megaalkus
31.12.12, 11:13
Witam.
Jestem sobą uzależnioną od alkoholu od około 17 lat. Obecnie jestem trzeźwiejącym alkoholikiem i uczęszczam regularnie na zajęcia terapii odwykowej w swoim mieście (ok 300tyś miesz.). Jako, że terapie tego typu już nie jednokrotnie przechodziłem czy to na oddziale odwykowym czy ambulatoryjnie postanowiłem wreszcie ten temat poruszyć i podzielić się moimi spostrzeżeniami i poczytać opinie innych.
Generalnie uważam, że terapie tego typu są bardzo potrzebne i jak najbardziej dobrze że w ogóle są, ale czy program lub dobór kadry terapeutów jest trafny??? Tu mam właśnie szereg wątpliwości. Dodam jeszcze dla jasności, że to co piszę tyczy się tylko tego co ma miejsce w moim mieście (na razie nie napiszę w jakim).
Może ujmę to wszystko co mnie od lat irytuje w punktach.
1. podejście terapeuty do pacjenta na terapii grupowej jest ogólnikowe, każdy z uczestników terapii brany jest pod jedną linijkę i to na dodatek "podręcznikowo". Rozumiem, że jak sama nazwa wskazuje jest to terapia grupowa, ale w grupie jest np 4 osoby i zarazem 4 różne charaktery, osobowości i stopnie uzależnienia. Ewidentnie widać, że terapeuci nie znają historii choroby pacjenta i absolutnie do zajęć nie są przygotowani, co tydzień pytają o to samo pacjenta który jest na terapii 1,5 roku np. "ile pan już nie pije"? Z tego co wiem każdy z terapeutów ma do czynienia z nie większą grupą niż 10-15 osób max.
2. Strofują osoby, które mają inne sposoby na pracę nad swoim trzeźwieniem niż te których nauczyli się terapeuci. Np. przygotowanie zadanej pracy przedstawiłem w formie ustnej zamiast pisemnej uzasadniając to tym, że pisząc tą pracę myślę o niej tylko w momencie pisania i na tym koniec, potem pracę czytam na zajęciach a potem ją wywalam do kosza i tyle z niej zostaje. Gdy się nad nią zastanawiam, przygotowuję się do wypowiedzi, zapamiętuję, analizuję itd. Zostaje to w mojej pamięci na dłużej. Ja tak mam i tyle w ten sposób się bardziej wyrażam i uświadamiam sobie pewne sprawy. Po przedstawieniu argumentów dostałem od terapeuty reprymendę oraz wykład na temat tego że w ten sposób się nigdy nie wyleczę jeżeli nie będę się stosował do zasad terapii, bo wszyscy piszą, bo pisane słowo jest trwalsze itp. Terapeuta po skończeniu swoich 20 min wywodów na temat pisania zadawanych prac, oddał mi wreszcie głos. (w przychodni do której uczęszczam czas jednego spotkania to 1,5 godz. na 8 osób 1 raz w tygodniu).
3. Pochwaliłem się na terapii, że wreszcie zmobilizowałem się do kontynuowania nauki i znalazłem odpowiednią dla siebie szkołę, dodałem również, że w trakcie przerw inni słuchacze popijają sobie różne alkohole. Wywołało to wzburzenie u terapeuty i natychmiast zalecił mi zmianę szkoły. Co z kolei wywołało wzburzenie u mnie. To samo tyczy się innych różny podobnych sytuacji wśród innych pacjentów czyli naciskają aby zmieniać pracę a nawet miejsce zamieszkania, to jakiś absurd jest. Rozumiem, że niektórzy wręcz muszą to zrobić aby przestać pić ale niektórzy to nie wszyscy przecież.
Wymieniłem chyba te najbardziej mnie irytujące sytuacje z terapii ale jest ich więcej, ciężko też mi jest to wszystko opisać. Znam zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików i są na ten temat różne broszury ale po co to wszystko rozgrzebywać na terapiach i powtarzać zmuszając wręcz pacjentów ich przestrzegania, przecież nie na każdego to działa i nie zawsze się da.
Mam na ten temat swoją filozofię, może troszkę kontrowersyjną. Taki sposób prowadzenia terapii jaki jest w moim mieście jest dopiero wprowadzeniem człowieka w stan uzależnienia wiedząc i godząc się z tym, że jestem uzależniony od alkoholu i nie wolno mi go do końca życia tknąć mimo wszelkich pokus. Powinienem w otaczającym nas świecie, gdzie alkohol był, jest i będzie zawsze nauczyć się żyć z nim w pełnej akceptacji, a nie za wszelką cenę odwrócić swoje życie do góry nogami by być jak najdalej od niego, uciekać od problemu w chorą, fałszywą trzeźwość. Zmieniam w swoim życiu tyle, że nie tykam alkoholu i jestem wolny. Mówi się że u pijącego alkoholika całe życie kręci wokół alkoholu. W takim razie zachodzi pytanie. Czy u trzeźwiejącego alkoholika stosującego się do idiotycznych zaleceń o zmianie pracy, mieszkania, chodzenia całe życie na mityngi przestaje się kręcić wszystko wokół alkoholu? Jest to zapewne wszystko niektórym niezbędne i się z tym godzą ale czy tak naprawdę są w 100% trzeźwi? A może to Ja jestem jakimś ewenementem. Znam przykłady z życia gdzie mąż, ojciec rodziny jak pił było źle ale gdy przestał i zaczął stosować się do niektórych zaleceń stało się jeszcze gorzej, stracił rodzinę, dom itd. ale był trzeźwy. Uzależnienie od alkoholu niewątpliwie jest chorobą nieuleczalną w 100% ale można z nią żyć normalnie a nie przechodzić w stan uzależnienia z pijącego uzależnionego w stan trzeźwego uzależnionego tylko w inny sposób i nie od alkoholu samego w sobie tylko od jego obecności w naszym świecie. Nie mogę zmienić tego, że alkohol jest wokół mnie na każdym prawie kroku więc godzę się z tym i nie szukam dziury w całym żeby się nakręcać że go nie ma. Niech sobie będzie ale Ja go używam. A nie, że nie idę na tą fajną imprezę bo jest tam alkohol, mimo że będzie tam wymarzona miłość mojego życia. Gdzie tu jest ta granica uzależnienia? A może jej nie ma w ogóle a Ja tego jeszcze nie pojąłem? Tak czy inaczej jeżeli mi na czymś zależy to nie jest w stanie mnie powstrzymać obecność alkoholu. I nad tym według mnie powinien trzeźwiejący pracować, nauczyć się żyć po trzeźwemu w pijanym świecie. A wszelkie terapie są potrzebne i przydatne ale na samym początku albo powinny być prowadzone przez alkoholików i tylko alkoholików całkowicie wyzwolonych już od pewnych zależności. Mityngi nie wiem jak wyglądają w innych miastach ale w tych, w których uczestniczyłem u siebie przychodzi banda spragnionych chlania ludzi i się nawzajem nakręcają, powtarzając się na każdym kroku, po czym część z nich widać po jakimś czasie pod monopolowym i to najczęściej tych, którzy mieli najwięcej do powiedzenia. A ten cały guru, prowadzący mityng dostarcza spirytus na pobliską melinę. I to są fakty! Z równie paradoksalną sytuacją spotkałem się podczas posiedzenia komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, złożonej z samych kobiet o nie wiadomych kwalifikacjach, która miała orzec czy wysłać mnie na przymusowe leczenie odwykowe. Wtedy po przesłuchaniu mnie jedna z pań utwierdziła mnie w mylnym przekonaniu, oznajmiając, że nie jestem alkoholikiem tylko zwykłym pijakiem, po czym sprawa została skierowana do sądu o przymusowe leczenie. Konsekwencje uświadomienia mnie, że jestem tylko pijakiem, na etapie prób kontrolowania picia i udowadniania sobie, że nie jestem uzależniony, przez kogoś kto uchodzi za fachowca w tej dziedzinie ze względu na zajmowane stanowisko chociażby, powinny być raczej jasne. Mógłbym podać wiele takich przykładów z mojej alkoholowej kariery. Na tą chorobę jest jedno podstawowe lekarstwo według mnie. Najpierw poznać mechanizmy działania tej choroby i jej psychologiczne aspekty. Potem nauczyć się je u siebie wychwytywać i mądrze analizować i poprawiać. A najważniejsze, trzeba pragnąć z całego serca być trzeźwym i obrać sobie swój własny plan działania, stworzyć własny program terapii, który uznamy za najbardziej dla nas odpowiedni. Oczywiście zachowanie trzeźwości jest tu kluczową sprawą. A zalecenia terapeutów i innych niby wyedukowanych specjalistów nie koniecznie muszą działać.
Z góry przepraszam jeżeli kogoś uraziłem w tym poście i zaznaczam jeszcze raz, że są tylko i wyłącznie moje refleksje i doświadczenia i tyczą się tylko mojej osoby.
Pozdrawiam i życzę mądrego trzeźwienia.