myszabrum
14.10.06, 23:19
Chyba wstąpił we mnie duch niesławnego Addicted... drugi wątek dziś
zakładam ;)
Bardzo przykrym paradoksem abstynencji jest fakt, że tak naprawdę uzależnieni
i zniewoleni zaczynamy się czuć wtedy, gdy o tę swoją wolność od nałogu
próbujemy walczyć.
Ponieważ trudno jest się wówczas skupić na czymkolwiek poza powstrzymywaniem
się od zażycia ulubionej substancji, w każdej sekundzie intensywnie
odczuwamy, jak bardzo jesteśmy opętani.
- A lekarstwo na to jest jedno... - podpowiada mózg. - Wystarczy napić się,
łyknąć, zapalić... a będziesz wolny :)! Będziesz cudownie wolnym, żyjącym w
harmonii ze światem człowiekiem i sam przyznasz sobie, że właściwie w ogóle
tej substancji nie potrzebujesz. I że już od jutra...
Ale póki się powstrzymujsz, walczysz, póty cały czas czujesz tego gwoździa w
głowie. To podobno kiedyś przechodzi. Podobno?
Całe AA jest moim zdaniem próbą dorobienia ideologii do tego dojmującego
cierpienia. Takie trochę chrześcijaństwo dla ułomnych.
A my, niewierzący?