optymistka_mimo_wszystko
11.03.07, 23:14
Dobry wieczór!
Od kilku dni przyglądam się Waszym wypowiedziom na tym forum i wydaje mi się,
że spora grupa osób ma tutaj głowę na karku. Chciałabym opowiedzieć Wam moją
historię i poczytać trochę Waszych opinii i rad. Zaczynam więc...
Męża poznałam jakieś 6 lat temu. Od zawsze wiedziałam, że dużo pije, ale
zdarzało się, że potrafił nie pić. Zawsze był człowiekiem, który miał
problemy z samym soba a ja taka siostra miłosierdzia zawsze lubiłam pomagać.
Zakochaliśmy się w sobie i po kilku latach znajomości zamieszkaliśmy razem a
potem wzięliśmy ślub, potem urodziła nam się córeczka.
Mąż nie kontrował picia juz przed ślubem, ale ja naiwnie wierzyłam, że moja
miłość i psychika będą na tyle silne, że damy sobie z tym radę. Potrafił nie
wracać do domu na noc, po pijaku tłukł szyby, potrafił uciekać z domu gdy juz
zasnęłam żeby się napić. Ja nigdy nie robiłam mu awantur, żadnych cichych
dni. Wszystko spokojnie tłumaczyłam. Miałam naprawdę bardzo dużo
cierpliwości. Szukałam wsparcia w teściowej ona jednak uznała, że to mój
wyimaginowany problem i to ja mam byc niania dla jej synka, a to, że mąż ma
problem z alkoholem to moja wina. Zaszłam w ciążę, mąż nie chciał mieć
dzieci, ciąża była zagrożona ale samotnie dałam sobie radę. Mąż był dla mnie
niedobry w czasie ciąży. Sama z wielkim brzuchem przygotowywałam dom na
przyjście maleństwa, on się bawił i pił. Gdy byłam w 4 miesiącu, po pobycie w
szpitalu na patologii ciąży, prosiłam żeby mi pomógł położyc podłogę w
przedpokoju. Mąż wzruszył ramionami depcząc mi po rękach wyszedł z domu żeby
się napić. Po porodzie małej zamiast mnie odebrać ze szpitala też poszedł pić
i nie wiedziałam co się dzieje, nie miałam z nim żadnego kontaktu... wtedy
dopiero przyznałam się moim rodzicom jaki jest mój mąż. Dodam tylko jeszcze,
że ze szpitala wychodziłam sama, córeczka była chora i musiała zostać w
szpitalu troszkę dłużej. Po tym wyprowadziłam się, następnego dnia wróciłam
gdyż mój mąż podjął próbę samobójczą... Miesiąc póżniej znowu wyprowadziłam
się do rodziców razem z małą, gdyż miały się odbyć chrziny naszego dziecka a
mąż zamiast w jakis sposób pomóc w przygotowanich cały czas pił (przecież
było piękne lato i szkoda słońca jak on to mówił). Sama nie dawałam rady z
przygotowaniem chrzcin i opieką nad małą (mała miała dopiero miesiąc). Mąż
stwierdził, że nie kocha ani mnie ani dziecka. W czasie gdy nie mieszkaliśmy
razem mąż mnie zdradził, o czym sam mnie poinformował. Po kilku tygodniach
wróciłam. Kochałam go bardzo,on zresztą stwierdził, że jednak mnei kocha a
maluszka postara się pokochać wierzyłam, że dziecko w jakiś sposób pomoże mu
zrozumieć sama nie wiem w sumie co zrozumieć...
Któregoś letniego dnia mąż wrócił rano brudny, poobijany oczywiście pijany
(taki zestaw był częsty) ale tym razem był bez plecaka a w plecaku miał
wszystko portfel z dokumntami, wymarzoną komórkę, klucze i kilka innych
wartościowych rzeczy. Zgubił po pijaku i nawet nie wiedział gdzie. To go
otrzeźwiło i poszliśmy razem do poradni AA. Diagnoza była jednoznaczna-
alkoholik. Zaczął leczenie, nie pił dwa tygodnie a potem powolutku wracał do
starych nawyków. Mąż pił w 90% samotnie i to najlepiej poza domem.
