Gość: agulha
IP: *.acn.pl / 10.67.0.*
06.07.03, 23:08
Czy Wam też zdarzyło się coś takiego: jadę służbowo, samochodem na
warszawskich numerach, trasą Warszawa-Lublin. Z zatoczki autobusowej w
Gończycach (to tak plus minus w połowie drogi) macha na stopa kobieta z
kilkoma wiadrami plastykowymi (czyli obładowana). Myślałam, że autobus jej
uciekł, myślę - co mi szkodzi, podrzucę, choćby do samego Lublina. Zjechałam
w zatoczkę, zatrzymuję się, pytam - dokąd Pani jedzie. Ona nie udzieliła mi
odpowiedzi wprost, tylko gada, jakie to te wiadra ciężkie itede. OK,
władowała się, ruszamy, a ona - a tu za tym znakiem niech Pani w prawo
skręci. ??!!! Zbaraniałam. Nie chciałam już robić obciachu i jej wyrzucać z
auta. Okazało się, że ona wysiadła z autobusu i nie chciało jej się wlec z
ciężarami do domu. Miała tam ze 2 km. Faktycznie, samochodem to nie tak długo
się jechało, ale co to za pomysł zatrzymywać obcą osobę, ewidentnie jadącą w
innym kierunku, i zmuszać ją do zmiany trasy?! Chciała mi zapłacić
(wysiadając), odmówiłam, mówiąc że auto służbowe itede, ale jak pragnę
tysiąca dolarów, nie wiem, czy jeszcze się kiedyś zatrzymam dla takiej
kobieciny.
Czy to takie prowincjonalne zwyczaje, że kierowcy dorabiają sobie jeżdżąc
opłotkami, czy o co chodzi?!
Aha, dodam, że to nie był objazd, musiałam wrócić do punktu odbicia z trasy,
czyli straciłam z kwadrans...
Dodam jeszcze, że nie chodziło o osobę starą ani schorowaną. Kobieta miała
może z 50 lat.