna na skłębioną w świetlicy resztę
                              ciemnego ludu. Rozpad spółdzielni nie zaskoczył doświadczonego
                              kmiecia. Nachapał ile się dało ze wspólnego inwentarza, okopał w
                              swoich zabudowaniach i ogłosił, że zakłada gospodarstwo specja-
                              listyczne, bardzo podówczas lansowane. Zaraz też udzielono mu
                              licznych kredytów, otoczono opieką agro- i zootechniczną, a nawet
                              pewnego dnia odwiedził go ktoś z najwyższego szczebla, chodził po
                              obejściu, chwalił wybetonowane gumno i gładził po płowych głowi-
                              nach liczne rzekome wnuki Kociorupy, wypożyczone przez niego za
                              dwa metry ziemniaków z pobliskiej ochronki. Podziwiał też krowy,
                              przywiezione z okolicznego PGR-u, tak już przywykłe do ciągłego
                              przerzucania z miejsca na miejsce, poklepywania i pozowania, że
                              na widok ekipy telewizyjnej same ustawiły się do zdjęcia. Dwie z
                              nich legły nawet wdzięcznie u stóp dygnitarza, dwie inne usiadły
                              na zadach po obu jego stronach, reszta zaś stanęła w tle i
                              przechylając wdzięcznie mordy wpatrywała się w obiektyw.
                              - Jakaś zmyślna rasa! - zachwycał się prominent. - Czy to może
                              leghorny?
                              - Od razu żeście poznali - krzyknął z udanym podziwem chytry
                              Kociorupa. - A niechże was dunder świśnie! - dodał, co bardzo
                              spodobało się gościowi, znużonemu już nachalnym wazeliniarstwem
                              swego dworu.
                              Wprawdzie w kilka miesięcy później dygnitarz ów wysadzony zos-
                              tał ze stołka, a wkrótce posypali się również jego poplecznicy,
                              ale zmian - hamowane po drodze gdzie się dało - nie doszły aż do
                              szczebla gminy. Kociorupa jakby się skulił, do żadnych nowych or-
                              ganizacji nie wstępował, składki gdzie trzeba płacił, tyle że za-
                              czął naraz uczęszczać do kościoła, pilnie uważając by i tam się w
                              żadną stronę nie wychylić. Gdy więc podczas "Boże coś Polskę"
                              ekstrema śpiewała "racz nam wrócić Panie", zaś aktyw Komitetu
                              Gminnego molestował "pobłogosław Panie", nasz Kociorupa dostawał
                              zwykle w tym miejscu ataku kaszlu, wprawiając podsłuchiwaczy w
                              osłupienie i wpuszczając ich w kanał.
                              Reaganowskie restrykcje, tak dotkliwe dla większości hodowców
                              drobiu, także umiał obrócić na swoją korzyść i ku ogólnemu zdu-
                              mieniu stał się jedynym po obu stronach Oceanu Atlantyckiego
                              człowiekiem, któremu to godne pożałowania pociągnięcie adminis-
                              tracji amerykańskiej przyniosło wymierne korzyści. Proklamował
                              mianowicie moratorium na spłatę kredytu w banku spółdzielczym,
                              zwalając całą winę na Biały Dom i uzasadniając to tak dialekty-
                              cznie, że uzyskał nie tylko umorzenie długu, ale i opinię swojego
                              człowieka.
                              Do takiego to, pełnego godności i tradycji domostwa trafił am-
                              nezjonowany docent Basset i jako nikomu nie znany Jan Wałkoński
                              zaczął uczciwie pracować na miskę zupy i przygarść jaglanej
                              kaszy.
                              Siedział więc kiedyś na przyzbie i skrobał ziemniaki, gdy
                              spoczęła przy nim na moment urodziwa Kaśka Pyzdra, zatrudniona
                              przy skubaniu pierza, pilnowaniu zacieru, nawilżaniu zboża, aby
                              przy skupie miało lepszą wagę i tym podobnych czynnościach,
                              nieobcych żadnemu polskiemu rolnikowi.
                              - Jak żyjeta, Wałkoński? - spytała życzliwie, bo polubiła tego
                              pracowitego, cichego przygłupa.
                              - Ot, siedzę se i skrobię... - odparł zgodnie z oczywistą
                              prawdą.
                              - Skrobiecie... - powtórzyła w zamyśleniu - skrobiecie... a
                              mnie nie chcą wyskrobać, mówią, że za późno! - tu wybuchnęła
                              spazmatycznym, dziewczęcym płaczem.
                              - Nie martw się, Kasiu - zaczął ją pocieszać i obejmować - co
                              znaczy za późno? Dla dobrego chirurga nigdy nie jest za późno...
                              - tu zaczęło mu się coś przypominać, majaczyć, konkretyzować w
                              zaćmionym umyśle, aż poczuł w sobie wiedzę, moc i chęć dopo-
                              możenia tej dziewczynie, więc przyciskając ją i nawykowo badając,
                              zawołał:
                              - Jo cię Kaśka wyskrobia, że i śladu nie budzie!
                              - Dobrzyśta - szepnęła z wdzięcznością, podnosząc na niego
                              ogromne błękitne oczy - zajdę do was wieczorem, a teraz wyjmijta
                              mi już palucha z rzyci, bo gospodyni czekają!
                              I z wesołym puknięciem zerwawszy się z uwięzi, pobiegła
                              furkocząc spódniczkami, a ubogi wyrobnik jął wecować na kamieniu
                              skrobaczkę do kartofli, obficie na nią popluwając.

                              • asia.sthm Re: Docent Basset - 6. 05.11.05, 21:22
                                Docent Basset - 6.

                                Jak gmina długa i szeroka, wszędy z szybkością wiatru rozeszła
                                się wieść o niezwykłych talentach wolnego najmity, żyjącego na
                                łaskawym chlebie w Kociorupowym obejściu.
                                Z podziwem i nadzieją opowiadano sobie, jak to przygłup
                                Wałkoński wyskrobał Kaśkę Pyzdrzankę tak galanto i błyskawicznie,
                                że tuż po zabiegu dziewucha o własnych siłach uciekła w jedną
                                stronę, a potworny wyskrobek w drugą i to nie tylko za próg, ale
                                aż do miasteczka, gdzie początkowo dobijał się do Stronnictwa
                                Demokratycznego, zaś załatwiony odmownie pokuśtykał na plebanię i
                                zatrudniony tam został jako dzwonnik Quasimodo, które to imię -
                                trudne do wymówienia - prosty lud zaraz zmienił na Kwasimordę, i
                                bardzo słusznie, bo mordę miał w samej rzeczy rozkwaszoną.
                                Zaraz też ze wszystkich stron wyruszyły wozy i wózki, fury i
                                furki, polonezy, maluchy, a nawet syreny wiejskiej biedoty i
                                pociągnęły het, precz drogami i bezdrożami ku chałupie Ko-
                                ciorupów, a na każdym wozie stroskana matka lub ojciec zbolały
                                wieźli a to jakąś Marychnę leniwą, której - zgiętej przy kopaniu
                                ziemniaków - nie chciało się machnąć motyką do tyłu, aby natręta
                                odpędzić, a to znowuż Jagnę roztargnioną, co grając w kucanego
                                berka nie spozierała gdzie mianowicie kuca, a to wreszcie łat-
                                wowierną Małgośkę, która czekając ze zbożem we wiatraku aż wiatr
                                dmuchnie - sama nieopatrznie nadmuchać się pozwoliła.
                                Księża grzmieli z kazalnic na zgorszenie, babki-znachorki za-
                                częły przymierać głodem, zaś w szpitalu okręgowym po raz pierwszy
                                od dziesiątków lat pojawiły się wolne łóżka, co wreszcie zwróciło
                                uwagę adiunkta Wygrzmoconego, od niedawna dyrektora tej prowin-
                                cjonalnej lecznicy.
                                - Wiesz, Jolanto - mówił wieczorem do żony - chyba zdrowowot-
                                ność w rejonie drastycznie wzrosła, bo już pacjenci nie leżą po
                                korytarzach i można przejść suchą nogą, nie ślizgając się w
                                różnych paskudztwach, jak to kiedyś bywało... Myślę - kontynuował
                                - że jest to rezultat mojej wytężonej pracy, jaką podjąłem od mo-
                                mentu, gdy w dowód zaufania przeniesiono mnie na ten zaniedbany
                                odcinek.
                                - W dowód zaufania! - prychnęła pogardliwie Jolanta. - Ciebie
                                wywalono na zbitą twarz z kliniki za to, żeś wywałaszył to-
                                warzysza Podnośnika jak sójka za morze!
                                - To nie ja - pisnął rozpaczliwie adiunkt, rozglądając się czy
                                kto nie słyszy - to twój pierwszy mąż, docent Basset!
                                - I owszem - zgodziła się Jolanta - ale miał tyle rozumu, żeby
                                potem zniknąć, a więc wszystko skrupiło się na tobie, jak kura na
                                pieprzu... O, ja nieszczęsna - zawołała wpadając w rozpacz -
                                mogłam żyć z Bassetem w szczęściu i dobrobycie, zamiast kisnąć na
                                tym zadupiu jak małpa w kąpieli!
                                Sprzeczkę przerwało przybycie sierżanta Miziaka.
                                - Witam, witam komendancie! - zawołał kordialnie Wygrzmocony,
                                który starał się być w dobrych stosunkach z przedstawicielami
                                miejscowego establishmentu. - Co dolega? - pytał troskliwie. -
                                Zresztą nic nie mówcie, stary praktyk z samego wyglądu potrafi
                                postawić diagnozę... Cera nieświeża, oddech też, wzrok osłupia-
                                ły... Przepracowanie, co?
                                - To swoją drogą - zgodził się Miziak, który właśnie przed
                                chwilą zneutralizował wypisaną na szpitalnym murze nielegalną
                                nazwę nieistniejącego związku zawodowego "Solidarność" dopisując
                                do niej wyrazy "...z walczącymi narodami Afryki i Azji, to nasz
                                patriotyczny obowiązek".
                                - Ale ja nie w tej sprawie! - dorzucił szybko w obawie przed
                                terapią adiunkta, która już niejednego pacjenta wyprawiła na
                                cmentarz komunalny.
                                - Nie? A to szkoda, bo mam tu właśnie nowy amerykański lek
                                "The Polopiryna", na pewno postawiłby was na nogi!
                                - Panie Wygrzmocony - szepnął konfidencjonalnie sierżant. -
                                Ktoś robi panu koło pióra...
                                - Jak to koło pióra? - zaniepokoił się uczony. - Może koło
                                biura? - zapytał z nadzieją w głosie, bo koło jego biura
                                funkcjonowała jedyna w szpitalu ubikacja, do której ustawiały się
                                kolejki pacjentów, nie zawsze panujących nad zwieraczami po per-
                                cepcji czterosuwowej sprężarkowej lewatywy, będącej darem
                                bułgarskiej służby zdrowia dla bratniego okręgu.
                                - Koło pióra powiadam, to znaczy, że ktoś panu odbiera pac-
                                jentów - i sierżant Miziak zreferował pobladłemu z wrażenia
                                lekarzowi sytuację, jaka wywiązała się w gminie na odcinku troski
                                o powszechną zdrowotność.
                                - Sierżancie - rzekł z determinacją docent Wygrzmocony -
                                jedziemy do starego Kociorupy... Czy macie przy sobie nakaz
                                aresztowania in blanco?
                                - Mam swoją pałkę - odparł wymijająco Miziak, postanawiając
                                sprawdzić wieczorem w słowniku wyrazów obcych, co to znaczy "in
                                blanco".
                                • asia.sthm Re: Docent Basset -7. 11.11.05, 23:27
                                  Docent Basset - 7.

                                  Tymczasem Jan Wałkoński, nieświadom burzy zbierającej się nad
                                  jego głową, czynił następny krok w swojej powtórnej karierze, a
                                  to za sprawą polowania odbywającego się w Puszczy Gminnej im.
                                  Marii Rodziewicz.
                                  Gmina, którą opisujemy, położona peryferyjnie, od kilku
                                  dziesiątków lat była terenem zsyłki dla różnych wybitnych ongiś
                                  postaci, które na kolejnych etapach powylatywały ze stanowisk i
                                  tutaj, w ciszy i spokoju, dożywały swych dni, nie dręczone widmem
                                  odpowiedzialności za swoje niegdysiejsze poczynania.
                                  Doroczne polowanie zgromadziło ich wszystkich - zgrzybiałych
                                  zwolenników sanacji, prostodusznych autorów błędów i wypaczeń,
                                  zgrzebnych entuzjastów ekonomiki bodźcowej, niefrasobliwych
                                  pożyczkobiorców i dziecięco naiwnych teoretyków finlandyzacji.
                                  Stary leśniczy Bazyli Dwurura ustawiał ich właśnie na
                                  stanowiskach strzeleckich, wywołując kolejno nazwiskami i ty-
                                  tułami, na które byli ogromnie uczuleni.
                                  - Pan podkomorzy katowicki na stanowisko trzecie! - zabrzmiał
                                  jego puszczański, surowy bas.
                                  - I znowu na stanowisku... - rozmarzył się podkomorzy, wspom-
                                  niawszy nie tak znów dawną przeszłość.
                                  - Pan miecznik rzeszowski, prosimy na ambonę! - komenderował
                                  leśniczy.
                                  - A czy nie można by na mównicę? - spytał szeptem miecznik. -
                                  Obawiam się, że mój pobyt na ambonie mógłby wywołać nieprzyjazny
                                  komentarz w stolicy...
                                  - Akurat w stolicy nie mają większych kłopotów! - mruknął
                                  sarkastycznie profesor Mieczysław Różopolański, przebywający na
                                  prowincji od marca 1968, zwracając swój egzotyczny profil ku
                                  byłemu działaczowi PSL-u, Bonifacemu Kant-Gwizdkowi.
                                  - A odpierdulta żeż się wszyscy ode mnie! - odrzekł zgryźliwie
                                  Kant - Gwizdek, ładując kwartą prochu starą odtylcówkę, z amery-
                                  kańskich jeszcze zrzutów.
                                  Przedwojenny wojewoda piński, wybrany jednogłośnie marszałkiem
                                  szlachty, dał znak chórowi włościańskiemu, który buchnął starą,
                                  myśliwską pieśnią: - Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój...
                                  - narodową w formie i jakże aktualną w treści.
                                  - Nagonka ruszaj! - rozkazał marszałek szlachty.
                                  - Nie nagonka, jeno naganka! - sprostował szybko leśniczy
                                  widząc, że niektórzy szczególnie doświadczeni działacze dają dyla
                                  w krzaki.
                                  Zaraz też rozległo się srogie łomotanie, gwizdy i krzyki, a
                                  wreszcie tętent nadbiegającej zwierzyny.
                                  - Jakaś gruba sztuka przesieką idzie - szepnął Bazyli Dwurura,
                                  przykładając ucho do ziemi - chyba prosto na pana ministra Podma-
                                  muśkę!
                                  Minister Podmamuśka, stary wyjadacz z epoki propagandy sukce-
                                  su, podniósł broń do oka, ale zaraz opuścił ją z niesmakiem:
                                  - Sama drobnica - mruknął.
                                  Jakoż istotnie, z gąszczu wypadło najpierw kilku bimbrowników,
                                  potem niewielki zastęp harcerzy, a wreszcie spory tłumek zbiera-
                                  czy runa leśnego. Wszystko to przemknęło z piskiem i kwikiem pod
                                  nogami myśliwych i pognało do wyraju, między Czarcim Uroczyskiem
                                  a PGR-owskimi ugorami, aby zniknąć jak ta efemeryda w probosz-
                                  czowskim sadzie. I znowu nastała cisza, przerywana tylko pohuki-
                                  waniem naganiaczy.
                                  - Ogólna klapa... - odezwał się z ambony miecznik rzeszowski,
                                  spoglądając na leśniczego. Ten, w ostatecznej desperacji, przy-
                                  pomniał sobie naraz ostatnią powieść pana Nienackiego, którą
                                  przypadkiem w jakimś periodyku czytał, i wzorem bohatera tej
                                  powieści, również leśnika, wpadł do chałupy, wyciągnął z niej
                                  swoją starą i zadarłszy jej spódnicę ukazał struchlałej puszczy
                                  szpakowate, sinawe i nieźle już obwisłe łono. Na ten widok spo-
                                  między drzew zaczęły wyskakiwać a to rude listy, a to płowe
                                  wilczyska, a to szczeciniaste dziki, aby popędzić w panice prosto
                                  pod ziejące ogniem strzelby. Wtem baba pierdła - wtedy zaś do
                                  ucieczki runęły mocarne niedźwiedzie i łosie rosochate, i gigan-
                                  tyczne żubry, a nawet jakiś SS-man, od wojny się jeszcze kryjący,
                                  wyleciał z gąszczu z rozpaczliwym krzykiem "hilfe, hilfe" i do-
                                  biegłszy aż do komisariatu, poddał się kapralowi Modliszce.
                                  W ogólnym zamieszaniu i totalnej palbie padł też, jak to zaz-
                                  wyczaj bywa, jeden kierowca służbowej wołgi i kilkoro ze służby,
                                  ale żartom i śmiechom nie było końca, aż do momentu, gdy wśród
                                  towarzystwa rozeszła się hiobowa wieść: ambasador Bamboko Kikuju
                                  ranion...
                                  W samej rzeczy, egzotyczny ów gość leżał bezwładnie na trawie,
                                  a zdrowa czerń jego policzków przybierała z wolna barwę popiołu.
                                  - Doktora, doktora! - rozległy się krzyki.
                                  - Ani mi się ważcie! - zawołał autorytatywnie marszałek
                                  szlachty. - Już tam adiunkt Wygrzmocony nie da mu żadnej szansy.
                                  Ot, wezwać by lepiej onego cudownego przygłupa, któren praktykuje
                                  w chałupie starego Kociorupy!
                                  - Źwięte słowa pana marszałka - powtórzył stary leśniczy. -
                                  Kopnijta no się chłopaki i sprowadźta tu migiem Jana
                                  Wałkońskiego.
                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 8. 13.11.05, 11:22
                                    Docent Basset - 8.

                                    - Ale żeś pan przywalił temu Murzynowi - mówił z podziwem
                                    stary Kociorupa, częstując niuchem tabaki byłego ministra Podma-
                                    muśkę.
                                    Siedzieli obaj przed drzwiami izby, w której znachor Jan
                                    Wałkoński walczył o życie ambasadora Bamboko Kikuju.
                                    - A bo wyszedł prosto na mnie... - tłumaczył się Podmamuśka. -
                                    A że akurat wczoraj w telewizorze mówili, że należy bić Murzynów,
                                    więc dołożyłem mu w ostatniej chwili kolbą przez plecy...
                                    - W telewizorze podano dwie wiadomości - tłumaczył mu cierpli-
                                    wie Kociorupa - jedną krajową, że należy oszczędzać, drugą za-
                                    graniczną, że Amerykanie biją Murzynów.
                                    - No, patrz pan, a ja zrozumiałem, że Amerykanie oszczędzają,
                                    a Murzynów należy bić... Oj, dadzą mi teraz łupnia, jak ambasador
                                    odkorkuje!
                                    Kociorupa uśmiechnął się pobłażliwie:
                                    - A kto się o niego upomni? Przecież ten afrykański rząd,
                                    który go desygnował, już dawno został strawiony.
                                    - Rozumiem... - kiwnął głową Podmamuśka - strawiły go
                                    wewnętrzne sprzeczności okresu postkolonialnego, uczyli nas tego
                                    na pomaturalnych kursach doktoranckich.
                                    - Sprzeczności też - potwierdził Kociorupa - ale głównie
                                    strawiła go, po uprzednim zresztą zjedzeniu, następna ekipa
                                    rządząca, bardzo postępowa nawiasem mówiąc, pod kierownictwem
                                    sierżanta Makaku Nastyku.
                                    - Pokój temu domowi! - zabrzmiało od furtki, i do obu
                                    rozmówców podszedł niemłody już duchowny w wyszarzałej sutannie.
                                    - Witajcie, ojcze Chudzielaku! - odrzekł z szacunkiem Kocioru-
                                    pa, zastanawiając się w duchu, na co zacny kapłan tym razem kwes-
                                    tuje, jeżeli we wsi stoją już trzy kościoły.
                                    - Podobno macie w obejściu konającego poganina? - zaszemrał
                                    ojciec Chudzielak.
                                    - Konającego poganina to za dużo powiedziane - oparł stary
                                    rolnik - ale pobitego Murzyna i owszem. Jeżeli ksiądz chce go
                                    ochrzcić, to my z panem ministrem Podmamuśką chętnie go przytrzy-
                                    mamy, żeby nie wierzgał.
                                    - O Jezu, Jezu! - rozległ się nagle rozpaczliwy wrzask z
                                    chałupy.
                                    - Nawrócony! - zawołał naiwnie ojciec Chudzielak, składając
                                    dłonie do modlitwy.
                                    - Et - machnął ręką Kociorupa - u Wałkońskiego wszyscy pacjen-
                                    ci tak wrzeszczą, wierzący i niewierzący, partyjni i bezpartyjni!
                                    - Nie moja to wprawdzie sprawa - rzekł Podmamuśka, mierzwiąc
                                    nerwowo szpakowatą czuprynę, przystrzyżoną na jeżyka z lat
                                    siedemdziesiątych - ale ja bym tak znowuż nie chrzcił każdego kto
                                    podleci, bo potem człowiek nie wie czy trafił do kościoła czy
                                    dajmy na to do arki Noego. Ja tam jestem stary ateista i świato-
                                    poglądu swego nie zmienię, tak mi dopomóż Bóg, ale jak w
                                    niedzielę zamiast księdza proboszcza wyłazi na kazalnicę ten cały
                                    profesor Różopolański, z takim proszę pana nosem i zaczyna bluz-
                                    gać na partię, która go wykarmiła własnym cyckiem, to mnie za
                                    przeproszeniem szlag nagły trafia, albowiem w Piśmie powiedziano,
                                    iż wszelka władza dana jest od Boga, a byt określa świadomość! -
                                    zakończył stanowczo i splunął na gumno.
                                    - Wszystko to nasi bliźni - szepnął obłudnie Chudzielak, który
                                    jako kapłan starej daty sam krzywo patrzył na wszelkie innowacje
                                    w Kościele, a zwłaszcza na prelekcje polityczne różnych neofitów
                                    i występy artystów, a już szczególnie artystek, znanych ongiś
                                    szeroko z hulaszczego, a nawet rozpustnego trybu życia.
                                    Wtem drzwi skrzypnęły i stanął w nich Jan Wałkoński, skrwawio-
                                    ny, ale radosny.
                                    - Udało się - rzekł, odpowiadając na chaotyczne pytania - cho-
                                    ciaż niełatwo było, gdyż pan minister Podmamuśka bardzo silnie
                                    kontuzjował pana ambasadora Kikuju w okolicę kości ogonowej.
                                    - A nie w dupę? - zdziwił się minister.
                                    - Toż to na jedno wychodzi! - parsknął głośnym śmiechem Ko-
                                    ciorupa.
                                    - Niezupełnie - wyjaśnił znachor - ponieważ pan Bamboko Kikuju
                                    ma tę kość ogonową ponadprzeciętnej długości, dodajmy że chwytną,
                                    więc uszkodzenie jej mogłoby się źle skończyć.
                                    - To z ostatniego namaszczenia nici? - skrzywił się ojciec
                                    Chudzielak. - Chrzest także się nie odbył, no to jestem nieźle do
                                    tyłu... - i rozsierdzony duszpasterz pobiegł na plebanię,
                                    podjąwszy niechrześcijańskie postanowienie odegrania się przynaj-
                                    mniej na dzieciach notabli, które przysyłano masowo na lekcje
                                    religii, a to głównie ze strachu przed miejscową opinią pub-
                                    liczną, męką piekielną i pomówieniem o sprzyjanie pieriestrojce.
                                    • asia.sthm Re: Docent Basset - 9. 15.11.05, 10:11
                                      Docent Basset - 9.

                                      Adiunkt Wygrzmocony gryzł palce w bezsilnej wściekłości. Jego
                                      akcja, mająca na celu eliminację kłopotliwego konkurenta, spaliła
                                      na panewce. Znachor Wałkoński z dnia na dzień zyskiwał na znacze-
                                      niu, leczył dostojników już nie tylko gminnych, ale i wojewódz-
                                      kich, stając się dla Wygrzmoconego nieosiągalnym obiektem za-
                                      wodowej nienawiści.
                                      Piękna pani Jolanta dolewała oliwy do ognia:
                                      - Ach, ty fujaro - mówiła - ty ofermo życiowa, ty flimono zag-
                                      wazdrana! Byle znachor zabrał ci całą praktykę, jak diabłu oga-
                                      rek. W domu bieda i głód, aż mnie w dołku ssie, jak kruk krukowi,
                                      a przecież przy każdym innym mężu mogłabym mieć te wszystkie bo-
                                      gactwa! - Tu wskazała dramatycznym ruchem usytuowany naprzeciwko
                                      ich mieszkania Gminny Dom Towarowy, na wystawach którego
                                      piętrzyły się łańcuchy dla krów, odkurzacze dla młodych małżeństw
                                      i - wprowadzone ostatnio - prezerwatywy wielokrotnego użytku dla
                                      starych konkubinatów. - Temu Wałkońskiemu całkiem się we łbie
                                      przewróciło - ciągnęła, nie biorąc pod uwagę, że mąż bliski jest
                                      zawału. - Ty wiesz, że on odmówił wyjazdu za granicę?
                                      - To zależy za którą granicę... - mruknął sceptycznie adiunkt.
                                      - Za afrykańską! Ten wyleczony Murzyn zaproponował mu kontrakt
                                      dolarowy w Gugumayaya, a Wałkoński mu na to pokazał, gdzie się
                                      zgina dziób pingwina. Tak, tak, niedaleko pada jajo mądrzejsze od
                                      kury!
                                      - Dolarowy kontrakt... odmówił... chyba pijany albo wariat -
                                      mówił sam do siebie Wygrzmocony - wariat, na pewno wariat! A
                                      jeżeli wariat, to już ja go dostanę!
                                      I trzasnąwszy drzwiami pobiegł załatwić żółte papiery dla
                                      konkurencji. Poszło to łatwiej niż przypuszczał, ponieważ nikt we
                                      wrogim obozie nie oczekiwał ataku z tej właśnie strony. Ordynator
                                      szpitala psychiatrycznego im. prof. Krasińskiego, doktor hab. Se-
                                      bastian Cycoń natychmiast wysłał karetkę, która na sygnale
                                      dostarczyła związanego znachora i postawiła go przed komisją
                                      lekarską.
                                      - Dzień dobly, panie Wałkoński! - zawołał dr Cycoń, mający
                                      zwyczaj wylewnego witania swoich pacjentów, aby ich ośmielić.
                                      - Co tam nowego? Kuku na muniu? Do Aflyki nie pojechała za du-
                                      larki, fiksum dyrdum?
                                      - A nie - odrzekł stanowczo delikwent - i nie pojadę, bo tu mi
                                      dobrze w kraju rodzinnym!
                                      "Wariat" - zapisali jednocześnie dwaj pozostali członkowie
                                      komisji, psychiatra dr Wysłodek i psycholog mgr Barbara Felga.
                                      - Czy pacjent nie onanizował się swego czasu dzieckiem w ko-
                                      lebce? - spytał dr Cycoń, obarczony predylekcją do górnolotnych
                                      wyrażeń, zapożyczonych z literatury.
                                      - Dzieckiem nigdy - odparł prostodusznie Wałkoński - tylko
                                      misiem albo ręką.
                                      - A czy pacjentowi nie śnią się czasami stosunki analne? -
                                      indagowała mgr Felga, cała czerwona ze wstydu, bo jej stosunki
                                      analne śniły się średnio cztery razy w ciągu nocy.
                                      - Nigdy! - uderzył się w piersi znachor. - Za to czasem śnią
                                      mi się stosunki bilateralne z Kubą. "Zboczeniec" - zapisał dr
                                      Wysłodek.
                                      - Kończmy - szepnął mu do ucha dr Cycoń - bo czas leci, a ja
                                      muszę być o szóstej pod Borodinem... Tfu, co ja gadam? Pod kinem!
                                      - i zdenerwowany wsadził jedną dłoń za surdut, a palcami drugiej
                                      zaczął bębnić po stole, dmuchając jednocześnie w charakterysty-
                                      czny kosmyk włosów opadający mu na czoło.
                                      - No cóż - podsumował dr Wysłodek - chyba zatrzymamy pana na
                                      jakiś czas, panie Wałkoński.
                                      - Dostanie pan cieplutką celę - informowała życzliwie mgr Fel-
                                      ga - i może pan brać udział w zajęciach plastycznych, a nawet
                                      sportowych... Nie wiem, czy pan wie, że w naszym kraju istnieje
                                      liga drużyn piłkarskich przy poszczególnych zakładach psychia-
                                      trycznych. O, nawet dziś KS "Psychopata" Gliwice gra ze
                                      "Schizofrenikiem" Poznań...
                                      - Możecie mnie zatrzymać - powiedział znachor z flegmą, nabytą
                                      podczas wielogodzinnej kontemplacji dziejów rodu Palliserów - ale
                                      uprzedzam, że przy najbliższej okazji poskarżę się swojemu
                                      posłowi.
                                      - Komu pan się poskarży? - krzyknęła z przerażeniem mgr Felga.
                                      - Swojemu posłowi oczywiście - odrzekł z godnością Wałkoński.
                                      - To przesądza sprawę. Idiota. Pojedyncza cela, zimne okłady,
                                      elektrowstrząsy i szpryca z towotu! - zaordynował dr Cycoń i por-
                                      wawszy z wieszaka trójgraniasty kapelusz, opuścił gabinet.

                                      • asia.sthm Re: Docent Basset - 10. 17.11.05, 10:09
                                        Docent Basset - 10.

                                        Przygwoździwszy przeciwnika, adiunkt Wygrzmocony zaczął się
                                        liczyć ze wzmożonym napływem pacjentów do swej własnej lecznicy.
                                        Gdy nic takiego nie nastąpiło, a miejscowy grabarz przestał mu
                                        się nawet kłaniać, adiunkt wpadł na pomysł zorganizowania białej
                                        niedzieli na wsi, słusznie uważając, że kiedy pacjenci nie przy-
                                        chodzą, to należy ich samemu nałapać. Do sprawy przystąpił pedan-
                                        tycznie, naukowo, studiując przede wszystkim ostatnie dwa roczni-
                                        ki dwutygodnika "Nowy Medyk", z którego to pisma dowiedział się,
                                        że warunkiem powodzenia wszystkich masowych akcji sanitarnych,
                                        takich właśnie jak białe niedziele, przymusowe szczepienie lub
                                        odłów kurew w celu ich przebadania - jest zaskoczenie. Wygrzmo-
                                        conemu nie przyszło jednak do głowy, że z kolei warunkiem za-
                                        skoczenia jest dyskrecja. Gadał o obławie tu i ówdzie, przecieki
                                        poszły w teren. Chłopi, wiedząc czym to grozi - bo na przykład
                                        studentów stomatologii rozliczano podczas takich niedziel z
                                        ilości wyrwanych zębów - powołali straż obywatelską, osadzili
                                        kosy na sztorc, baby i dzieci schowali w lesie, psy pospuszczali
                                        z łańcuchów, a do władz wysłali delegację z białą flagą,
                                        powołując się na Kartę Praw Obywatela i grożąc przerwaniem dostaw
                                        żywca.
                                        Wróciwszy jak niepyszny do szpitala, Wygrzmocony usiłował
                                        rozładować swój gniew sztorcując salową, która kijem od miotły
                                        tłukła właśnie w kącie jakąś wyjątkowo złośliwą salmonellę. Ta
                                        jednak - tzn. salowa, a nie salmonella - oświadczyła, że pan
                                        dyrektor może jej wskoczyć na dodatek rodzinny i że taką zasraną
                                        robotę to ona wszędzie znajdzie.
                                        W domu czekała go niespodzianka, gdyż córka pani Jolanty z
                                        pierwszego małżeństwa, Simona Basset, wróciła właśnie - jak
                                        oświadczyła stara niania - "ze szkół", które to niemodne
                                        wyrażenie o tyle oddawało prawdę, że Simonę wylewano regularnie z
                                        kilku kolejnych szkół stopnia ponadpodstawowego, a to za klep-
                                        tomanię, erotomanię, ostatnio zaś za narkomanię.
                                        - Biedactwo wpadło w wąchactwo! - zrymowała niechcący pani
                                        Jolanta, wskazując mężowi dobrze rozwiniętą dziewuchę, wąchającą
                                        z zapałem kawałek starego ementalera.
                                        - No oddaj to, no oddaj! - prosiła łagodnie. - Tatuś przyszedł
                                        głodny jak z cebra! Muszę mu zrobić kanapki...
                                        - Nie będę jadł! - warknął doktor, z trudem hamując mdłości.
                                        - Wszystko wącha? - spytał, usuwając narkomance sprzed nosa
                                        swoje ulubione stare kapcie i z ulgą wsuwając w nie stopy.
                                        - Wszystko! Wąchała już pastę do butów, swoją starą nianię,
                                        kota i sierżanta Miziaka, który ją tu zresztą przyprowadził, jak
                                        kwiatek do kożucha.
                                        Dr Wygrzmocony zasępił się. Nie dalej jak pół roku temu Simona
                                        wpadła w jogizm, a zaraz potem w nimfomanię, w wyniku czego zos-
                                        tała przyłapana na uprawianiu nierządu w pozycji kwiatu lotosu.
                                        Na nic się zdało zmuszanie jej siłą do oglądania w telewizji
                                        pogadanek pani Michaliny Wisłockiej, propagującej seks humanisty-
                                        czny. Wskutek zmian programowych, w telewizorze zamiast Wisłoc-
                                        kiej pokazała się pani Irena Gumowska i udzieliła kilku rad gos-
                                        podarskich, które Simona - przekonana, że dotyczą seksu - wpro-
                                        wadziła do swego repertuaru erotycznego wzbudzając grozę nawet
                                        wśród największych świntuchów. Szczególnie odrażające były jej
                                        próby czyszczenia starszym panom zamszu kiszoną kapustą, wy-
                                        pychania zużytymi gazetami i tym podobne.
                                        Najwybitniejsi psychologowie i psychiatrzy nie byli w stanie
                                        poradzić sobie z rozwydrzoną dewiantką.
                                        - Może by doktor Cycoń? - zastanawiał się głośno adiunkt. -
                                        Albo magister Felga?
                                        - Akurat - skrzywiła się Jolanta. - Cycoń sam nienormalny,
                                        wczoraj dzwonił, czy jest u nas Kutuzow. A Felga tylko patrzy,
                                        komu się podstawić, jak mysz kościelna. O, znachor Wałkoński, ten
                                        by ją uzdrowił. Przecie on wyleczył mecenasa Pitułę z zastarzałe-
                                        go pedalstwa, i to tylko przy pomocy nunczaków, ćwiartki terpen-
                                        tyny i kołka dębowego sześć ósmych cala. No tak, ale ty wsadziłeś
                                        Wałkońskiego do czubków, kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie
                                        wpada! - zakończyła swój wywód, nie wiedząc nawet, że pierwszy i
                                        ostatni raz w życiu udało się jej trafić przysłowiem w sedno
                                        sprawy.
                                        - A może by i Simonę tam wsadzić? - mruknął chytrze adiunkt. -
                                        Poproszę Cyconia, żeby umieścił ją we wspólnej celi ze zna-
                                        chorem... A nuż coś z tego wyjdzie?
                                        - Spróbuj - zgodziła się pani Jolanta. - Przygarnął Kociołek
                                        Gierkowi, a sam smoli.
                                        • asia.sthm Re: Docent Basset - 11. 19.11.05, 19:04
                                          Docent Basset - 11.

                                          Odseparowanie popularnego znachora odbiło się w całej gminie
                                          szerokim echem, co znalazło swój wyraz na łamach miejscowej
                                          prasy.
                                          "Państwowa psychiatria w walce z ciemnotą i zacofaniem" -
                                          grzmiał półoficjalny "Trybunarz ludowy", dając do zrozumienia, że
                                          Wałkoński, oprócz znachorstwa i wrodzonego idiotyzmu, zhańbił się
                                          również posiadaniem obcych dewiz, powielacza, zacieru i kilku
                                          fragmentów srebrnego sarkofagu św. Wojciecha z katedry
                                          gnieźnieńskiej.
                                          "Wierzący wieśniak ofiarą represji" - narzekał "Aniołek rzym-
                                          sko-katolicki", rysując na swych łamach wzruszającą sylwetkę
                                          wiejskiego homeopaty, który żegnał się przed każdym zabiegiem, co
                                          rzekomo spowodowało wściekłość władz i próby zmuszenia go, żeby
                                          żegnał się trzykrotnie, i to z prawa na lewo. Konspira też nie
                                          zasypiała gruszek w popiele i w ciągu nocy pokryła mury napisami
                                          "Wypuścić znachora", przy których uwijał się spocony sierżant
                                          Miziak, wymazując końcówkę pierwszego wyrazu w nadziei, że hasło
                                          "Wyp... znachora" będzie odebrane niejednoznacznie, i że
                                          wprowadzi niejaki zamęt w strukturach podziemia.
                                          Afera Wałkońskiego ściągnęła nawet korespondentów za-
                                          granicznych, z którymi spotkał się rzecznik prasowy sołtysa,
                                          człowiek doskonale wychowany, przy tym bardzo przystojny mężczyz-
                                          na o znakomitej sylwetce, bujnej czuprynie i ściśle przyle-
                                          gających do czaszki uszach, co całkowicie predysponowało go na to
                                          stanowisko. Roli tłumacza podjął się chętnie b. minister Podma-
                                          muśka, człowiek bywały w świecie, dobrze otarty o obce kraje i
                                          języki.
                                          Jako pierwszy wystartował z pytaniem dystyngowany Anglik,
                                          przedstawiciel "The Ilustrated His Maiesty Imperiał Magazine", mr
                                          Reginald Blackberry-Sauce Jr.
                                          - Pragnąłbym zapytać - powiedział bezbłędną, oksfordzką an-
                                          gielszczyzną - czy zdaniem milorda sprawa sir Wałkońskiego jest
                                          incydentalna, czy też może zapowiada dalsze przykręcenie śruby?
                                          - Co on powiedział? - spytał nerwowo rzecznik.
                                          - Przypierdala się do Wałkońskiego! - przetłumaczył
                                          sumarycznie Podmamuśka.
                                          - To powiedz mu pan, że oni biją Irlandczyków.
                                          - Wałkoński ist hochsztapler, und Się szlagen Ajrisz in
                                          Belfast mit Polizei und Wasserpumpen! - oświadczył tłumacz, a
                                          Brytyjczyk usiadł czerwony ze wstydu, udając, że nie słyszy chi-
                                          chotu innych korespondentów.
                                          Następny z kolei, przedstawiciel "Le Pisoire", monsieur Made-
                                          laine, nie był już tak pewny siebie i z przymilnym uśmiechem
                                          usiłował dowiedzieć się od rzecznika, czy przymknięcie znachora
                                          nie wpłynie ujemnie na stosunki polsko-francuskie.
                                          - A jadłeś już pan dzisiaj żabę? - odpowiedział pytaniem na
                                          pytanie rzecznik.
                                          Te logiczne odpowiedzi sprawiły, że zgłosił się jeszcze tylko
                                          jeden dziennikarz, z "Woprosow Pobiedy", wypytując o współpracę
                                          przygraniczną, na co otrzymał obszerne, dwugodzinne wyjaśnienie,
                                          ilustrowane przezroczami i wykresami.
                                          Wreszcie rzecznik wraz ze swą świtą wyszedł na ganek, z przy-
                                          jemnością patrząc, jak korespondenci w panice wskakują do swych
                                          samochodów i odjeżdżają w kierunku Warszawy.
                                          - Całkiem fajnie nam to wyszło - cieszył się - w dużej mierze
                                          dzięki panu, panie ministrze!
                                          - E, co tam, ja tylko tłumaczyłem - krygował się Podmamuśka -
                                          ale fakt faktem, że stanęliśmy na wysokości. Ten Amerykanin z
                                          "Washington Compost" nawet się nie odezwał!
                                          Rzecznik roześmiał się: - Ha, ha, a niechby spróbował, już ja
                                          miałem na niego dobrego haka!
                                          - O Murzynach? - podsunął b. minister.
                                          - E tam, o Murzynach! Oni chytrusy przestali już lać tych
                                          Murzynów, żebyśmy się nie mieli do czego przyczepić. Ale ja bym
                                          mu powiedział, że tatuś Weinbergera oszukiwał przed wojną na
                                          śledziach!
                                          - Jak to? - zdziwił się Podmamuśka. - To pan mieszkał przed
                                          wojną w Stanach?
                                          - A skądże - zastrzegł się rzecznik - to tatuś Weinbergera
                                          mieszkał przed wojną w Buczaczu.

                                          • asia.sthm Re: Docent Basset - 12. 20.11.05, 12:00
                                            Docent Basset - 12.

                                            Lecznica psychiatryczna doktora Cyconia od lat cieszyła się
                                            zasłużoną sławą. Tu kurowały się i odpoczywały ofiary kolejnych
                                            eksperymentów ekonomicznych, ciągłych reform systemu szkolnego i
                                            zmieniających się kilka razy w roku przepisów podatkowych dla
                                            rzemiosła. Tu również znajdowali bezpieczny azyl i wygodny kaftan
                                            bezpieczeństwa bohaterowie pokazowych procesów. Gdy w trakcie
                                            rozprawy podsądny zaczynał zjadać własny krawat, robił głośno w
                                            majtki lub nieoczekiwanie przyznawał się do winy - wiadomo było,
                                            że zostanie uznany za niepoczytalnego i po krótkim pobycie w
                                            szpitalu wyjdzie na wolność, aby rozejrzeć się za kolejnym
                                            odpowiedzialnym stanowiskiem. Nieustanny przepływ przez lecznicę
                                            różnych znaczących w gminie osób spowodował, iż stała się ona
                                            jakby kuźnią kadr i giełdą dobrych posad, a także kreatorką
                                            postaw społecznych i obyczajów, spełniając rolę zarazem i Cam-
                                            bridge, i Oxfordu, z dodatkiem Yale w drzwiach luksusowych
                                            szałówek. Umieszczony w tym ekskluzywnym zakładzie znachor
                                            Wałkoński, ulegając wrodzonemu sobie popędowi do czynienia dobra,
                                            usiłował przyjść z pomocą innym pacjentom i już wkrótce osiągnął
                                            zdumiewające rezultaty. Między innymi udało mu się wyleczyć
                                            pewnego byłego dyrektora departamentu, który w sierpniu 1980
                                            próbował uciec z kraju, w którym to celu poszukiwał bezskutecznie
                                            granicy polsko-rumuńskiej, powołując się na precedensy z września
                                            1939. Ustawiwszy nieszczęsnego idiotę przed aktualną mapą i
                                            przykazawszy szeroko otworzyć oczy, znachor przywalił mu
                                            następnie po łbie nogą od łóżka, owiniętą humanitarnie w ciepłe,
                                            szpitalne kalesony. Skutkiem wstrząsu mapa zakodowała się przy-
                                            puszczalnie w umyśle pacjenta, gdyż odzyskawszy świadomość stał
                                            się on gorącym zwolennikiem nienaruszalności granic w powojennej
                                            Europie, i jako taki został wypisany ze szpitala z diagnozą
                                            lekkiego kretynizmu i zaleceniem pracy państwowej na pół etatu.
                                            Przybycie Simony Basset zmąciło sielankowy nastrój. Ta młoda i
                                            piękna, ale do szpiku kości zepsuta istota, bywalczyni wielu
                                            więzień, aresztów i odwykówek, w dodatku ćpunka i alkoholiczka,
                                            zdawała się wydzielać jakąś emanację zgnilizny i rozpusty, której
                                            nie mogli się oprzeć nawet prostolinijni i zdrowi moralnie
                                            członkowie miejscowego koła ZSMP, grupującego co bardziej
                                            świadomych pielęgniarzy.
                                            - Koleś, kopsnij szluga! - zwróciła się ordynarną grypserą do
                                            jednego z nich, przechodzącego właśnie korytarzem.
                                            - Mówiłaś coś do mnie, koleżanko? - spytał grzecznie ów młody,
                                            schludny człowiek, będący nadzieją organizacji.
                                            - Nie kucaj, kindybale - kontynuowała zepsuta panienka - jak
                                            odgaruję pajdę, to damy z glana przez lipko i zajaramy trawkę bez
                                            obciachu!
                                            Te kwiaty zła, trafiwszy na żyzną choć naiwną glebę, już
                                            wkrótce rozkrzewiły się bujnie, zarażając swym trującym aromatem
                                            spokojną dotychczas lecznicę.
                                            - Szufla, kolesie! - zwrócił się kilka dni później do zgroma-
                                            dzonych lekarzy dr Cycoń. - Nie będę ukrywał, że kitramy w sama-
                                            rę, gdyż herbatnicy jorgają na zastawkę. Proszę wklepać bez ob-
                                            ciachu, co z juchtem?
                                            - Przybastować by dziekankę! - pisnęła mgr Felga.
                                            - Akurat! - oburzył się dr Wysłodek - a szamunek bez glejtu w
                                            szamkę na cwelu do rakiety nie śmignie!
                                            - Zaprotokołować wszystko - zarządził dr Cycoń. -
                                            Jeden gryps wysłać do komitetu, a drugi do Wydziału Zdrowia i
                                            atanda bez kitu!
                                            Co gorsza, opuszczający szpital ozdrowieńcy zaczęli zarażać
                                            niebawem grypserą całą gminę. Gdy więc jeden z miejscowych dos-
                                            tojników oświadczył w wywiadzie telewizyjnym, że skup rzepaku ob-
                                            cyndalamy bez przyprawki do cugu na samarę, zaś ksiądz Chudzielak
                                            zalecił wiernym nawijanie litanii zamiast garownictwa, grożącego
                                            niewątpliwie sankcją piekielną, wówczas dopiero zorientowano się,
                                            że sytuacja jest krytyczna, że zło szerzy się ze szpitala, a
                                            źródłem tego zła jest rozpustna Simona Basset. Ponieważ zaś nikt
                                            z lekarzy nie był w stanie uleczyć jej plugawego języka, zaś
                                            wezwani pospiesznie poloniści albo staczali się na dno upadku,
                                            albo też opuszczali lecznicę w popłochu - postanowiono chwycić
                                            się ostatniej deski ratunku, a deską tą był oczywiście znachor
                                            Jan Wałkoński. Obiecawszy mu więc wolność, premię i tytuł psy-
                                            chiatry honoris causa, wepchnięto broniącego się rozpaczliwie do
                                            celi ohydnej Simony.
                                            • asia.sthm Re: Docent Basset - 13. 21.11.05, 10:48
                                              Docent Basset - 13.

                                              Pierwszy dowiedział się o niezwykłym wydarzeniu stary Kocioru-
                                              pa, który przyjechał do szpitala z paczką żywnościową dla znacho-
                                              ra. Zdziwiła go cisza i brak portiera na pilnie zazwyczaj
                                              strzeżonej bramce. Korytarze też były puste, zaś cele pootwierane
                                              i wyludnione.
                                              - Jedno z dwojga - pomyślał stary kmieć - albo waryjaty
                                              pouciekały, albo są w świetlicy i wybierają Organizację
                                              Związkową.
                                              Ale świetlica także świeciła pustką, za to przed celą Simony
                                              stał tłum pacjentów przemieszanych z pielęgniarzami i personelem
                                              medycznym. Z celi biła jakaś dziwna jasność, a Kociorupa,
                                              przepchnąwszy się do pierwszych rzędów, ujrzał w jej wnętrzu zna-
                                              chora i jego świeżo odzyskaną córkę. Trzymali się za ręce i roz-
                                              mawiali, a mocą jakiegoś dziwnego zrządzenia z ust ich płynęła
                                              nie grypserą i nie lokalny ludowy dialekt, lecz najczystsza poez-
                                              ja rodem z Konopnickiej albo Deotymy, chwilami asnykoidalna lub z
                                              lekka tetmajeryzująca:

                                              - O córko moja, czyżbym cię odzyskał,
                                              Bo do tej pory uwierzyć nie mogę?

                                              - Jam ci to, jam ci, daj mi tato pyska
                                              i idźmy razem w swą życiową drogę.

                                              - Toż dzieckiem byłaś pod opieką mamci,
                                              tyś to na pewno?

                                              - Jam ci, tato, jam ci!

                                              Kociorupa trącił w ramię stojącego obok starego nokautera
                                              używanego do obezwładniania co najtęższych furiatów i spytał go
                                              szeptem:
                                              - Panie Stachurko, powiedz pan, czy on tak bez przerwy gada
                                              wierszem z córką?
                                              Stachurko, któremu łzy leciały jak groch, odpowiedział lako-
                                              nicznie:

                                              - Nie tylko on, szwagrze, i my wszyscy takie!

                                              - Szwagra wstawiłem dla rymu... - dodał wyjaśniająco, ziewnął
                                              i mruknął:

                                              - I straszno, i cudno,
                                              Ale trochę nudno...

                                              I rzeczywiście, wierszowane gadanie rozlegające się z celi za-
                                              czynało już trochę nużyć zebranych, chociaż Simona opowiadała
                                              akurat dosyć interesujące szczegóły ze swojej rozpustnej
                                              przeszłości:

                                              - Ach, niecnie żyłam, tato, do tej chwili,
                                              Uczestniczyłam w orgiach i libacjach,
                                              Różni panowie mnie tam...

                                              - Pokrzywdzili! - podrzucił znachor.

                                              - Właśnie, czasami w dziwnych sytuacjach,
                                              Ba, poniektórzy płacili mi za to...

                                              - Ty żeś to, córuś?

                                              - Jam ci, jam ci, tatko!

                                              Pacjenci z tylnych szeregów zaczęli niepostrzeżenie wymykać
                                              się do swoich separatek i oddawać zwykłym zajęciom. Były prezes
                                              spółdzielczości mieszkaniowej pospiesznie kończył wyliczenia, z
                                              których wynikało, że gdyby każdy z półtora miliona pracowników
                                              budownictwa wymurował w ciągu roku jedną izbę, to za pięć lat
                                              problem mieszkań przestałby u nas istnieć. Emerytowany minister
                                              skarbu na próżno usiłował sobie przypomnieć, gdzie w chwili pani-
                                              ki zadekował trzydzieści miliardów pożyczonych dolarów, zaś
                                              zubożały prominent, który zakupił kiedyś licencję na samospłaty,
                                              na próżno szukał w encyklopedii, co to są te samospłaty, gdyż w
                                              odnośnym miejscu figurowały wyłącznie takie hasła, jak samobójst-
                                              wo, samochód, samodział, samogon, samograj i samogwałt, patrz
                                              masturbacja.
                                              Natomiast szeregowi wariaci udawali jak zwykle a to czajnik, a
                                              to zlewozmywak z dolnopłukiem, a to znów takie bajkowe lub mity-
                                              czne postacie jak Kostka Napierski, Kubuś Puchatek albo Renata
                                              Susałko.
                                              Dr Wysłodek, wyszedłszy z zaklętego kręgu tkliwości i pojedna-
                                              nia, rozpaczliwie usiłował pozbyć się daru mówienia wierszem:
                                              - Toć przecie muszę zacząć gadać prozą, nie jak ten stary kre-
                                              tyn ze swą kozą, a niech cię dunder, po com wstawił kozę? Jak mam
                                              odrzucić poetycką pozę? Dość już tych wierszy, czas żebym je ur-
                                              wał, o znowuż mi się zrymowało, kurwa. O, wolej, żebym ocipiał,
                                              owdowiał, co na to powie Ministerstwo Zdrowia i szef resortu mi-
                                              nister Cybulko, który jest dla nas dobry jak tatulko, mogłem
                                              powiedzieć "tatuś", o psia noga, jak mnie nasiadła ta przypadłość
                                              sroga, już z tym zostanę pewnie jak ta dupa, a pan tu czego,
                                              panie Kociorupa?
                                              Zrymowany tak dosadnie Kociorupa spojrzał na niego koso i
                                              odparł:

                                              - Chciałem zapytać się doktora,
                                              czy mogę zabrać do domu znachora?

                                              A oto, co rzekł dr Wysłodek:

                                              - A bierz go chłopie, ale razem z córką,
                                              a teraz pozwól ze wlezę pod biurko!

                                              I rzeczywiście wlazł pod ten solidny, dębowy mebel, skąd przy
                                              wtórze szczekania, wycia i machania ogonem został wyciągnięty i
                                              wpakowany do celi, opuszczonej przez Basseta-Wałkońskiego i jego
                                              cudownie nawróconą córkę.

                                              • asia.sthm Re: Docent Basset - 14. 21.11.05, 23:39
                                                Docent Basset - 14.

                                                Pojednaniu Simony z ojcem towarzyszyło wiele dziwnych znaków
                                                na niebie i na ziemi. Oto nad kombinatem rolnym Grzdypućki ukazał
                                                się pies ognisty dupczący reformę gospodarczą. Zaraz potem eks-
                                                plodował kocioł tamtejszej gorzelni, a powstały przy tym wszędo-
                                                bylski obłok spirytusowy wędrował nad gminą, wprawiając jej
                                                mieszkańców w stan bezpłatnej euforii i skłaniając do podejmowa-
                                                nia licznych czynów produkcyjnych, fundowania pomników, a
                                                zwłaszcza ogłaszania apeli. I tak na przykład, młode sprzątaczki
                                                wystosowały apel do młodzieży świata, żeby nie szczać po bramach,
                                                ale nie mogły go wysłać wskutek braku adresu i kodu, wymaganego
                                                przy przesyłkach poleconych.
                                                Natomiast sołtys wsi Kociomruczki usiłował przesłać sekreta-
                                                rzowi generalnemu ONZ swoje posłanie i nawet zaniósł je osobiście
                                                do ekspedycji towarowej PKS-u, gdzie jednakowoż odmówiono
                                                przyjęcia pod pretekstem, że posłanie śmierdzi i żeby najpierw
                                                zmienił bieliznę pościelową, czego żadną miarą nie mógł dokonać
                                                wobec braku tejże na rynku. Wszystkie te niepowodzenia nie
                                                zdołały osłabić atmosfery ogólnej aktywności i wzajemnej życzli-
                                                wości, która zaowocowała wreszcie publiczną dyskusją w remizie
                                                strażackiej na temat "Czy katolicy mogą budować socjalizm?",
                                                wzorowaną na podobnej imprezie, zorganizowanej swego czasu w
                                                telewizji przez profesora Ozdowskiego,
                                                Ludność zjawiła się tłumnie, ponieważ wiatr zerwał połowę
                                                afisza z nazwiskiem profesora, co niektórzy zrozumieli jako za-
                                                powiedź przyjazdu dr Ozdy, mającego rzekomo pokazywać Broniarka.
                                                Obrady zagaił prezes Towarzystwa Kultury Laickiej, były
                                                działacz PSL-u, Bonifacy Kant-Gwizdek, który utracił wiarę
                                                jeszcze w 1947, kiedy to wicepremier Mikołajczyk wypchnął go z
                                                kufra dyplomatycznego ambasady Stanów Zjednoczonych, argumen-
                                                tując, że zamiast niego musi zabrać na tułaczkę szczoteczkę do
                                                zębów, garść ziemi rodzinnej i kota, którego otrzymał rzekomo od
                                                Witosa.
                                                Na postawione przez prezesa Kant-Gwizdka pryncypialne pytanie,
                                                czy katolicy mogą budować socjalizm, pierwszy zgłosił się ksiądz
                                                proboszcz Chudzielak i oświadczył, że owszem, mogą, ale jak
                                                skończą budować kościół. Na sarkastyczną uwagę Miziaka, że więcej
                                                kościołów już się w gminie nie zmieści, Chudzielak usiłował rzu-
                                                cić na sierżanta klątwę, ale dwukrotnie nie trafiwszy, schował
                                                się czerwony ze wstydu na ławach legalnej opozycji, reprezen-
                                                towanej przez PAX, PFAZ i białego emigranta z lat dwudziestych,
                                                atamana Osipa Anegdotycza Jefremienkę.
                                                Tymczasem na mównicę wdarł się adiunkt, dr Wygrzmocony i chcąc
                                                podreperować swą nadwyrężoną ostatnio reputację, zgłosił
                                                zobowiązanie uruchomienia przy swym szpitalu Zakładu Przerobu
                                                Odpadów Poamputacyjnych im. Wincentego Kadłubka. Nagrodzono go
                                                grzecznościowymi oklaskami i powrócono do głównego nurtu
                                                dyskusji.
                                                Kolejny mówca, przewodniczący PRON-u, mecenas Fizdoń wygłosił
                                                opinię, że katolicy mogą owszem budować socjalizm, ale coś im się
                                                jakby nie chce, na co katolicy odpowiedzieli gremialnie, że
                                                chcieliby, ale właśnie wczoraj polecono im budować wzajemne za-
                                                ufanie, więc na razie nie mają czasu, a poza tym nie mają z cze-
                                                go.
                                                Po deklaracji dowódcy miejscowej jednostki saperów im.
                                                Sowińskiego w okopach Woli, że wybuduje piętnaście następnych
                                                mostów, obrady zakończono i zaparafowano protokół, z którego
                                                wynikało jednoznacznie, iż:
                                                po pierwsze - jeżeli katolicy chcą budować socjalizm, to
                                                proszę bardzo;
                                                po drugie - wykluczające się nawzajem światopoglądy nie wyk-
                                                luczają wyjścia z kryzysu;
                                                po trzecie - o ile towarzysz Sowiński w okopach woli, to nie
                                                należy mu w tym przeszkadzać;
                                                po czwarte - popieramy walkę prof. Kowalskiego z faktami, a
                                                bramy piekielne nie przemogą go.
                                                Wreszcie nastąpiła część artystyczna spotkania. Poetka ludowa
                                                Rozmunda Kociorodek odczytała swój poemat na cześć załogi Gminnej
                                                Zbiornicy Złomu, zaczynający się od słów:

                                                - Kolektyw zwarty i przyjazny,
                                                My ręka w rękę, goleń, w goleń,
                                                Zostanie po nas złom żelazny
                                                i głuchy, drwiący śmiech pokoleń...

                                                - na podstawie którego to utworu została natychmiast przyjęta
                                                do odrodzonego Związku Literatów Polskich. Na zakończenie chór
                                                Anonimowych Alkoholików odśpiewał pouczającą piosenkę o skutkach
                                                pijaństwa:

                                                - Padł Bartosz wśród drogi, obcięto mu nogi,
                                                Zbudził się pojutrze, a tu nogi krótsze, oj dana...

                                                - Oj dana... - powtórzyło echo i zamilkło, chociaż przed wojną
                                                potrafiło powtarzać do czterech, a gdy dziedziczka we dworze
                                                zaśpiewała, to i do ośmiu razy.
                                                • asia.sthm Re: Docent Basset - 15. 26.11.05, 09:38
                                                  Docent Basset - 15.

                                                  Jan Wałkoński zorientowawszy się, iż jest docentem Bassetem,
                                                  nie zrezygnował bynajmniej ze swej znachorskiej działalności i
                                                  nie pchał się z powrotem na opuszczone ongiś stanowisko w
                                                  lecznictwie stołecznym. Wprost przeciwnie, zaczął rozbudowywać
                                                  swój prowizoryczny szpitalik w obejściu Kociorupy, przyuczając
                                                  przy okazji do zawodu nawróconą Simonę, która chętnie weszła w
                                                  rolę siostry miłosierdzia, chociaż na razie nie odróżniała cy-
                                                  janku od rumianku, a spirali antykoncepcyjnej od spirali zbrojeń.
                                                  Basset cierpliwie tłumaczył córce zawiłości sztuki medycznej:
                                                  - Kiedy chory woła "siostro, kaczkę", to nie należy mu wtykać
                                                  pod kołdrę ptaka, tylko taki nocnik z rurką.
                                                  "Nocnik, nie ptaka" - zapisała pilna Simona w notesiku.
                                                  - Bardzo dobrze - pochwalił ojciec - a jeżeli jest to ciężko
                                                  chory, to należy mu nawet przytrzymać.
                                                  - Nocnik? - spytała Simona.
                                                  - Nie, ptaka... - wyjaśnił oględnie Basset. "Ptaka, nie noc-
                                                  nik" - zapisała znowu Simona. Łatwo pojąć, do jakich nieporozu-
                                                  mień i drastyczności dochodziło czasem w lecznicy, ale charyzma
                                                  znachora i ciche posłannictwo jego córki sprawiały, że nikt nie
                                                  sarkał, choćby nawet omyłkowo zamiast tlenu z butli podano mu
                                                  propan-butan, albo i acetylen. Dymisjonowani dostojnicy, w
                                                  których obfitowała gmina, wymagali szczególnie troskliwej opieki,
                                                  byli bowiem ogromnie znerwicowani, pełni kompleksów, zawiści i
                                                  nieutulonej tęsknoty za latami swej potęgi. Basset z konieczności
                                                  stawał się nie raz ich spowiednikiem, a niekiedy za jego pośred-
                                                  nictwem próbowano przekazać dobre rady i przestrogi osobom
                                                  będącym aktualnie u władzy.
                                                  - Panie doktorze - błagał pewien stary i zasłużony dogmatyk -
                                                  zadzwoń pan do Albina, że póki czas należy zewrzeć szeregi...
                                                  - Oczywiście, że należy zewrzeć szeregi - potakiwał dobro-
                                                  dusznie docent - ale na razie może pan spróbuje zewrzeć pośladki,
                                                  bo prześcieradła nam się kończą.
                                                  Na sąsiednim łóżku histeryzował młody idol piosenki rockowej,
                                                  który zaprzepaścił piękną karierę ulegając w czasie plenerowego
                                                  koncertu atakowi ekshibicjonizmu, czym wywołał nagonkę na samego
                                                  siebie w prasie, radiu i telewizji.
                                                  - I co z tego, Jasiu? - perswadowała mu Simona. - Czy przez to
                                                  gorzej śpiewasz?
                                                  - Śpiewam lepiej! - zaperzył się idol - ale publiczność żąda,
                                                  żebym powtarzał ten numer na każdym koncercie, a ja mam obie ręce
                                                  zajęte gitarą!
                                                  Proboszcz Chudzielak kosym okiem spoglądał na Bassetowską
                                                  przychodnię, gdyż od czasu jej powstania ilość pogrzebów niezwyk-
                                                  le zmalała, chociaż szef konkurencyjnej placówki, adiunkt dr
                                                  Wygrzmocony starał się jak umiał. Księdza pocieszyła trochę msza
                                                  dziękczynna za odwołanie ministra Nieckarza, zakupiona przez
                                                  miejscowe rzemiosło, a co do adiunkta, to ślepy los, ten wielki
                                                  ironista, oderwał go od spraw zawodowych, ingerując brutalnie w
                                                  jego życie rodzinne - oto piękna pani Jolanta Wygrzmocona nagle
                                                  zaniemogła, a wszystkie badania, analizy i prześwietlenia wskazy-
                                                  wały na istnienie w jej subtelnym organizmie groźnego wrzodu dwu-
                                                  nastnicy.
                                                  - Przyrzeknij mi - prosiła męża - że gdy umrę, a ty znajdziesz
                                                  sobie inną kobietę, to nie pozwolisz jej chodzić w moich suk-
                                                  niach...
                                                  - Ale co ty wygadujesz, kotuś - żachnął się w roztargnieniu
                                                  adiunkt - ta żeż ona jest całkiem inaczej zbudowana... Tfu, co ja
                                                  wygaduję?! - zawołał. - Dlaczego masz umierać, wytnę ci ten wrzód
                                                  i będziesz jak nowa!
                                                  - O, co to, to nie! - krzyknęła chora. - Nie waż się na mnie
                                                  eksperymentować, jak Piekarski na mękach! Jeżeli ktoś może mnie
                                                  ocalić, to tylko Basset!
                                                  - Ależ żabciu - wił się adiunkt - przecież wiesz, że ja z nim
                                                  nie rozmawiam...
                                                  - To porozmawiaj jak Polak z Polakiem! - wrzasnęła żabcia. -
                                                  Zapłać mu, obiecaj, błagaj! Przecież coś mi jesteś winien za to,
                                                  że umożliwiłam ci karierę i stanęłam przed tobą otworem!
                                                  Tak więc doktor Wygrzmocony jak niepyszny poszedł prosić do-
                                                  centa o ratunek dla żony.
                                                  - Niestety tatusia nie ma - poinformowała go Simona, szarpiąc
                                                  stary dren, który jakoś nie chciał wyjść z jamy brzusznej pacjen-
                                                  ta. - Tatuś pisze teraz podręcznik dla wiejskich lekarzy i
                                                  poszedł się naradzić w sprawie języka z panem profesorem Różopo-
                                                  lańskim.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 16. 27.11.05, 20:56
                                                    Docent Basset - 16.

                                                    Profesor Różopolański stracił posadę w szkolnictwie wyższym
                                                    wiosną 1968 za nacjonalizm, co skłoniło go do przypuszczeń, że
                                                    padł ofiarą jakiegoś nieporozumienia.
                                                    - Za jaki nacjonalizm? - wołał w gabinecie rektorskim, do
                                                    którego wdarł się mimo protestów sekretarki. - Czy ja jestem
                                                    Niemiec? Czy ja jestem endek? Pan nie wiesz, kto ja jestem? To
                                                    patrz pan! - tu sięgnął do rozporka i wylegitymował się rek-
                                                    torowi.
                                                    - Mój Boże - rozczulił się rektor - do czego to doszło, a nie
                                                    tak dawno ja robiłem to samo na żądanie szturmbanfirera Helmuta
                                                    Lumpke!
                                                    - I co? - spytał profesor.
                                                    - W zasadzie nic, powiedział "ich gratuliere", zasalutował i
                                                    poszedł. Ale nawiasem mówiąc, po co pan profesor mi to pokazuje?
                                                    Schowaj pan i pogadamy.
                                                    Rozmowa nic jednak nie dała, ponieważ Różopolański upierał
                                                    się, że nie może być równocześnie Żydem i nacjonalistą, na co
                                                    przedstawiał mnóstwo cytatów i przykładów historycznych,
                                                    powołując się na Esterkę, Berka Joselewicza, Brunona Jasieńskiego
                                                    i Adama Mickiewicza, co do którego żywił nie pozbawione podstaw
                                                    podejrzenia.
                                                    - Dobrze - zgodził się wreszcie rektor - w takim razie nie
                                                    wylatuje pan za nacjonalizm, tylko za syjonizm.
                                                    - A, to w porządku! - zawołał z ulgą profesor i wyjechawszy na
                                                    prowincję doczekał jako belfer gimnazjalny zasłużonej emerytury.
                                                    Do tego właśnie lokalnego mędrca udał się obecnie Basset, aby
                                                    skorygować pod względem językowym swój podręcznik dla wiejskich
                                                    lekarzy. Zastał uczonego wśród sterty starych ksiąg, poprze-
                                                    tykanych zakładkami i liszkami.
                                                    - Nie uwierzy pan - mówił z ożywieniem Różopolański - jaki
                                                    żywy i giętki jest nasz język i ilu nowych znaczeń nabierają
                                                    peryferyjne uprzednio wyrazy.
                                                    - Na przykład? - zainteresował się lekarz.
                                                    - Na przykład bezokolicznik "pierdolić".
                                                    - No wie pan! Ten akurat wyraz jest bardzo wulgarny...
                                                    - Nie jest, tylko był! - oświadczył językoznawca. - W swoim
                                                    dawnym znaczeniu nie bywa on już prawie używany, gdyż zastąpiły
                                                    go inne określenia, przeważnie zresztą rusycyzmy. Ów natomiast
                                                    prapolski wyraz zrobił nieoczekiwaną karierę i stał się obecnie
                                                    substytutem, można powiedzieć że jockerem, zastępującym większość
                                                    obiegowych słów. O, patrz pan, tu wynotowałem tylko drobną część
                                                    nowych znaczeń... - i podsunął chirurgowi kartkę z następującym
                                                    słowniczkiem:

                                                    Forma wyjściowa: pierdolić. Głównie: gadać od rzeczy.

                                                    Pochodne: napierdolony - opity, ale także pobity przez kogoś.
                                                    Dopierdolić komuś: przylać mu, także przygadać.
                                                    Napierdolić komuś: nakłamać, napleść.
                                                    Opierdolić kogoś: obrugać, zbesztać.
                                                    Opierdolić coś: sprzedać na lewo.
                                                    Opierdalać: leniuchować, ale także wykonywać jakąś czynność
                                                    globalną np. opylać łan zboża, objadać krzak malin.
                                                    Opierdol: zwrócenie komuś uwagi (spuścić komuś niezły opier-
                                                    dol).
                                                    Odpierdol: odwal się. Na odp-dol robić: byle jak.
                                                    Odpierdalać: oddalać się, odpływać od brzegu, odbijać.
                                                    Odpierdolić się: zrezygnować z czegoś, odczepić się od kogoś,
                                                    ale też elegancko się ubrać ("ale żeś się odpierdolił").
                                                    Nadpierdolony: uszkodzony, również podstarzały, np.: "Beata
                                                    była urodziwa, ale lekko nadpierdolona zębem czasu".
                                                    Pierdoła: nudziarz, ględa. W poznańskiem gatunek ziemniaka:
                                                    Pierdoła Wielkopolska Złocista.
                                                    Spierdolić: zepsuć coś, ale również uciec, np.: "Związałem już
                                                    pieskiego syna, spierdalamy waćpanno!" (Zagłoba do Heleny).
                                                    Upierdolić: urwać coś, np.: "W tym momencie granat upierdolił
                                                    mu rękę" ("Barwy walki", rękopis). Upierdolić się - upić się.
                                                    Podpierdolić: ukraść.
                                                    Wpierdalać się: rozzłościć się, ale również wpaść na coś lub w
                                                    coś np.: "Przy szczęku mieczy, dźwięku trąb i tarabanów wpier-
                                                    dolił się Sobieski w obóz bisurmanów" (Deotyma).
                                                    Zapierdalać: iść dokąś, także ciężko pracować (jak mały samo-
                                                    chodzik), również śpiewać, np.: "Zapierdalamy, morze nasze morze,
                                                    trzy cztery!" (Wyk. Kom. Mar. Woj. 0815 - tjn/356/86, Rozk. nr
                                                    156 ust. 3, popr.).

                                                    - Nie chce pana nudzić - powiedział Różopolański - to tylko
                                                    ułamek moich zbiorów, i to nie uporządkowany, nawet alfabety-
                                                    cznie. A gdzie takie cymelia jak "pierdl", "zapierdol", "pier-
                                                    dziajew", "pierdułka", "pierdolca mieć", "rozpierducha", i tym
                                                    podobne?
                                                    - Profesorze! - zawołał z entuzjazmem Basset - ja to wszystko
                                                    wprowadzę do mojego podręcznika. Sądzę, że sformułowanie "po wy-
                                                    pierdoleniu ślepej kiszki spierdalamy brzeg rany do kupy i
                                                    opierdalamy katgutem na okrętkę" da naszej młodzieży medycznej
                                                    więcej niż jakiekolwiek uczone wywody. Dziękuję, nie przeszkadzam
                                                    i spierdalam!
                                                    - A giten cześć - odrzekł życzliwie sędziwy lingwista.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 17. 28.11.05, 20:50
                                                    Docent Basset - 17.

                                                    Adiunkt Wygrzmocony wyciskał resztki sił ze swego zaporożca,
                                                    aby dopaść Basseta i ubłagać go o usunięcie owrzodzonej dwunast-
                                                    nicy z organizmu pięknej pani Jolanty. Ale wydarzenia historyczne
                                                    odsunęły w niewiadomą przyszłość to bezpośrednie spotkanie dwóch
                                                    wybitnych przedstawicieli polskiej medycyny. Za samochodem roz-
                                                    legł się klekot, potem warkot, następnie jakby wycie kota, który
                                                    w roztargnieniu usiadł na fajerce, potem jakby kilka strzałów za-
                                                    kończonych większą eksplozją, wreszcie z tumanów kurzu wyłonił
                                                    się kapral Modliszka na służbowym junaku i zajechawszy adiunktowi
                                                    drogę, zatrzymał go ruchem ręki.
                                                    - Panie Modliszka - rzekł pojednawczo lekarz, wychylając się
                                                    przez okno samochodu - ja wiem, że przekroczyłem trzydzieści na
                                                    godzinę, ale proszę wziąć pod uwagę...
                                                    - Co tam trzydzieści - machnął dłonią Modliszka - jest gorsza
                                                    sprawa... - i przechyliwszy się z siodełka, szepnął tajemniczo:
                                                    - Atestacja stanowisk!...
                                                    - Jezus Maria! - krzyknął Wygrzmocony, ocierając spocone
                                                    czoło.
                                                    - A co to znaczy? - spytał po chwili.
                                                    - Właśnie, że tego nikt nie wie - odparł kapral - ale to ma
                                                    być, więc naczelnik gminy zwołał zebranie całej kadry kierowni-
                                                    czej, a ja od rana ganiam po terenie i zawiadamiam, a jak ktoś
                                                    się opiera, to doprowadzam. Pan sam, czy...?
                                                    W sali konferencyjnej Urzędu Gminnego panowała trwożna cisza,
                                                    a na jej tle złowieszczo jak kruk odzywał się od czasu do czasu
                                                    żołądek odchudzającej się aktualnie przewodniczącej Kółka
                                                    Gospodyń, na przemian z chroniczną czkawką leśniczego Dwurury.
                                                    Sekretarz gminy, mgr Ropny gorączkowo wertował słownik wyrazów
                                                    obcych.
                                                    - Atestacji nie widzę - mówił - ale są ateryny, rodzina ryb
                                                    tropikalnych, długości do czternastu centymetrów, plank-
                                                    tonożerne...
                                                    - To nie może być to - oświadczył naczelnik - szukaj pan
                                                    dalej.
                                                    - O, jest atest! - ucieszył się sekretarz. - To dokument
                                                    określający własności gotowego wyrobu lub materiału, wystawiony
                                                    przez wytwórcę... Hurra! Jest i atestacja!
                                                    - Chwała Bogu - zaszemrał aktyw.
                                                    - Atestacja, dawniej świadectwo, poświadczenie.
                                                    - Nic więcej nie ma?
                                                    - Nic, dalej jest ateoza, mimowolne powolne ruchy członków...
                                                    - Mój mąż to ma! - zgłosiła się dyrektorka przedszkola.
                                                    - Pozostańmy przy atestacji - zdecydował naczelnik - ponieważ
                                                    ta atestacja to zaświadczenie, a to ma być atestacja stanowisk,
                                                    więc bardzo proszę żeby każdy, kto jest na stanowisku, wystawił
                                                    sobie zaświadczenie.
                                                    - Zaświadczenie, że co? - spytał ktoś z sali.
                                                    - Zaświadczenie, że jest na tym właśnie stanowisku, na którym
                                                    jest.
                                                    - To zależy, o jakie stanowiska im chodzi - zamędził klarowny
                                                    dotychczas przebieg dyskusji działacz ludowy Kant-Gwizdek. - Na
                                                    ten przykład w naszym PGR-ze oprócz pięciu stanowisk kierowni-
                                                    czych jest również obora na sześćdziesiąt stanowisk dla bydła.
                                                    - A ja mam w swoim rewirze piętnaście stanowisk myśliwskich i
                                                    dziewięć albo dziesięć ambon - podtrzymał go leśniczy Dwurura.
                                                    Ktoś dopytywał się, czy księgowy w GS-ie to już stanowisko,
                                                    czy jeszcze posada, a ludzie z dalszych rzędów, gdzie słyszalność
                                                    była kiepska, doszli do przekonania, że do ich sklepu mają rzucić
                                                    transport czternastocentymetrowych ryb tropikalnych, w związku z
                                                    czym utworzyli komitet kolejkowy.
                                                    - Co pani rozumie przez "powolne ruchy"? - pytała poufnie
                                                    przewodnicząca koła gospodyń dyrektorkę przedszkola. - Raz na
                                                    minutę?
                                                    - Raz na kwadrans... - wyznała z goryczą dyrektorka.
                                                    - Bidulka... - rozczuliła się przewodnicząca - raz na kwadrans
                                                    czternaście centymetrów... Ach, co ja gadam, to zaświadczenie ma
                                                    mieć czternaście... W każdym razie, niech się pani zapisze do
                                                    naszego kółka, my nie takie sprawy załatwiamy. Ot, nie tak dawno
                                                    koleżanka Krwionośna z Banku Spółdzielczego żaliła się, że mąż
                                                    jest oziębły, więc załatwiłyśmy u Basseta receptę na wyciąg z
                                                    królika, i co pani powie, tak na tego męża podziałało, że nawet
                                                    nie doczekał do wieczora, tylko dopadł ją przy drugim śniadaniu i
                                                    zrobił jej dużą przyjemność.
                                                    - To ogromna radość dla żony... - westchnęła zazdrośnie
                                                    wychowawczyni maluchów.
                                                    - Nie tylko dla żony, dla całego personelu i dla klientów. W
                                                    banku podczas drugiego śniadania jest zawsze duży ruch.
                                                    - No więc jak - podsumował naradę naczelnik - rozumiemy już, o
                                                    co chodzi w tej atestacji?
                                                    - Ani w ząb... - odrzekli zebrani.
                                                    - W takim razie od jutra bierzemy się do roboty! I wzięli się,
                                                    żeby mieć to jak najprędzej z głowy.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 18. 03.12.05, 20:09
                                                    Docent Basset - 18.

                                                    - Siadajcie, kapralu - powiedział życzliwie sierżant Miziak do
                                                    przybyłego właśnie z obchodu Modliszki. - Co tam nowego na re-
                                                    jonie?
                                                    - Melduję, że całe przedpołudnie śledziłem tego inhibicjonis-
                                                    tę, który deprawuje siostry tercjarki w Kićkach Dolnych.
                                                    - Nie in - poprawił go Miziak - tylko ekshibicjonistę.
                                                    - A właśnie że in - upierał się kapral - ponieważ ekshibicjo-
                                                    nista na widok zbliżającej się kobiety nieoczekiwanie wystawia, a
                                                    ten zwyrodnialec natomiast czekał z wystawionym, a w ostatniej
                                                    chwili go chował, co jest większym okrucieństwem, zwłaszcza w
                                                    przypadku starszych i krótkowzrocznych kobiet.
                                                    - Zostawcie to wszystko - rozkazał sierżant - przed nami stoi
                                                    odpowiedzialne zadanie polityczne... Cisza tam! - krzyknął w
                                                    stronę aresztu, do którego drzwi ktoś się gwałtownie dobijał.
                                                    - Otóż - podjął przerwaną myśl - musimy w ciągu dzisiejszego
                                                    dnia ujawnić wszystkie struktury podziemne.
                                                    - Zapudłować? - ucieszył się kapral.
                                                    - Wprost przeciwnie, wypuścić tych co siedzą, a z tymi na wol-
                                                    ności przeprowadzić rozmowy, żeby nie mieli wątpliwości, że o
                                                    nich wszystko wiemy. Ja już nawet wypuściłem naszego aresztanta
                                                    Leżaka.
                                                    - Jak to wypuścił pan? - zdziwił się Modliszka. - Przecież
                                                    słyszę jak się dobija...
                                                    - Dobija się, ale z zewnątrz, żeby go wpuścić z powrotem, bo
                                                    na zewnątrz straci cały autorytet.
                                                    - Żyguła-bambuła, Świrgoń-bździrgoń! - darł się przymusowo
                                                    amnestionowany, pragnąc sprowokować swoje ponowne uwięzienie.
                                                    - Nic nie wie o ostatnich zmianach w stolicy... - zachichotał
                                                    Miziak.
                                                    - Modliszka psia kiszka! - wrzasnął desperat.
                                                    - Zaraz mu przywalę - warknął kapral.
                                                    - Dajcie spokój, od dziś mamy być tolerancyjni i wielkoduszni.
                                                    - Miziaczek kurdyflaczek! - rozległo się pod oknem.
                                                    - No dobrze, przywalcie mu - przyzwolił sierżant - ale bez
                                                    złości!
                                                    - Tak jest, bez złości! - zawołał kapral i wyskoczył na ganek,
                                                    ale były aresztant umykał już w stronę lasu, na wszelki wypadek
                                                    zakosami.
                                                    - No, teraz siadajcie kapralu na motor i przeprowadźcie roz-
                                                    mowy wyjaśniające z całą opozycją w gminie. Mamy to wszystko
                                                    dokładnie obcykane, a tu jest lista z adresami.
                                                    - Jak to z adresami? Przecież jest tylko jeden adres...
                                                    - Jeden... - zgodził się niechętnie Miziak - ale według in-
                                                    strukcji musi być na liście.
                                                    Modliszka kopnął służbowego junaka i wskoczywszy na siodełko
                                                    pojechał prosto do mieszkania młodego lekarza, doktora Wysłodka.
                                                    Wysłodek otworzył mu w szlafroku, zmachany jakiś i spocony.
                                                    Aha... na pewno pracował przy powielaczu, drukując pod-
                                                    burzające ulotki - pomyślał kapral, ale nie zdradziwszy swych
                                                    podejrzeń, spytał chytrze:
                                                    - Bardzo żeś się pan namachał?
                                                    - Dosyć... - przyznał półgębkiem młody człowiek. - A dużo żeś
                                                    pan numerów natłukł?
                                                    - A co to pana obchodzi? - wkurzył się Wysłodek.
                                                    - Obchodzi, panie doktorze - wyjaśnił triumfująco Modliszka -
                                                    ponieważ ja przyszedłem pana ujawnić, a na sam początek kon-
                                                    fiskuję pańską maszynę! - co oświadczywszy, wszedł energicznie do
                                                    pokoju, gdzie jednak nie zastał żadnych urządzeń powielających,
                                                    tylko psychologa, panią magister Felgę, która w pośpiechu
                                                    wsadziła obie nogi do jednej pończochy, a będąc przy tym zupełnie
                                                    goła, do złudzenia przypominała podstarzałą syrenę, albo uczest-
                                                    niczkę biegu w workach, zorganizowanego z okazji dorocznego
                                                    święta robotniczego koncernu RSW Prasa.
                                                    - Proszę sobie nie przeszkadzać - znalazł się grzecznie
                                                    kapral.
                                                    - Ja pana doktora mogę ujawnić również w kuchni.
                                                    - Ale ja się nie chcę ujawnić! - oświadczył zatwardziały kon-
                                                    spirator, usiłując zjeść zeszyt z szyframi, ale nie mając pod
                                                    ręką pepitki zwymiotował zaraz na środek pomieszczenia.
                                                    - Możesz pan nie chcieć - odrzekł flegmatycznie Modliszka,
                                                    czyszcząc sobie buty firanką - tym niemniej ja pana w tej chwili
                                                    dekonspiruję, raz dwa trzy, już!
                                                    - Tak? A ja się z powrotem zakonspirowywowuję!
                                                    - A ja pana ponownie dekonspiruję!
                                                    - Aja...
                                                    - Aja - przerwał mu kapral - zatykam uszy i nic nie słyszę,
                                                    bzzzz! - i rzeczywiście, wsadziwszy sobie palce do uszu, z
                                                    cyrkową zręcznością skoczył na junaka i bez trzymania zniknął w
                                                    kłębach kurzu.
                                                    - No, skończyli z opozycją... -jęknął żałośnie dr Wysłodek do
                                                    magister Felgi, ponieważ jednak na skutek utkwienia spinacza w
                                                    przełyku cokolwiek bełkotał, pani psycholog zrozumiała, że pyta
                                                    ją "jaką skończymy pozycją?".
                                                    - Może taką? - zaszczebiotała, przybierając ją. Tymczasem
                                                    sierżant Miziak mówił na komisariacie:
                                                    - No, teraz nareszcie będzie spokój... Chyba żeby, broń Boże,
                                                    próbowali stworzyć na odmianę jakieś jawne struktury...
                                                    - E, nie kracz pan - zmitygował go Modliszka, niestety zbyt
                                                    późno, ponieważ Miziak już właśnie wykrakał.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 19. 06.12.05, 22:11
                                                    Docent Basset - 19.

                                                    Po wielu wydarzeniach politycznych i ruchach społecznych
                                                    wstrząsających gminą, doktor Wygrzmocony dopadł wreszcie docenta
                                                    Basseta w jego wiejskiej izbie chorych i ze zrozumiałym
                                                    skrępowaniem wyartykułował prośbę o wycięcie pani Jolancie wrzodu
                                                    dwunastnicy.
                                                    - Zdaję sobie sprawę - mówił ze skruchą - że zawiniłem wobec
                                                    pana, zabierając mu ukochaną żonę...
                                                    - Drobiazg... - machnął ręką Basset, zajęty akurat przedmuchi-
                                                    waniem zatkanego irygatora.
                                                    - Tym niemniej - ciągnął Wygrzmocony, któremu nie w smak było
                                                    takie lekceważące traktowanie ubóstwianej kobiety - tym niemniej
                                                    drzemie zapewne w panu podświadome poczucie krzywdy, które mam
                                                    nadzieję nie rzutuje na rezultat operacji.
                                                    - Chodzi panu o to, żebym nie odgrywał się na Jolancie? -
                                                    domyślił się docent. - Spokojna głowa!
                                                    - Chociaż - dodał z błyskiem w oku - gdybym był mściwy, to
                                                    mógłbym jej przy okazji podorabiać takie przełącza i skróty
                                                    pokarmowe, że cała gmina wyłaby ze śmiechu. Znałem kiedyś starego
                                                    chirurga, który jak dorwał na stole operacyjnym kochanka swojej
                                                    żony, to tak sobie na nim pojeździł, że facet po wyjściu z klini-
                                                    ki pierdział lewym uchem, co zresztą doprowadziło do nadmiernych
                                                    i rujnujących zakupów wełny szetlandzkiej, ponieważ ten gość był
                                                    akurat naszym radcą handlowym w Londynie, i za każdym razem, jak
                                                    mu się podczas rokowań przydarzyło z tym uchem, to Anglicy
                                                    myśleli, że on mówi "Pure Wool" i traktowali to jako żądanie
                                                    przez stronę polską zwiększenia dostaw.
                                                    - Czy pańska urocza, chociaż przyznajmy że prymitywna lecznica
                                                    będzie w stanie zagwarantować Jolancie pełną septykę i
                                                    oprzyrządowanie? - zatroskał się mąż pacjentki.
                                                    - Nie martw się pan - uspokoił go Basset - my tu robimy nawet
                                                    przeszczepy. Początkowo przeszczepialiśmy tylko żółtaczkę za-
                                                    kaźną, ale teraz wszywamy wszystko jak leci. O, tu mamy bank
                                                    członków - wyjaśnił z dumą, otwierając lodówkę marki "Mińsk". -
                                                    To, co pan widzi, to członek rzeczywisty, tamto to zastępca
                                                    członka, a ten malutki to członek korespondent.
                                                    - A to? - spytał Wygrzmocony, wskazując jakiś rozbudowany or-
                                                    gan.
                                                    - To nasza krajowa specjalność, członek zbiorowy, nie spo-
                                                    tykany nigdzie indziej na świecie. Oto członek wspierający, tak
                                                    zwany szwagier, a ten ze złoceniami to członek honorowy.
                                                    - Skąd bierzecie dawców?
                                                    - Aż izby wytrzeźwień. Taki pijaczyna jak wychodzi stamtąd ra-
                                                    no wyprysznicowany na zimno, ze zrobionym pedicurem i po zapłace-
                                                    niu rachunku, to nie zwraca uwagi czy ma wszystko na miejscu,
                                                    tylko wyrywa aby dalej. W dodatku amputowany organ nasycony alko-
                                                    holem znakomicie adaptuje się w ciele pacjenta, też przeważnie
                                                    pijaka, gdyż organizm przyjmuje przeszczep jako coś swojego i nie
                                                    stawia bariery immunologicznej.
                                                    Po tych wyjaśnieniach adiunkt z pełnym zaufaniem oddał Jolantę
                                                    pod opiekę znakomitego chirurga.
                                                    - Mietek... -jęknęła rozdzierająco na widok swego byłego męża,
                                                    do którego, przy jego obecnej kondycji, chętnie by powróciła,
                                                    porzucając dołującego ostatnio adiunkta. - Mietek, ja nie
                                                    chciałam cię zostawić, to ten Wygrzmocony tak się mnie uczepił
                                                    jak umarłemu kadzidło, a gdy opierałam się, to walił mnie jak
                                                    darowanemu koniowi w zęby...
                                                    - Proszę zabrać tę panią do kąpieli! - rozkazał zimno Basset.
                                                    - Kąpałam się w zeszły wtorek... - zaszemrała Jolanta.
                                                    - No to na stół operacyjny. Golenie, strzyżenie, lewatywa, as-
                                                    piryna, spowiedź, narkoza!
                                                    I Basset wziąwszy ze stojaka przepychadło do zlewu i laubzegę
                                                    poszedł energicznym krokiem za pielęgniarzami prowadzącymi piękną
                                                    Jolantę, w której oczach widać już było przedoperacyjną rezyg-
                                                    nację, a w dłoni klamkę, wyrwaną niechcący, gdy się jej uczepiła
                                                    w ostatnim odruchu samozachowawczego protestu.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 20. 09.12.05, 10:10
                                                    Docent Basset - 20.

                                                    Któryż to już raz widzimy docenta Basseta, jak fachowy i wspa-
                                                    niały ujmuje w dłoń skalpel, po czym orlim, a raczej - ze względu
                                                    na zawód - sępim wzrokiem ogarnia leżące przed nim bezwładne cia-
                                                    ło pacjenta. Tym razem jednak na stole operacyjnym nie spoczywał
                                                    anonimowy podmiot działań chirurgicznych, lecz jakże dobrze mu
                                                    znany organizm wykazujący bezsprzecznie cechy płci żeńskiej, czy-
                                                    li inaczej mówiąc pani Jolanta, primo voto Basset, obecnie Wygrz-
                                                    mocona. Docent nachylił się i energicznym ruchem naciął ciało
                                                    pacjentki na krzyż, tak jak stary pobożny chłop nacina świeżo u-
                                                    pieczony bochen razowego chleba. Asystenci przeżegnali się, a po-
                                                    zostawiony tu przez niedopatrzenie od stanu wojennego komisarz
                                                    wojskowy, kapitan Kabura, stanął odruchowo na baczność.
                                                    Traf chciał, że tego samego dnia zawitał do gminy z nieza-
                                                    powiedzianą, ale oczekiwaną wizytą podsekretarz stanu w Minis-
                                                    terstwie Czynów Społecznych, Wincenty Podnośnik, któremu - jak
                                                    pamiętamy - Basset wyciął przed kilku laty nie te co trzeba gru-
                                                    czoły, pozbawiając tym samym zasłużonego działacza zainteresowa-
                                                    nia płcią przeciwną, ale jakby w rekompensacie obdarzając go
                                                    niezwykle przenikliwym falsetem, dzięki któremu Podnośnik mógł
                                                    przemawiać bez nagłośnienia nawet w Sali Kongresowej, co budziło
                                                    zawiść centralnego aktywu.
                                                    - Cześć pracy! - pisnął przenikliwie dostojny gość, stając na
                                                    progu sali operacyjnej w otoczeniu gospodarzy gminy i województ-
                                                    wa.
                                                    - Bardzo ładna masarnia! - pochwalił, rozglądając się po zakr-
                                                    wawionym wnętrzu i biorąc omyłkowo Basseta za rzeźnika,
                                                    dzielącego sztukę nierogacizny, w czym nie był daleki od prawdy.
                                                    - Dzielcie sprawiedliwie - przestrzegał górnolotnie, jak to
                                                    było ostatnio w zwyczaju - wymagają tego istniejące jeszcze trud-
                                                    ności na rynku mięsnym, które jednakowoż jesteśmy w stanie
                                                    przezwyciężyć, pod warunkiem że każdy na swoim stanowisku pracy
                                                    dołoży wszelkich starań...
                                                    Zebrani słuchali z szacunkiem nie wyprowadzając podsekretarza
                                                    z błędu, żeby go broń Boże nie rozzłościć, co mogłoby zaowocować
                                                    obcięciem budżetu gminy.
                                                    - Tato, bo mama nam się wykrwawi... - mruknęła Simona spod
                                                    maski.
                                                    - Morda w kubeł... - odmruknął chirurg, potakując jednocześnie
                                                    głową tokującemu gościowi.
                                                    - Sytuację mamy coraz lepszą - przemawiał Podnośnik - ostatnio
                                                    dzięki inicjatywie towarzysza Kotańskiego dokonaliśmy udanej
                                                    próby schwycenia się za ręce w godzinach pracy od Tatr do
                                                    Bałtyku, co wzmogło ogólne zaufanie. Także i w światopoglądzie
                                                    materialistycznym jesteśmy do przodu, o czym świadczą liczne
                                                    wypadki nadawania dzieciom takich imion jak... - tu zerknął do
                                                    notatek - Muamar Kwiatkowski, Bobrak Malinowski i Fidelka Gwiz-
                                                    dała. Natomiast nasza opozycja...
                                                    - Ledwie rzęzi! - poinformował o stanie pacjentki stary Ko-
                                                    ciorupa, który uwinąwszy się z obornikiem dorabiał sobie jako
                                                    anestezjolog.
                                                    - Tak, opozycja ledwie rzęzi! - wykrzyknął radośnie mówca -
                                                    słusznie to towarzysz ujął! - I w szlachetnym zamiarze
                                                    uściśnięcia mu ręki nastąpił przypadkowo na przewód od butli z
                                                    tlenem, co spowodowało, że zagrożona utratą życia Jolanta prze-
                                                    mogła działanie narkozy i siadła na łóżku.
                                                    - Co to jest? - zapytała półprzytomnie. - Dlaczego ja tu
                                                    siedzę jak kot z pęcherzem? Serce mi wali jak przepióreczka w
                                                    proso, a na złodzieju cipka gore... - co rzekłszy padła z
                                                    powrotem na swoje łoże boleści.
                                                    - O, świnia przemówiła... - zdziwił się gość. - A bo to pierw-
                                                    sza? - wytłumaczył sam sobie i uspokojony udał się na dalsze
                                                    zwiedzanie gminy, podczas gdy Basset wraz z personelem rzucił się
                                                    na ratunek pacjentki.
                                                    - To nie był żaden wrzód dwunastnicy! - mówił w pół godziny
                                                    później do adiunkta Wygrzmoconego.
                                                    - A co? Mięsak? - spytał nerwowo adiunkt.
                                                    - Nie mięsak, tylko wcześniak... - i docent jak sztukmistrz
                                                    wyjął zza pleców ładnego, uśmiechniętego Murzynka.
                                                    - Jolanto, co to ma znaczyć? - wrzasnął Wygrzmocony, wpadając
                                                    do pomieszczenia, w którym stary Kociorupa obudził właśnie panią
                                                    adiunktową, dawszy jej z satysfakcją parę razy po pysku.
                                                    - A nie chciałem przyjmować tego murzyńskiego dyplomaty w domu
                                                    - kontynuował rozwścieczony mąż - ale ty się uparłaś, że
                                                    załatwisz mi afrykański kontrakt! Miał być kontrakt, a jest
                                                    bękart! - zatkał, wskazując noworodka. - Nikt nie będzie miał
                                                    wątpliwości, że to pamiątka po ambasadorze Bamboko Kikuju!
                                                    - Po jakim Kikuju? - zareplikowała przytomnie Jolanta. -
                                                    Ględzisz jak sroka w kość. Przecież to po Czarnobylu!
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 21. 11.12.05, 17:19
                                                    Docent Basset - 21.

                                                    Wizytacja gminy przez ministra Podnośnika spowodowała ogromny
                                                    rozkwit czynów społecznych, za które ów mąż stanu był resortowe
                                                    odpowiedzialny.
                                                    I tak, kolejarze miejscowego węzła wystawili w remizie sztukę
                                                    "Dwoje na huśtawce" w wykonaniu przetokowego Nagwizdały i Kaśki
                                                    Pyzdry, zatrudnionej od niedawna w charakterze konduktorki, a tak
                                                    sprytnie przez scenografa ucharakteryzowanej, że nikt jej nie
                                                    mógł rozpoznać aż do momentu urwania się huśtawki i spadnięcia
                                                    wykonawczyni głową w dół, co - ponieważ dla artystycznego luzu
                                                    była bez majtek - spowodowało natychmiastową jej identyfikację, a
                                                    tuż potem frenetyczną owację.
                                                    Wyręczeni przez brać kolejarską aktorzy zamknęli teatr na
                                                    cztery spusty i zgłosili się do akcji cukrowniczej, dzięki czemu
                                                    załoga cukrowni mogła zastąpić kolejarzy, zajętych wspomnianą
                                                    wyżej inscenizacją. Zamknięcie teatru miało i ten dodatkowy
                                                    skutek, że zniknęła nagle zmora wysokich dopłat państwowych do
                                                    każdego widza, a nowy minister kultury, profesor Krawczuk zaczął
                                                    się łudzić nadzieją, iż pod jego klasycyzującym wpływem wracamy
                                                    do czasów starogreckich, kiedy to teatr nie dopłacał do pub-
                                                    liczności, tylko publiczność do teatru, z tym że repertuar był
                                                    wówczas jakby lepszy.
                                                    Dyrektor szpitala, adiunkt Wygrzmocony, ze względu na specja-
                                                    listyczny charakter swojej placówki nie mógł dopuścić do zbyt
                                                    szeroko pojętej wymiany usług, poszedł jednak na ograniczony
                                                    eksperyment, udając się wraz z personelem do gminnej lecznicy
                                                    weterynaryjnej, której bratnia załoga zajęła się w tym czasie
                                                    jego pacjentami. Chorzy nie zauważyli zresztą jakiejś specjalnej
                                                    różnicy. Nie dziwili się nawet, że do badania są ustawiani na
                                                    czworakach, klepani po zadach i zachęcani okrzykami "nastąp się,
                                                    stara", ponieważ do takiego traktowania przywykli od dawna w
                                                    kolejkach, urzędach, a nawet w rodzinnych domostwach.
                                                    Minister Podnośnik promieniał, notował i głośno wyrażał swoje
                                                    uznanie.
                                                    - Brawo, towarzysze! - mówił swoim niezrównanym, administra-
                                                    cyjnym falsetem - gdyby tak wszyscy zastępowali jedni drugich, to
                                                    już dawno byłoby o wiele lepiej niż jest!
                                                    - A jakby każdy robił swoje? - zapytał nieśmiało, podchmielony
                                                    zapewne, miejscowy przygłup Kwasimorda.
                                                    - Robić swoje to nie sztuka! - pisnął Podnośnik. - Nie
                                                    pójdziemy na łatwiznę!
                                                    - Nie pójdziemy, tak nam dopomóż Bóg! - zakrzyknął zgrupowany
                                                    wokół niego aktyw.
                                                    - A wy, Kwasimorda, co? - zapytał przygłupa naczelnik gminy,
                                                    Sylwester Balanga. - Niby o paszport się staracie, a jednocześnie
                                                    defetyzujecie dyskusję? To jak to jest?
                                                    - A co to ma jedno do drugiego? - udawał idiotę przygłup, jak-
                                                    by nie wiedział, że ma.
                                                    - Dajcie mu ten paszport - machnął ręką wiceminister - niech
                                                    jedzie!
                                                    - Ale on chce tam zostać! - wyjaśnił szeptem naczelnik.
                                                    - To niech zostaje. Nie czytaliście w prasie, że za granicą
                                                    pozostaje nielegalnie sama swołocz? Co kto ucieknie, to okazuje
                                                    się, że albo malwersant, albo szpieg, albo dewiant seksualny. W
                                                    ten sposób w kraju gromadzi się najlepszy element, a równocześnie
                                                    pompując na Zachód szumowiny, rozkładamy go moralnie.
                                                    - To źle - zmartwił się naczelnik - bo on chce uciec do Rumu-
                                                    nii.
                                                    - To jakiś kretyn! - skwitował dyskusję Podnośnik i ruszył w
                                                    dalszy obchód, poprzedzony przez banderię chłopską, sierotki
                                                    sypiące kwiaty, sześciu trębaczy i dwóch najtęższych kulturystów
                                                    z LZS-u, dźwigających ogromny, przygotowywany pracowicie od pół
                                                    roku napis "Witamy Niezapowiedzianą Wizytę".
                                                    Jednocześnie zabrzmiały okrzyki z budowy osiedla pod pa-
                                                    tronatem ZSMP i dzwony z budowy kościoła pod patronatem Matki
                                                    Boskiej.
                                                    Jedna z tych budów była zdecydowanie bardziej zaawansowana niż
                                                    druga.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 22. 14.12.05, 22:36
                                                    Docent Basset - 22.

                                                    Nieszczęścia, jak to mówią, chodzą zwykle parami. Po wizycie
                                                    tow. Podnośnika na gminę, jak jastrząb na kurę spadła nagle
                                                    telewizja.
                                                    Docenta Basseta jej najazd zastał przy zwykłych zajęciach.
                                                    Operował on właśnie przewodniczącego miejscowego oddziału PRON,
                                                    mecenasa Fizdonia, relegując z jego wnętrzności sześciometrowego
                                                    tasiemca, a przy okazji dzieląc się swą wiedzą z kilkoma młodymi,
                                                    wiejskimi lekarzami, przebywającymi aktualnie na stażu.
                                                    - Jest to typowy tasiemiec uzbrojony, tak zwany zachodni. Nasz
                                                    tasiemiec jest, jak wiadomo, nieuzbrojony i zawsze skłonny do
                                                    rokowań, przy pomocy których można go wywabić z organizmu, naj-
                                                    lepiej stosując system wtykania pacjentowi od tyłu dwóch jajek na
                                                    twardo i rurki z kremem przez sześć kolejnych dni. Siódmego dnia
                                                    wtykamy tam tylko jajka, a gdy tasiemiec wystawi główkę, żeby zo-
                                                    baczyć co z rurką, łapiemy go za kark i wywlekamy na zewnątrz...
                                                    - to mówiąc wpuścił pasożyta do słoja z formaliną. - Pacjent bę-
                                                    dzie chciał go obejrzeć - wyjaśnił - gdyż ten tasiemiec stanowił
                                                    prawie całe jego życie wewnętrzne.
                                                    Właśnie w tej chwili przed szpitalik zajechał ogromny samochód
                                                    z napisem "Polcolor", a z samochodu wysypała się kilkunas-
                                                    toosobowa ekipa, dźwigając kable, reflektory, kamery, statywy i
                                                    zwoje grubego jak ołówek drutu do podwatowania bezpieczników, bo
                                                    żaden bezpiecznik na świecie nie był w stanie oprzeć się strasz-
                                                    liwej mocy wysysanej przez ów ruchomy pomnik polskiej myśli tech-
                                                    nicznej.
                                                    - Redaktor Koszulowska - przedstawiła się Bassetowi przaśna
                                                    dwumetrowa blondyna - kręcimy trzy tematy, a mianowicie czytel-
                                                    nictwo na wsi jako czynnik kulturotwórczy, przestrzeganie higieny
                                                    warunkiem zdrowotności narodu i powszechne oszczędzanie to nasz
                                                    wspólny obywatelski obowiązek. U pana chcemy nakręcić powszechne
                                                    oszczędzanie.
                                                    - A nie lepiej higienę? - spytał chirurg.
                                                    - Higienę już mamy - powiedziała redaktorka z uśmiechem
                                                    wyższości - nakręciliśmy w GS-ie odchody gryzoni w kolorze.
                                                    - Mysie gówno - wyjaśnił z dumą operator - zrobiłem je naj-
                                                    pierw w planie amerykańskim, potem szwedzkim, a na końcu najazd
                                                    obiektywem japońskim "rybie oko".
                                                    - Także i czytelnictwo jużeśmy zarejestrowali - kontynuowała
                                                    blondyna - akurat do księgarni przywieźli "Pisma Wybrane" Haliny
                                                    Auderskiej i tłum rzucił się kupować, zadeptując w pośpiechu dwie
                                                    staruszki, co jest jak najbardziej. Tak więc u pana musimy zrobić
                                                    powszechne oszczędzanie...
                                                    - O! Mam! - krzyknęła, rzucając się w stronę romantycznego
                                                    wiejskiego sraczyka, stanowiącego jedyny sanitariat tej
                                                    rustykalnej lecznicy.
                                                    - Co pani ma? - zdziwił się Basset.
                                                    - Brak oszczędności! Biały dzień, a w ubikacji pali się
                                                    żarówka! Panie Zenku, kręcimy!
                                                    - To się nie nakręci - mruknął Zenek - żarówka dwudziestka,
                                                    ledwie błyszczy...
                                                    - To zakładajcie naszą tysiąc pięćsetkę! - zarządziła szefowa
                                                    ekipy, a gdy to uczyniono, oparła się o uchylone drzwi klozetiery
                                                    i zwróciła się do obiektywu ze słowami:
                                                    - W dobie ogólnej walki o oszczędność, szczególnie drastyczny
                                                    wydaje się przykład placówki zdrowia, marnotrawiącej tak cenną
                                                    energię elektryczną. Co pan ma na ten temat do powiedzenia, panie
                                                    doktorze?
                                                    - Pragnąłbym z tego miejsca - wystartował wychowany na dzien-
                                                    niku TV Basset - wyrazić swój żal z powodu tego mojego niedopa-
                                                    trzenia i złożyć uroczyste zapewnienie, że się to więcej nie
                                                    powtórzy...
                                                    - A winni... - podpowiedziała pani Koszulowska.
                                                    - A winni oczywiście zostaną pociągnięci - dokończył chirurg.
                                                    Ekipa oddaliła się z ogromną szybkością, aby zdążyć na wie-
                                                    czorną emisję, która trwała w sumie półtorej minuty, kosztowała
                                                    zaś plus minus osiemset tysięcy złotych, jeśli policzyć koszty
                                                    benzyny, zużycie sprzętu, delegacje dla pracowników oraz cenę za-
                                                    pomnianej w ubikacji żarówki o mocy półtora tysiąca watów.
                                                    Wieczorem stary Kociorupa udał się do tego pomieszczenia i
                                                    odruchowo przekręcił kontakt. Oślepiające białe światło wypełniło
                                                    ubogą sławojkę, rzucając staruszka na kolana.
                                                    - Panie... - zajęczał Kociorupa - nie jestem godzien tej łas-
                                                    ki...
                                                    - A może nawet jestem godzien - dodał po chwili namysłu. - Ale
                                                    czemu akurat tutaj?
                                                    W tym momencie eksplodowały z hukiem najpierw bezpieczniki w
                                                    szpitalu, potem w pobliskiej elektrowni, a wreszcie w całej kra-
                                                    jowej sieci energetycznej, której jedynym elementem wykazującym
                                                    jeszcze napięcie 220 był minister energetyki, gdyż do takiej
                                                    wysokości wzrosło mu nagle ciśnienie.
                                                    - Zosiu, świecę! - zażądał w ciemnościach od żony.
                                                    - Rzeczywiście świecisz, Oleś... - wyjąkała żona, patrząc z
                                                    podziwem na okalającą go, typową dla nadciśnieniowców bladą
                                                    poświatę.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 23. 19.12.05, 18:43
                                                    Docent Basset - 23.

                                                    Karnawał tego roku był wyjątkowo huczny. Bale, rauty, herbatki
                                                    tańcujące, włościańskie zabawy i dobroczynne tombole na rzecz
                                                    głodującej inteligencji odbywały się to tu, to ówdzie, zaś uko-
                                                    ronowaniem tego szału stał się wielki bal, wydany w salonach
                                                    szpitala przez panią dyrektorową Jolantę Wygrzmoconą.
                                                    Salony te wygospodarowano, wysiedlając tymczasowo pacjentów z
                                                    pomieszczeń parterowych na piętro, co przy okazji wywołało miłe
                                                    ożywienie, wesoły rozgardiasz i nawiązanie nowych stosunków
                                                    międzyludzkich, ponieważ część syfilityków z dermatologii
                                                    poukładano na waleta ze świeżo operowanymi klientami chirurgii
                                                    urazowej, a pensjonariuszki oddziału ginekologii przemieszano z
                                                    ofiarami wylewów mózgowych, z natury nieruchawymi i, dodajmy,
                                                    bezbronnymi wobec ekscesów seksualnych, dokonywanych przez
                                                    podekscytowane częstym wziernikowaniem pacjentki.
                                                    - Admirable, magnifigue! - zawołał marszałek szlachty do pani
                                                    Jolanty, całując na powitanie jej starannie wypielęgnowaną dłoń.
                                                    - Stworzyłaś tu pani istny pałac z bajki! - dodał, strzepując
                                                    popiół z cygara do wyszorowanej lizolem spluwaczki.
                                                    - Ach non, non, c'est miserable... - krygowała się gospodyni -
                                                    proszę mi lepiej powiedzieć, co tam, panie, w polityce? Czy może
                                                    coś nowego wpłynęło do pańskiej laski marszałkowskiej?
                                                    - Do laski nic nie wpłynęło - odrzekł kwaśno szlagon - nato-
                                                    miast wczoraj rano coś mi wypłynęło...
                                                    Te niewczesne wynurzenia przerwał mu na szczęście były podko-
                                                    morzy katowicki, zapraszając panią Wygrzmoconą do tańca.
                                                    - Tańce będą potem - wyjaśniła adiunktowa - na razie czekamy -
                                                    jak towarzysz Kania deszczu - na występy artystyczne.
                                                    Jakoż i rzeczywiście, na estradzie zaimprowizowanej ze
                                                    zsuniętych razem stołów sekcyjnych wystąpił chór młodzianków im.
                                                    Bogusława Kaczyńskiego, wykonując wiązankę pieśni o przyjaźni
                                                    między narodami, takich jak "Przylecieli Mongołowie pod zielony
                                                    sad", "W malowanej piwnicy tańcowali Chińczycy", "Angliku, An-
                                                    gliku, co tam niesiesz w koszyku", "Poszła Karolina do Indiani-
                                                    na", a na zakończenie przepiękny szlagier "Kocham cię, Żydzie".
                                                    Tymczasem w bufecie wesoło dzwoniły zlewki i probówki,
                                                    opróżnione z analiz i mieniące się żywą tęczą różnobarwnych
                                                    trunków.
                                                    - Za pomyślność drugiego etapu reformy! - wzniósł toast
                                                    naczelnik gminy Sylwester Balanga.
                                                    - Drugiego... - skrzywił się były minister Podmamuśka, studiu-
                                                    jąc umieszczony na probówce z wódką napis: "Urobilina 120 mg.,
                                                    gonokoki w normie".
                                                    - Wiesz pan, ja nie lubię niczego "drugiego". Weźmy dla
                                                    przykładu taką Drugą Rzeczpospolitą, drugi obieg wydawniczy albo
                                                    drugą kolejność zimowego odśnieżania, toż to same nieszczęścia...
                                                    - Oj, to to! - podtrzymał go psychiatra, dr Cycoń - zwłaszcza
                                                    drugi obszar płatniczy nam nie wyszedł...
                                                    - To myśmy jemu nie wyszli! - zaśmiał się triumfalnie Balanga.
                                                    - Przez to, że nie spłacamy długów, oni już tam jedzą z nędzy
                                                    szczury i glisty, jak to było widoczne w filmie "Oto Ameryka".
                                                    Jeszcze trochę, a cały ten zachodni bajzel się zawali, zwłaszcza,
                                                    że podrzuciliśmy im ministra Krasińskiego jako doradcę do spraw
                                                    ekonomii.
                                                    - No, to leżą! - ucieszył się Cycoń. W tej chwili orkiestra
                                                    zagrała do tańca.
                                                    - Patrz pan - mruknął naczelnik - Podkomorzy rusza... Zaraz...
                                                    gdzie ja już takie coś słyszałem, że Podkomorzy rusza?
                                                    - Pewnie na WUML-u - podsunął mu profesor Różopolański - ale
                                                    tamten Podkomorzy podał rękę Zosi.
                                                    - A faktycznie... A ten nasz Podkomorzy podał rękę Jolce...
                                                    - Opartej o pojemnik, gdzie trzymają stolce - zrymował Różopo-
                                                    lański, dodając sarkastycznie:
                                                    - Każda epoka ma taki taniec, na jaki sobie zasłużyła. W drugą
                                                    parę poszedł docent Basset z przewodniczącą Koła Gospodyń, a w
                                                    trzecią lider miejscowego podziemia, dr Wysłodek z mgr Barbarą
                                                    Felgą.
                                                    - Modliszka, ruszamy za nimi! - zakomenderował sierżant
                                                    Miziak, odziany w czarne domino, które zmieniłoby go nie do poz-
                                                    nania, gdyby nie nałożony na wierzch pas z kaburą. Kapral Mod-
                                                    liszka, przebrany za emerytowaną nauczycielkę rysunków i gim-
                                                    nastyki, włączył się posłusznie w korowód, aby podsłuchać i zni-
                                                    weczyć ewentualne knowania.
                                                    - Co to za kawałek grają? - zainteresował się naczelnik.
                                                    - To jest polonez Ogińskiego "Pożeranie Ojczyzny". - "Pogrze-
                                                    banie" - sprostował dr Cycoń.
                                                    - "Pożegnanie" - sfinalizował profesor Różopolański.
                                                    - Wielka mi różnica... - spuentował marszałek szlachty,
                                                    spoglądając na okno, do którego dobijał się gwałtownie pokraczny
                                                    chochoł, szarpany zimową wichurą.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 24. 24.12.05, 18:57
                                                    Docent Basset - 24.

                                                    Jakoś tuż po Nowym Roku do gminy wkroczyło Nowe i nakładło po
                                                    pysku księgowemu Paziułce, który wracał z zabawy w GS-ie.
                                                    - A może was pobił przygłup Kwasimorda? - rozpytywał wnikliwie
                                                    prowadzący śledztwo sierżant Miziak - albo któryś z braci Karama-
                                                    zow, tych co to pędzą koło rzeczki bimber z odzysków czeskiego
                                                    mazutu?
                                                    - Nie - upierał się księgowy - to było Nowe, żebym tak skonał!
                                                    - A po czym żeście poznali? - zapytał poszkodowanego kapral
                                                    Modliszka.
                                                    - Jak to po czym? Toż miało przy sobie trzy S, różne ulgi po-
                                                    datkowe, zielone światło dla rzemiosła i PFAZ u pasa.
                                                    - Paziułka był pijany... - mruknął Miziak do Modliszki - ale
                                                    tym niemniej coś w tym musi być...
                                                    Wieść rozeszła się po gminie, powodując szereg gorączkowych
                                                    działań, stymulowanych bardzo ograniczonymi informacjami na temat
                                                    Nowego, pochodzącymi przeważnie z dziennika TV. I tak, Wytwórnia
                                                    Płatków Ziemniaczanych im. gen. Płatka usiłowała przejść na sys-
                                                    tem brygadowy, powołując bardzo ostatnio lansowane grupy partner-
                                                    skie, co jednak w trakcie realizacji pomylono niestety z partner-
                                                    skim seksem grupowym, pokazywanym w filmie "Oto Ameryka".
                                                    Wytwarzanie płatków w tak wymyślnych pozycjach spowodowało co
                                                    prawda gwałtowny przypływ siły roboczej z okolicznych wiosek, ale
                                                    produkcja drastycznie spadła, skutkiem czego bank cofnął kredyty.
                                                    Dyrektor zakładów spirytusowych, inż. Katzenjammer postąpił
                                                    rozsądniej i poprzestał na zmianie szyldu, zastępując prozaiczny
                                                    napis "Gorzelnia gminna" inskrypcją "Gminny Zakład Produkcji
                                                    Płynnych Środków Budowy Wzajemnego Zaufania", co zyskało mu pok-
                                                    lask nawet ze strony władz wojewódzkich. Natomiast naczelnik
                                                    Balanga poszedł na całość, bo powołał Radę Doradczą przy Gminnej
                                                    Radzie Narodowej.
                                                    - Jak to? Rada przy Radzie? - dziwował się aktyw.
                                                    - Oczywiście - wyjaśnił Balanga - to jest właśnie nasza polska
                                                    specyfika, żeby jedno takie samo było przy drugim takim samym,
                                                    jak na przykład kartki na mięso, ale mięso na kartki, prawda?
                                                    - Prawda... - przyznali zebrani, porażeni trafnością rozumowa-
                                                    nia.
                                                    - Albo, powiedzmy, dekoracja jakiegoś sztandaru Sztandarem
                                                    Pracy! - uzupełnił rzecznik prasowy sołtysa.
                                                    - Otóż to - podchwycił naczelnik - postępując tak niebanalnie
                                                    zyskujemy szacunek innych narodów. Weźmy chociażby nazewnictwo
                                                    statków. U innych statek nazywa się, powiedzmy że "Titanik" albo
                                                    "Aurora", a u nas "Kopalnia Makoszowy". Wyobraźmy sobie podziw
                                                    kapitana jakiegoś zagranicznego portu, który do końca nie jest
                                                    pewien, czy to, co wpływa, to jest statek czy kopalnia?
                                                    - To jeszcze nic - wtrącił były minister Podmamuśka - oso-
                                                    biście byłem świadkiem, jak do Liverpoolu wchodził nasz semikon-
                                                    tenerowiec "Wydział Matematyczno-Przyrodniczy Uniwersytetu im.
                                                    Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie", a miejscowy admirał naj-
                                                    pierw usiłował to tłumaczyć ze słownikiem w ręku, ale w połowie
                                                    zwariował i odszedł w stan spoczynku!
                                                    Szmer podziwu rozległ się w sali.
                                                    - Wracajmy do spraw Rady Doradczej - zarządził Balanga - jak
                                                    mi dzwoniono, powinny do niej wejść osoby cieszące się ogólnym
                                                    zaufaniem...
                                                    - Ja proponuję pana naczelnika! - wrzasnął sekretarz gminy,
                                                    czym uprzedził wielu innych.
                                                    - Dziękuję - odparł przyjaźnie naczelnik, zapisując jed-
                                                    nocześnie w notesie, żeby dać sekretarzowi podwyżkę - dziękuję,
                                                    ale oprócz tych cieszących się zaufaniem, należy tam również
                                                    powołać niektórych przedstawicieli opozycji...
                                                    - Główny przedstawicie! opozycji to doktor Wysłodek - zamel-
                                                    dował sierżant Miziak.
                                                    - Mówiłem że niektórych - naczelnik spojrzał na sierżanta z
                                                    dezaprobatą - co nie znaczy, żeby to był Wysłodek, który godzi w
                                                    podstawy ustrojowe gminy. Ja osobiście wysuwam księdza Chudziela-
                                                    ka.
                                                    - E... jaka tam ze mnie opozycja? - bronił się słabo
                                                    Chudzielak.
                                                    - A ileż to roboty? - podsunął mu leśniczy Dwurura. - Chlapnie
                                                    ksiądz coś z ambony w najbliższą niedzielę i już jest ksiądz w
                                                    opozycji.
                                                    Na te słowa zebrani rozbiegli się, aby w domowym zaciszu ob-
                                                    myślić jakieś wystąpienie, które nie zaszkodziłoby im w karierze,
                                                    a równocześnie dałoby możliwość uzyskania statusu łagodnej, kon-
                                                    struktywnej opozycji.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 25. 27.12.05, 10:22
                                                    Docent Basset - 25.

                                                    W ambitnym zamiarze informowania Szanownego Czytelnika o
                                                    całokształcie wydarzeń na terenie gminy, straciliśmy być może z
                                                    oczu głównych aktorów naszej, wprost z życia wziętej, opowieści.
                                                    Spiesząc nadrobić to niedopatrzenie, informujemy więc o aktualnej
                                                    kondycji, działaniach i przeżyciach docenta Basseta, jego córki
                                                    Simony, jego byłej żony Jolanty i obecnego męża tejże byłej żony,
                                                    adiunkta Wygrzmoconego.
                                                    Tytułowy docent Basset ma się dobrze, a nawet znakomicie, co
                                                    zawdzięcza wyłącznie swojemu ogromnemu talentowi, wspartemu mo-
                                                    zolną pracą i sprzyjającym ustrojem politycznym gminy.
                                                    Przeprowadził ostatnio kilka udanych zabiegów, między innymi ope-
                                                    rację kosmetyczną na osobie przetokowego Nagwizdały, któremu -
                                                    gdy ofiarnie pochylony odchuchiwał przymarzniętą zwrotnicę -
                                                    kolega dla żartów przerzucił wajchę, pozbawiając go nosa, wąsów i
                                                    złożonych w ryjek warg, za co go zresztą serdecznie przeprosił,
                                                    kiedy tylko minął mu pierwszy paroksyzm śmiechu:
                                                    - Głupio, kurwa, wyszło! - powiedział serdecznie - ale ja ci,
                                                    kurwa, Jasiu zafunduję u naszego znachora nową facjatę i to, kur-
                                                    wa, za dulary!
                                                    Docent Basset otrzymawszy banknot z wizerunkiem Benjamina
                                                    Franklina, wziął go w swojej naiwności za model nowej twarzy,
                                                    którą chciałby mieć jego pacjent, i w ciągu długich godzin
                                                    spędzonych przy stole operacyjnym wyczarował na uśpionym prze-
                                                    tokowym natchnione rysy ojca demokracji amerykańskiej, dodajmy,
                                                    że również wynalazcy piorunochronu, co jeszcze dziś znajduje
                                                    odbicie w obsesji stworzenia systemu ochronnego nad Stanami Zjed-
                                                    noczonymi.
                                                    Obudzony z narkozy Nagwizdała, spojrzawszy w lustro, najpierw
                                                    się grzecznie sam sobie ukłonił, potem zapłakał, a następnie
                                                    urządził awanturę, wykrzykując: - I kogoście gnoje zamiast mnie
                                                    obudzili? - ale w końcu przywykł i tylko omija z daleka kaprala
                                                    Modliszkę, ponieważ nie lubi być co chwilę legitymowany i rozpy-
                                                    tywany o krewnych za granicą i posiadanie waluty.
                                                    Simona Basset, zerwawszy z marginesem, rują i ćpuństwem, stała
                                                    się błogosławieństwem wiejskiej lecznicy swego ojca. Niesie tam
                                                    ulgę pacjentom pisząc im listy do rodzin, w rodzaju: "Kochani
                                                    rodzice, w pierwszych słowach mego listu donoszę, że czuję się
                                                    dobrze, chociaż urżnięto mi obie ręce, czego i wam życzę". Udało
                                                    jej się również zwalczyć ohydny onanistyczny kompleks Portnoy'a,
                                                    a to przy pomocy przerobionego z pani Konopnickiej wierszyka "Jaś
                                                    nie dotrzepał", po wysłuchaniu którego wystraszeni pacjenci leżą
                                                    w nocy nieruchomo, bezsennie co prawda, ale z rękami na kołdrach.
                                                    Mamusia Simony, Jolanta Basset-Wygrzmocona, hoduje Murzynka po
                                                    ambasadorze Bamboko Kikuju. Aby choć trochę zneutralizować egzo-
                                                    tyczny wygląd dziecka, nazwano je Maciek i przebierano od małego
                                                    w strój krakowski, a nawet przyjęto niańkę-mazurkę, która
                                                    nauczyła chłopczyka śpiewnego nadwiślańskiego akcentu i oszukiwa-
                                                    nia na mleku, a obecnie przyswaja mu różne gry i zabawy, nie
                                                    wyłączając pokera, chociaż ta akurat rozrywka wyraźnie nie leży
                                                    maluchowi, gdyż przy dobrej karcie powoduje mimowolne, radosne
                                                    kiwanie ogonkiem, co zdradza go przed partnerami.
                                                    - Ale wdepnęłam w co kot napłakał! - wzdycha po swojemu pani
                                                    Jolanta i powraca do okna, za którym nadal widnieje wiejski dom
                                                    towarowy, ozdobiony ostatnio neonem "Produkty Cierne - Przyrządy
                                                    Mierne - Środki Pierne".
                                                    Tymczasem adiunkt Wygrzmocony, nieodmiennie zazdroszczący
                                                    sławy Bassetowi, rzuca się na oślep w pseudonaukowe eksperymenty,
                                                    aby udowodnić swoje rzekome przewodnictwo na mapie medycznej kra-
                                                    ju. Fiaskiem skończyła się jego pożałowania godna próba pod-
                                                    ważenia teorii odruchów warunkowych genialnego Pawłowa. Nie dość,
                                                    że doświadczalny pies nadal ślini się na sygnał oznajmiający
                                                    karmienie, to jeszcze adiunkt sam zaczął się ślinić na widok
                                                    każdego wiejskiego kundla, co zapewniło mu u ludzi opinię zoofi-
                                                    la, obrzydliwca i niedojdy.
                                                    Jak więc widzimy, nasi główni bohaterowie prowadzą w miarę
                                                    ustabilizowany i pracowity tryb życia, czym nie różnią się zbyt-
                                                    nio od reszty obywateli naszej ojczyzny, budujących mozolnie lep-
                                                    szą przyszłość. Ale nie martwcie się państwo, w następnych
                                                    rozdziałach już my im popędzimy kota!
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 26. 11.01.06, 10:46
                                                    Docent Basset - 26.

                                                    Pod koniec zimy odbył się w gminie proces starego Kociorupy,
                                                    oskarżonego o odsprzedanie przygłupowi Kwasimordzie pół litra
                                                    "Vistuli" z piętnastozłotowym zyskiem.
                                                    Zbrodniarz, przykuty dla pewności kajdankami do kaprala Mod-
                                                    liszki, osadzony został wraz z nim w areszcie, a następnie do-
                                                    prowadzony na salę sądową przez sierżanta Miziaka, który uzbroi-
                                                    wszy się we wszystko, czym dysponował komisariat, wyglądał jak
                                                    "Czarny Wrzesień" lub prowincjonalna filia Muzeum Wojska Pol-
                                                    skiego.
                                                    Sesji przewodniczył dr praw sędzia Leopold Lalunia, oskarżał
                                                    prokurator Pyton Siemiradzki, obrony podjął się przewodniczący
                                                    PRON-u mec. Fizdoń. Funkcję ławników pełnili psycholog mgr Bar-
                                                    bara Felga i przedstawiciel starej emigracji, b. ataman Osip
                                                    Anegdotycz Jefremienko.
                                                    - Wysoka Izbo! - zaczął prokurator wstając. Natychmiast ude-
                                                    rzył głową w niski strop izby sądowej.
                                                    - Proszę siadać i mówić długo, cicho i powoli! - przerwał mu
                                                    sędzia, szykując się do spania za stosami akt, ponieważ noc
                                                    spędził na rybach, a poranek w ogonku do Centrali Rybnej, żeby
                                                    nie wracać do domu z pustymi rękami.
                                                    Prokurator zażył proszek z krzyżykiem i, jak sęp na ścierwo,
                                                    rzucił się na starego Kociorupę, zarzucając mu między innymi pod-
                                                    kopywanie fundamentów ustroju, godzenie w sojusze i konszachty z
                                                    CIA, a następnie przedstawił wyliczenie, z którego wynikało, że
                                                    sędziwy przestępca mógł był teoretycznie zagrabić około dwóch i
                                                    pół miliona złotych, gdyż przez osiemdziesiąt lat swego życia
                                                    zarabiał codziennie półtorej dychy na pół litrze. Wnosząc o kon-
                                                    fiskatę tej kwoty, prokurator Pyton Siemiradzki zaproponował przy
                                                    okazji całkowity przepadek mienia, pozbawienie praw obywatelskich
                                                    do końca lipca, karę śmierci przez powieszenie i dwadzieścia lat
                                                    ciężkich robót przy budowie Pomnika Zdrowia Matki Polki i Stry-
                                                    jenki Niemki, taką bowiem nazwę ustalono ostatnio, aby wyrazić
                                                    wdzięczność za liczne wpłaty i ofiary nadchodzące zza Łaby.
                                                    Ten grozę budzący wniosek spalił atoli na panewce, gdyż uwagę
                                                    publiczności pochłonęła całkowicie obserwacja kota od organistów,
                                                    który wkradłszy się do sali wyżerał akurat z teczki sędziego
                                                    Laluni zakupione rano błękitki, wraz z charakterystycznymi dla
                                                    tego gatunku, jadalnymi w opini "Sanepid-u", pasożytami.
                                                    Teraz do głosu dorwał się mecenas Fizdoń i z werwą nakreślił
                                                    niepokalaną sylwetkę oskarżonego Kociorupy, ongiś bojownika o
                                                    niepłacenie podatków za sanacji, następnie bohaterskiego speku-
                                                    lanta, współautora klęski ekonomicznej hitlerowskich Niemiec, a
                                                    wreszcie ostatnio członka wszystkich istniejących w gminie orga-
                                                    nizacji społecznych, nie wyłączając Ligi Kobiet, Towarzystwa Pa-
                                                    triotycznego "Grunwald" i Klubu Anonimowych Alkoholików, w którym
                                                    pijąc bruderszafty nie podawano imion, lecz pseudonimy.
                                                    Ponieważ kocur organisty zjadłszy ryby ułożył się do snu w
                                                    aktówce sędziego Laluni, więc sala z zainteresowaniem wysłuchała
                                                    opinii mgr Barbary Felgi.
                                                    - Przynależność do wszystkich organizacji równocześnie -
                                                    powiedziała pani psycholog - świadczy o niepoczytalności os-
                                                    karżonego, co proszę przyjąć jako okoliczność łagodzącą.
                                                    - Przyjąć można - zgodził się po chwili namysłu ataman Je-
                                                    fremienko - no przyjąwszy, lepiej go na wsiakij pożarnyj słuczaj
                                                    powiesić.
                                                    Ta poważna rozbieżność zdań oraz narastający gwar na sali
                                                    zbudziły wreszcie sędziego Lalunię.
                                                    - Co tu tak śmierdzi? - spytał, pociągając nosem. - Pub-
                                                    liczność?
                                                    - Też, ale głównie pańskie ryby... - odrzekła protokólantka.
                                                    - Racja... - mruknął sędzia, zatrzaskując teczkę wraz ze
                                                    śpiącym w jej wnętrzu kotem. - A jak tam nasz procesik? Pan
                                                    prokurator już mówił? Pan mecenas także? Przysięgli również? No
                                                    więc ja, ogólnie rzecz biorąc, jak zwykle przychylam się do
                                                    wniosku pana prokuratora, z tym, że to wszystko jak zazwyczaj z
                                                    zawieszeniem na dwa lata. Zgoda? Zgoda! No to idziemy na obiad!
                                                    - Gdzie my go powiesimy, szefie? - martwił się Modliszka, gdy
                                                    Miziak odpinał go od skazańca.
                                                    - Zawieszenie, to nie powieszenie, kapralu - wyjaśnił Miziak.
                                                    - Nie? - zdziwił się Modliszka. - To szkoda, że mi pan tego
                                                    wcześniej nie powiedział...
                                                    Tymczasem sędzia Lalunia mówił z dumą do żony:
                                                    - Przesiedziałem wprawdzie całą noc nad przeręblom, ale za to
                                                    zobaczysz jaką sztukę złowiłem! - tu sięgnął po teczkę.
                                                    - Oj Poldek, ty chyba masz kota na punkcie tych ryb... -
                                                    zaśmiała się żona dobrotliwie.
                                                    - A mam, a co - zawołał butnie, wytrząsając zdobycz na stół.
                                                    - No to idź teraz po szklarza - zarządziła żona, zasłoniwszy
                                                    na razie wybite przez kota okno kocem - w nocy ma być trzydzieści
                                                    pięć stopni pod zerem.
                                                  • gherarddottir Re: Docent Basset - 26. 12.01.06, 23:36
                                                    niuestajaco czytam "schronisko dla psow" PPPP
                                                  • gherarddottir Re: 12.01.06, 23:39
                                                    nie wiem czy to jest dozwolone, ale poczytajcie sobie forum humorum - watek o
                                                    rymach czestochowskich w piosenkach - wylam ze smiechusmile))
                                                  • maja92 Iska Baha 13.01.06, 16:13
                                                    "iska" po irlandzku to woda
                                                    "iska baha" to wodka - czyli "woda ognista"
                                                    wink))))))))))))

                                                    czyli polska Bacha to ognista kobieta? Tak na brudno, na boku sobie rozumujem...
                                                  • asia.sthm Re: Iska Baha 13.01.06, 20:11
                                                    to sie musi pieknie rymowac np z:
                                                    sobie przytacha..costam
                                                    papierosa zasztacha hi h
                                                    rzuci gacha
                                                    zalozy lacha ( i wyglada elegancko)
                                                    zmieni lacha (na kostium Armaniego)
                                                    sie uchacha
                                                    itd...
                                                    ide czytac forum humorum smile))
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 27. 14.01.06, 00:28
                                                    Docent Basset - 27.

                                                    - Ratuj się, Antoni - krzyknęła pani Jolanta, wpadając do
                                                    mieszkania i wymachując gazetą - podobno mają kastrować adiun-
                                                    któw!
                                                    - Nie kastrować, tylko kasować - uspokoił ją mąż, który już
                                                    słyszał o tym w radio - i to tylko tych, którzy nie zrobili ha-
                                                    bilitacji, a moja już na ukończeniu.
                                                    - Na ukończeniu? Ględzisz jak baba z wozu! Ten twój pomysł z
                                                    przeszczepianiem stulejki w celu ograniczenia prokreacji wyśmiały
                                                    najpoważniejsze pisma fachowe! Wylecisz z roboty jak kosa na
                                                    kamień - plotła po swojemu - to już lepiej, żeby cię skastrowali
                                                    niż skasowali, i tak do łóżka nadajesz się jak głupi do sera.
                                                    - Ciszej - błagał adiunkt - wiesz przecież, jakie mam ostatnio
                                                    kłopoty, dzisiaj znowu zdarzyły mi się dwa błędy w sztuce
                                                    lekarskiej...
                                                    - To fakt - przyznała lojalnie - widziałam te dwa błędy, jak
                                                    je ładowali do trumien.
                                                    - No właśnie, więc nie dziw się, że to wszystko rzutuje ujem-
                                                    nie na moją psychikę, a teraz znowu ta zapowiedź kasacji wisi
                                                    nade mną jak miecz Damoklesa...
                                                    - Oj wisi ci, wisi... - potwierdziła nostalgicznie - ale co ma
                                                    wisieć, nie utonie! - dodała zaraz z humorem. - Ot, ruszyłbyś
                                                    trochę głową, jak już nie możesz czym innym, przyjrzałbyś się jak
                                                    ludzie robią kariery, choćby taki Basset...
                                                    - Ba, on miał to szczęście, że dostał w łeb i stracił pamięć,
                                                    ale dzięki temu właśnie załapał się w nurcie medycyny ludowej.
                                                    - A cóż stoi na przeszkodzie, żebyś ty też dostał w łeb? - tu
                                                    Jolanta rozejrzała się za czymś ciężkim.
                                                    - Nie, nie! - wrzasnął adiunkt odskakując - to musi zrobić ja-
                                                    kiś fachowiec!
                                                    - Jak to, mam pana ogłuszyć pałką? - zdziwił się sierżant
                                                    Miziak w kilka chwil później. - Tak bez powodu?
                                                    - Ja mam swoje powody - tłumaczył mu Wygrzmocony - a poza tym
                                                    zrobiłby to pan na moje wyraźne żądanie.
                                                    - Na pańskie żądanie, to ja mogę pana co najwyżej otoczyć
                                                    opieką - odrzekł sierżant po przestudiowaniu odnośnej instrukcji
                                                    - a pałką mógłbym panu przylać tylko w razie naruszenia spokoju
                                                    publicznego lub ataku na moją osobę i to po trzykrotnym wezwaniu
                                                    do rozejścia się.
                                                    - No dobrze... - rzekł z determinacją lekarz, i po krótkim
                                                    namyśle zawołał prowokacyjnie: - Reforma gospodarcza jest do
                                                    dupy! Do dupy, do dupy... - powtórzył, mrużąc oczy w oczekiwaniu
                                                    ciosu.
                                                    - Oj, to to... - zgodził się Miziak zapalając papierosa. Nies-
                                                    tety dr Wygrzmocony, jako zatwardziały lojalista, nie mógł w ża-
                                                    den sposób wymyślić bardziej obrazoburczych okrzyków, lub też mo-
                                                    że nie chciały mu one przejść przez usta. Także próba bezpośred-
                                                    niego ataku fizycznego nie dała rezultatu, gdyż sierżant bez tru-
                                                    du obezwładnił go chwytem służbowym nr 76 B-X/13, zwanym popular-
                                                    nie "Piekielnym Piotrusiem", a następnie zawiadomił szpital psy-
                                                    chiatryczny im min. Krasińskiego.
                                                    Doktor Cycoń z dużą satysfakcją usadził naprzeciw siebie szefa
                                                    konkurencyjnej lecznicy.
                                                    - Więc twierdzi pan, panie kolego, że jest pan nutrią? - spy-
                                                    tał sondażowe.
                                                    - Niczego podobnego nie twierdziłem! - oburzył się Wygrzmo-
                                                    cony. - To przecież panu się wydaje, że jest pan Napoleonem.
                                                    Cycoń żachnął się i wyjął rękę zza surduta:
                                                    - Jak to mi się zdaje, ty szczurze wodny?
                                                    - Uzurpator!
                                                    - Gryzoń!
                                                    - Kurdupel!
                                                    - Piżmak!
                                                    - Ja cię jeszcze dopadnę, ty glisdo korsykańska! - wykrzykiwał
                                                    adiunkt, wyprowadzany przez pielęgniarzy.
                                                    - A ja ci wybiję te pomarańczowe zęby! - darł się Cycoń,
                                                    podtrzymywany przez asystentów.
                                                    Wieczorem, uspokoiwszy się nieco i upewniwszy w lustrze, że
                                                    nie jest nutrią, dr Wygrzmocony wziął dla relaksu miejscową
                                                    prasę, ale już po chwili podskoczył na krześle.
                                                    - Jolanto - zawołał - sprawdź, czy ja dobrze kojarzę... Tu
                                                    piszą, że z inicjatywy organizacji partyjnej Labour Party przy
                                                    zakładach Rolls-Royce'a, w tamtejszej stołówce wymieniono zle-
                                                    wozmywaki...
                                                    - No to co, że piszą? - zdziwiła się Jolanta - Anglik też
                                                    człowiek, a każda kliszka swój ogon wali.
                                                  • gherarddottir Re: Docent Basset - 27. 14.01.06, 12:05
                                                    chyba zmienie sygnaturke na "gledze jak baba z wozu" piekny ten odcinek
                                                    Docentasmile)))hyhyhyhyhy
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 27. 14.01.06, 21:25
                                                    Dorka sama teraz rozumiesz moje opetanie, kiedy zmienialam sygnaturki co
                                                    godzine ?? Zmieniaj sobie, ja juz niestety nie moge smile)))

                                                    Mam jescze pare odcinkow Basseta. Dla wyjasnienia dodam , ze tekst mialam w
                                                    bardzo dziwnej formie, pelno glupich znakow nie do odczytania.
                                                    Teraz jak sobie opublikuje na forum calosc to bede mogla wydrukowac w czytatnej
                                                    formie.
                                                    Innym sympatykom tez polecam , bo nie wiem czy to bylo wydrukowane kiedys i nie
                                                    wiem czy mozna to kupic w formie ksiazkowej, moze mozna ale jakos nie
                                                    sprawdzilam jeszcze.
                                                    Wiwat Waligorki!!
                                                  • gherarddottir Re: Docent Basset - 27. 14.01.06, 23:19
                                                    hyhyhyhy
                                                    teraz juz wszystko jasnesmile))
                                                    Asia tylko mi powiedz, czy ja to drugie "e" to tez z ogonkiem ma byc?:!
                                                  • gherarddottir Re: Docent Basset - 27. 14.01.06, 23:20
                                                    dr Wygrzmocony to jest mistrzostwo swiata - chyba zaczne tak przezywac kolege smile
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 27. 14.01.06, 23:48
                                                    oba z ogonkiem !
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 28. 14.01.06, 23:51
                                                    Docent Basset - 28.

                                                    Na wiosnę w gminie pokazali się niestety Zieloni. Pierwszym
                                                    sygnałem ich działalności były napisy na murach, zawierające bun-
                                                    townicze treści i żądania.
                                                    - No i jak żeście zareagowali? - spytał sierżant Miziak
                                                    kaprala Modliszkę, który mu meldował o tych bezeceństwach.
                                                    - Melduję, że zareagowałem regulaminowo, neutralizując te
                                                    hasła przy pomocy drobnych poprawek. Na przykład w haśle "Żądamy
                                                    czystej wody" przerobiłem "wody" na "wódy", co nie powinno nikogo
                                                    dziwić, ponieważ są to żądania powszechne.
                                                    - A co żeście zrobili z napisem "Żądamy oczyszczalni"?
                                                    - Zamazałem "oczy" i zostało "Żądamy szczalni". To wezwanie
                                                    koresponduje z inicjatywą tutejszego PRON-u. Najgorzej było z
                                                    hasłem "Precz ze skażeniami", ale w końcu udało mi się zrobić z
                                                    niego "Precz z kazaniami". Ksiądz Chudzielak na pewno się wkurzy
                                                    i naskoczy na wichrzycieli.
                                                    Ale Chudzielak nie zareagował tak, jak tego oczekiwano,
                                                    ponieważ od kilku tygodni był całkowicie pochłonięty oglądaniem
                                                    serialu "Ptaki ciernistych krzewów", który uważał za cykl repor-
                                                    taży z życia duchowieństwa.
                                                    - Patrz pani - mówił do swojej gospodyni - jaki to postęp na
                                                    tym świecie! Ot, taki ksiądz proboszcz Kilder pod sutanną nosi
                                                    same kąpielówki, a nie takie wełniane gacie jak to u nas...
                                                    - Może sobie pani wyprać moje stare kalesony - dodał po chwili
                                                    wspaniałomyślnie - należą się pani za wierną i oddaną służbę.
                                                    - Bóg zapłać - odrzekła z umiarkowanym entuzjazmem gosposia -
                                                    lepiej by ojciec przestał oglądać te dyrdymały, bo to tylko ruja
                                                    i zgorszenie, a tymczasem w gminie nie za dobrze, ktoś nocą
                                                    powypisywał na chałupach "Precz z kazaniami".
                                                    - Mogą mi nadmuchać w konfesjonał - oświadczył beztrosko
                                                    Chudzielak i zasiadł przed telewizorem, aby obejrzeć kolejny od-
                                                    cinek.
                                                    - O! O! - zawołał. - Co to jest, co on robi z tą panią?
                                                    Bardziej nerwowo zareagował na żądanie Zielonych naczelnik
                                                    gminy, Sylwester Balanga.
                                                    - Musimy przechwycić inicjatywę - mówił do sekretarza -
                                                    zwołamy sami naradę w sprawie skażeń i wznowimy działalność Ligi
                                                    Ochrony Przyrody. Proszę jutro urządzić spotkanie z przedstawi-
                                                    cielami środowiska.
                                                    - Ale jakiego środowiska? - spytał roztropnie sekretarz. -
                                                    Środowiska mamy różne: jest środowisko kryminogenne, środowisko
                                                    artystyczne, inseminator Środowisko Teofil i jeszcze parę in-
                                                    nych...
                                                    - Przecież chodzi o skażenie środowiska naturalnego, więc
                                                    proszę o przedstawicieli tego środowiska! - uciął sprawę Balanga.
                                                    Pozostawiony sam sobie i skazany wyłącznie na własną wiedzę
                                                    sekretarz gminy doszedł do wniosku, że środowisko naturalne to
                                                    ogólnie biorąc przyroda.
                                                    W rezultacie tych przemyśleń nazajutrz w sali obrad zasiedli
                                                    następujący przedstawiciele środowiska naturalnego: pani od przy-
                                                    rody z podstawówki, organista ze swym kotem, słynnym od czasu
                                                    procesu starego Kociorupy, oraz leśniczy Dwurura z oswojonym
                                                    lisem Medardem. Z własnej inicjatywy przybłąkały się dwie
                                                    okoliczne kury i przygłup Kwasimorda.
                                                    - Obywatele... - zaczął naczelnik, niepewny czy to określenie
                                                    przysługuje wszystkim obecnym - zebraliśmy się tutaj, aby reakty-
                                                    wować naszą, podupadłą coś jakby ostatnio Ligę Ochrony Przy-
                                                    rody... Czy one muszą się akurat tutaj ryćkać? - spytał,
                                                    wskazując głową lisa, który usiłował skrzyżować się z kotem.
                                                    - Muszą - wyjaśnił Dwurura - one zawsze to robią, jak się
                                                    spotkają, ale spokojna głowa, oba samce, więc niekompatybilne.
                                                    - To w porządku - uspokoił się Balanga i kontynuował referat:
                                                    - Przede wszystkim sprawy formalne. Czy wszyscy tu obecni są
                                                    członkami Ligi? Bo jeżeli nie, to proponuję żeby się od razu za-
                                                    pisali.
                                                    Ten ostatni postulat nie spotkał się z dobrym przyjęciem.
                                                    - Każdy już gdzieś należy - tłumaczył organista - ja na
                                                    przykład jestem członkiem nielegalnego Związku Zawodowego Orga-
                                                    nistów, Kościelnych, Księżych Gospodyń i Grabarzy, i to mi
                                                    zupełnie wystarczy. Jakby wszyscy do wszystkiego się nawzajem
                                                    pozapisywali, to by znowu się powtórzyła taka afera jak na ostat-
                                                    nim spotkaniu PRON-u z OPZZ-em, kiedy to cały OPZZ wstąpił do
                                                    PRON-u, a PRON do OPZZ-u, a nawet zdaje się Miodowicz wstąpił do
                                                    Dobraczyńskiego, czy też odwrotnie i teraz nic już nie wiadomo...
                                                    - Może stworzymy grupę nieformalną - zaproponował sekretarz -
                                                    to teraz bardzo modne.
                                                    W ten sposób w gminie powstała Nieformalna Grupa Miłośników
                                                    Przyrody, która natychmiast wystąpiła z inicjatywą budowy
                                                    Oczyszczalni Ścieków im. tow. Augiasza.
                                                    W atmosferze ogólnego zadowolenia nikt nie zauważył, że lis do
                                                    spółki z kotem zeżarli tymczasem obie kury.
                                                    I tak to u nas jest, prawie ze wszystkim.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 29. 15.01.06, 14:15
                                                    Docent Basset - 29.

