mmoni
16.01.13, 23:38
W ostatniej „Polityce” wywiad z Jerzym Stępniem, a w nim taki kwiatek:
„Jeśli wśród ostatnich nominacji sędziowskich do sądów rejonowych było 100 proc. kobiet, to czy w mechanizmie kreującym sędziów nie ma nieprawidłowości? Słyszę, że sędzią jest 40-letnia kobieta, która mieszka u rodziców, jest panną, wydaje pieniądze tylko na ciuchy i wycieczki zagraniczne, inna, która zajmuje się tylko psami i kotami – czy ci ludzie mogą zrozumieć świat przestępców, zrozumieć ludzi w tarapatach? Nie, chcą po prostu spokojnie pracować i awansować, mieć na lepsze wycieczki czy lepszą karmę dla zwierząt.”
Owszem, uważam, że najlepiej jest, gdy wśród sędziów są i kobiety i mężczyźni. Zresztą nie tylko wśród sędziów, ale wśród nauczycieli, lekarzy i członków rad zarządczych firm też. Powinni być to też ludzie z doświadczeniem życiowym, chociaż takie, jakie ma p. Stępień (odsiadka w więzieniu za komuny) siłą rzeczy nie może być udziałem współczesnych aplikantów. (Chociaż może nie byłoby to głupie, zrobić im taki eksperyment stanfordzki jako część kształcenia.) Ale że poważny człowiek, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, przy ocenie przyszłych sędziów posługuje się plotkami jak – że użyję innego popularnego stereotypu – baba z magla? Bo nie sądzę, aby w papierach były odnotowywane hobby kandydatów i sposób, w jaki dysponują swoją pensją.
Trudno z tej wypowiedzi wydedukować, co jest tutaj bardziej dyskwalifikujące w oczach prof. Stępnia, bycie kobietą czy bycie singlem. Kto jest lepszym sędzią, mężatka i matka dzieciom, czy 40-letni bezdzietny kawaler mieszkający u mamy?