Dodaj do ulubionych

glos nadziei ?

IP: 136.173.146.* 25.09.03, 17:00
Dziewczyny,

Forum o nieplodnosci czytalam dlugo i namietnie, ale pisze po raz pierwszy -
kiedys takie posty, jak ten moj obecny, dawaly mi odrobine nadziei...

Przez prawie trzy lata staralam sie zajsc w ciaze. Problem medyczny mialam i
ja (totalnie nieregularne cykle, czesto - bezowuulacyjne) i moj maz (fatalne
parametry nasienia).
Jakis czas bralam Duphaston, jakis czas cos jeszcze innego - bylo silne, bo
bolal mnie po tym brzuch. Mierzylam temperature, wydawalam fortune na testy
owulacyjne, staralismy sie "trafic we wlasciwy dzien" - tak, ze seks przestal
byc atrakcja, a stal sie obowiazkiem. Moj maz malo co nie pojechal na jakas
kuracje radonem (???) wyszukana przez moja tesciowa w dyskretnej tajemnicy
przede mna.

Do kobiet w ciazy i malych dzieci czulam niechec.
W koncu zaczelam zastanawiac sie, czy naprawde dobrze mnie nauczono w szkole,
skad sie biora dzieci? Po prostu przestalam wierzyc, ze - za przeproszeniem-
w ciaze zachodzi sie w wyniku stosunku...

Im dluzej sie nie udawalo, tym bardziej przekonywalam sama siebie (z niezlym
skutkiem), ze wlasciwie bez dzieci tez moze byc fajnie; ze nie moge
uzalezniac swojego i meza szczescia od tego, czy bedziemy miec dzieci - bo
jesli sie nie uda, to co? Mamy uznac, ze nasze zycie jest bez sensu? I nasze
malzenstwo?

Myslelismy o inseminacji i o IVF, chociaz ja co do tego drugiego mialam
bardzo powazne opory. Jako opcje ostateczna (ale nie za 10 lat, tylko
powiedzmy za rok-dwa) rozwazalismy bardzo powaznie adopcje.

Moj lekarz wykazywal stoicki spokoj powtarzajac, ze mam jeszcze czas (mam 30
lat), ze powinnismy probowac, ze "zawsze lepiej jest zajsc w ciazy we wlasnym
lozku niz na lozku ginekologicznym". Usiliowalismy sie "wyluzowac", ale to
nie dzialalo...

W koncu ustalilismy, ze jesli do konca roku (ubieglego) nic sie nie uda, w
tym roku bierzemy sie za zdecydowane dzialania - mialam zaczac od inseminacji.
I wtedy dostalam 1,5-roczny kontrakt zagraniczny.

Wobec mojego wyjazdu (samotnego) i to na taki nietypowy czas stwierdzilismy,
ze zawieszamy akcje "ciaza" - po pierwsze, prace nad inseminacja odpadaja; po
drugie, w sposob naturalny i tak sie nie uda, skoro bedziemy sie rzadziej
widywac.
Pocieszalam sie, ze skoro juz raz w zyciu mam te szanse pracy w super
miejscu, to powinnam z niej skorzystac, a do "robienia dzieci" wrocic pozniej
(fakt, niepokoilo mnie to, ze po powrocie bede juz miec 31 lat, ale to w
koncu nie taki dramat).

W trakcie przymusowego rozstania (widujemy sie z mezem raz na miesiac), moj
maz przekonal sie do adopcji tak, ze zaczelismy o niej naprawde powaznie
rozmawiac.

I wtedy, niespodziewanie, w kompletnie nietypowym momencie (tym razem cykl
trwal 2 miesiace, od poprzedniej miesiaczki uplynelo 6 tygodni!) zaszlam w
ciaze. Na poczatku nie moglismy w to uwierzyc. Teraz przestajemy sie bac, ze
z malenstwem stanie sie cos zlego (dziewczyny - myslicie ze z zajsciem w
ciaze skoncza sie Wasze stresy? alez wrecz przeciwnie! do samego porodu
bedziecie sie baly uwierzyc, ze naprawde bedziecie matkami!) i zaczynamy
wreszcie byc szczesliwi (a zaczal sie juz 6-ty miesiac).

