lech.niedzielski
18.04.08, 18:12
7 listopada 1939 roku, pierwszy dzień urzędowania generalnego
gubernatora Hansa Franka. Delegacja Goralenvolk ubrana w stroje
ludowe ofiarowuje mu złotą podhalańską ciupagę i składa deklarację:
jesteśmy gotowi do współpracy !
Droga kręciła między zagrodami, biegła w dół, po chwili wznosiła się
wprost do Kościeliska. Horyzont zamykały białe garby Giewontu. Gdyby
nie mrozy, Wacław Krzeptowski siedziałby w górach, kryjąc się w
leśnej kolibie nad Przełęczą Iwaniacką. Przed AK, przed Sowietami,
wreszcie przed Niemcami, którzy jeszcze rok wcześniej niemal nosili
go na rękach.
Niektórzy powiadają, że dopiero szło ku wieczorowi, inni - że niebo
było już mocno rozgwieżdżone.
Kto poinformował akowców, że Krzeptowski wrócił na Krzeptówki - nie
wiadomo. Partyzanci weszli do domu. Przyszli na Podhale aż z
Żywiecczyzny. Tropili kolaborantów.
"Zwróciłem uwagę na jednego - zanotował Tadeusz Studziński, dowódca
oddziału - Wzrost 175 centymetrów, tęgawy, łysawy, twarz dość pełna
z ryżawą szczeciną. Ubrany w słowacki mundur bez odznaczeń. Gdy
przyglądałem mu się milcząco, podbiegł do progu, uścisnął mi rękę
obiema swoimi i rzekł pierwszy - Czołem, panie poruczniku. Czekałem
właśnie na Rudka Samardaka, to mój przyjaciel, jest teraz
przewodnikiem rosyjskich partyzantów. Od jesieni razem żeśmy się
ukrywali przed Niemcami. Jak zobaczyłem pana partyzantów, trochę się
zdziwiłem. Bo mam dzisiaj odwiedzić towarzyszy radzieckich. Chciałem
im przekazać sporo broni i nabojów; bardzo potrzebują.
- Rosjanie dziś nie przyjdą - skłamałem ze względu na kobiety -
wyloty Strążyskiej, Małej Łąki, a nawet Staników Żleb są
obserwowane".
Krzeptowski zarzucił kurtkę, wyszli przed dom.
"Tuż za progiem chwycił mnie oburącz i spytał cicho: - Chyba nie
będziecie ze mną robić takich tam różnych badań, co? Ja jestem
inwalida z pierwszej wojny i stary ludowiec. Prawda, że nie
będziecie mnie tam, tego, co? Ludzie źle o mnie mówią, ale to
nieprawda. Mam dokumenty, jak wiele dobrego zrobiłem...
Co chwila szeptał mi do ucha ze wzruszeniem. Uważał siebie za
człowieka wielkich zasług. Opowiadał o swej półrocznej służbie w
wojsku austriackim. Był ranny na ruskim froncie. Mówił o listach,
jakie przez cztery lata otrzymywał od ludzi z podziękowaniami.
Słuchając go, zastanawiałem się, gdzie go powiesić, w Zakopanem czy
gdzieś bliżej, w łatwo dostępnym miejscu.
- Jest pan aresztowany przez AK - powiedziałem.
- Wiem za co. Ale to nie moja wina. Wszystko przez tego Andrzeja
(chodziło o jego stryjecznego brata).
Rozmawialiśmy z godzinę. Chciałem wyjaśnić Krzeptowskiemu, a jeszcze
więcej przysłuchującym się chłopcom, jak wielką zbrodnię popełnił.
Poziom umysłowy Krzeptowskiego był mierny.
Stanęliśmy na drodze łączącej wieś Kościelisko z Krzeptówkami. Po
wschodniej stronie szosy rosły trzy smreki. Krzeptowski ukląkł na
drodze i zapłakał. Pół roku ucieczek przed rodakami i Niemcami
złamało jego ducha zupełnie. Kiedy partyzant zakładał powróz na
szyję klęczącemu, prosił: - Kulę mi dajcie.
- Kula to śmierć honorowa, zdrajcy na nią nie zasługują - rzekłem".
20 stycznia 1945 roku, około jedenastej wieczorem, został wykonany
wyrok sądu podziemnego na Wacławie Krzeptowskim. Zawisł na sęku
jednego z trzech smreków, choć obiecywano mu śmierć na świerkowej
bramie powitalnej. Zbudowano ją ponad ulicą Kościuszki w Zakopanem z
okazji ostatnich przedwojennych mistrzostw świata w narciarstwie
zimą 1939 roku. Niemcy w czasie okupacji opatrzyli ją swastykami.
Runęła pod naporem halnego miesiąc przed egzekucją Krzeptowskiego.
Są tacy, którzy przysięgają, że wisiał za nogi, a zabił go nie
postronek, lecz mróz. Ale to tylko bajanie. Podobnie jak to, że
zabito go w stodole, a może gdzieś w Zakopanem, albo - że zginął z
ręki rodziny. Pół godziny przed śmiercią napisał testament; wedle
zapisków Studzińskiego zrobił to dobrowolnie.
"Przekazuję cały swój majątek... na rzecz oddziału partyzanckiego
>Kurniawa< z własnej nieprzymuszonej woli, jako jedyne zadość-
uczynienie dla Narodu Polskiego". Po latach powtarzano w Zakopanem
legendę, że kazano mu napisać ostatnią wolę własną krwią.
Sprawdziły się góralskie przyśpiewki nucone na weselach i
chrzcinach: "Wacuś, bedzies wisioł za cośi". I dowcipy.
- Słyseliście, Wacek mo basedowa...
- Kaz go ułapieł?
- To nie cłek, ba choroba.
- Ze jako?
- Wicie, tako, co ocy wypuco.
- Jacy ocy, jacy? My mu wypucymy.
Nie do obrony
- Goralenvolk to było dla mnie wielkie wyzwanie - Wojtek odchylił
się w krzesełku, założył ręce za głowę. - Tym bardziej że sprawa
dotyczy mojego dziadka. Opowiem ci, co wiem. Chciałbym tylko, żebyś
napisał, że w czasie wojny w takich wypadkach nie ma sytuacji
szarych, pośrednich. Jest albo białe, albo czarne, albo jesteś
zdrajcą, albo nie. Dla zdrady nie ma usprawiedliwienia, choć zdaje
mi się, że niektórzy tego usprawiedliwienia szukają. Mówią, że nie
wszystko było złe, że starano się, próbowano, że Podhale na zdradzie
jakoś zyskało. Mój dziadek współpracował z Niemcami, a jego wojenne
decyzje są nie do obrony.
Wacław Krzeptowski, zwany przez Niemców Goralenfuerst - książę
górali. Jego dwaj kuzyni: Stefan i Andrzej Krzeptowscy. Józef
Cukier, Stanisław Gąsienica-Mracielnik, kilkudziesięciu innych,
często ze znamienitych góralskich rodów. I dwóch nie-górali:
porucznik rezerwy Witalis Wieder i doktor praw Henryk Szatkowski,
uważani przez wielu za głównych inspiratorów zdrady.
Bez nich nie byłoby Goralenvolk - zinstytucjonalizowanej i
największej polskiej kolaboracji z Niemcami.
Henryk Szatkowski to dziadek Wojtka. Wojtek, absolwent historii
Uniwersytetu Jagiellońskiego, chciał wiedzieć, kim był i dlaczego
robił, co robił.
- Gdy zabierałem się do pisania o Goralenvolk, obawiałem się, że moi
profesorowie pomyślą: "Chce wybielić dziadka" - opowiada. - A ja
chciałem tylko dowiedzieć się prawdy. Nawet, gdyby bolało.
Książę górali
Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia Wacława Krzeptowskiego: tak, rola
góralskiego fuehrera i księcia musiała mu pasować. Stoi przed
wejściem do Muzeum Tatrzańskiego (przemianowanego przez Niemców na
Państwowe Muzeum Tatrzańskie, co miało nawiązywać do idei powołania
góralskiego księstwa). Wyprostowany, głowa zadarta, pod nosem wąsik
a la Adolf. Jego przodkiem był Jan Krzeptowski-Sabała, znany
przewodnik, kłusownik i bajarz. Towarzysz górskich wypraw odkrywcy
Tatr i Zakopanego doktora Tytusa Chałubińskiego, ojciec chrzestny
Witkacego (trzymał go do chrztu razem z wielką aktorką Heleną
Modrzejewską).
Podczas I wojny światowej Krzeptowski walczył w austriackiej armii,
tropił po górach dezerterów. Działał potem w zakopiańskim Związku
Górali, bywał prezesem powiatowych struktur Stronnictwa Ludowego w
Nowym Targu. Przyjaźnił się z Wincentym Witosem (ukrywał go w czasie
przewrotu majowego, zorganizował jego ucieczkę do Czechosłowacji w
trakcie procesu brzeskiego w 1933 roku), w kościeliskim kościele
witał chlebem i solą prezydenta Ignacego Mościckiego. W 1938 roku,
po zjeździe rodziny Krzeptowskich, ofiarował polskiemu wojsku ciężki
karabin maszynowy z rodowej składki.
Ale też otwarcie narzekał na sanację, krytykował bezprawne
wywłaszczanie górali podczas budowy kolejki na Kasprowy Wierch.
Mawiał: "Jesce my ceprom zabieremy nase parcele". Babiarz i
utracjusz, narobił długów na 70 tys. złotych.
Jego majątek miał być zlicytowany 3 września 1939 roku. Niemcy
wstrzymali licytację. "W czasie wojny nie jest sztuką umrzeć, ale
żyć" - mówił.
Ci, którzy go pamiętają, np. Henryk Jost, były akowiec, autor
książki "Zakopane czasów okupacji", uważają, że Wacław Krzeptowski
nie był zbyt lotny. Nadrabiał butą. Lubił, gdy mówiono o
nim "góralski książę". Chętnie odgrywał się na innych podhalańskich
rodach. W niemieckiej służbie gorliwy; w Zakopanem powiada się, że
sporo ludzi tr