                                                    Wiosenne podwyżki cen przeszły prawie nie zauważone, gdyż
                                                    społeczeństwo zajęte było w tym czasie wybieraniem Miss Gminy.
                                                    Na pierwsze wezwanie zgłosiły się wszystkie baby, nie
                                                    wyłączając konającej właśnie babci Pimpusiowej. Ten gremialny
                                                    akces przeraził jurorów, którzy dopiero teraz rzucili się do stu-
                                                    diowania nadesłanego ze stolicy regulaminu wyborów. Wyszło, że
                                                    pretendentka musi być po pierwsze dziewicą, po drugie posiadaczką
                                                    nieskazitelnej opinii i po trzecie mieć ukończoną co najmniej
                                                    podstawówkę. Już samo kryterium dziewictwa zdyskwalifikowało
                                                    wszystkie kandydatury z wyjątkiem centryfugi z GS-u i koszmarnie
                                                    brzydkiej trzyletniej córeczki mecenasa Fizdonia.
                                                    - Nie możemy tego traktować dosłownie - tłumaczył przewod-
                                                    niczący jury, prof. Różopolański - regulamin zapewne układał ja-
                                                    kiś polonista, a w dawnej polszczyźnie "dziewica" znaczyło panna.
                                                    Na przykład, w balladzie Mickiewicza znajdujemy pytanie: "Jakiż
                                                    to chłopiec piękny i młody, jakaż to obok dziewica?" i zaraz
                                                    potem domniemanie: "Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny, pewnie
                                                    to jego kochanka". Umówmy się panowie, jeżeli kochanka, to nie
                                                    dziewica.
                                                    - Ale oni mogli się tylko macać... - zauważył subtelnie
                                                    sierżant Miziak, powołany również do jury jako od niedawna gminny
                                                    ombudsman, czyli Strażnik Praw Obywatelskich.
                                                    Po krótkiej dyskusji postanowiono dopuścić do konkursu wszyst-
                                                    kie niewiasty niezamężne, co obniżyło ilość kandydatek o trzy
                                                    czwarte, ale za to podniosło średnią wieku do czterdziestu ośmiu
                                                    lat, gdyż wobec głodu kobiet w tym rolniczym regionie, zwłaszcza
                                                    przy niedostatku koni roboczych, w stanie wolnym pozostały prze-
                                                    ważnie osobniki płci żeńskiej, potwierdzające swym wyglądem ge-
                                                    niusz Darwina.
                                                    Dopiero propozycja prokuratora Pytona Siemiradzkiego, aby or-
                                                    ganizacje społeczne wytypowały swoje przedstawicielki do konkur-
                                                    su, rozwiązała sprawę i ograniczyła ją do czterech reprezentantek
                                                    uderzającej kobiecej urody.
                                                    I tak licencjonowana organizacja młodzieżowa wysunęła swą ak-
                                                    tywistkę Simonę Basset, PRON desygnował Kaśkę Pyzdrę, parafianie
                                                    księżą gospodynię, zaś struktury podziemne opowiedziały się za
                                                    mgr Barbarą Felgą.
                                                    - Ale czy te wszystkie panie mają na pewno nieskazitelną opi-
                                                    nię? - zainteresował się prof. Różopolański.
                                                    - Nieskazitelną! - potwierdził ombudsman Miziak. - Żadna z
                                                    nich w trudnej sytuacji nie odmówiła dupy nikomu, choćby to był
                                                    nawet przygłup Kwasimorda. Nie mówię o księżej gospodyni - zas-
                                                    trzegł się - bo to nie moja działka.
                                                    Tymczasem kandydatki, przebrane w kostiumy kąpielowe, dygotały
                                                    z zimna w przybudówce do remizy, rozgrzewając się bimbrem
                                                    przyniesionym przez Kaśkę Pyzdrzankę.
                                                    - Pani gospodyni na wybieg! - zawołał dr Wysłodek, uczest-
                                                    niczący w jury jako konsultant do spraw anatomii.
                                                    - Proszę przejść po desce poruszając biodrami - zarządził
                                                    prof. Różopolański, który widział już takie imprezy w telewizo-
                                                    rze.
                                                    - Całkiem niezłe piersi... - zauważył krótkowzroczny prokura-
                                                    tor Pyton Siemiradzki.
                                                    - To są policzki - objaśnił Różopolański - piersi może pan ob-
                                                    serwować na poziomie kolan.
                                                    - No i co - zwrócił się do kandydatki, aby ją ośmielić.
                                                    - Ma pani dużą tremę? Czy ojciec Chudzielak wlał pani trochę
                                                    otuchy?
                                                    - Coś mi tam wlał... - odparła skromnie, starając się nie
                                                    spaść z deski.
                                                    Jako druga eksponowała się mgr Barbara Felga w kostiumie biki-
                                                    ni.
                                                    - O, klasyczne zapalenie stawów! - ucieszył się dr Wysłodek i
                                                    postawił przy jej nazwisku duży plus, w jego pojęciu słusznie się
                                                    należący za tak widoczne schorzenie.
                                                    Do późnej nocy trwały te zmagania, przeplatane występami
                                                    artystycznymi prestidigitatora, przerzynającego swą partnerkę
                                                    piłą w drewnianej skrzyni, gdy zaś uprzątnięto trociny i zmyto
                                                    krew, przewodniczący jury ogłosił, że w wyborach Miss Polonii
                                                    gminę reprezentować będzie Simona Basset.
                                                    - Nic dziwnego - powiedziała z dumą na wieść o tym sukcesie
                                                    jej matka, piękna pani Jolanta - kto rano wstaje, ten dwa razy
                                                    szybko daje!
                                                    Przysłowie było jak zwykle przekręcone, ale ogólnie rzecz
                                                    biorąc trafne.
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 30. 17.01.06, 10:20
                                                    Docent Basset - 30.

                                                    - Panie docencie, musimy oddać do gminy dwadzieścia procent
                                                    naszych telefonów! - oznajmił stary Kociorupa, wróciwszy z kolej-
                                                    nej odprawy.
                                                    - To nie tak, panie Kociorupa - zaśmiał się Basset - wytyczne
                                                    mówią o zwolnieniu dwudziestu procent wiceministrów, a także pos-
                                                    tulują oddanie zbytecznych telefonów i niedociążonych samochodów
                                                    służbowych. A ponieważ nie mamy ani wiceministra, ani samochodu i
                                                    tylko jeden telefon, więc nas to nie dotyczy.
                                                    - Ja bym jednak coś oddał - upierał się doświadczony wieśniak
                                                    - inaczej podpadnie pan władzom i przy najbliższej okazji zrobią
                                                    z pana wichrzyciela, albo i Rurarza.
                                                    - Może i ma pan rację... - zaniepokoił się docent - chyba
                                                    pójdę zbadać rzecz na miejscu...
                                                    W gminie huczało jak w ulu. Przywykłe do ślepego posłuchu
                                                    kadry administracyjno-przemysłowe zwoziły na przyczepach stosy
                                                    telefonów, nieraz brutalnie wyrwanych z sieci wraz z kawałkami
                                                    ściany, wiedząc dobrze, że kto pierwszy ten lepszy, a od szyb-
                                                    kości lizania zależy zarówno zadowolenie lizaka, jak i pomyśl-
                                                    ność lizusa.
                                                    Opodal stały w rzędach samochody, których pozbyto się błyska-
                                                    wicznie wraz z kierowcami, nie dając się tym ostatnim nawet
                                                    spakować. Dopiero teraz lamentujące żony przybiegały z węzełkami,
                                                    ale zostały zatrzymane w pewnym oddaleniu przez kaprala Mod-
                                                    liszkę, uzbrojonego stosownie do okoliczności w 46 mm granatnik
                                                    wz. 36 i w henn, skutkiem nadmiaru dyscypliny tak mocno podpięty
                                                    pod brodę, że jego właściciel mógł mówić tylko przez zaciśnięte
                                                    zęby.
                                                    - Zbzgzzzzd! - rozkazał Modliszka.
                                                    - Ło moje bidocki! - rozdarła się umierająca babcia Pimpu-
                                                    siowa, która kolejny raz przerwała nudną agonię i przybiegła
                                                    zobaczyć co się dzieje. - A dokąd was teraz powloką? Znowu na Za-
                                                    olzie, czy tyz na Berlin?
                                                    - Nie wiadomo, babciu - odrzekł kierowca GS-u, człowiek by-
                                                    wały, na wszelki wypadek upychając pod siedzeniem wozu fufajkę i
                                                    walonki - teraz wokoło sami przyjaciele, więc chyba uderzym na
                                                    Szweda!
                                                    Wtem od PRG-owskich nieużytków odezwał się jakiś łomot,
                                                    następnie ogłuszający gwizd, a w końcu spory pociąg, jadący na
                                                    przełaj mimo braku szyn. Cały ten skład zahamował przed naczel-
                                                    nikiem gminy, a z parowozu wyskoczył przetokowy Nagwizdała z
                                                    natchnioną twarzą Benjamina Franklina i zameldował żarliwie:
                                                    - Obywatelu Balanga, zgłaszam nadliczbowy pociąg, wygospo-
                                                    darowany przez załogę naszej stacji!
                                                    - Ku chwale ojczyzny... - odparł Balanga trochę niepewnie, bo
                                                    wytyczne jakoś milczały na temat oddawania zbędnych pociągów.
                                                    - Jak żeście to wykombinowali? - spytał.
                                                    - A po prostu! - wyjaśnił zuchwale Nagwizdała. - Bo to mało
                                                    wagonów odrywa się po drodze i zostaje na torach? To żeśmy
                                                    kupowali jeden z drugim, aż i wyszedł pociąg, nawet z pasażerami!
                                                    Tymczasem nadbiegł leśniczy Bazyli Dwurura i podzielił się z
                                                    aktywem swoją troską:
                                                    - Nie wiem, co mam zrobić. Jak w telewizorze ogłosili, że
                                                    dwadzieścia procent wiceministrów ma ulec zwolnieniu, to nie wy-
                                                    jaśnili którzy to mają być wiceministrowie, więc wszyscy wpadli w
                                                    panikę, wzięli zaległe urlopy albo zwolnienia lekarskie i nawiali
                                                    do lasu. Strach tam teraz wejść, bo nie zrobisz i trzech kroków,
                                                    żeby nie nadepnąć na wiceministra, nierzadko z dupą. Paśniki do
                                                    cna wyżarte, runo leśne wytarte aż do grzybni, a wczoraj pod
                                                    wieczór ktoś zgwałcił sarnę Balbinę.
                                                    - No, nie składajcie wszystkiego na towarzyszy z centrali! -
                                                    oburzył się naczelnik. - Sarnę mógł zgwałcić lis Medard...
                                                    - W żadnym razie - zawołał leśniczy - Medard owszem, kiedyś
                                                    próbował, ale wyszło, że lis nie może z sarną. To musiało być coś
                                                    większego...
                                                    - A gdzie to, powiadacie, gwałcą? - zainteresowała się konają-
                                                    ca babcia Pimpusiowa.
                                                    - Na Czarcim Uroczysku, ale niech babcia uważa, bo po drodze
                                                    Czerwone Bagno i można się utopić... - wytłumaczył życzliwie Dwu-
                                                    rura, a zwróciwszy się do naczelnika dodał:
                                                    - Być może, że ten gwałt to robota szympansów...
                                                    - Jak to? Szympansy też u nas w lesie żyją?
                                                    - Rzecz jasna. Przecież każdy minister ma swego goryla, wice-
                                                    minister natomiast ma tylko szympansa, który go pilnuje i obsta-
                                                    wia. Gdy wiceministrowie wywiali do lasu, wierne szympansy
                                                    podążyły w ślad za nimi i teraz całe ich stada siedzą na drzewach
                                                    i bawią się ogonami. O, ojciec Chudzielak... pochwalony...
                                                    - Na wieki - odpowiedział lakonicznie duszpasterz, a potem
                                                    oświadczył z fałszywą skromnością: - I ja też chciałem się przy-
                                                    czynić do akcji oszczędzania, więc zastanawiałem się z czego by
                                                    tu zrezygnować...
                                                    - Z telefonu albo z samochodu! - podpowiedział kapłanowi Dwu-
                                                    rura.
                                                    - Wiem - odrzekł cierpko Chudzielak - ale to są moje narzędzia
                                                    pracy. Jak ktoś do mnie zadzwoni po ostatnią posługę, to siadam
                                                    do wozu, jadę, namaszczam i jeszcze zdążę na panią Gucę!
                                                    - No to co ksiądz przywiózł? - spytał Balanga.
                                                    - Swoją gospodynię - szepnął kapłan - jest już trochę zdekapi-
                                                    talizowana, ale te samochody coście oddali, to też nie Mit-
                                                    subishi...
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 31. 18.01.06, 19:18
                                                    Docent Basset - 31.

                                                    W majowe popołudnie docent Basset siedział na ławeczce pod
                                                    kwitnącymi bzami, pomagając swej córce Simonie w przygotowaniach
                                                    do egzaminu maturalnego, który wreszcie w wieku trzydziestu
                                                    czterech lat postanowiła zaliczyć.
                                                    - Przed wojną - tłumaczył jej - chłop polski całymi dniami
                                                    kroił zapałkę na czworo, więc nie miał czasu zająć się rol-
                                                    nictwem, co było przyczyną ogólnej nędzy. Natomiast pantofelek
                                                    rozmnaża się przez podział bezpośredni, zaś pierwiastki bywają
                                                    trojakiego rodzaju - matematyczne, chemiczne i kobiety rodzące po
                                                    raz pierwszy...
                                                    Jak widzimy, znakomity chirurg przekazywał córce dość hermety-
                                                    czne kompendium wiedzy, uwarunkowane tematami maturalnymi, które
                                                    otrzymał ukradkiem od prof. Różopolańskiego za wyleczenie go z
                                                    hemoroidów nalewką na myszach.
                                                    - Nie pomyl tylko znowu Budionnego ze Ściegiennym - dodał Bas-
                                                    set głaszcząc jej płową głowinę - a wszystko będzie dobrze!
                                                    - Czołem, panie doktorze! - zawołał przygłup Kwasimorda, pod-
                                                    jeżdżając do nich na zardzewiałym rowerze. - Przywiozłem panu do
                                                    wypełnienia ankietę w sprawie Drugiego Etapu Reformy, oj da dana
                                                    da dana, matuś moja kochana! - zakończył jak na przygłupa przys-
                                                    tało.
                                                    - Dziękuję, a któż to przysyła tę ankietę, przyszła baba do
                                                    stryja, usiadła mu na ryja? - spytał Basset, starając się znaleźć
                                                    wspólny język z nieszczęśliwym.
                                                    - A nasz Urząd Gminny! Na wójtowej roli wójt Felkę w uszczelkę
                                                    - poinformował Kwasimorda i odjechał w kierunku wioski.
                                                    Jeszcze słychać było klekotanie jego roweru, gdy zjawili się
                                                    zaniepokojeni ankietą prokurator Pyton Siemiradzki i ksiądz
                                                    Chudzielak. Simona, jako dobrze wychowana panienka, pucnęła
                                                    sędziwego kapłana w mankiet, a on po ojcowsku wziął ją pod brodę,
                                                    nie zważając gdzie jej ta broda wyrosła.
                                                    - Co ja mam tu napisać? - zdenerwował się prokurator. - Pierw-
                                                    sze pytanie brzmi: "Kiedy wasz zakład pracy zakończył realizację
                                                    Pierwszego Etapu Reformy"?
                                                    - Piętnastego maja o godzinie 23! - podrzucił mu bez cienia
                                                    wątpliwości stojący w otwartym oknie stary Kociorupa.
                                                    - A skąd niby to wiadomo?
                                                    - Ano stąd, że akurat o tej godzinie coś dupnęło w gaiku za
                                                    elewatorem, a potem okrutnie zadymiło i zaśmierdziało, więc co to
                                                    mogło być inszego niż Pierwszy Etap?
                                                    - Mogła wylecieć w powietrze bimbrownia braci Karamazow -
                                                    oświadczył Basset - oni ostatnio pędzili już Bóg wie z czego, bo
                                                    czeski mazut na rzece jakoś się na razie urwał.
                                                    - To nie była ani reforma ani bimbrownia - wyjaśnił prokurator
                                                    Siemiradzki -jak wynika z raportu sierżanta Miziaka, o 23 nasi
                                                    PRON-owcy złapali ostatniego ukrywającego się członka byłego
                                                    Frontu Jedności Narodu, niejakiego magistra Plujkę Edmunda i
                                                    naruszyli jego nietykalność cielesną. Pierwszy etap natomiast
                                                    skończył się moim zdaniem w zeszły wtorek około 17-ej, kiedy to
                                                    po raz pierwszy w naszych dziejach tutejszy PGR zaczął przynosić
                                                    zyski, w związku z czym zostałem tam wezwany w celu wszczęcia do-
                                                    chodzeń i postawienia winnych w stan oskarżenia.
                                                    - Dziwne to są i nadprzyrodzone sprawy - westchnął ojciec
                                                    Chudzielak, wznosząc oczy ku niebu. - Ot, onegdaj KAW tłumaczył
                                                    się w naszej prasie z opóźnienia edycji Dzieł Wybranych Janusza
                                                    Przymanowskiego, a w ogłoszeniach drobnych pisało, że zaginął
                                                    łaciaty buldog z obciętym ogonem, do którego była przywiązana
                                                    uboga staruszka...
                                                    - To jeszcze nic - przywtórzył mu stary Kociorupa - nasze
                                                    związki zawodowe wystąpiły ostatnio przeciwko związkom siarki w
                                                    powietrzu, a były bramkarz pan Tomaszewski oświadczył przez
                                                    telewizję, że posiada zdolności manualne w nogach!
                                                    Po tych rewelacjach wszyscy jakoś się zasępili. Zapadła cisza,
                                                    w której odezwał się nieśmiało słowik, ale zaraz zamilkł,
                                                    schwytany przez kocura od organistów.
                                                    - A Kaśka od Pyzdrów to dała sobie wmontować turbinkę inż.
                                                    Kowalskiego... - bąknął ni w pięć ni w dziesięć stary Kociorupa.
                                                    - Co pan powie? - ożywił się ksiądz Chudzielak, dodając re-
                                                    fleksyjnie: - Patrzcie państwo, jak u nas ten tempus fugit...
                                                    Tym razem dupnęło między kościołem a komitetem.
                                                    - No i proszę! - ucieszył się Siemiradzki. - Mamy Drugi Etap!
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 32. 22.01.06, 12:18
                                                    Docent Basset - 32.

                                                    - Nie wiecie przypadkiem, kapralu, w którym roku Feuerbach
                                                    stworzył swoją koncepcję antropologizmu? - spytał sierżant
                                                    Miziak, przygotowujący się do zaocznego magisterium z filozofii.
                                                    - Tak dokładnie to nie wiem, panie sierżancie - odrzekł kapral
                                                    Modliszka - ale chyba gdzieś tak w tysiąc dziewięćset czterdzies-
                                                    tym trzecim...
                                                    - Chyba w osiemset czterdziestym trzecim! - sprostował
                                                    sierżant z pobłażliwym uśmiechem.
                                                    - W dziewięćset! - upierał się kapral - pamiętam, chociaż
                                                    byłem jeszcze wtedy malutki.
                                                    - Znaczy się co pamiętacie?
                                                    - No, pamiętam, że za naszą chałupą stała niemiecka bateria i
                                                    ciągle tylko było słychać: - Feuer! Bach! Feuer! Bach! Feuer!
                                                    Bach!
                                                    - Głupiście są, kapralu! - stwierdził Miziak. - Feuerbach żył
                                                    sto lat wcześniej, więc nie mógł strzelać za waszą chałupą.
                                                    - Może i nie mógł, ale strzelał. A pan sierżant mógłby na
                                                    chwilę odłożyć tę książkę i dopomóc mi w sprawie nielegalnego
                                                    napisu, który pojawił się dziś rano na biurowcu wylęgarni kur-
                                                    cząt... - i Modliszka położył na stole kartkę z odpisanym ze
                                                    ściany hasłem. Hasło zaś brzmiało: "Żądamy polskiego Michaiła".
                                                    - Jak to żądamy? Jacy my? - zdenerwował się sierżant.
                                                    - A bo ja wiem? To na pewno znowu doktor Wysłodek z magister
                                                    Felgą rozrabiają. Po ostatniej amnestii strasznie się rozzuch-
                                                    walili. I po co to komu było? - spytał z goryczą.
                                                    - To nie Wysłodek... - rozmyślał na głos dowódca posterunku.
                                                    - Weźcie pod uwagę, że hasło jest w zasadzie proradzieckie...
                                                    - Proradzieckie, ale i antyrządowe! -wykrzyknął Modliszka.
                                                    - Jeżeli oni żądają polskiego Michaiła, to znaczy że u nas
                                                    takiego nie ma, co już samo w sobie wskazuje na mentalność!
                                                    - Jak proradzieckie, to nie antyrządowe! - powiedział stanow-
                                                    czo sierżant - te sprawy wykluczają się nawzajem, ponieważ powiem
                                                    wam w zaufaniu, że nasz rząd jest w pewnym sensie proradziecki.
                                                    - Jezus Maria! A skąd pan wie?
                                                    - Na pewnym szczeblu sprawowania władzy wie się więcej niż
                                                    przypuszczacie.
                                                    - To co z tym hasłem zrobić? - zmartwił się kapral.
                                                    - Spróbowaliście to jakoś przefasonować, tak jak nas uczono na
                                                    kursie?
                                                    - Mogę słowo "Żądamy" przerobić na "Kochamy", ale to duża
                                                    przeróbka i będzie widać...
                                                    - Chyba znowu zadzwonię do porucznika Borewicza - zadecydował
                                                    Miziak...
                                                    - On już pewnie został generałem, po tylu latach ofiarnej
                                                    służby... - rozczulił się kapral.
                                                    Na hasło "Ewa wzywa zero siedem" w telefonie rozległo się
                                                    starcze pochrząkiwanie. Zgrzybiały Borewicz życzliwie wysłuchał
                                                    Miziaka, popił ziółka, pozbył się uciążliwego bąka i odrzekł:
                                                    - Nie mieszajcie się do tego, sierżancie. Diabli wiedzą, kto
                                                    to napisał... Ja sam kiedyś wdupiłem usiłując przestawić litery w
                                                    słowie "Patria", tak żeby było prawidłowo "Partia" i przez to nie
                                                    mogę awansować z porucznika, chociaż mam już siedemdziesiąt dwa
                                                    lata...
                                                    - Czy to może było w Krynicy? - zainteresował się Miziak.
                                                    - W Krynicy. A skąd wiecie?
                                                    Zniechęcony sierżant odłożył słuchawkę.
                                                    - On już jest do niczego... - mruknął, kiwając smutno głową. -
                                                    Musimy poradzić sobie sami...
                                                    - A może by ta wylęgarnia kurcząt splajtowała? - podsunął
                                                    chytrze Modliszka. - W gazecie pisało, że w każdej gminie
                                                    powinien być jakiś bankrut, co jest zgodne z drugim etapem naszej
                                                    reformy.
                                                    - To jest niezła myśl - zawołał Miziak - jedziemy do naczelni-
                                                    ka!
                                                    Naczelnik Balanga długo zastanawiał się nad propozycją.
                                                    - To nie takie proste, jak się wam wydaje, sierżancie. O za-
                                                    szczytne miano gminnego bankruta ubiegają się nasze najlepsze,
                                                    renomowane zakłady, między innymi gorzelnia, dwie cegielnie i
                                                    szpital psychiatryczny, a wy mi tu wyjeżdżacie z jakąś wylęgar-
                                                    nią... Nie ma rady, muszę zwołać aktyw.
                                                    Aktyw debatował przez trzy dni i noce. Powołano osiem komisji,
                                                    cztery ciała doradcze i dwa zespoły naukowców. W końcu podjęto
                                                    stosowną uchwałę i wylęgarnia kurcząt uznana została za bankruta,
                                                    następnie zaś wystawiona na licytację. W ciągu jednej nocy chłopi
                                                    rozebrali mur z kłopotliwym napisem, a budowa domków jednorodzin-
                                                    nych ruszyła z miejsca.
                                                    - Za naszą chałupą naprawdę strzelał Feuerbach - powrócił do
                                                    wspomnień Modliszka - i nawet pamiętam jak skrzyczał jakiegoś
                                                    podoficera, że armata brudna, di kanone ist szmucig, tak krzy-
                                                    czał. Okropnie go wtedy skrytykował...
                                                    - A jak się nazywał ten podoficer? - zainteresował się Miziak.
                                                    - Feldfebel Hegel.
                                                    - To by się zgadzało... - szepnął Miziak, zajrzawszy do po-
                                                    dręcznika. - Feuerbach rzeczywiście bardzo skrytykował Hegla...
                                                  • asia.sthm Re: Docent Basset - 33. 24.01.06, 23:04
                                                    Docent Basset - 33.

                                                    - Jolanto - powiadomił telefonicznie swoją małżonkę adiunkt
                                                    Wygrzmocony - stała się rzecz straszna, przygotuj się na naj-
                                                    gorsze!
                                                    - Nie denerwuj mnie - wrzasnęła Jolanta - jak masz coś
                                                    powiedzieć, to mów, a nie ciągnij jak kura ze spluwaczki!
                                                    - Proszę bardzo, chcesz wiedzieć, to wiedz: Basset dostał pro-
                                                    fesora.
                                                    - Co ty powiesz? A gdzie on go będzie trzymał?
                                                    - Tytuł profesora dostał, idiotko! - zawołał adiunkt i rzucił
                                                    słuchawkę, bo przyszło mu do głowy, że jeżeli w pionowej hierar-
                                                    chii coś drgnęło, to on sam może zostać docentem, lepiej więc
                                                    złożyć nowomianowanemu gratulacje.
                                                    Tymczasem społeczeństwo gminy, która jeszcze nigdy nie miała
                                                    prawdziwego profesora, zorganizowało już spontanicznie
                                                    wzruszającą uroczystość.
                                                    Przed Bassetem, stojącym na ganku lecznicy, przeciągały liczne
                                                    grupy ludności ze sztandarami, hasłami i darami. Pochód otwierał
                                                    naczelnik gminy Sylwester Balanga wraz ze swym sekretarzem,
                                                    rzecznikiem prasowym sołtysa i resztą personelu. Po złożeniu
                                                    gratulacji Balanga przemówił krótko, ale dobitnie, co chwilę
                                                    bijąc sam sobie brawo jak szympans w cyrku po udanym numerze.
                                                    Następnie naczelnik odczytał depesze gratulacyjne, nadesłane
                                                    przez przodujące uczelnie w Szczytnie i Julinku, a także -
                                                    omyłkowo - wezwanie do zapłacenia za wywóz szamba, co zostało
                                                    również przyjęte owacją, gdyż wszyscy widzowie byli już mniej lub
                                                    bardziej pijani. Teraz nadszedł marszałek szlachty w gronie in-
                                                    nych karmazynów, takich jak podkomorzy katowicki, miecznik rze-
                                                    szowski i były minister Podmamuśka. Marszałek, jako szczytowy pa-
                                                    triota i członek "Grunwaldu", był cały w długich butach, wylotach
                                                    od kontusza i czapce konfederatce, a także przy szabli ze
                                                    złocistym kutasem, na który to widok rozległy się okrzyki: - O,
                                                    kutas przy szabli! - co, jakby nie zostało zrozumiane, zawierało
                                                    szczerą prawdę.
                                                    Jako trzecie szło duchowieństwo, składające się z księdza
                                                    Chudzielaka, organisty z kotem, grabarza i księżej gospodyni.
                                                    Chudzielak, naoglądawszy się telewizji, ukląkł i ucałował ziemię
                                                    przed trybuną, a następnie usiłował kilku najbliższym widzom
                                                    podetknąć rękę do pocałowania, ponieważ jednak znany był z dłuba-
                                                    nia w nosie, nie znalazł chętnych i tylko wykonał dłonią w powie-
                                                    trzu coś pośredniego między błogosławieństwem a Kozakiewiczem,
                                                    ze złością dał po karku organiście (a organista kotu), i wszyscy
                                                    ustąpili miejsca następnej grupie. Stanowiły ją organa spra-
                                                    wiedliwości, prowadzone przez sędziego Lalunię. Obok niego masze-
                                                    rował w swej krwawej todze prokurator Pyton Siemiradzki, doma-
                                                    gając się co chwilę nawykowo kary śmierci dla wszystkich swoich
                                                    dotychczasowych i przyszłych klientów.
                                                    Za nim przebiegł truchtem odznaczony medalem "Zasłużonego
                                                    Kauzyperdy PRL" mecenas Fizdoń i zaraz pogonił opłotkami na
                                                    koniec pochodu, aby jeszcze raz przedefilować jako przewodniczący
                                                    PRON-u. Straż tylną organów ścigania stanowili sierżant Miziak z
                                                    kapralem Modliszką, obaj w białych strojach, których nadmiar po-
                                                    został w magazynach MO po papieskiej wizycie.
                                                    - Idzie nasz młody proletariat! - szepnął z dumą Balanga do
                                                    Basseta.
                                                    Proletariat był młody nie tyle wiekiem co stażem, gdyż rol-
                                                    niczy profil gminy nie sprzyjał jego rozwojowi. Stanowili go,
                                                    prawdę mówiąc, przetokowy Nagwizdała do złudzenia przypominający
                                                    Benjamina Franklina z amerykańskiego banknotu oraz Kaśka Pyzdra,
                                                    której popularność bardzo wzrosła od czasu gdy poszły ploty, że
                                                    dała sobie wmontować turbinkę inż. Kowalskiego.
                                                    Chłopską banderię prowadził działacz ludowy Bonifacy Kant-
                                                    Gwizdek, będący we własnym przekonaniu sobowtórem Witosa,
                                                    ponieważ mył nogi tylko raz na tydzień. Towarzyszyli mu stary Ko-
                                                    ciorupa i bracia Karamazow, specjalizujący się w pędzeniu bimbru
                                                    ze spływającego rzeką mazutu, wielkodusznie i gratis dostar-
                                                    czanego nam przez braci z południa.
                                                    Transparent z napisem "Nauka polska" zwiastował nadejście
                                                    niedużej, bo trzyosobowej kolumny, centrum której stanowił ling-
                                                    wista prof. Różopolański, a skrzydła adiunkt Wygrzmocony i dyrek-
                                                    tor szpitala psychiatrycznego, dr Cycoń, tym razem w polowym sur-
                                                    ducie z gwiazdą Legii Honorowej i z dwoma swoimi pacjentami prze-
                                                    branymi za mameluków, co zdawało się bardzo im odpowiadać.
                                                    Po nauce nadeszła kultura w postaci członkini rzeczywistej
                                                    odrodzonego ZLP, pisarki Rozamundy Kociorodek. Ta ongiś ludowa, a
                                                    dziś już profesjonalna literatka, odczytała przed Bassetem swe
                                                    najnowsze opowiadanie "Jak Kuba SS-mana w konia zrobił",
                                                    wywołując głośny aplauz pozostawionego tu omyłkowo od stanu wo-
                                                    jennego komisarza, majora Kabury.
                                                    Pochód kończyły struktury opozycji legalnej pod wodzą Osipa
                                                    Anegdotycza Jefremienki i nielegalnej w osobach magister Barbary
                                                    Felgi i doktora Wysłodka oraz grupa sportowa, a mianowicie Żeński
                                                    Klub Cyklistyki Bezsiodełkowej pod kierunkiem Simony Basset. Bar-
                                                    wna ta drużyna przemknęła anglezując na swoich rowerach jak
                                                    szwoleżerowie przy wyciągniętym kłusie i zniknęła na tle za-
                                                    chodzącego słońca.
                                                    Ponieważ zaś takie słońce to również wymarzone tło dla napisów
                                                    końcowych, więc i my kończymy w tym miejscu swą opowieść, po-
                                                    zostawiając jej bohaterów w chwili, gdy przezwyciężywszy wraz z
                                                    całym krajem przejściowe trudności, mają już wyraźnie z górki.
                                                    Jednocześnie pragniemy przeprosić naszych Czytelników, jeśli
                                                    niechcący uraziliśmy Ich uczucia zbytnią ascezą naszych opisów,
                                                    pruderyjnym być może unikaniem drastyczności, przesadną wyt-
                                                    wornością języka, a także zbytnim idealizowaniem występujących tu
                                                    postaci i ich charakterów.
                                                    Ale cóż, tacy już jesteśmy.

                                                    Bo choć nas męczyli i w dupę bili,
                                                    Wzorem nam Dobraczynski, nie zaś Pitigrilli*

                                                    * Rozamunda Kociorodek Apotheosis cum figuris, op. cit. T. II,
                                                    str. 49, Wyd. Doln. 1988

                                                    KONIEC !!
                                              • jan.kran Re:Cytaty z Ojca Dyrektora i co. 25.11.05, 01:14


                                                Słuchaczka RM: ? Dobrze, że Ojciec Święty nie jeździ tramwajami, bo jak by
                                                zobaczył, że dziewczyna siada chłopakowi na kolanach i
                                                całuje się z nim, to by musiał pomyśleć tylko jedno: No ku**a jakaś zwyczajna.

                                                o. Rydzyk: Ja już nie mogę się na to wychowanie seksualne patrzeć. I
                                                popatrzcie, jak ono jest wprowadzane w Polsce. Rękami
                                                katolików jest wprowadzane. To jest normalny instruktaż. Dzieci się instruuje,
                                                jak robić samogwałt, jak sobie robić dobrze... bez Boga.


                                                Ekspert RM: Filmy rysunkowe są narzędziem dewastacji psychiki dziecka. Ich
                                                bohaterowie są głosicielami satanizmu... na przykład
                                                ten kwaczący kaczor Donald... On nie zna litości. Jest okrutny i bezwzględny.
                                                Jeśli nawet dochodzi do jakiegoś celu, to po trupach. Jego prawem jest prawo zemsty.

                                                Telefon do RM: Ojciec mówi o pornografii, a może zaczęlibyśmy jej zwalczanie od
                                                kościołów, od tych kobiet, które przystępują do komunii w spódniczkach tak
                                                krótkich, że im cały interes widać, a kapłan, zamiast to przez mikrofon zganić,
                                                to tylko się oblizuje.



                                                Słuchaczka: Niestety jestem za tym, że jak dziecko jest chore... to znaczy płód
                                                jest chory nieuleczalnie, to powinno się dopuszczać aborcję.
                                                Prowadzący audycję: To panią powinno się w pierwszej kolejności zabić, a nie to
                                                dziecko.


                                                telefon do RM:
                                                ? Właśnie minął mi okres...

                                                Telefon do RM: Ja sam na sobie dokonałem eutanazji, bo się zatruwam trucizną o
                                                nazwie alkohol. Dzisiaj byłem w kościele pierwszy raz od wielu lat i jak
                                                posłuchałem co wy tam za idiotyzmy wygadujecie, to Bogu dziękuję, że jestem
                                                alkoholikiem.
                                                Nazywam się Marian z Płocka...

                                                Słuchaczka RM: Idę sobie ulicą, patrzę, a tu takie szesnastoletnie ku...
                                                wkładają za wycieraczki samochodów ulotki agencji towarzyskich. Patrzę za
                                                chwilę, a jedną taką ulotkę wyciąga nasz ksiądz proboszcz. No to pytam się jego,
                                                po co mu ona. A ksiądz odpowiedział, że przyda się jako zakładka do książki. Już
                                                nie wiem, co o tym myśleć.

                                                Słuchaczka: Jest u nas w Toronto taki jeden Amerykanin, który przez całe życie
                                                wyszukuje i opisuje negatywne postacie Żydów.
                                                A ja się pytam, czy w imię miłości Chrystusa nie mógłby wyszukać kilku
                                                pozytywnych postaci tej nacji?
                                                o. Piotr: Proszę pani... to za niego robi Gazeta Wyborcza.

                                                Słuchaczka: Słuchałam pana wypowiedzi i muszę przyznać, że była ona na bardzo
                                                niskim poziomie, wręcz na poziomie żenującym.
                                                o. Rydzyk: Widzicie... to telefonował do Radia Maryja szatan, choć o niewieścim
                                                głosie. A jeśli to nie sam szatan dzwonił, to jego niewolnik o imieniu Urszula.

                                                Telefon do RM: Najdroższy ojcze Rydzyku. Jesteśmy z tobą. Jak by ktoś chciał na
                                                ciebie rękę podnieść, to ja nie wiem co bym mu zrobiła... najdroższy i
                                                uwielbiony ojcze. Ty jesteś dla mnie więcej jak Bóg... (płacz) Sto razy więcej
                                                jak Bóg... ukochany ojcze.
                                                Oni wszyscy będą musieli z tego kiedyś zdać świadectwo. Przed Bogiem i przed
                                                tobą, bo ty będziesz siedział na jego prawicy.

                                                Słuchaczka: Moja siostra nie ma już jednej nogi, a teraz jest w szpitalu i
                                                grozi jej druga amputacja.
                                                o. Piotr: Ale Chrystus ją kocha i ma w tym zapewne jakiś plan.

                                                Słuchacz: Wy tylko alleluja, alleluja, alleluja i do przodu... siać, siać i
                                                siać. Czy to nie jest już nudne?
                                                o. Piotr: A pan się schlał po prostu jak świnia...

                                                rozmowa na antenie RM:
                                                Wy tak ciągle mówicie, że ona była zawsze dziewica.
                                                Tak, proszę pana.
                                                To ja jej strasznie współczuję.

                                                Ekspert RM: Dzisiaj w Polsce nie produkuje się już nic polskiego. Nawet, jak
                                                się głupią żarówkę chce kupić, to trzeba kupić, za przeproszeniem, os



                                                Słuchacz: ? Ksiądz nie chciał pochować za darmo mojego ojca. Jak się zapytałem,
                                                co mam zrobić, bo jest lato i gorąco, to on odpowiedział: Zamarynuj go sobie?.
                                                Prowadzący audycję: No... pan jest chyba członkiem SLD.

                                                o. Rydzyk: Kochani... należy siać, siać, siać! Trzeba siać, aby urosło. Siać...
                                                siać, a jak nie będziecie siać, to... to i tak urośnie.

                                                o. Rydzyk: Ostatecznym celem homoseksualizmu jest walka z Kościołem i
                                                zniszczenie Kościoła.

                                                o. Rydzyk: ? A ta prostytucja na drogach? Jakież to wstrętne.I popatrzcie, kto
                                                się koło tych narzędzi diabła zatrzymuje. Popatrzcie... góry mięsa z hormonami ?
                                                bo przecież nie ludzie. Trzeba siać, siać... tak, tak... zwierzęta z hormonami.
                                                A potem przychodzą z płaczem do księdza.





            • frankie36 Re: schronisko dla słów 19.10.05, 17:01
              Frakcja kanadyjska przeczytala,a Belinde pamietamy jak najbardziej,a skoro o
              kanadyjskim parlamencie mowa dodaje cus od siebie:

              Subject: SOMETHING TO THINK ABOUT
              >>
              >>
              >> > Subject: Only in Canada EH?
              >> >
              >> > Can you imagine working for a company that has a little more than
              300
              >> > employees and has the following statistics:
              >> >
              >> > a) 30 have been accused of spousal abuse.
              >> > b) 9 have been arrested for fraud.
              >> > c) 14 have been accused of writing bad cheques.
              >> > d) 95 have directly or indirectly bankrupted at least 2 businesses.
              >> > e) 4 have done time for assault.
              >> > f) 55 cannot get a credit card due to bad credit.
              >> > g) 12 have been arrested on drug related charges.
              >> > h) 4 have been arrested for shoplifting.
              >> > i) 16 are currently defendants in lawsuits .
              >> > j) 62 have been arrested for drunk driving in the last year.
              >> >
              >> > Can you guess which organization this is? It is the 301 MP's in the
              >> > Canadian Parliament
              >> > presently holding office The same group that cranks out hundreds of
              >> > new laws designed to keep the rest of us in line. Which one did you
              >> > vote for?
              >> >
              >> > Source: THE OTTAWA CITIZEN Newspaper
              >> >
              • asia.sthm Re: schronisko dla słów 20.10.05, 11:12
                Dobre !
                Francuja, ja mysle ze takich parlamentow wiecej sie znajdzie .
                • marta_midwest Dzieki Asia za Basseta:) 22.10.05, 01:29
                  Skad Ty go wynalazlas??? Brzmi troche jak z 60 minut na godzine, przypomina mi
                  z z pamietnika mlodej lekarki no i Doktora Sulkasmile
                  • mulinka Re: Dzieki Asia za Basseta:) 22.10.05, 01:31
                    a ja wciaz jak widze ten watek, to czytam :
                    schronisko dla psow!
                  • asia.sthm Re: Dzieki Asia za Basseta:) 23.10.05, 15:29
                    Marta, bo to ta sama klasyka satyry.
                    Andrzrej Waligorki jednak to "Studio 202" i "Powtorka z Rozrywki"
                    smile))
          • babiana Re: schronisko dla słów 26.05.06, 19:09
            Przeczytalam.Zgadza sie co do joty.Jaja jak berety.Ludzie juz nawet na te
            historie nie reaguja w mysl zasady "psy szczekaja, karawana jedzie dalej".
    • samo rozmowy w radio Maryja 24.10.05, 06:51
      Słuchaczka: - Ja mieszkam w Żarach i poszłam zobaczyć ten przystanek tego
      Owsiaka. To jest, proszę ojca, diabelstwo... mówię ojcu: diabelstwo.Tam piwo
      leje się strumieniami i wszyscy ze wszystkimi się... no nie wiem,jak to
      powiedzieć, żeby ojca nie obrazić... no, pieprzą się.


      o. Jacek: - No, teraz to dopiero pani obraziła i mnie, i Pana Boga.
      Trzeba było powiedzieć: uprawiają deprawację.


      ¤ ¤ ¤

      Fragmenty bezpośredniej relacji z Przystanku Woodstock:
      - Jest nas tu na Przystanku Jezus bardzo dużo... bardzo dużo
      katolickiej,pięknej, wspaniałej młodzieży. Rozglądam się i widzę coś około
      pięćset osób. A dookoła tłum... ze dwieście tysięcy młodych ludzi w rękach
      szatana.Widziałem dziewczyny, nagie dziewczyny z kartkami: "Oddam się za pięć
      złotych". Mój Boże... Jak one siebie cenią... za pięć złotych... To jest chyba
      jakaś gorsza kategoria ludzi.Tu są tysiące smutnej, bardzo smutnej młodzieży. I
      oni wszyscy się śmieją.

      ¤ ¤ ¤
      Telefon do RM:

      - Od trzech miesięcy słucham wyłącznie Radia Maryja.Wyrzuciłem telewizor na
      śmietnik, a w radiu urwałem gałkę, tak aby nikt z rodziny nie mógł zmienić
      stacji i teraz jest tylko wasze radio u mnie w domu. I jestem naprawdę wolnym
      człowiekiem.

      ¤ ¤ ¤
      Słuchacz: - Polaków to powinno się rozróżniać po nazwiskach.
      Np. Płotka, Kąkol, Krawiec, Hebel... od razu widać, że to prawdziwi Polacy z
      dziada pradziada...


      o. Jacek: - Tak, ma pan rację... Tylko z tym Heblem to ja bym nie dyskutował...




      ¤ ¤ ¤
      Ekspert RM: - Muzyka techno w takim samym, a może nawet większym stopniu co
      narkotyki, uzależnia. Wywołuje bowiem w organizmie
      podobne reakcje chemiczne. Prowadzi też do rozwiązłości seksualnej.


      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk: - Każdy liberał jest durniem, każdy dureń -liberałem.


      ¤ ¤
      Słuchaczka: - Pół emerytury będę oddawać dla mojego ukochanego Radia Maryja.

      o. Jerzy: - To pięknie. A ile ma pani tej emerytury?


      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych:
      - Podchodzi do mnie taka mała dziewczynka... no może miała z dziesięć lat i
      opowiada, że na początku wakacji przyszli do niej do domu koledzy i koleżanki i
      zaproponowali: założymy bandę. I założyli...
      podwórkowe kółko różańcowe. Takie wspaniałe dziecko...

      ¤ ¤ ¤
      Telefon do RM:

      - Od kilku lat postanowiłam walczyć z tymi wstrętnymi wulgaryzmami w języku
      polskim. Na przykład idę przez park i słyszę,jak młodzi ludzie - tacy po
      trzynaście,czternaście lat - co drugie słowo tylko [wszetecznica] i
      [wszetecznica]. No to podchodzę do nich i mówię: "Ja wam,gówniarze jedni,
      zaraz nogi z dupy powyrywam". I wie ksiądz, że to skutkuje...

      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk: - Jest takie przysłowie: "Jedno jabłko zjedz dziennie, a
      lekarz będzie z daleka od ciebie". Żydzi to jabłko zamienili na czosnek i teraz
      wszyscy porządni ludzie są z daleka od nich.

      ¤ ¤ ¤
      Słuchaczka: - Skąd się w Polsce bierze ten antysemityzm? Ja jestem właśnie
      takiego pochodzenia...
      o. Jacek: - Współczujemy pani wszyscy...



      ¤ ¤ ¤
      Transmisja mszy z udziałem ojca Rydzyka:
      - Ile tu dzieci koło mnie! A tu taka mała dziewczynka... Ile masz lat?No co,
      nie umiesz mówić? Ile masz lat? Nie powiesz księdzu? No, ile masz lat?Głupie
      jakieś to dziecko, czy co?

      ¤ ¤ ¤
      Słuchacz: - Jak się do was dzwoni, to trzeba pochwalić Maryję zawsze
      dziewicę... prawda?
      o. Jerzy: - Tak jest przyjęte.

      Słuchacz: - Ale to przecież było dwa tysiące lat temu, to skąd wiadomo, że ona
      jest nadal dziewicą?
      o. Jerzy: - No... pan sobie musiał dzisiaj nieźle golnąć.

      ¤ ¤ ¤
      Słuchacz: - Jedziemy właśnie z pielgrzymką rowerową dookoła Polski, na koniec
      do Częstochowy i co pięć kilometrów stajemy i odmawiamy różaniec.
      o. Rydzyk: - To pięknie, tylko czy w ten sposób dojedziecie do Częstochowy w
      tym roku?




      ¤ ¤ ¤
      Słuchacz: - Postanowiłem w następnych wyborach głosować na Platformę
      Obywatelską.
      o. Rydzyk: - No to pan cierpi na schizofrenię. Trzeba się przebadać, a ja pana
      na razie wyłączam.




      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych:
      - Ludzie pokazują palcami, jakim ja samochodem jeżdżę. Że mercedesem
      klasy S. A niby czym mam jeździć? Na krowie mam jeździć? Głupoty takie
      gadają... Mogę na krowie, ale gdzie ja bym tę krowę trzymał w Radiu Maryja?


      ¤ ¤ ¤


      Słuchaczka: - Ja już z nerwów to nie mogę słuchać tych głupot, które wy
      wygadujecie. Gdybym miała jakąś spluwę,to bym wam wszystkim w łeb wypaliła.
      o. Rydzyk: - No i widzicie państwo to komunistyczne miłosierdzie, które czasem
      do nas telefonuje, te esbeckie metody "w łeb bym wam wypaliła". Ech... sam
      czasem żałuję, że nie mam - jak to ta pani powiedziała? - że nie mam spluwy!
      Trzeba siać...

      ¤ ¤ ¤


      Słuchacz: - Ja już pięć godzin do was dzwonię i dopiero teraz się dodzwoniłem.
      Chciałbym zaprotestować przeciwko temu, że wy tak bez przerwy na tych Żydów
      nadajecie...
      o. Rydzyk: - No to niech pan sobie następne pięć godzin jeszcze do nas podzwoni.

      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych:
      - W Koszalinie podszedł do mnie taki jeden i prosi o pięćdziesiąt groszy,a ja
      musiałem nos zatykać i uciekać... taki był niemyty. Dlaczego oni się nie myją?
      Kochani, trzeba się myć i siać,siać, siać.. bo tylko jak będziemy siać, to
      zgasimy płomień nienawiści.

      ¤ ¤ ¤
      Ekspert RM: - Miłość do Boga można wyrażać w rozmaity sposób. Na przykład można
      postanowić sobie: dziś nie nażrę się czekolady jak świnia.

      ¤ ¤ ¤
      Słuchaczka: - Ja się tego nie wstydzę. Mam siedemdziesiąt lat i wszystkim
      mówię, że jestem dzieckiem Radia Maryja i ojca Rydzyka.
      o. Jacek: - No, wie pani... To ostatnie stwierdzenie może być ryzykowne...


      ¤ ¤ ¤
      o. Jerzy: - Ekonomia to jest coś takiego: mam w domu odkurzacz i
      muszę się zastanowić, czy odkurzać codziennie, czy też sprzedać ten odkurzacz
      i za te pieniądze wynająć sobie firmę, która będzie mi
      odkurzała.
      Słuchacz: - Wie ksiądz co? Ja myślałem, że my rozmawiamy poważnie, a ksiądz tu
      jakieś brednie opowiada. A ten odkurzacz to niech sobie ksiądz w dupę wsadzi.
      Szczęść Boże!


      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych:
      - Jest taka gazeta "Fakty i Mity" i wszyscy tam pracujący przedtem pracowali w
      departamencie czwartym UB. A ten ksiądz, który porzucił kapłaństwo... Ja się
      modlę za niego i to nic nie daje, bo on jest coraz bardziej jakiś pokaleczony.
      Na niego to już nawet sierpa i młota szkoda używać...

      ¤ ¤ ¤
      Młoda słuchaczka RM:
      - Odmawialiśmy koronkę do Najświętszego Serca, a do domu przyszedł pijany tatuś
      i zaczął kląć. Potem usnął... No to mamusia położyła na nim obrazek z Panem
      Jezusem. Od tego czasu już nigdy nie widziałam pijanego tatusia.
      o. Jacek: - Przestał pić?
      Młoda słuchaczka RM:

      - Nie wiem, bo w ogóle gdzieś zniknął.

      ¤ ¤ ¤
      Słuchacz: - Wychowanie do życia w rodzinie. Ja wiem, co to jest... To jest
      wychowanie w polskich szkołach do życia w burdelach. Niech mi ksiądz nie
      przerywa. Ja mam osiemdziesiąt lat i już przed wojną bardzo często widziałem
      takie młode, zdeprawowane dziewczynki w burdelach we Lwowie.

      ¤ ¤ ¤
      o. Rydzyk w Rozmowach Niedokończonych:
      - Mam właśnie w ręku program SLD. Nie wiem, czy ja te ręce potem domyję...

      ¤ ¤ ¤
      Dobranocka w RM:
      - Masz na imię Wojtuś? Jak pięknie i bardzo ładnie zaśpiewałeś
      piosenkę,więc mamy dla ciebie nagrodę. Mam w ręku kasetę o
      podwórkowych kółkach różańcowych. Chcesz taką kasetę?
      - Nie!

      ¤ ¤
      Rozmowa na antenie RM:
      - Proszę powiedzieć słuchaczom, dlaczego zdecydował się pan
      kandydować w przyszłych wyborach do Sejmu.
      - Bo Polska jest sprzedawana i tylko Radio Maryja o tym głośno mówi.Jak będę
      posłem, to w każdym urzędzie, na ulicach i nawet w restauracjach będą wisieć
      głośniki nadające tylko audycję ojca dyrektora. Bo jak Polacy nie mają żadnych
      wartości, to niech chociaż mają wartości chrześcijańskie. Jestem też przeciwko
      eutanazji nienarodzonych dzieci.


      ¤ ¤ ¤
      Słuchaczka: - Mąż sprzedał dosłownie wszystko z domu na wódkę. Ale jak chciał
      już sprzedać radio, na kt
      • samo Re: rozmowy w radio Maryja c.d. 24.10.05, 07:01
        ¤ ¤ ¤
        Słuchaczka: - Mąż sprzedał dosłownie wszystko z domu na wódkę. Ale jak chciał
        już sprzedać radio, na którym słucham Radia Maryja, to się zdenerwowałam.



        ¤ ¤ ¤
        o. dyrektor: - Pani Agnieszka? Jak miło... Prosimy o pani świadectwo...
        Słuchaczka: - Trzeba siać, siać, siać,siać, siać... Siać...
        o. dyrektor: - Zamurowało panią z tym sianiem, czy co?

        ¤ ¤ ¤
        Ojciec dyrektor w pogadance: - Pojawiły się billboardy
        reklamujące miesięcznik... tak zwany dla mężczyzn. A na nich była naga
        kobieta.Wyuzdana, wstrętna, brzydka. Idę i widzę tych wszystkich młodych
        mężczyzn, którym na jej widok ślina z gąb cieknie. Szatan, mówię wam, szatan.


        ¤ ¤ ¤
        Słuchaczka: - Tadeusz? Dzień dobry. To ja Maria...

        o. Rydzyk: - Dlaczego mi pani mówi po imieniu? Ja nie znam żadnej Marii...To
        znaczy jedną znam... ale ona by raczej do mnie nie zadzwoniła...

        • jan.kran Re: rozmowy w radio Maryja c.d. 24.10.05, 10:00
          Zawsze mnie teksty z Radyja śmieszyły. Dziś raczej to śmiech przez łzy.

          I zasiał Ojcie Dyrektor , zasiał.
          Mam nadzieę że się plonami udławi , grad mu wybije i stonka ( oczywiście
          amerykańska ) , zeżre.

          Chyba musze schować klaptopa sama przed sobą , bo co zajrzę do jakiejś gazety
          lub na forumy to dostaję nerwowych drgawek.
          Kran.
          • asia.sthm Re: rozmowy w radio Maryja c.d. 24.10.05, 11:40
            ja tez bede od dzisiaj siać siać siać siać .

            Chyba zaczne sluchac tego slawetnego radia, bo tam jest wesolo .
            Czy czapki uszatki moga tego sluchac czy jakies zle je opeta ? bo znowu nie wiem
            • samo Re: rozmowy w radio Maryja c.d. 24.10.05, 17:34
              Wrzucilam to na forum raczej jako przyklad nowomowy ktora zaczaja sie juz za
              rogiem czekajac na rozkwit kaczyzmu.Tak jak pisze Kran-smiech przez lzy.I
              pytanie-jak to sie dzieje, ze ludzie w ogole moga tego sluchac.
              • asia.sthm Re: rozmowy w radio Maryja c.d. 24.10.05, 19:16
                bo to radio Maryja spelnia jakas niezrozumiala akurat dla mnie funkcje.
                Gdyby nie spelnialo, nie mialoby sluchaczy i przestaloby istniec.
                Proste jak budowa cepa.
                I bardzo smutne.
                Ja jednak i ze smutnych rzeczy potrafie sie smiac a te cytaty poprawily mi
                wydolnosc watroby na dzisiaj wink, a ta zawsze mi sie przydaje w dobrej formie,
                bo przeciez na tym forum ciagle sie pije tongue_out
      • asica74 Re: rozmowy w radio Maryja 24.10.05, 19:23
        co oni tak z uporem maniaka sieja??? trzeba siac... ktos wie o co chodzi?
        • gherarddottir Re: rozmowy w radio Maryja 24.10.05, 19:31
          usmialam sie od cuha do ucha czytajac te kawalki z radia maryja, a jeszcze
          bardziej sie usmialam gdy (wybacz Asico) przeczytalam Twoje pytanie o co chodzi
          z tym sianiemsmile)))))))))))))
          Mulinka, ja tez z uporem maniaka czytam schronisko dla psow zamiast slow!!!!!
          • samo Re: rozmowy w radio Maryja 24.10.05, 23:18
            Smiejcie sie,ale ja tez nie rozumiem o co chodzi z tym sianiem... :o) Mi sie to
            kojarzy z "glupich nie sieja-sami sie rodza",ale ja nie mysle ze Ojcu
            Derektorowi wink o to chodzi.

            Asiu- ja tez sie smieje z tych tekstow. W koncu jakby nie byly smieszne, to bym
            ich nie wklejala do waszych wierszykow i slowek.
            • gherarddottir Re: rozmowy w radio Maryja 25.10.05, 13:01
              z tym sianiem to chyba chodzi o to ze trzeba siac ziarno czyliw domysle "idzcie
              i rozmnazajcie sie gloszac slowa kosciola" ale nie jestem pewna.
              Niestety prawda jest taka ze ten caly ojciec dyrektor czy jak mu tam robi
              bardzo zla robote kosciolowi katolickiemu no a teraz jeszcze przyklada reke do
              zlego dla Polski
              • gherarddottir Re: rozmowy w radio Maryja 25.10.05, 13:55
                nowe slowo: ojje zamiast ojej wystepuje nagminniesmile
                • elagrubabela Schronisko dla slow 06.11.05, 18:47
                  To ja jednak staroswiecka i sentymentalna jestem wink Otwierajac watek myslalam o
                  takich slowach, co to juz wychodza z uzycia albo nikt nie wie, co naprawde
                  znacza - przyzwoitosc, respekt, solidnosc, spolegliwosc albo takie stare jak
                  warzachew czy koromyslo smile
                  Elka
                  • asia.sthm Re: Schronisko dla slow 11.11.05, 23:23
                    Ela, warzachew wiem, ale co to jest koromyslo to nie mam fioletowego pojecia.

                    Uwaga czas na nastepny odcinek powiesci w odcinkach.
                    Kto nie chce niech nie czyta, bedzie swintuszenie i Babcia Pimpusiowa bedzie
                    chciala umierac chwilami . smile
    • sylwek07 Re: schronisko dla słów 13.11.05, 17:17
      humor z zeszytow szkolnych smile

      cytaty.servis.pl/wiki/Humor_zeszyt%C3%B3w#Janko_Muzykant
      • asia.sthm Re: schronisko dla słów 13.11.05, 17:39
        Sylwek, to cudne !
        Jeszcze takiego na tematy i przedmioty podzielonego zeszytowego humoru jeszcze
        nie zaznalam smile
        • jan.kran Re: Koromysło. 14.11.05, 10:41
          Mam wrażenie że wiem tylko jak to kurka siwa opisać...
          Takie ustrojstwo do noszenia dwóch wiader...
          Z ukraińskiego pochodzi.
          Kransmile
          • asia.sthm Re: Koromysło. 14.11.05, 10:53
            no prosze, jaka ja tu wiedze zdobywam smile
            • ulkaa Re: Koromysło. 14.11.05, 11:00
              Rzeczywiscie, myslalam , ze to nosidla.
              Kiedys chyba u Orzeszkowej czytalam,lektury za naszych czasow trzeba bylo miec
              w paluszku smile

              Z innej beczki ( autentyczne z wlasnego podworka !)-niedawno maluch (3 l) do
              nauczycielki:
              " Spadaj , bita śmietano , mam dzisiaj urodziny"
              Śmiac sie czy plakac...
              • asia.sthm Re: Koromysło. 14.11.05, 11:16
                Plakac ! ;-(
                ale to nie dziecka wina, to jest fatalne wychowanie .
                • ulkaa Re: Koromysło. 14.11.05, 11:20
                  Wlasnie. I to jest coraz powszechniejsze zjawisko.
                  Humor zeszytow - to jedno ale naga prawda , to drugie .
                  I wcale nam nie do smiechu.
      • big2.munich Re: schronisko dla słów 11.12.05, 18:28
        Sylwek juz dawno tak sie nie ubawilam! Ta stronka jest super!
    • sylwek07 z gadu gadu.... 28.11.05, 15:55
      znam Cie od miesiaca a juz chce miec z Toba brzdaca smile
      Pij i szalej i nie patrz co dalej smile
      • kociaszek Re: z gadu gadu.... 17.01.06, 10:55
        molesta.
        znaczy sie sms.
        przywiezione z kraju raju!
        • asia.sthm Re: z gadu gadu.... 18.01.06, 19:15
          Kociaszku, znaczy molestowac to wysylac sms´a ?
          W zyciu bym na to nie wpadla wink
          • kociaszek Re: z gadu gadu.... 22.01.06, 19:07
            przyklad: dostalam MOLESTe od kumpla = dostalam sms-a.
            fajne, co?
    • asia.sthm Re: schronisko dla słów 27.01.06, 20:11
      Oj no i skonczyl sie docent Basset i tak sie zastanawiam co by tu jeszcze
      drukowac w odcinkach. Mam kupe tekstow Andrzeja Waligorkiego i tych tektow nie
      da sie czytac bo maja pokrecone znaki, a na forum sie wszystko pieknie
      prostuje, wiec co by sobie wyprostowac.. hm .. listy Pana Michala np?
      • asia.sthm List o balu kostiumowym 27.01.06, 20:15
        Pułkownik Michał Wołodyjowski
        Do Pana hetmana
        Sobieskiego Jana
        Herbu Janina
        Co mu się nie zgina
        Podczas tańca pancerz
        Taki z niego tancerz...

        Zgodnie z Pańskiem rozkazaniem urządziłem byłem ostatnio we
        Chreptiowie wielki bal kostiumowy. A to dla uzyskania ogólnej in-
        tegracji między zwaśnionemi stronnictwy. Zaraz też sam ruszyłem
        we pierwszą parę wraz ze swoją Basieńką, przebraną za świętej pa-
        mięci inflancką kobyłę pana Podbipięty, co niewiele jej zajęło
        trudu i czasu, tyle że ogon z tyłu, a wędzidło z przodu sobie
        wetknąwszy, z właściwym sobie końskim śmiechem do świetlicy kurc-
        galopem wpadła, a ja przy niej w prysiudach, a za nami Pan Zagło-
        ba ze skrzydły, z przyprawionym dzióbem i w koronie, co miało
        przedstawiać orła. Że jednakowoż, co jako zwykle było, był pijany
        jak kongres ruskich socjaldemokratów, przeto z rozpędu nie wyro-
        biwszy zakrętu, usiadł na jajcach przygotowanych we bufecie, co
        wywołało zachwyt do cna spatryjociałej, ale i zidiociałej starej
        pani Boskiej, upatrującej w tym symbol jakoby samicy orlicy, sta-
        do młodych orląt narodowych z jajców wysiadującej ku wspomożeniu
        ojczyzny i pokrzepieniu serc. Amen. A jako trzeci wleciał młody
        Nowowiejski, któremu - jak wiadomo - ten matoł, Azja Tuchajbejo-
        wicz, siostrę zarżnął i ojca zeżnął, gdyż kolejność się baranowi
        mongolskiemu pomyliła, co tak Nowowieja juniora rozbawiło, iż ze
        śmiechu na ziemię z konia spadłszy, łbem o świątka przydrożnego
        się wyrżnął i szajbę chwalebną uzyskał, z której aureola pozłoci-
        sta promienieje i melodyje cudne się odzywają, kompozycyji jakoby
        pana Korcza lebo pana Karolaka do słów proroka Izaaka, w wykona-
        niu Rinn Danuty, która jest patronką Huty i dementuje z niesma-
        kiem, jakoby coś tam z Szydlakiem. Jakby tam tedy nie było, ale
        dobrze się skończyło, o czym ze satysfakcyją donosząc w służby
        swoje powolne poleca

        Pułkownik Wołodyjowski,
        Co ma w brodzie cztery włoski
        Ale inszych członków osiem
        Porosło mu pięknym włosiem.
        • asia.sthm Re: List o Kaszpirowskim 28.01.06, 11:24
          Wielmożny Panie Hetmanie.

          Spieszę, by donieść o poczynaniach niejakiego atamana Kaszpi-
          rowskiego, któren przybył tu, jako domniemywam, z poduszczenia
          Krymu, aby przeprowadzić rzekome seanse biogergene... bioergen-
          gro... bioenergore... tepa... tfu!, jakieś oszustwa hipnotyzers-
          kie. A to zapewne w celu osłabienia morale naszej bohatyrskiej
          załogi. Na dowód zasię swych wątpliwych umiejętnościów przywiózł
          ze sobą domniemanych ozdrowieńców, a mianowicie Czukcza-niemowę,
          który po trzech posiedzeniach dalej nic nie mówi, ale za to za-
          czął pisać, i to po francusku, co dziwne, ponieważ, nie znając
          onego języka, nie rozumie nic z tego, co napisze. Przywiózł rów-
          nież pana Boskiego, tatusia Zosi Boskiej, któremu po zahipnotyzo-
          waniu cofnęły się nieoczekiwanie hemoroidy, z tym, że cofnęły mu
          się zbyt głęboko, bo aż do gardła, nie muszę przeto tłumaczyć ja-
          kowe dźwięki wydaje ów nieszczęsny rycerz, gdy chce co powie-
          dzieć. Zebraliśmy się tedy we chreptiowskiej świetlicy, a pan
          Kaszpirowski wezwał chorych, aby natychmiast wyzdrowieli. Poczem
          wyładował w nich swą energię, ale niestety niecelnie, przypusz-
          czalnie trafiając o jedno miejsce za bardzo w lewo, gdyż Józwa
          Butrym bez Nogi nie odzyskał tejże nogi, która natomiast wyrosła
          jako trzecia siedzącemu obok staremu Nowowiejskiemu, czekającemu
          na zrośnięcie się gardła poderżniętego swego czasu przez Azję Tu-
          chajbejowicza. Aliści moc przeznaczona na to zrośnięcie poszła
          w kredens i rykoszetem trafiła w moją Baśkę, której rzeczywiście
          natychmiast zarosło, ale niestety nie gardło. Gdy zasię panu Mu-
          szalskiemu coś urwało jajco, i przyfastrygowało je do nosa Ewce
          Nowowiejskiej, tedy nastąpiła okrutna panika, powstrzymana dopie-
          ro przeze srogiego Luśnię, któren ze właściwym sobie profesjona-
          lizmem, ucapiwszy onego czarodzieja za kark zasadził go na sztyw-
          ny pal Azji, z którego ów nasłaniec ode trzech dni przemawia,
          w obronie wartościów humanitarnych, na szczęście cyrylicą, której
          prawie nikt nie rozumie.

          O których to wydarzeniach donosząc,
          Jednocześnie czujności swoje deklaruję
          I kreślę się z poważaniem
          Pułkownik Wołodyjowski
          Co mu może Kaszpirowski he, he, he...
          • maja92 Re: List o Kaszpirowskim 28.01.06, 18:12
            Rany Asia!!! Gdzie Ty takie perelki znajdujeszwink))))
            Az zatesknilam za radiowa 3 i "Powtorka z rozrywki"....
            Ide wspominac dawne czasy!!!
            Wydrukowalam sobie - ide meczyc Pana Mezawink))))
            • asia.sthm Re: List o Kaszpirowskim 28.01.06, 18:22
              Majka, jak bedziesz sie strasznie upierac to dam ci chetnie adres do zrodla,
              ale w zrodle czcionki pokiereszowane wiec tu bede prostowac tak czy siak smile)
              masz nastepny list, to wszystko dla pokrzepienia serc.

              PS Meza nie ujezdzaj na raz - po kawalkach wink
          • asia.sthm List o kłopotach kadrowych 28.01.06, 18:24
            Michał Wołodyjowski
            do
            Pana Hetmana Jana Sobieskiego.

            Wasza Hetmańska Mości!

            Melduję najuprzejmiej, iż zgodnie z Pana hetmańskim rozkazem,
            zamierzałem wybrać się onegdaj na podjazd, aby stwierdzić, czy
            sułtan rusza już całą swą potencją, czy też może tylko kawałkiem.
            Gdym jednakowoż zakomenderował: "Dragoni na koń!" okazało się, iż
            dragonia sztrajkuje, domagając się podniesienia żołdu o dwieście
            procent, udziału we degustacyi dziewic chrześcijańskich odbitych
            Tatarom, oraz zmiany wiechci w butach co kwartał, nie zasię, jako
            dotychczas, co pół roku. Wdałem się tedy byłem we rokowania, któ-
            re zakończyły się podpisaniem słynnych Porozumień Chreptiowskich,
            zaczem chorągiew dragońska udała się we dziękczynną pielgrzymkę
            do cudownej figury przy sierocym brodzie, przedstawiającej świętą
            męczennicę, Gazyfikacyję del Rio, zgwałconą na proszek przeze
            hordy Atylli, przy czym nie przez wszystkie, gdyż część poszła na
            północ, mordując i paląc, głównie zresztą radomskie, bo inszych
            nie szło dostać. Chciałem tedy ruszyć na ów podjazd na czele Lip-
            ków, ale oni na odmianę demonstrowali akurat swą odrębność naro-
            dowościową, żądając autonomii, uznania swego śwargotu za język
            państwowy i wyrżnięcia w pień Czeremisów. Przykazawszy jeno, aby
            po dyskusyi oczyścili majdan z odrąbanych członków, a takoż nóg
            i rąk, udałem się z prośbą o patrol do Semenów pana Motowidły.
            Oni wszelakoż świętowali rocznicę bitwy pod Beresteczkiem, odpra-
            wując zmianę warty, słuchając przemówień, i fetując przybyłych
            zewsząd zasłużonych emigrantów, których dotychczas nazywali "wy-
            rzutkami kozaczyzny", a nawet "wypierdkami...", za przeprosze-
            niem, "...siczy". Obecnie jednakowoż zapałali do nich iście
            franciszkańską miłością, wyrażającą się głównie we namowach, aby
            owi repatrianci zainwestowali co nie co w nasz podupadły futor,
            na co tamci odpowiadali wymijająco, cytuję: "Pomożemo wam, brat-
            cy, skoro wy sobi sami pomożete.", które to zdanie nic wprawdzie
            nie oznacza, ale brzmi bardzo dobrze, z tym, że jakby głupio. Tak
            więc na zwiady nie pojechałem, ale przy okazyi stwierdziłem, iż
            duch we fortalicji panuje podniosły i znakomicie rokujący na
            przyszłość. Może nie na doczesną, ale na wiekuistą jak najbar-
            dziej i to już niebawem.

            O czem z szacunkiem donoszę,
            Pułkownik Michał Wołodyjowski
            Administrator burdelu
            Na kresach PRL-u.
            • asia.sthm Zagłoba hetmanem 04.02.06, 11:20
              Pułkownik Michał Wołodyjowski
              do
              Pana Hetmana Jana... Ha, ha, ha... Hetmana... Ha... Jana...
              ...Jana Sobieskiego,
              co lubi ten, tego...
              Hi, hi, hi...
              Co to ja, jakaś poeta jestem? Czy co? No, ale do rzeczy:

              Szanowny Panie Hetmanie,

              Zgodnie z Pańskim zaleceniem przesyłam informację na temat za-
              chowania się i poczynań pana Zagłoby, któren ubrdał sobie, że sam
              ostanie hetmanem, a Pana z owej posady wygryzie, we którym to
              celu usiadł we pośrodku świetlicy, kędyśmy swoje gawędy rycerskie
              wiedli i, beknąwszy głośno dla zwrócenia na się uwagi, powiedział
              przewrotnie: "Ja tam hetmanem być nie zamieruję, choćby mię
              i prosili." "No i duże dobre." - odrzekł z ukraińska Rusin, pan
              Motowidło, a inni mu powtórzyli, co nader Zagłobę zdetonowało,
              więc przez chwilę milczał, a potem, by ponownie zainteresowanie
              wywołać, wyciągnął oburącz zza pazuchy hetmański piernacz i pier-
              nął nim w stół dębowy, na poły go rozłupując, zaś gdy umilkły
              oklaski, temat swój kontynuował, powiadając: "Bo poniektórzy mię
              bardzo proszą, abym był hetmanem, ale po co mi to, ha?" "Ta pew-
              ni!" - zgodził się prostodusznie pan Motowidło - "Na szczo tobi
              Onufryj hetmanom buty? Ne lipsze to w Chreptiowi sydyty, taj ho-
              ryłku pyty?" "A hoczesz w mordu?" - wrzasnął roz... rozwś...
              rozwś... rozwś... rozwścieczony pan Zagłoba i, nie czekając
              na odpowiedź, posłał Motowidłę na deski, czym zyskał sobie kilku
              zwolenników, między niemi zaś pana Ketlinga, któren ostatnio do-
              robił sobie niemieckie pochodzenie, przerabiając we dowodzie oso-
              bistem narodowość "Szkot" na "Szkop", a nazwisko "Ketling" na
              "Goering", a teraz odezwał się swą literacką niemczyzną: "Ja, das
              ist ajne gute ideje, herr Cakloba zol ein sztumbanhetman zajn,
              ajwaj, ajwaj." "Nie proście mnie!" - zakrzyknął pan Zagłoba, któ-
              ry tylko czekał na takową okazyję - "Jam buławy niegodzien! Oj,
              niegodzien! Lepsi są tu ode mnie... Chyba, żeby cały Naród... Pó-
              ki co, odchodzę we samotność i oczekuję propozycjów." Co rzekł-
              szy, zatrzasnął się we stanicznej klozetierze, a gdyśmy go po
              kilku godzinach błagali, aby i nas tam wpuścił, gwoli pofolgowa-
              niu naturze, on udawał, że o hetmaństwo go błagamy, i odmownie
              nas załatwiał, aż i załatwieniem się skończyło, gdyż całe rycer-
              stwo, dłużej zdzierżyć nie mogąc, po dniestrowych jarach i komy-
              szach się rozbiegło, strasząc kanonadą luźne kupy tatarskie i ko-
              zackie, o czem z zadowoleniem meldując, służby swoje wojenne po-
              lecam,

              Michał Wołodyjowski, co też mógłby być hetmanem,
              bo miewa buławę nad ranem.
              • asia.sthm Pucz TUCZ-u 05.02.06, 11:44
                Pułkownik Michał Wołodyjowski
                Do Pana Hetmana Sobieskiego
                Co nie przeczuwa niczego.
                To skoczy gdzieś na wycieczkę,
                To na jakąś blondyneczkę,
                To znów moczy nogi w wodzie,
                A tu horrendum na wschodzie -
                - krzyki, wrzaski, wieje grozą
                Ale może ja bym prozą?

                Owoż donoszę ja waszej miłości, że zaistniała tu próba zamachu
                stanu na legalnie działającą władzę, czyli na mnie, zorganizowana
                przez Towarzystwo Uczciwych Zagończyków, w skrócie TUCZ,
                grupujące najbardziej konserwatywne i przeciwne reformom elemen-
                ty, na czele z tym starym warchołem i wolontaryjuszem, panem
                Zagłobą, do którego przyłączył się zawodowy zupak, ten młot,
                wachmistrz Srogi Luśnia oraz rozwydrzony azjatycki fundamentali-
                sta, Azja Tuchajbejowicz, ukrywający się tu jako Melechowicz.
                Owoż tenże wspomniany TUCZ zrobił tu ostatnio pucz, podczas
                którego tu puczu TUCZ-u zostałem otoczony i oskarżony o zbyt
                wysokie ciśnienie, co jest łgarstwem a nawet obelgą, gdyż będąc
                z natury niskim - metr dwadzieścia sześć w kapeluszu i na szpil-
                kach - wszystko mam takoż niskie, do tego stopnia, że nawet za-
                miatam po ziemi kutasem, którego mam przy szabli, bardzo pozło-
                cistego, będącego darem jeszcze księżnej Gryzeldy, świeć Panie
                nad jej duszą, albo lepiej nie, gdyż nieboszczka dziwnie nie lu-
                biała przy świetle...
                Ot, zebrało mi się na sentymenta, gdy wokół rewolta, ale praw-
                dę mówiąc, jakoś ospała. Hej, nie tak ześmy wprowadzali stan wo-
                jenny podczas rokoszu Lubomirskiego - wszystko było we pogotowiu,
                listy proskrypcyjne spisane, broń pancerna, czyli usarze, na uli-
                cach, kazamaty a ciurmy nagotowane, dysydenci zapudłowani, świad-
                kowie pouczeni, szast-prast i we dwa dni mieliśmy cały kraj w rę-
                ku, tyle że Lubomirski uciekł i to do Wrocławia, gdzie zawdy
                kwitła irredenta i tam zresztą pomarł, świeć Panie na jego...

                A co to ja znowu z tym świeceniem... Świeć Panie, świeć Panie,
                a cóż to Pan jakaś elektrownia, żeby każdemu świecił?

                A wracając do puczu TUCZ-u, to zaparłem się w czeladnej, mając
                ze sobą dwudziestu linkhauzowych dragonów, a Zagłoba wokół krążył,
                powiadając: "Poddaj się, Wołodyj, to może cię zabiją, albo i nie
                zabiją, bo taką mam ochotę, albo i nie mam ochoty. Boże, jak tu
                nudno - ani do kina, ani Horpyna, kici-łapci, pudło..." Na co ja
                mu z kolei proponowałem, aby mi snadnie nadmuchał pode ogon, abo
                i nie pode ogon, a on mi - żebym go pocałował, albo nie pocałował,
                w to lub nie w to, ale przeważnie w to. Takeśmy wtedy wzięli oba
                na przetrzymanie, aliści on pierwszy nie zdzierżył i jak się rzu-
                cił uciekać, tak oparł się chyba tak gdzieś na Krymie, u starego
                świętej pamięci Tuchajbeja, co mi zresztą nie dało szczególnej
                satysfakcji, gdyż z kim ja teraz wieczorami gadał będę, bo prze-
                cież nie z tym ciotą Muszalskim, którego Turcy zdeprawowali, gdy
                na galerach będąc przykutym w zgiętej pozycji do wiosła, nie dość,
                że się od nich odgonić nie mógł, to jeszcze wiosłując sam się mu-
                siał poruszać, przyjemność im czyniąc bez żadnego ze strony tych
                sukinsynów wysiłku. O czym ze smutkiem zawiadamiając, pozostając
                we smutnym zniechęceniu

                Wołodyj, dość wierny panu,
                Do niedawna więzień stanu
                Wojennego
                • asia.sthm Zupa "kuroniówka" 16.03.06, 10:12
                  Pułkownik Michał Wołodyjowski
                  Do Pana Hetmana Jana Sobieskiego
                  Przewodniczącego Narodowej Rady Obrony

                  Jaśnie Panie Hetmanie, zgodnie z rozporzadzeniem Pańskiem zor-
                  ganizowałem we Chreptiowie rozdawnictwo bezpłatnej zupki dla ubo­
                  giego rycerstwa, tako zwanej "kuroniówki", gdyż gotowanej głównie
                  na kurach padłszych ode kurzego moru, za co zresztą obarczyliśmy
                  odpowiedzialnością poprzednią ekipę, która natychmiast zwaliła
                  winę na zniszczenia wojenne sprzed 50 laty, co sprawę pomoru
                  umorzyło. Jako pierwszy ubogi głodny rycerz zjawił się oczywiście
                  ów stary pieczeniarz pan Zagłoba, ze świadectwem ubóstwa w jed­
                  nej, a z chochlą w drugiej dłoni. I wychłeptał z marszu od razu
                  dwa litry, ale zaraz je wielkodusznie zwrócił do kotła i gębę
                  czapką wytarłwszy, oświadczył szlachetnie, że rezygnuje z onej
                  darmochy na rzecz uboższych kolegów. co widząc inni oficyjerowie
                  również wyrzekli się pośpiesznie zupki, przeto nazajutrz zapro­
                  ponowaliśmy ją prostym dragonom, a moja Basieńka nawet wywiesiła
                  afisz, zawiadamiający iż pani komendantowa osobiście żołnierstwu
                  zupy dawać będzie. Niestety, niewczesny jajarz, pan Motowidło,
                  natychmiast dokonał na onym plakacie dość prostej poprawki,
                  w rezultacie której Baśka moja po półtorej godzinie dopiero
                  zorientowała się, iż daje onemu żołdackiemu chamstwu nie to, co
                  dawać miała. Że zaś w międzyczasie zupa skisła, przeto wylaliśmy
                  ją do Dniestru i teraz żadna wataha ode multańskiej strony prze-
                  prawić się już nie śmie, prócz słynnego grasanta Azji Beja, ale
                  ów ma polipy w nosie i żaden smród mu niestraszny, czym wielką
                  wszystkich kresowych wojowników wzbudza zazdrość i nie mniejszą
                  w nich budzi estymę. O czym słusznie donosząc, służby swoje po-
                  wolne Panu Hetmanowi polecam

                  Pułkownik Wołodyjowski,
                  Tego wzrostu, co Żukrowski
                  Oraz mąż wesołej Basi,
                  Co gdy gruchnie, świece gasi.
                  • asia.sthm Demografia 26.05.06, 12:25
                    Pułkownik Michał Wołodyjowski
                    do
                    Hetmana Wielkiego Koronnego Jana Sobieskiego.

                    Wielce Miłościwy Panie Hetmanie!

                    Odpowiadając na łaskawy list Waszej Miłości, w temacie zalud-
                    nienia naszych ziem item obrony poczętego, stwierdzam, co
                    następuje:
                    Do naszej kresowej stanicy we Chreptiowie takoż dotarły wieści
                    o gromkim larum, jakie podniosło się w Koronie, Wielkim Księstwie
                    Litewskim, Ruskim, Ziemi Smoleńskiej, Siewierskiej, Pskowskiej,
                    Kijowskiej, etc. etc., a to na okoliczność gwałtownego spadku
                    pogłowia pacholąt płci obojga. Przeto mając na względzie dobro
                    umiłowanej Ojczyzny zorganizowałem, nie mieszkając, kurso-konfe-
                    rencyję w temacie jak wyżej. Muszę od razu zaznaczyć, iże wielce
                    mnie uradowała, ale i zdziwiła niepomiernie, znajomość tego prob-
                    lemu wśród tutejszego fraucymeru, rycerstwa, a nawet ciemnej
                    czeladzi i plugawych Lipków pohańskiego wyznania, pozostających
                    pod komendą Azji Tuhajbejowicza (to ten, któren ma na piersi sine
                    ryby wykłute). Owóż białogłowy podniosły problemat, jakoby cały
                    szkopuł tkwił w braku bilateralnych stosunków oraz iże rycerstwo
                    zadowalnia się jeno barterem z Ukrainkami. Wielce to rozeźliło
                    tego Młota, wachmistrza Srogiego Luśnię, któren, co się potem
                    okazało, nijak nie mógł pojąć subtelnej różnicy, między "bilate-
                    ralny" i "barter". Wziąwszy go przeto na bok i dwa razy w pysk
                    dawszy, rzecz całą akuratnie mu objaśniłem. Po tym drobnym incy-
                    dencie padł wniosek konstruktywny wielce, iżby nałapać maluchów
                    po multańskiej stronie i, ochrzciwszy, przywrócić ich na Ojczyzny
                    łono. Tu wielebny ksiądz Kamiński mocno nosem zaczął kręcić i ju-
                    żem go miał starym sposobem wziąć na stronę, kiedy podniósł się
                    roztropny, jako zawsze, pan Zagłoba i wyjaśnił, że skoro pohańcy
                    naszych przerabiają na eunuchów, to my możem ich na ministrantów
                    przysposobić. Wielka to głowa ten nasz pan Zagłoba i pijak zawo-
                    łany. Natenczas skoczył ze swoją chorągiewką niezawodny, jako
                    zwykle, pan Muszalski, któren, chocia mocno ślepawy, to łucznik
                    zawołany. Skoczył tedy, powiadam, Muszalski na Jurkowe Pole i już
                    pode wieczór przyprowadził był spory jasyr tamtejszej drobnicy.
                    Już my się, Wasza Miłość, do ceremonii szykowali, gdy, przypad-
                    kowo trzeźwy, pan Motowidło odkrył, że nie są to pohańskie pa-
                    cholęta, jeno plugawego wzrostu Czeremisi, Czukcze, Jakuci,
                    Ewenkowie, i paru starozakonnych karłów. Dopieroż w konfuzję
                    wszyscy popadli i z tej abominacji pić jeszcze srożej poczęli,
                    kiedym ja, jako dowódca zawołany i forteli pełen, na koncept
                    wpadłem. Owoż zważ, Mości Hetmanie, żem się dla miłości Ojczyzny
                    poświęcić zgodził, a mając wzrost kurduplowaty, sam się do dys-
                    pozycji Waszej Miłości oddaję, a to w celu iżby podnieść
                    statystykę bachorstwa na naszych kresach.

                    Pułkownik Michał Wołodyjowski,
                    chocia konus mizerny,
                    to jak Wierzbicki wierny.

                    PS. Onemu Wierzbickiemu Piotr jest.
                    • cuciolo Re: Demografia 26.05.06, 13:15
                      eh nieocenione teksty Waligorskiego
                      • asia.sthm Re: Demografia 26.05.06, 13:19
                        Noo! ja bez Waligorskiego to jak bez powietrza wink
                    • asia.sthm List o niewysadzeniu Kamieńca 26.05.06, 13:26
                      Pułkownik Michał Wołodyjowski
                      do
                      Hetmana Wielkiego i Grubego Koronnego
                      pana Jana Sobieskiego we Jaworowie
                      wschodnia Galicja, dawniej SS Galizien

                      Szanowny Panie Hetmanie

                      we swoim ostatnim liście indaguje mnie Wasza Hetmańska Mość,
                      dlaczego dotychczas nie wysadziłem się prochami we Kamieńcu
                      Podolskim, skoro akcja ta była zaproponowaną, prasa powiadomioną,
                      a ksiądz Kamiński ułożył specjalne kazanie pogrzebowe wraz ze
                      solówką na bębnie kompozycyji rotmistrza Plaskoty i z okrzykami:
                      "Panie Wołodyjowski, larum grają, a ty nie wstajesz?", na co
                      miałem wstać we trumnie i ukłonić się obecnym, dziękując za okla-
                      ski, a następnie podetrzeć całunem wdowę mokrą ode płaczu i do-
                      piero nogami kilkakrotnie fajtnąwszy ostatecznie odkorkować, aby
                      Wasza hetmańska Mość, wszedłszy do katedry, mógł bez obciachu za-
                      wołać: "Przebóg, mój najlepszy żołnierz nie żyje!" i na kolana
                      padłszy w żalu się pogrążyć. Owoż, usiłowałem zrealizować ów am-
                      bitny scenariusz, ale jako to powiadają - "Nec Miodowicz contra
                      Balcerowicz" - na skutek kryzysu a to prochów nie szło dostać,
                      a to znowuż lontu, a gdym już wszystko był zabezpieczył, tedy na-
                      gle sułtan, długim oczekiwaniem znudzony, ode oblężenia odstąpił,
                      więc i motyw wysadzenia zniknął, a bez armii oblegającej żaden
                      ksiegowy kosztów by mi nie uznał i wszedłby mi na dodatek rodzin-
                      ny, tak jako ongiś Anusia Borzobohata, bardzo już wonczas
                      brzuchata, weszła mi na buzdygan, przez co nie mogłem rzucić do
                      szarży swoich laundańskich, gdyż ów matoł Józwa Butrym Oya Bezno-
                      gi, wyłącznie na skinienie buzdyganem był uczulony, a na buzdy-
                      ganie Anusia, Szwedy atakują, a i Czarniecki coś brzęczy swoją
                      sztuczną szczęka, a pan Jan Kazimierz ponownie na Śląsk Polski
                      ucieka i folksdojcza udaje, a ksiądz kordecki błogosławi, a Kmi-
                      cicowi Tatarzy hałłakują, że nic jeno abo zwariować, abo się
                      upić, co też uczyniłem i zawżdy we trudnych momentach czynię, tak
                      jako i w tej chwili, co pozwala mi zachować dystans do wszelakich
                      rozkazów i bardzo mię reraksu... rereleksu... relaksu i w ogóle,
                      wiesz Pan co.

                      Pułkownik Wołodowowyjo... ekhem,
                      Chreptodiowoski w Wołodyjkowie,
                      ucałuj Pan Mańkę...
                      Luśnia! Jeszcze pół!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka