Dodaj do ulubionych

A mury runa....

13.10.07, 15:52
gdzies tak sobie pisze ostatnio, ze ja zakochana. Szczerze mowiac to
prawda. swietne uczucie, ktore w zaden sposob mnie nie krzywdzi, a
przynajmniej nie czuje sie krzywdzona. Natomiast sposob w jaki
odkrywam ta swoja “nowa milosc” jest tak szczegolny, ze gdybym
wiedziala, ze do tego zeby odkryc cos takiego, trzeba wpierw zostac
alkoholiczka, a potem isc sie leczyc – u ludzi i z ludzmi!!! – to
pewnie alkoholiczka zostalabym juz w piatej klasie podstawowki, by w
szostej juz trafic do AA i do psychiatry J)).
Chociaz oczywiste, ze to nie tak chyba uczymy sie zycia, a zwlaszcza
my, skrzywiency zyciowi. My ciagniemy nasze problemy, jedni dlugo,
drudzy jeszcze dluzej. natomiast piekne jest jesli sie jednak zycia
nauczymy, nauczymy sie jego wartosci, i to z czym w zyciu mamy do
czynienia.

tak naprawde, to cale “moje zakochanie” to wlasciwie tylko czesc,
mala, duza, nawet nie wiem, tego jak to zycie, nowe zycie, stalo sie
inne, niz to jakie znalam.

A mury runa – tu na mysli mam mury, ktorymi sami sie obudowalismy, I
mury ktorym obudowuja sie inni ludzi naokolo. I tak zyjemy
zamurowani, bo pozornie bezpiecznie. Tylko czy szczesliwie? I czy
nie za samotni??
Powodow murowania tego mury jest duzo, jak teraz mysle nad nimi, I
chcialabym je zebrac, czasu by zabraklo I miejsca na forum; Jakie to
powody, I czy byly sluszne czy nie, czy wynikaly z niedouczenia
czegos takiego jak zycie, czy z wlasnych ulomnosci, nie wiem czy z
glupoty, bo nie sadze zeby akurat glupota ciagnela nas w budowanie
tych murow.
Ale ja jakos zdaje sobie sprawe z tego ze te powody byly, a mury
zostaly murowane, i wciaz sa murowane, i raz po raz spotykamy sie z
kolejnym.

ja pamietam ze we mnie poczucie samotnosci bylo ogromne, nawet jesli
w poblizu ktos byl, komu moglam ufac, dotknac, przytulic sie.
Kiedy bylam z facetem, ktorego kochalam, I czulam sie kochana, to
poczucie samotnosci pamietam ze wciaz jednak bylo, tak ze nawet
bycie obok, w obieciach, bardzo blisko, tego uczucia nie zabijalo.
To byla jakas potrzeba czegos wiecej, a czego – nawet usilujac to
znalesc, znalesc nie potrafilam.
Pilam – alcohol samotnosci nie zabijal, alcohol wrecz przeciwnie,
zwiekszal to poczucie, a nawet wiecej, powodowal ze samotnosci
zaczelam sie bac.
Psychiczne podstawy poczucia samotnosci byly, a teraz mam wlasciwie
jasny obraz tego, co powoduje alcohol – nic, tylko je zwieksza.
Jeslibym miala wlasciwie okreslic podstawowy argument za tym, zeby
alkoholik nie pil juz wiecej alkoholu, to mysle ze zwiekszanie
poczucie samotnosci, czy tez stwarzanie takiego poczucia, jest chyba
najwazniejszym czynnikiem. Bo widocznie takie wlasciwosc alcohol ma,
a juz na pewno u mnie, a podejrzewam ze u wiekszosci alkoholikow
jest podobnie.
I mnie chyba najbardziej to nie przekona ze wypicie jednego piwa
kontrolowanie, czy szampana, wiesz, tyle co na weselu leja, nie
zaszkodzi – bo to mnie cofa w tym nad czym ja do jasnej anielki jak
osiol pracuje!

Pierwszym uczuciem, ktore jak piorun nagle mnie trzepnelo, bylo dwa
lata temu odkrycie Boga, lub cos na ksztalt, powiedzmy ze w moim
przypadku bardziej by pasowal Aniol Stroz, moj Aniol Stroz, gdzies
tam wysoko, gdzies tak niedostepny, a ktory za kazdym razem I
wszedzie gdzie jestem obecny jest.
Juz pisalam kiedys o tym, ze ktoregos dnia skapitulowalam na rzecz
Boga, bo stalo sie cos, o co Boga prosilam naprawde, wrecz blagalam,
z wyrzutem wrecz – co wiecej nie obiecujac nic w zamian – ani
chodzenia co niedziela do kosciola, czy pojscia na kolanach do
Czestochowy. Blagalam wtedy Boga zeby mi oddal brata alkoholika,
zeby moj brat alkoholik wrocil do swiata trzezwych. Moj brat
przestal pic, przez dwa lata bez tygodnia dokladnie, do dnia swojej
smierci nie wypil alkoholu.
Moja kapitulacja na rzecz Boga stala sie w tym momencie za bardzo
podstawna i za bardzo silna, zebym w tej chwili majac jej swiadomosc
mogla ja stracic. Nie znam podstaw mogacych ja zniszczyc, I mam
nadzieje ze nie padnie ta swiadomosc. I w tym momencie nawet smierc
mojego brata nie zaszkodzila – bo Bog widocznie ma swoje cele w tym
co robi, nawet jesli ja nie jestem w stanie ich pojac.

