Gość: Leszek94@op.pl
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
25.10.06, 09:18
Pewnego pięknego majowego poranka udałem się samotnie na Babią. Mając już
ponad 60. pomyślałem o skrótowym powrocie. Ruszyłem więc akademickim szlakiem
prosto w dół. Po kilkuset metrach pojawił się pierwszy płat sniegu. Pokonałem
go dosc zgrabnie.Może dlatego bardzo odważnie wszedłem na następny płat,
znacznie dłuższy i bardziej zmrożony. Po kilkunastu metrach stwierdziłem, że
metalowe uchwyty są pod lodem i dalsza wędrówka w dół jest coraz
niebezpieczniejsza. Stchórzyłem i rozpocząłem odwrót. Okazało się jednak, że
wspinaczka jest prawie niemożliwa. Śnieg zamieniony w lód uniemożliwia
posuwanie się do góry a zwały olbrzymich głazów na dole niecierpliwie czekają
na mój pierwszy lepszy niezdarny ruch. Obróciłem się na plecy i prawie leżąc
/duża stromizna/ zacząłem mozolnie, wolno żłobić koncami butów schodki.
Spociłem się jak mysz. Wiedziałem, że nie mogę przyspieszać. Na szczęście do
nocy było daleko. Udało się. Po dotarciu do szlaku prowadzącego z Krowiarek do
Markowych Szczawin okazało sie, że szlak jest zamknięty. Stała tam okazała
tablica informująca o tym. Ale takowej na górze nie było. To oczywiście nie
zniechęciło mnie do pieszych wędrówek w masywie Diablaka.