dom-za
01.12.09, 01:34
Witam serdecznie,
Piszę, bo czytam bardzo ciekawe a zarazem pełne cierpienia posty.
Gdyby nie "szczęśliwe zrządzenie losu" też byłabym już w nałogu,
alkoholowym dodam. Może czytają to forum osoby, które są
zaniepokojone swoim piciem, jakąś zwiększoną tolerancją na alkohol
lub ilością, a mają jeszcze szansę zatrzymać się. Alkohol lubiłam od
zawsze. Najpierw szczeniackie eksperymenty,, smak młodości... Dodam,
rodzice nie pili, mama miała hopla na punkcie zabraniania alkoholu,
co oczywiście jeszcze bardziej mnie do niego popchnęło. Gdy miałam
lat 18 rozwaliła się moja rodzina, co przeżyłam strasznie, chlałam
wtedy na potęgę, przez nikogo nie pilnowana, bo mama miała depresję.
Odkąd pamiętam było piwkowanie, dyskoteki. MOże ilości nie były
zatrważające, ale zawsze musiałam się napić do dna, np. do rzygania,
do totalnego spadu pod stół, zero kontroli, żeby to zatrzymać. PO
studiach wyjazd za granicę, samotne życie i tutaj już było nieźle,
obliczyłyśmy z kumpela, że nie piłyśmy kilka dni w sumie będąc tam
przez 8 miesięcy w roku. Alkohol zaczął towarzyszyć mi stale. Miałam
już zaawansowaną nerwicę lękową, a alkohol znosił mój lęk, był mi
więc KONIECZNY. NIe znałam innych sposobów na zniesienie lęku. Przed
każdym spotkaniem towarzyskim, przezd każdym wyjściem, potem już
nawet przed rozmową przez telefon... Problem w tym, że miałam fobię
społeczną, więc żeby funkcjonować musiałam być napita cały czas. W
pracy dawałam sobie radę tylko dlatego, że to ja rządziłam, poza tym
byłam wkraju, gdzie picie jest normalne ( nie ma alkoholizmu, duża
kultura picia, więc nie ma obostrzeń typu, że od kogoś ktoś wyczuł
alkohol, to normalne, bo mógł sobie wypić do obiadu, albo przed
pracą itd.). PO powrocie do kraju i przymusowym detoksie (jakże się
męczyłam, ale przy kompie sobie popijałam z małej buteleczki)
wziełam się za siebie , bo zdiagnozowałam wreszcie nerwicę i
zaczęłam brać antydepresanty. Stopniowo alkohol PRZESTAŁ BYĆ
POTZREBNY. Lęk znikał. Gdy znikł zupełnie (leczenie trwało rok plus
psychoterapia) zaszłam w ciążę. Oczywiście nic nie piłam. W ciąży
okazało się, że mam wirus HCV. Więc po urodzenia dziecka też nic nie
piję (nie chcę dodatkowo obciążać wątroby). HCV uratowało mi życie?
Dziś już w ogóle nie ciągnie mnie do alkoholu, w najmniejszym
stopniu. Dla higieny wątroby nie wypijam nawet kropelki, zresztą i
tak nie widzę sensu, bo alkohol nie jest smaczny, a nic nie ejst w
stanie mi załatwić. Zatrzymałam się w porę. Kluczową sprawą było
odkrycie przyczyn lęku, który niwelowałam przy pomocy butelki. Potem
wymarzona ciąża, a dziś HCV. Gdyby nie te wszystkie zbiegi
okoliczności byłoby już za późno.... bo byłam nha krawędzi. MOże
czyta to ktoś młody, jeszcze nie w nałogu, ale już nim zagrożony.
Jeszcze można się zatrzymać, a za chwilę już nie.
Przepraszam za długaśny post...i pozdrawiam wszystkich dla których
życie w trzeźwości może niełatwe, może bolesne, jest jednak jedyną
prawdziwą rzecztywistością, anie jej zachwianą atrapą.