bea573
20.02.06, 11:08
Ona - pani dobrze po piecdziesiatce, wyzsze wyksztalcenie, odpowiedzialna
praca, samotna (dorosly syn wyprowadzil sie dwa lata temu i zalozyl wlasna
rodzine; bardzo to przezyla). Pije od kilkudziesieciu lat, najczesciej sama w
domu, wieczorami; w weekendy rowniez, ale inaczej - juz od godz.13 - 14 az do
zasniecia. Jej dzien: rano pelna mobilizacja, makijaz, energia, wysokie
obcasy - wyjscie do pracy. W pracy energiczna, kompetentna, konfliktowa.
Ludzie jej sie boja, ona to wie i chyba sprawia jej to satysfakcje (poczucie
kontroli). Po pracy: szlafrok, lozko, telewizja. Picie, odreagowanie stresu.
Izoluje sie, nie odbiera telefonow, chyba niewiele je. Pije do zasniecia, a
rowniez po to, zeby w ogole zasnac. Nastepnego dnia znow na wysokich obrotach
i historia sie powtarza. Brak zycia osobistego. Skryta, nieszczesliwa,
samodestruktywna, wrazliwa i przywiazana do swojej maski kobiety swietnie
radzacej sobie w zyciu ( i jest wiele osob, ktore tak ja postrzegaja). Kiedys
atrakcyjna, prowadzaca dom otwarty, pomagajaca ludziom zawsze miala klopoty z
okazaniem slabosci czy proszeniem o pomoc
Mysle, ze zdaje sobie sprawe ze swojego stanu, ale czuje sie zbyt bezsilna,
zeby to radykalnie zahamowac. Czasem sie kontroluje: w ostatnich latach pije
glownie piwo, robi tygodniowe przerwy od picia (rzadko), po ktorych ma
satysfakcje, ze jednak potrafi nie pic. Jej alkoholizm jest w rodzinie
tematem tabu - jakakolwiek proba wzmianki na ten temat wywoluje atak
niepohamowanej agresji, w najlepszym razie - unik lub zbagatelizowanie calej
sprawy (wysmianie i odrzucenie interlokutora). To nie picie jest przyczyna
jej problemow czy depresji, tylko okolicznosci zewnetrzne (sporo w zyciu
przeszla). Do lekarzy ma stosunek negatywny, nigdy nie pojdzie na jakikolwiek
meeting, to bzdura dla tych, co nie potrafia poradzic sobie sami.
Ja: o dziewiec lat mlodsza siostra (tak wlasnie o mnie mowi: "moja mlodsza
siostra" z duzym pokladem ironii i poblazliwosci), od kilkunastu lat za
granica. W Polsce jestem raz w roku na wakacje, ostatnio ze wzgledow
rodzinnych nawet czesciej - wtedy mnie unika. Moje proby dania do
zrozumienia, ze jestem otwarta na jej problem konczyly sie zawsze
odrzuceniem, zbagatelizowaniem lub unikiem. Czasem w nieprzyjemny sposob
okazywala, ze mam sie w to nie wtracac. Za to coraz czesciej mowi o swoim
zlym samopoczuciu, fatalnym okresie w ktorym sie znajduje, klopotach ze
zdrowiem
Problem: widze, jak coraz bardziej sie pograrza. Jest samotna, wybudowala mur
obronny, do jej swiata alkoholowego nikt nie ma wstepu. Boje sie, ze zginie;
no po prostu zapije sie na smierc. W piatek lece do Polski. Co robic?
zostawic ja nadal sama, bo tak chce i - jak tu piszecie - alkoholik sam musi
osiagnac dno, zeby sie od niego odbic, czy tez sprobowac radykalnej
metody "ja wiem, ze jestes alkoholiczka"?
Prosze bardzo o opinie.