To byl pierwszy etap utraty uczucia samotnosci.
Obserwuj wątek
    • rauchen Re: A mury runa.... 13.10.07, 15:52
      Juz po odkryciu mojego Aniola Stroza, zapilam raz jeszcze, na dzien
      dzisiejszy po raz ostatni w moim alkoholowym istnieniu. Gdy ciag sie
      juz skonczyl, wiedzialam juz ze nawet gdy ten pierwszy etap, istotny
      etap, znalezienie Boga, mialam za soba, dalej nie dam sobie raczej
      rady sama.
      Bylam na czacie, rozmawialam z dziewczyna ktorej maz jest
      alkoholikiem, przestal pic korzystajac z AA. Siedziala na czacie gdy
      dzwonilam pierwszy raz do osoby z AA, zeby umowic spotkanie. Ta
      dziewczyna byla, daleko a jednak blisko, I pomogla mi przekonac mnie
      do tego zebym korzystajac z doswiadczen ostatniego ciagu, isc na
      meeting AA.
      poszlam na meeting, piekna w alkoholowych kolorkach, nie wiem czy
      ktokolwiek moglby miec watpliwosci ze ja alkoholiczka, a ci inni
      alkoholicy, wygladali jak statysci zebrani specjalnie dla mnie zeby
      mnie przekonac do AA, bo nie sadzilam ze alkoholicy moga byc az tak
      trzezwi, I tak normalni I tak, no, przede wszystkim trzezwi – a
      ja??? A ja piekna w kolorkach pijackich.
      potem caly wieczor walczylam zeby isc na dzien kolejny na meeting –
      do tej pory pamietam ta wojne, I pamietam ze wlasnie tego wieczoru
      tak naprawde mialam do tego jeszcze ten najciezszy wieczor kaca.
      Wojna byla przepiekna.
      Zakonczyla sie tym, ze na drugi dzien znow poszlam na meeting. Co
      przesadzilo?? Nie wiem?? Czymkolwiek bylo, teraz po dwoch latach
      (prawie) powiem ze bylo czyms czemu wdzieczna jestem kazdego dnia.
      I nie pamietam juz, to byl drugi, lub trzeci meeting, kiedy wrocilam
      do domu wieczorem, kiedy nastapil kolejny, chyba dopelniajacy etap
      utraty samotnosci: kladlam sie spac i poczulam, pamietam do tej
      pory, uczucie jak to poczucie samotnosci odchodzi ze mnie, jak zly
      duch z mojego ciala i mojego umyslu.
      To bylo cos na ksztalt zdania sobie sprawy z tego, ze jest miejsce
      na tym swiecie, ktore sie nie konczy, a jest nim meeting AA, gdzie
      sa ludzie do ktorych zawsze moge isc, alkoholicy jak ja, ktorzy mnie
      zrozumieja bez slow.

      Dla mnie sa to dwa etapy niszczenia we mnie poczucia samotnosci,
      tego zracego poczucia samotnosci, ktore mialam. Tak, jakby ten mur
      wokol mnie runal.
      Myslalam tak wczoraj i dzis rano nad tym, i ciezko mi jest
      przypomniec sobie, czy to uczucie samotnosci jeszcze kiedykolwiek w
      ciagu ostatnich lat mnie dopadlo, i ciezko mi sobie przypomniec zeby
      cos takiego mialo miejsce.
      Mur zostal zniszczony, natomiast ile z tego niszczenia muru
      zawdzieczam sobie samej?? Trudno mi wlasciwie tez cos takiego
      znalesc.

      • rauchen Re: A mury runa.... 13.10.07, 15:53
        Kiedy wyszla juz na zewnatrz, nie mniej jednak zauwazylam mury – juz
        nie zbudowany wokol mnie, ale zbudowane wokol innych ludzi.
        Jedne ogromne I nie do przebicia – a przynajmniej tak sie wydaja,
        inne duze, ktorych czasem boje sie ze nie dam rady pokonac, inne
        znow mniejsze, a kolejnych nie ma wcale. Z tymi co to nie ma wcale
        problem zawsze byl ten sam – ja mialam mur wokol siebie, I to ja nie
        dopuszczalam do siebie. Nad mniejszymi murami probowalam pracowac,
        ciezej lub z mniejszym wysilkiem, I wiecie co??
        Z czasem zdajac sobie sprawe, ze tych murow jest duzo I sa niektore
        trudne do zdobycia, ale zawsze moge probowac.
        W wielu przypadkach kosztowalo to sporo wysilku, ale chyba w
        wiekszosci przypadkow przebicie muru kosztowalo czas.
        Przebilam w ten sposob kilka murow, mysle ze rozwijajc siebie
        niesamowicie, I uczuc sie cierpliwosci, poglebiajac akceptacje
        faktu, ze mury istnieja, natomiast nie jest tak ze sa niezniszczalne.
        Te mury dotycza glownie ludzi, z ktorymi mam do czynienia w pracy,
        ale I dalej – w sklepie, na ulicy.
        Ja naprawde jestem wdzieczna sama sobie za ta prace ktora wkladam w
        to, zeby uzyskac dostep do ludzi. Bo mam efekty, choc czesto dopiero
        po dluzszym czasie.
        A ta wdziecznosc najprawdopodobniej wyzwala energie, ktorej ostatnio
        niektorzy sie dziwie, skad ja do jasnej anielki jej tyle mam.

        I dobrze ze mam, I dobrze ze sa ludzie ktorzy mi ja pozwalaja
        wyzwolic, I kiedy raniutko, godzina 7, na widok zaspanej kolezanki
        wolam : Ooooo, moja kolezanka X, kiedy zaspany kolega wola: Oooo,
        moja przyjaciolka Rauchen, kiedy ide na lunch sama z kolezanka – bo
        nikogo wiecej tego dnia nie bylo – a kolezanka nalezy do ludzi ktora
        ostro broni swoje terytorium przed kazdym intruzem, a I mnie kasala
        gdy za blisko podchodzilam, ba, gdy czegokolwiek chcialam, a teraz
        po czasie, juz akceptuje, pewnie juz nawet dalaby sie poglaskac,
        gdybym miala takie ciagaty J).

        I tak naprawde, ci, ktorzy tak chetnie chcieliby mi zarzucic, ze nic
        nie robie od dwoch lat, tylko chorobliwie trzezwieje w AA,
        wymyslajac nowe dla siebie terapie itp, to powiem, ze to jest tak
        naprawde moja bardzo ciezka praca ktora wykonuje od ponad
        roku.Budowanie stosunkow z ludzmi to ciezka robota, pewnie ciezsza
        niz 12 godzin na budowie. Ale radosna jak cholera.

        I jeszcze jedno: gdzies tu addi bal sie w jakims watku ze ludzie z
        zewnatrz nie akceptuja alkoholikow, bo to alkoholicy; ze eska woli
        byc “wariatka” nieleczona w psychiatryku, bo to nakleja etykietke na
        cale zycie,
        a ja mam zupelnie inne podejscie do ludzi, tych z zewnatrz: to ja
        ich musze akceptowac, oni mnie wcale nie musza; to ja musze budowac
        dobre stosunki z nimi, bo oni moga miec gdzies dobre stosunki ze
        mna, itp itp

        No I tak sobie zyje, ja, alkoholiczka, I do tego z AA, I o masz ci
        los, leczaca sie u psychiatry do tego. A mnie to zycie cieszy jak
        cholera.

        ostatnia rzecz, jaka chcialabym zrobic, to podziekowac addiemu za
        cala swoja tworczosc na tym forum, ktora mnie tylko umocnila w tym,
        ze robienie wszystkiego tego co pisze addi, tyle ze na odwrot,
        potrafi uczynic czlowieka szczesliwym, naprawde.
        Ale na milosc boska, zmien sie addi, ile jeszcze bedziesz dawal
        powody innym zeby zyli szczesliwie. Ty tez masz do tego prawo.

        Pozdrawiam wszystkich.
        :)))

    • rauchen Re: A mury runa.... 13.10.07, 16:15
      i tak jeszcze jest wlasciwie jedna rzecz nad ktora sie zastanawiam:
      czy wlasciwie jest jeszcze cos co jest w stanie, sorry, ze tak
      nazwe, a przypie...lic mi tak bardzo zebym ten stosunek do zycia
      zmienila??

      Poltorej miesiaca zmarl moj brat, i mimo ze wlasciwie mogloby
      wygladac na to, ze splynelo to po mnie jak woda po kaczce, to tak
      nie jest. Wlasciwie dokopalo mi to "troche" w tej mojej ostatniej
      szczesliwej wycieczce na drodze trzezwosci, mojej trzezwosci, ale z
      drugiej strony mysle ze dalo mi tak porzadnie w dupe, ze wlasciwie
      zaczyna brakowac mi wyobrazni na to, zeby znalesc jakakolwiek
      jeszcze sprawe, ktora by mnie potrafila jeszcze zmusic do upadku.
      Moze jest, nie wiem.
      Moja siostra stwierdzila, ze wlasciwie mam teraz drugie zycie ktore
      powinnam przezyc - moje i mojego brata. Bo bylismy tak podobni z
      jednej strony w naszych doswiadczeniach i w naszych problemach, ze
      stanowimy jakoby jedno. Moze ja po prostu jestem troche silniejsza,
      bardziej uparta, ale to wcale nie przesadza o tym, ze mnie to zycie
      nie bolalo, lub bolalo mniej.
      ta smierc dala mi wlasciwie jeszcze takie uczucie, ze wlasciwie
      powinnam zyc tak, zeby on, jesli po smierci cos takiego istnieje,
      nie musial sie o mnie martwic, patrzac na moje upadki.
      Zeby zapewnic spokoj sobie i jemu.
      I tak bede probowala.
      Zycie jest wartoscia, ktra jednak w jednej chwili potrafi stac sie
      przeszloscia. I zeby nie brac tego zycia za bardzo na serio, zeby je
      zyc i sie nim cieszyc. Co wcale oczywiscie nie znaczy zeby nie byc
      odpowiedzialnym za pewne sprawy i rzeczy.
      jestem odpowiedzialna za moje zycie, to juz odpowiedzialnosc.
      Ja chce sie podjac tej odpowiedzialnosci.
      Ale nie chce zaplakac sie na smierc, z powodu ciezaru tej
      odpowiedzialnosci.
      • addicted11 Re: A mury runa.... 13.10.07, 17:13
        No coz, wywolany do tablicy...

        Pierwsza rzecz- czytalem z zainteresowaniem. Potrafisz nawet nieco
        wzruszyc- czytajac Twoje slowa czuje sie jak na melodramacie, takie
        to nieco patetyczne, niewazne.

        Pierwsza sprawa- Mam nadzieje rozumiesz, ze twoje metafizyczne
        zblizenie z Bogiem, jakkolwiek moze ciekawe w lekturze, nie
        przemawia zupelnie do pewnych osob? Mam na mysli osoby o innym
        swatopogladzie. Nie mozesz tego brac za brak zyczliwosci- po prostu
        to dla pewnych osob absurd.


        Sprawa druga, a wlasciwie pierwsza.
        Nie doklejaj wasow Monie Lizie.
        Usilujesz tu kreowac Addiego w opozycji do siebie.

        Oto rauchen- ktorej wszyscy przygaduja, ze oszalala i zamknlela sie
        w AA, ona naprawde zmienia sie, odkrywa nowe rzeczy.

        I oto Addi, ktory bryluje na forum, nei chodzi do AA, i moze czy
        pomimo, nic sie nie zmienia.

        Tak, wygodny punkt wyjscia, tylko zupelnie nieprawdziwy.To, ze nie
        robie tego za pomoca AA nie oznacza, ze nie zmieniam sie, nie
        pracuje nad soba.
        Tylko ja jeden wiem, a moze niektore spostrzegwacze osoby z tego
        forum wiedza, ze przez ostatnie lata wiele sie zmienilem, wiele
        zrozumialem.

        co Ty wlasciwie do cholery sobie wyobrazasz, ze Ty jedyna na swiecie
        mialas mury i je rozwalasz?

        Piszac takie rzeczy zaprzeczasz sama sobie, bo pieknie piszesz o
        akceptacji ludzi jakimi sa, o wyjsciu do nich, a do mnie wychodzisz
        oto tak, ze przyprawiasz mi gebe i na dodatek litujesz sie nade mna.

        Moze wyjdz tez do mnie z nastawieniem, ze jestem jaki jestem to nie
        bedziesz miala obsesji addiego, nie bedziesz chciala trzezwiec mu na
        zlosc czy na odwrot.

        ( na odwrot- fajnie to brzmi, zupelnie nie ma zwiazku z
        rzeczywistoscia, nasze "na odwrot" sprowadza sie do kontaktu z
        alkoholem, do stosunku do AA, a wiele wiecej nas laczy- ale Ty
        uparcie nie widzisz tego, co laczy, tylko to co dzieli, czym dajesz
        popis kolejny zaprzeczenia- bo skoro niby te AA to taki tam jeden z
        wielu elementow, a nie potrafisz porozumiec sie z kims przez jego
        inny stosunek do AA, cos tu nie gra.

        Mimo to jezeli piszesz jak dzis, nieco powazniej, to czytam to
        uwazniej niz gdy czepiasz sie i plotkujesz, wiec wyrazam satysfakcje
        i tak z tych Twoich wpsow.


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka