lilla_veneda
09.11.05, 10:42
Od dłuższego czasu zbierałam się, żeby napisać coś o sobie i nawiązać kontakt
z dziewczynami o podobnych doświadczeniach. Należę do tych, których problemy
nazywają wtórną niepłodnością. Mam jedno dziecko. Byłam zdrowa jak rzepa, bez
problemu zaszłam w ciążą, wszystko przebiegało książkowo. Urodziłam ślicznego
chłopczyka. Na drugą ciążę czekałam długo. W październiku 2004 r. udało sie,
ale czułam się bardzo źle, zamiast radości był we mnie taki dziwny,
niewytłumaczalny lęk. Intuicyjnie czułam, że coś jest nie tak, że ta ciąża
bardzo różni sie od poprzedniej. 11 listopada poroniłam. Szpital,
łyżeczkowanie "na żywca", później okres przez 19 dni. USG wykazało, że muszę
byc natychmiast łyżeczkowana po raz drugi. W wyniku histopatologicznym
informacje o martwicy tkanek, stanie zapalnym i resztkach ciąży nieusuniętych
przy pierwszym łyżeczkowaniu.
Później brak okresu, złe samopoczucie. Mam żal do mojego lekarza
prowadzącego, że nie przejął się plamieniami w początkach ciąży, a juz po
poronieniu zlekceważył wyniki histopatologii i zanik @. Zamiast wysłać mnie
na badania, uspokajał, że nic się nie stało. Trafiłam do specjalisty, który
juz po pierwszych badaniach i obejrzeniu wyników powiedział mi wprost. "Na
razie nie będzie miała Pani więcej dzieci. Jest Pani niepłodna. Przy takim
stanie macicy i zniszczonym endometrium żaden płód się nie utrzyma." Szłam
ulicą i ryczałam. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Jak to? Ja zdrowa,
silna, dość młoda jeszcze kobieta nie mogę mieć dzieci? Później pozbierałam
sie do kupy. Zaczęłam od usunięcia zrostów na macicy. Blizny były duże i
istniała obawa, że nie dadzą sie wyciąć. Potem cały szereg standardowych
badań i zabiegów, przywracanie równowagi hormonalnej, powrót w miarę
normalnych miesiączek. Wreszcie usłyszałam, że moje szanse wzrosły.
Od tygodnia dzieje się ze mną coś dziwnego. Panicznie się boję, bo scenariusz
przypomina tę straconą ciążę. Nigdy nie plamiłam przez @. Zdarzyło mi się to
tylko raz, kiedy zaciążyłam w zeszłym roku. I jak widać nie wróżyło to
dobrze. To był taki dziwny jednodniowy okres na tydzień przed terminem i
drugi raz w terminie @. Sytuacja właśnie się powtarza. Wiem, że to głupie,
ale po prostu boję się zrobić test ciążowy. Ciągle przypominam sobie sceny i
wydarzenia z zeszłego roku. Jest we mnie taki irracjonalny lęk, że jeśli ta
ciąża jest, to już jest stracona. Jeśli zrobię ten test i zobaczę 2 kreski,
to zamiast się cieszyć, będę się zadręczać. Tak się przejęłam, że wczoraj
wieczorem po raz pierwszy dałam mężowi kosza. Nie chciałam żadnego
przytulanka i nawet nie potrafiłabym mu wytłumaczyć dlaczego.
Napiszcie jakieś dobre słowo, albo opieprzcie mnie równo, bo zaczynam wpadać
w jakieś stany paranoidalne. Powinnam zrobić ten test, żeby jak najwcześniej
zareagować, jeśli coś jest nie tak. Ale nie potrafię się przełamać...