Dodaj do ulubionych

Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin.

16.02.06, 10:32
--------
Obserwuj wątek
    • tamsin Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 15:27
      widze bardzo duza roznice u dzieci mojego brata: corka wysylana do ciotki w
      Polsce co wakacje, syn nie majacy zadnego kontaktu z Polska, wysylany non stop
      na wakacje lub do szkoly do mnie, czyli na drugi brzeg Ameryki. Corka czuje sie
      zwiazana z Polska, mowi po polsku, chociaz nie w domu, syn kompletnie obojetny
      jezeli chodzi o rodzine z Polski, nie ma zadnego uczucia do dziadkow, kuzynow,
      ciotek z Polski, itp - wszyscy to obcy ludzie. Pojecie rodziny dla bratanicy to
      nie tylko rodzina tutaj, ale i rodzina w Polsce, szczegolnie ze strony matki.
      Bratanek jakby nie mial w ogole rodziny w Polsce, byl dwa razy i dwa razy
      nienawidzil pobytu, rodzice zrezygnowali z fundowania mu katorgi w Polsce.
    • roseanne Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 17:11
      cos w tym jest
      staram ise utryzmywac kontakt - telefon ,internet+ kamerka, wizyty w jedna i
      druga strone
      ale zdecydowanie lepsze uklady maja moje dzieic z moimi przyjaciolmi tutaj,
      niz z rodzina w PL. widuja czesciej, znaja swoje slabsze strony, nauczylisie
      gdzie mozna sobie pozwolic, a gdzie nalezalo by nie ingerowac
      Corka jest bardzo zwiazana z kuzynkami z Polski, syn nie potrafi sie do niech
      przyzwyczaic...
      • goonia Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 17:44
        Bardzo ubogie dziecinstwo maja moje dzieci. Na razie starszy bardzo jest
        zwiazany z dziadkami, ale poza tym to on nawet nie wie kto to jest wujek. W
        Polsce zwraca sie do wszystkich po imieniu, tzn. do moich rowiesnikow. Choc to
        juz stare konie i wujkami/ciociami sasmile Do pokolenia starszego to i owszem,
        nawet jakas ciocia mu sie wymsknie.
        Szkoda mi, ze nie beda mieli takich wspomnien jak ja, imieniny, urodziny,
        rodzinne swieta.
        Wiekszosc czasu spedzamy sami i martwie sie, ze dzieci troche za waski
        swiatopoglad beda mialysmile
    • alex113 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 17:51
      Moje dziecinstwo bylo w PL i tez nie znalam wiekszosci krewnych. Spotykalismy
      sie z okazji slubow i pogrzebow, wysylalismy kartki swiateczne (i to tez nie
      zawsze).
      Fakt moje dziecko nie zna rodziny w PL, ale nawet gdybym tam nadal mieszkala to
      nie bylo by inaczej.
    • sylwek07 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 18:58
      alex113 cos w tym musi byc poniewaz mieszkajac blisko mozna nie miec nic
      wspolnego z rodzina a nawet ignorowac ja(olewac) sad((i gdzie sie mozna wtedy
      udac do kogo?
      • alex113 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 19:08
        he he he najlepsza rodzina to ta ktora czlowiek sobie sam znajdzie/stworzy.
        Mam takie przyszywane rodzenstwo i "rozszerzona rodzine".
        Oczywiscie wtedy trudno na nich ponarzekac, bo to nie los mi dal tylko sama
        sobie wybralam wink))))))))
        Ah ta bolesna odpowiedzialnosc za siebie smile)
        • elagrubabela Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 19:39
          Dzieki rodzinie z Chicago znalazlam sie za Oceanem. Oni sa mi bardzo bliscy i
          dzieki Nim Heniek bedzie mial polskich wujkow i ciotki calkiem blisko. Moj
          Szkot jest takim imigranckim dzieckiem - wiekszosc Jego dziadkow, ciotek,
          kuzynow mieszka w Szkocji. Wiadomo, kwestia jezyka jest nieco inna niz w
          przypadku polskiego ale Jego rodzice bardzo blisko zyli ze szkockim community,
          utrzymywali tradycje. Ja mysle, ze wrecz sa bardziej napaleni na szkockosc niz
          Szkoci ze Szkocji - ha ha ha. Jeszcze cos napisze o moich dwoch kuzynkach z
          Chicago. Zadna nie urodzila sie w Polsce, jedna nigdy dotad w Polsce nie byla a
          ma cos kolo 52-53 lat. Obie mowia biegle po polsku, czasem troszke smiesznie
          ale mowia. Obie pisza do mnie emails po polsku. To sa krotkie emails ale One
          sie zawsze staraja pisac po polsku. Jedna z Nich, ta co nigdy nie byla w
          Polsce, poznala swojego meza w polskim klubie tancow ludowych czy cos w tym
          rodzaju. On tez jest urodzony w Stanach, byl w Polsce raz - zaraz po high
          school graduation. Tez mowi biegle po polsku i gra na skrzypcach niezliczona
          ilosc polskich melodii ludowych. Oczywiscie, miedzy soba i ze swoimi dziecmi
          Oni mowia po angielsku ale Ich dzieci znaja polski, ze mna i ze starszym
          pokoleniem mowia po polsku. Gdy byly w Toronto Dni Mlodziezy i byl JPII, corka
          tej kuzynki przyjechala do mnie i gdzies na mszy poznala Polaka z Poznania.
          Wciaz koresponduja, On byl w lecie z wizyta w Chicago - moze bedzie ciag
          dalszy - ha ha ha. Tak przy okazji - jak sie mozna poznac/zakochac na mszy? Ha
          ha ha. Ja nie mam kontaktow z lokalna Polonia ale moj syn bedzie mowil po
          polsku i podstawowa wiedze o historii, kulturze, obyczajach polskich i
          szkockich bedzie mial. Szkocka czesc rodziny ma spora i to blisko, polska czesc
          nie jest az tak daleko - chyba nie bedzie az tak samotny. Elka
          • bietka1 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 16.02.06, 23:44
            Ja do Pl ma ponad 100 km, a jezdze raz na rok, albo rzadziej.
            Moje dziecko tez nie ma za wiele rodziny, ale jakos nigdy o tym tak bardzo nie myslalam. Jezyk,
            tak, kultura, historia, tradycje tez, ale rodzina jakos nie. Moze dlatego, ze w moim zyciu tez jej
            za wiele nie bylo.
            Dobre pytanie, czy bedzie przez to slabsze od kogos z licznej rodziny?
            • sylwek07 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 08:53
              bietka1 a to zalezy czy da sobie rade w zyciu codziennym i bedzie moglo zyc
              normalnie (tzn Ty go tego nauczysz)to wtedy rodzina liczna nie bedzie mu
              potrzebna.nie liczy sie liczba ludzi a Ich oddanie dla Ciebie.
              • tintaja Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 10:33
                Ja sie na poczucie mniejszej przynaleznosci do Polski moich dzieci nastawilam od samego poczatku; na
                samym poczatku mojje przygody z Londynem obserwowalam pare emigranckich rodzin i widzialam jak
                bardzo ranilo rodzicow dzieci emigrantow stwierdzenie ich dzieci ze sa Brytyjczykami.

                Moje dzieci beda przede wszystkim Brytyjczykami - tu sie urodza, angielski bedzie ich pierwszym
                jezykiem, w te kulture wsiakna. Polskosc i Polska to cos co chce kultywowac - jezyk, wizyty itd, ale bez
                jakis ogromnych stresow. Mam nadzieje ze moja fascynacja moim krajem zrobi swoje smile
                Co do rodziny - mam z moim rodzenstwem bardzo bliski kontakt, ale oczywiscie odbiega to troche od
                ich kontaktow miedzy soba na miejscu, w Polsce. Troche mi zal ze moje dzieci nie bede mogly co
                sobote wyskoczyc z kuzynostwem na narty, ale na grila i beda to robic od wielkiego dzwonu, ale taki
                byl moj wybor. Mam nadzieje ze nasi przyjaciele tutaj i ich rodziny beda kims w rodzaju rodzin
                zastepczych, szczegolnie ze pod wieloma wzgledami to wlasnie z nimi czuje sie blizej zwiazana.

                Ale rozumiem Luize w ogrodzie, Londyn - Polska, a Australia - Polska to ogromna roznica. Dla mnie
                Australia to za duza roznica odleglosci i za daleka rozlaka i pewnie czulabym sie bardzo odosobniona...
                • maja92 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 11:11
                  Wszystko tez chyba zalezy od tego jakie nasze dzieci sa wrazliwe.

                  Mojemu starszemu dziecku nigdy nie przeszkadzalo, ze nie ma dziadkow w poblizu,
                  az do momentu, kiedy poszedl do szkoly - czyli troche wiecej niz 5 lat.
                  Najpierw byly pytania, czemu po szkole on musi isc do Trish, a nie ze mna do
                  domu. Pozniej sie zorientowal, ze po paru chlopcow z Jego klasy przychodza
                  Babcie i zaczelo sie, a gdzie sa Jego Babcie?
                  Gdy mial 7 lat pierwszy raz pojechalismy do Polski - Remi strasznie przykleil
                  sie do meza mamy - Babcia to, babcia tamto. Ten pierwszy kontakt z babcia
                  zmobilizowal Go i stara sie nauczyc mowic po polsku.
                  Wiem oboje z mezem jestesmy Polakami, wiec nasze dzieci powinny mowic po
                  polsku - ale zycie nie jest takie proste jakby sie wydawalo - caly dzien z
                  opiekunka irlandzka i Jej rodzina, dzieci z osiedla, telewizja sprawily, ze
                  pierwszym jezykiem naszych dzieci jest angielski. W domu mowimy po polsku -
                  chlopcy rozumieja, ale nie mowia. Odpowiadaja z sensem, ale po angielsku...
                  Do tej pory ich kontakt z polskim byl tylko przez nas - od 18:00 do 20:30
                  codziennie i weekendy.
                  Do jeszcze roku temu, rodzina dla naszych dzieci byli znajomi Irlandczycy:
                  starsza pani sasiadka, z ktora sie zaprzyjaznilismy zaraz po przyjezdzie i
                  ciagle Ja odwiedzamy, chociaz sie wyprowadzilismy z okolicy 6 lat temu.
                  Kathleen ma dla chlopakow cos slodkiego, maly samochodzik - jak babciawink Wtedy
                  jest Trish - pani opiekunka, ktora ma 4 wlasnych dzieci, juz nastolatkow, ale
                  dla moich chlopakow Trish dzieci sa jak starsze kuzynostwo - wezma ich do kina,
                  na lody; Andy zabiera Jonathana na wetkowanie... nie wiem czy w Polsce mieliby
                  taki dobry kontakt z wlasnym kuzynostwem, gdzyz moj maz nie na zbyt bliskich
                  kontaktow z wlasnym bratem, a mieszkali od siebie tylko 60 kilometrow.

                  Teraz dzieki tanim liniom lotniczym wiecej ludzi odwiedza nas w Dublinie i my w
                  przeciagu poltora roku bylismy juz 2 razy. W Dublinie tez jest teraz tylu
                  Polakow, ze mala ojczyzne tutaj mamy. Moje dzieci wiec maja wrazenie, ze
                  mieszkamy np. w Katowicach - gdzie tez nie mialabym zadnej rodziny i
                  mieszkalabym w kraju, wsrod rodakow, ale kompletnie obcych ludzi. Od czasu do
                  czasu wsiadamy na samolot - 4 godziny z przesiadka w Londynie i jestesmy w
                  Bydgoszczy. Mozna jechac na weekendwink))))
                  Ale to dopiero od niedawna, ale moje dzieci tez sa male - Jonathan ma dopiero 4
                  i pol roku i On ciagle calym swoim malym sercem kocha Trish...dla Niego to nie
                  wazne, ze Ona "nie babcia"... Wydaje mi sie, ze problemy "przynaleznosciowe"
                  moga byc silniejsze u starszych dzieci....
                  ...ale z drugiej strony, mam tez bliskie kuzynostwo (od siostry mojego taty)
                  ktore widzialam tylko 2 razy w zyciu, a mieszkalismy w tym samym miescie....na
                  to chyba nie ma regulywink)
                  • tintaja Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 11:22
                    maja92 napisała:
                    ...ale z drugiej strony, mam tez bliskie kuzynostwo (od siostry mojego taty)
                    > ktore widzialam tylko 2 razy w zyciu, a mieszkalismy w tym samym miescie....na
                    > to chyba nie ma regulywink)



                    No wlasnie, ja z moimi dziadkami od strony mamy, do ktorych jezdzilismy co niedziele, nie mialam
                    wcale bliskich relacji. Prawde mowiac troche sie ich balam. Z babcia - mama taty, znalazlam nic
                    porozumienia dopiero jako nastolatka. Z czescia kuzynowstwa tez nigdy nie bylam blisko, chociaz
                    odwiedzalismy sie dosc czesto.

                    To nie tylko kwestia odleglosci, ale tez wzajemnych relacji.
                    Co nie zmienia faktu ze ciezej to wszystko ogarnac jak sie jest setki kilometrow dalej...
              • jan.kran Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 11:33
                sylwek07 napisał:

                > bietka1 a to zalezy czy da sobie rade w zyciu codziennym i bedzie moglo zyc
                > normalnie (tzn Ty go tego nauczysz)to wtedy rodzina liczna nie bedzie mu
                > potrzebna.nie liczy sie liczba ludzi a Ich oddanie dla Ciebie.


                Tak Sylwku , to bardzo słuszne zdaniesmile))
          • annie_laurie_starr Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 21.02.06, 13:52
            Ela, nie wiem jak sie mozna zakochac na mszy, ale na pewno mozna sie zakochac w
            czasie spotkan wspolnoty ekumenicznej w Taize. Zdarzylo mi sie, chociaz nie
            bylo ciagu dlaszego. Moja kumpela zakochala sie na pielgrzmce do Czestochowy -
            tez z nic z tego nie wyszlo.
            Najlepszy hit to rozwod rodzicow mojej kolezanki z Virginii. Jej matka poznala
            kochanka w czasie jakigos tam lunchu sponsorowanego przez kosciol. Co prawda
            byl to kosciol protestancki, ale zawsze church.
            • sylwek07 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 21.02.06, 14:11
              Kosciol nie jest od takich spraw jak zapoznanie ale po wyjsciu z niego mozna
              nawiazac jakis kontakt z ta osoba bo np.podbnie odczuwamy itp.Jak sa spotkania
              mlodych to mozna tam sie zapoznac i nic w tym nie ma dziwnego.
    • alltid_ung Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 18:51
      wlasnie teraz sobie mysle ze nam brakuje "dziadkow" z Polski....dzieci odczowaja
      to duzo mocniej odkad "dziadkowie" szedzcy nam poumierali....ogolne rodziny nam
      nie brakuje bo rodzina meza jest spora i kuzynow poddostatkiem...ale wlasnie
      dziadkow sad wlasnie tego ciepla babcinego.....no ale coz.... takie zycie....sad
      • tamsin Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 19:19
        mialam dwie babcie w Polsce, co prawda nie "pod reka" ale widywalam je doysc
        czesto i wcale tego babcinego ciepla nie zaznalam. to rzeczywiscie zalezy od
        rodziny a nie od miejsca pobytu. jak bylam chora na odre to babcia przyjechala
        mna sie "opiekowac" a tak naprawde to najbardziej pamietam jak przychodzila po
        lataniu po sklepach z wypelnionymi siatkami. nie pamietam nawet jednego razu,
        zeby usiadla kolo mojego lozka i cos mi opowiedziala..
    • mon101 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 17.02.06, 20:35
      Poniewaz rodzice moi byli jedynakami, dziadkowie ze strony ojca zgineli w
      czasie wojny a dziadek ze strony mamy zginal w Katyniu, wychowywalam sie bez
      zadnej rodziny, oprocz jedynej Babci,ktora mieszkala z nami i praktycznie nas
      wychowywala. Zawsze okropnie zazdroscilam wszystkim, ktorzy mieli duze rodziny,
      jezdzili na wies, spotykali sie na swieta, chodzili na wesela i chrzciny. Jest
      mi przykro, ze moje dzieci nadal nie maja duzej rodziny, ale nie mialyby jej
      rowniez w Polsce. Maja bardzo bliski kontakt z moja mama, ktora jest u nas
      czesto i jest bardzo madra osoba, "jedyna osoba dorosla, z ktora mnie rozumie
      i mozna powaznie porozmawiac", jak stwierdzil kiedys Nastolat. Ubolewam, ze
      moj ojciec odszedl duzo za wczesnie, zeby nawiazac z wnukami dorosly kontakt,
      jako dzieci go uwielbialy i on ich, ale nie zdazyl im przekazac swojej
      wspanialej madrosci, nie zdazyl prowadzic dyskusji o Wielkich Sprawach Tego
      Swiata,ktore prowadzil mna i ktorych mi tak bardzo brakuje....Kontakt z
      Dziadkami jest wazny i cenny, bo pozbawiony jest tego podloza emocjonalnego
      walki ktory ciazy na kontaktach rodzice/dzieci.
    • samo hmmm... 21.02.06, 08:39
      Wyciagam "stary" watek, bo musze go na inne tory pokierowac. Co z dziecmi
      emigrantow pozostawionymi w Polsce? Teraz sama jestem emigrantka, dzieci nie
      mam, wiec mnie ten watek nie dotyczy, natomiast ojciec wyjechal do USA kiedy
      bylam bardzo malym dzieckiem. Mial wrocic, a nie widzialam go wiele lat.
      Pomijajac to, ze bedac juz dorosla dziekowalam losowi, ze nie dotrzymal
      obietnicy (mama zreszta tez odczula ulge, kiedy wyjechal), to jednak cale zycie
      zylam w przekonaniu, ze Ameryka odebrala mi ojca i za nic mialam paczki, lalki
      Barbie i czekolady Hershney'sa rozdawane przeze mnie na podworku zazdrosnym
      kolezankom. Bylam gotowa prezenty zamieniac na ojca. Mama nigdy mi nic zlego
      nie powiedziala na niego, wiec bylam przekonana, ze pojechal tam, zeby nam
      pomagac (i tak nie pomagal poza paczka 1-2 do roku, ale co tam :o))) Kolezanki
      z podworka byly zas gotowe wymieniac ojcow za mebelki Barbie i snickersy z
      pewexu.

      Kiedy mialam 12 lat moja mlodsza kuzynka zamieszkala z nami, bo jej mama
      wyjechala za granice na saksy. Miala wrocic za pol roku, nie bylo jej prawie 3.
      Moja kuzynka powiedziala pewnego dnia mojej mamie, ze chcialaby byc jej corka,
      a kiedy jej mama w koncu wrocila, to za kazdym razem kiedy sie klocily,
      krzyczala do niej, ze idzie mieszkac z powrotem do cioci. Nigdy juz nie bylo
      tak samo, bo pozostal zal do matki, ze ja opuscila. Spalysmy razem w pokoju i
      wiele razy budzila sie z placzem w nocy i wolala mame, chociaz miala 10 lat...

      Teraz moja znajoma stad ma zlamane serce, bo jej dzieci, ktore zostaly w Polsce
      z ojcem nie chca z nia rozmawiac przez telefon. Powiedzialy jej, ze "matka
      powinna kochac swoje dzieci, a nie je opuszczac". Ona wyjechala, kiedy przyszlo
      do utrzymania 2 dzieci na studiach i 2 mlodszych w podstawowce, a maz
      postanowil w wieku bodajze 45 lat isc na wczesniejsza emeryture, bo "juz sie
      narobil". Ciezko pracuje i wysyla dzieciom wszystko, czego zechca, a dzieci
      traktuja ja jak wyrodna matke...

      Wiele osob teraz wyjezdza z Polski, zreszta zawsze wyjezdzali. Dzieci niekiedy
      zostaja w kraju, z drugim rodzicem lub co gorsza z dziadkami lub podrzucone
      dalszej rodzinie. To sa chyba prawdziwe dzieci emigrantow bez rodzin...
      • tamsin Re: hmmm... 21.02.06, 16:29
        Samo, moja babcia byla takim dzieckiem. Jej matka i ojciec wyjechali do Stanow
        jak miala 7 lat, zostawiajac ja z bratem pod opieka wujka, ktory mial w nosie
        dwojke malych dzieci. Pradziadek na nieszczescie zmarl zaraz po przyjezdzie do
        Stanow i prababcia zostala na tzw. lodzie, nie mogac nawet swoich dzieci
        sciagnac. Powtornie wyszla za maz i dopiero po paru latach wyslala bilet
        dzieciom do stanow, ale dzieci stwierdzily ze maja taka matke w nosie i nigdy
        nie wyjechali ani juz nie utrzymywali z nia kontaktu. Babcia wyrosla na
        lodowata kobiete, skrywajaca swoje uczucia, nigdy nie tulila ani swoich dzieci
        ani wnukow, byla po prostu taka "rzeczowa", nie wspominala nigdy swoich
        rodzicow, jezeli juz cos wspominala z dziecinstwa to fakt ze tak naprawde
        byla "sierota" tyle ze z wyboru swoich rodzicow. Byla blisko zwiazana ze swoim
        bratem i do konca swojego zycia mieszkali obok siebie.
        Prababcia miala jeszcze jednego syna z nowym mezem i ten odnowil kontakt ze
        swoim rodzenstwem w POlsce, ale dopiero jak wszyscy byli po 70 tce.
    • ulinha Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 21.02.06, 13:40
      Myslalam o tym dosc czesto... Sama bylam (wraz z siora blizniaczkasmile
      praktycznie wychowywana przez dziadkow, z ktorymi mieszkalismy, rodzice
      pracowali, a dziadkowie mogli poswiecic nam caly swoj czas. Moj kochany
      siostrzeniec mieszka z Ola i moimi rodzicami pod jednym dachem. Dziadek dla
      Tomka jest prawie "bogiem". Wiem ze jesli dane mi bedzie miec wlasne dziecko,
      bede starala sie utrzymywac staly kontakt z rodzina, lecz wiem, ze nie bede
      mogla spedzac z nimi az tak duzo czasu, jakbym chciala... Oboje rodzice Luisa
      juz nie zyja... Cudowna "instytucja" dziadkow nie bedzie wiec dla mojego
      dziecka taka sama jaka byla dla mnie... I tego mi troche zal... Czy uda mi sie
      to czyms zastapic badz uzupelnic? I co zrobic, aby rodzina, choc daleka byla
      dla niego tak samo wazna jak dla mnie?...
      • sylwek07 Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 21.02.06, 13:50
        I co zrobic, aby rodzina, choc daleka byla dla niego tak samo wazna jak dla
        mnie?...
        -------------------------
        to jest dobre pytanie bo ja sobie na tym rozbilem glowe bo dla mnie jest wazna
        rodzina no ale nie kazdy tak mysli jak ja sad(i to jest smutnem w tym wszystkim
        bo jak moze pomoc Ktos obcy jesli rodzina ma Cie ,,,,,, .Jedynie mozesz dobrze
        mowic o rodzinie i pokazywac swoim zyciem ze tak powinno sie robic .
        • moni-bel Re: Dzieci emigrantów - dzieci bez rodzin. 21.02.06, 19:58
          Ja na szczescie niewiele musze robic.Widzimy sie z moimi rodzicami 1 ,2 czasami
          trzy razy do roku,ale na szczescie chlopaki nie traktuja dziadkow z Polski
          inaczej niz dziadkow tutejszych.Bardzo sie tego balam ze odleglosc i mala ilosc
          kontaktow wplyna negatywnie na relacje wnuki -dziadki. Na szczescie nic takiego
          sie nie stalo,w czasie odwiedzin jest tak jakby widzieli sie nie miesiace temu
          ale kila dni.Widze duza zazylosc szczegolnie miedzy najmlodszym a babcia.Z
          jedynym bratem ciotecznym tez potrafia sie ladnie bawic, a po wyjezdzie bardzo
          tesknia.Co prawda dzieci sa jeszcze dosc male ale mam nadzieje ,ze jak podrosny
          to nadal beda mialy ze soba taki serdeczny kontakt.Mysle ze wiecej zrobic sie
          nie da.
          Monika
    • sylwek07 Sieroctwo społeczne 22.02.06, 10:28
      www.misjanadziei.org.pl/artykuly/sieroctwo_spoleczne.html
      kiedys mialem rozmowe z pewnym psychologiem i pewnym momencie powiedzial mi ze
      wcale sie nie dziwi ze tak mysle i postepuje jesli kiedys dostalem duzy bagaz
      emocji negatywnych i tak sobie mysle czy kiedys od tego sie uwolnie czy tez
      jestem skazany na to?bo wiem ze trzeba nad tym pracowac ale czasami nie widze
      tego swiatelka (bo jak prosic o pomoc jesli sie nie umie lub tez nie potrafi o
      ta pomoc poprosic i gdzie szukac?)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka