myszabrum
22.09.06, 21:59
Pić zaczęłam pod koniec podstawówki. Byłam dobrą uczennicą, ale smutnym
dzieckiem, o czym już pisałam.
Ostre jazdy zaczęły się w liceum. Zamiast iść do szkoły, opróżniałam zapasy
tatusia. Numer polegał na tym, ze oboje rodzice pili i ukrywali to przed sobą
nawzajem. Wzajemnym pretensjom nie było końca. Nie wiedzieli, że do gry
włączył się nowy zawodnik :-O
Ale szczęście trwało krótko. Wychowawca zadzwonił do ojca do pracy, i oboje
rodzice przyjechali w środku dnia do domu, a ja z flaszeczką... Dramat.
Pozakładali zamki w całym mieszkaniu, miałam dostęp tylko do swojego pokoju i
do kuchni, jednak nie na wiele się to zdało.
Powtarzanie klasy, zmiana ogólniaka. A ja dalej w odlotach. Ojciec, kiedy sam
nie "odlatywał", lał mnie i próbował przywoływać do porządku, z miernym
skutkiem. Wtedy się go potwornie bałam - teraz widzę, że był po prostu
zrozpaczony i bezradny.
Pod koniec szkoły jakoś się wyprostowałam - oczywiście facet, 17 lat starszy,
ucz się, dziecko, ucz, zdałam na tzw. elitarne studia i miało być pięknie.
Ale nie było. Bo ja już przed maturą postanowiłam odstawić alkohol i
inne "dodatki" i miałam tych parę miesięcy trzeźwości. I byłam dumna.
A trzynastego września, w piątek późnym wieczorem sprzątałam po imprezie
moich rodziców i nalałam sobie soku pomarańczowego z dzbanka. W tym dzbanku
JUŻ był alkohol.
Popłynęłam. Przez wiele lat zastanawiałam się, co by było, gdybym ja wtedy
nie sięgnęła po ten dzbanek.
Studia poszły w drebiezgi (choć w sumie zaliczyłam dwa lata) a ja poszłam w
Polskę. Zanim skończyłam 25 lat, przeżyłam w życiu - powiedzmy, że dużo. Za
wyjątkiem, rzecz jasna, takich bajerów jak ślub i urodzenie dziecka - ale to
akurat nigdy mnie nie interesowało :).
Ciąg dalszy nastąpi.