Stwierdził, że AA to bzdury i stwierdził, że sam sobie da radę. Były momenty
gdy nie pił a potem wpadał w cugi. Najgorsze były weekendy. Nigdy nie
wiedziałam czy wyprawa po bułki rano w sobotę nie skończy już w niedzielę.
Tłumaczyłam, tłumaczyłam mówiłam, że nie jestem z żelaza i że moja
cieprliwośc kiedyś też się wyczerpie, że nie dam sobie z tym rady, że mogę go
wspierać gdy jest trzeźwy itd. Nigdy nie szukałam go gdy gdzieś pijany łaził,
nigdy nie rozbierałam gdy zasypiał na podłodze, mało tego nawet zrobiłam mu
kilka fotek. Mąż zaczął powoli angażować się w opiekę nad córeczką.
Ja byłam coraz bardziej zmęczona. Szybko musiałam wracać do pracy po
urodzeniu małej, prawie wszystkie obowiązki domowe spadały na mnie. Jak za
bardzo prosiłam o pomoc to padało zdanie, że on czuje, że dzisiaj musi sie
napić i wychodził. Modliłam się żeby Bóg nam pomógł albo żeby pozwolił mi go
zostawić. Mąż nie pamiętał o moich urodzinach, imieninach, nie szanował mnie,
nie wspierał. Tylko brał niewiele mi dając. W końcu udało mi się namówic go
na wizytę u psychiatry, uznanym specjalistą od problemów alkoholowych.
Poszliśmy razem. Mąż dostał leki psychotropowe i zaczęło się poprawiać.
Pojawiło sie małe światełko w tunelu. Mąż zaczął mnie szanować, starał się
byc czuły i miły. Wydaje mi się, że wreszcie zauważył jak bardzo mi zależy na
naszej rodzinie i na nim. Powoli zaczęłam widzieć swoja starosć u jego boku i
wtedy przyszedł cug. Alkohol + leki psychotropowe wywołały agresję i zostałam
pobita przez najbliższą mi osobę... Policja, szpital a najgorszy ten strach.
tak bardzo sie bałam o dziecko i o siebie. Tak bardzo chciałabym wymazać z
pamięci to zdarzenie... natychmiast wyprowadziłyśmy się. Tym razem na dobre.
nie potrafię zapomnieć o tym co się stało i obrazy z tego wydarzenia ciągle
staja mi przed oczami. Oboje jesteśmy wykształceni, inteligentni niby żadna
patlogia i nie mogę zrozumieć jak mogło się to wszystko tak pokiełbasić...Nie
zrobiłam nic co w jakikolwiek mogłoby usprawiedliwiać taki postępek. A może
właśnie dlatego dostałam wp...l. Tęściowa uważa, że mi się należało (druga
wersja jest taka, że sobie wszystko wymyśliłam, z teściowymi nie utrzymuje
kontatów).Po tym Mąż nie pił przez dwa miesiące, cały czas wspierałam go. Nie
jesteśmy razem pół roku. Mąż pije, ale jak pije ma zakaz kontaktów ze mną
(gdy po pijaku zaczął mi grozic zawiadomiłam policję i skończyły sie pijackie
kontakty) W chwili obecnej jesteśmy przyjaciółmi, mąż kocha naszą córeczkę,c
która rośnie szybko i juz zaraz będzie miała dwa latka. córeczka też go
bardzo kocha. Nie wrócę do niego, zresztą on wcale tego chyba nie chce. Nasze
kontakty są poprawne i pozytywne. Mąż nie potrafi byc sam więc szuka kobiety,
która wypełni pustkę. Często rozmawiamy, już go nie kocham chciałabym jednak
żeby był szczęścliwy i stanął na nogi. Tak bardzo chciałabym żeby był dobrym
ojcem. On nie chce się leczyć, mówi, że AA nic nie daje. Próbuję namówić go
na Wasze forum... Uważam, że sam sobie nie da rady, a ja też chciałabym
wreszcie odpocząć... Uważam, że decyzja o rozstaniu była w 100% słuszna,
wiem, że alkoholik musi osiągnąć dno ale widzę, że studnia mojego męża to
chyba jakś otchłań bez dna...
Pozdrawiam