Jaki wniosek z tej mojej historii?
W naszym przypadku - im bardziej sie staralismy, tym bardziej sie nie
udawalo. A udalo sie wtedy, kiedy:
1. naprawde sobie odpuscilismy - chyba obydwoje stracilismy nadzieje, ze moze
sie udac, wiec przestalismy "starac sie o dziecko" a zaczelismy znowu po
prostu sie kochac;
2. kompletnie sie tego nie spodziewalismy;
3. szczerze mowiac, srednio nam ta ciaza pasowala.

Z tym punktem 3. - nie zrozumcie mnie zle: jestesmy ogromnie szczesliwi, i
oczywiscie zaden kontrakt zagraniczny za zadne pieniadze nie przebija
perspektywy bycia matka. Prawda jest jednak rowniez taka, ze przez kolejne
miesiace (do konca czerwca przyszlego roku) ja mieszkam daleko od Polski, moj
maz w Warszawie, maz oglada brzuszek co pare tygodni, wiec kompletnie nie
moze czuc sie wciagniety w rozwoj Malenstwa, ja czuje sie rozzalona, ze moja
pierwsza (a moze i ostatnia) ciaze spedzam sama samiutenka, oczywiscie o
szkole rodzenia mozemy zapomniec, itd. itp. Chwala Bogu, ze przynajmniej
dobrze sie czuje. Acha, i z 3-miesiecznym malenstwem bede musiala wrocic do
pracy, a maluszka nosic codziennie rano do zlobka... No wiec suma sumarum,
nie jest to najlepszy moment na dziecko.

A gdybym nie dostala tej pracy? Od stycznia walilabym w siebie leki,
powtarzala inseminacje, a kto wie, czy nie zdecydowalibysmy sie i na IVF. I
tak sobie mysle, ze im bardziej bysmy sie starali, tym bardziej by sie pewnie
nie udawalo...

Nie powiem na zakonczenie "dziewczyny, wyluzujcie sie" - bo wiem, ze to nie
dziala. Powiem raczej - dziewczyny, zycze Wam wszystkim tak szczesliwego
zbiegu okolicznosci, jak zdazyl sie nam.

Pozdrawiam,
Gabi.
Obserwuj wątek
    • samanta25 Re: glos nadziei ? 25.09.03, 17:45
      Gabi dziękuję Ci za słowa otuchy. Może faktycznie jak przestanę o tym myśleć i
      wyluzuję to się uda. Ale ja nie mogę przestać o tym myśleć. Nawet jak się
      kocham z mężem to myślę o tym czy tym razem się uda. To chyba silniejsze ode
      mnie.
      Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia i zadowolenia z dziecka
      • Gość: mika Re: glos nadziei ? IP: *.tpnet.pl / *.tpnet.pl 25.09.03, 17:50
        Po przeczytaniu twego listu Gabi zrobiło mi się żal, że ja nie potrafię tak jak
        ty wyluzować się. Najbardziej zazdroszczę dziewczynom które zaszły właśnie
        tego. Chciałabym żeby nadszedł taki moment, ale na razie nie umiem powiedzieć
        sobie, że i bez dziecka będziemy szczęśliwi.
        Gratulacje !!!!!!! i powodzenia w pogodzeniu wszystkich obowiązków
    • Gość: agniecha Re: glos nadziei ? IP: *.bumc.bu.edu 25.09.03, 19:47
      Gabi serdeczne gratulacje!!!!!
      Jeszcze raz sie potwierdza, ze fiksowanie sie na problemie jeszcze go pogarsza.
      Mowienie o "wyluzowaniu" sie to troche austriackie gadanie. NIe mozna sobie
      rozkazac zeby sie wyluzowac, ale mozna troche zmienic perspektywe spojrzenia na
      problem i znalezc sobie inne cele w zyciu. Oddac sie pasji, hobby, pracy, pracy
      charytatywnej, pomocy innym, podrozom, czymkolwiek co wypelniloby zycie i
      czynilo z niego jakosc. Fiksowanie sie na posiadaniu dziecka i programowanie
      swojego zycia pod tym katem moze prowadzic do wielkich rozczarowan, upadkow
      zwiazkow i dramatow.
      Dla mnie posiadanie dziecka to cos ekstra w zyciu. Mowie sobie, dlaczego niby
      mnie sie ma udac skoro tylu sie nie udaje? I ze niekoniecznie w zyciu trzeba
      miec wszystko co sie chce, ale cele swoje nadal mozna realizowac, jak nie w
      biologicznym to adopcyjnym rodzicielstwie.
      My z mezem podjelismy decyzje, ze bedziemy plyneli przez zycie we dwojke,
      jezeli nie dorobimy sie wlasnego potomstwa. Wole nastawic sie na to, ze dzieci
      miec nie bede i kiedys moze rozczarowac sie przyjemnie niz rozczarowywac sie co
      miesiac. Dlatego nie mierze, nie sprawdzam, nie licze dni. Nawet nie wiem,
      kiedy sa te plodne, nawet nie rozmawiamy juz na ten temat z mezem za duzo i
      szykujemy plany wakacyjne na przyszly rok, na swieta, na wyjazdy narciarskie,
      moze trzeba je bedzie zrewidowac, ale staram sie nie wieszac zycia na kolku.W
      miedzy czasie wolontarystycznie pomagam sierotom spolecznym w odrabianiu lekcji
      i juz widze, ze mam jakis maly wplyw na zmiane czyjegos zycia na lepsze. Kzady
      chce po sobie zostawic jakis slad na tym swiecie, swoje geny, albo zmiane w
      drugim czlowieku. Teraz zamilcze bo juz brzmie jak kaznodzieja.
      Kazda z nas ma swoja recepte, moja jest taka.

      Zycze kazdej powodzenia.
    • Gość: asiakasia Re: glos nadziei IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 25.09.03, 21:54
      Gabi napisał(a):
      > Nie powiem na zakonczenie "dziewczyny, wyluzujcie sie" - bo wiem, ze to nie
      > dziala. Powiem raczej - dziewczyny, zycze Wam wszystkim tak szczesliwego
      > zbiegu okolicznosci, jak zdazyl sie nam.


      piękne wink
      dzięki wink

    • Gość: Iwa Re: glos nadziei ? IP: *.gukzm.gov / *.kazimierz.sdi.tpnet.pl 26.09.03, 14:36
      Gabi
      mam pytanie czy w tym czasie twój mąż też się leczył? jak?
      pytam bo mamy ten sam problem i moja sytuacja wygląda jak twoja na początku
      • Gość: Gabi Re: glos nadziei ? IP: *.europarl.eu.int 26.09.03, 18:38
        Nie, nie leczyl sie, m.in. dlatego ze wyczytalam na Forum, ze facetow ktorzy
        maja kiepskie parametry nasienia w zasadzie wyleczyc sie nie da - tzn. niby
        mozna ich szpikowac jakimis lekami, ale poprawa na ogol jest niewielka. Czulam
        tez intuicyjnie, ze im wieksza bedzie presja psychiczna na niego, tym gorzej
        bedzie pozniej z samym "dzialaniem"...
        Jedyne co zrobil, to zmienil bielizne z obcislej na bokserki wink Rusza sie w
        miare sporo, odzywia dobrze (czyli nietlusto), nie pije i nie pali, wiec w
        ramach poprawiania zwyczajow na zdrowe tylko zmiana bielizny mu zostala...
        A, no i witaminy lykal - jakis tam zestaw typu Centrumm, nic specjalnego.

        Pozdrawiam,
        Gabi.
        • Gość: Iwa Re: glos nadziei ? IP: *.gukzm.gov / *.kazimierz.sdi.tpnet.pl 29.09.03, 09:16
          dzięki Gabi za odpowiedź
          mój mąż właśnie łyka jakieś witaminy a ja zastanawiam się czy następne wyniki z
          badania nasienia będą lepsze, czy twojemu małżonkowi pomogły te witaminy,
          sprawdzał? ile badań miał przeprowadzonych?
          Mój małożonek też nie pali, nie pije, je w miarę dobrze, minusem jest to że ma
          pracę siedzącą i mało się rusza, natomiast o bokserkach będę musiała chyba
          pomyslęć.
          Najgorsze było to jak się okazało że i on ma problemy, jedno z nas leczyć to
          jeszcze, ale dopasować moją stymulowaną owulację z nim to już problem. Szczerze
          mówiąc cały czas myślałam że to moja wina i zaczęłam się cieszyć jak się
          okazało że leczenie daje efekty (jest owulacja), ale długo nie cieszyłam się.
          Mój mąż cały czas powtarza mi, abym o tym nie myślała, ale jak ja mam to
          zrobić, jak?
          Dzięki za odpowiedź i za ten list który dodał mi nadzieji.

          Pozdrawiam
          Iwa
          • Gość: Gabi Re: glos nadziei ? IP: *.europarl.eu.int 29.09.03, 16:10
            Moj maz badal sie tylko raz, wiec nie wiem, czy witaminy pomogly sad

            Z drugiej strony, dopoki parametry nasienia sa kiepskie - ale nie beznadziejne
            (czyli nie ma mowy o bezplodnosci), to zawsze jest nadzieja, ze sie uda - w
            koncu podobno mozna zajsc w ciaze nawet wtedy, gdy nie dojdzie do penetracji...
            Wiec moze rzeczywiscie przywiaz sie do Twoich lepszych wynikow, a na mezowskie -
            machnij reka.

            Pozdrawiam,
            Gabi.
            • Gość: Iwa Re: glos nadziei ? IP: *.gukzm.gov / *.kazimierz.sdi.tpnet.pl 30.09.03, 11:01
              Mam jeszcze jedną prośbę czy mogłabyś mi powiedzieć jak wyglądało u ciebie
              leczenie przez te trzy lata?
              czy miałaś owulację, czy monitorowano ci ją, ile razy itd

              Pozdrawiam
              Iwa
              • Gość: Gabi Re: glos nadziei ? IP: *.europarl.eu.int 30.09.03, 18:02
                Co do monitorowania owulacji - "monitorowanie" prowadzilam sama: przez dlugi
                czas mierzylam temperature i obserwowalam sluz, + czesto mialam owulacje dosc
                bolesne, wiec moglam sama stwierdzic, ze do owulacji doszlo. Potem przez rownie
                dlugi czas stosowalam testy owulacyjne. To w ramach tych zwyklych, "domowych"
                metod, wykrywalam, ze czasem cykle byly bezowulacyjne.

                Generalnie - nie poddalam sie powaznemu "leczeniu". Przez dwa lata po prostu
                czekalismy, bo moj lekarz (zwykly ginekolog - ten sam od wielu lat - a nie
                specjalista od nieplodnosci) powiedzial, ze przy regularnym wspolzyciu (czyli
                2xw tygodniu - no coz, z ta regularnoscia bywalo roznie) para moze starac sie o
                ciaze do dwoch lat, i dopiero potem nalezy powaznie sie martwic. W miedzyczasie
                lekarz zapisal mi, niejako wspomagajaco, Duphaston i Clo... (pelnej nazwy nie
                pamietam) - nie pomoglo. A do bardziej zdecydowanego dzialania w stylu dokladne
                badania hormonalne, monitorowanie cyklu itd. jeszcze nie doszlo.

                W sumie wiec - nie bylo tak, ze sie leczylam/leczylismy przez 3 lata. My po
                prostu przez te trzy lata sie staralismy. Ale jak pisalam w pierwszym liscie,
                ten okres stoickiego oczekiwania i u nas mial sie skonczyc przejsciem do
                bardziej zdecydowanej walki o dziecko. Na szczescie okazalo sie, ze nie musimy
                walczyc. Ciagle nie moge uwierzyc, ze sie jednak udalo; ciagle postrzegamy to z
                mezem w kategoriach cudu, jakiego i Tobie zycze.

                Pozdrawiam,
                Gabi.

    • Gość: Dotti Re: glos nadziei ? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.03, 17:11
      No właśnie z tym wyluzowaniem mam największy problem. Niby wszystko jest ok,
      niby nie myślę, ale jak tylko pojawi się krwawienie okresowe lub jakaś bliska
      znajoma zajdzie w ciążę - przeżywam załamanie. To trudne.
      • Gość: Gabi Re: glos nadziei ? IP: *.europarl.eu.int 26.09.03, 18:45
        Dokladnie - sprawa jest zbyt wazna i zbyt gleboka, zeby mozna bylo tak po
        prostu powiedziec sobie "no, to teraz bedziemy na luzie...".
        Mysle, ze wlasnie postawa Agniechy najbardziej oddaje to, jak my podeszlismy do
        sprawy. Dopoki dziecko bylo dla nas priorytetem i nic innego nie bylo dla nas
        wazne, zawsze o tym priorytecie sie myslalo, nawet podswiadomie...
        No, a juz kolejna znajoma w ciazy (powtornej, zaplanowanej i rozpoczetej
        punktualnie jak w zegarku), to dramat...

        Trzymam za Was dziewczyny kciuki.

        Gabi.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka