Dodaj do ulubionych

Szukam pracy we Włoszech

IP: *.wro.vectranet.pl / 213.199.196.* 28.11.03, 21:52
Szukam namiarów na pracodawców z Włoch na lato 2004 - praca typu: sprzątanie
plaży, campingu itp. Jak ktoś pracował już w podobnym charakterze w Italii,
prosze o kontakt
Obserwuj wątek
    • Gość: kamil Re: Szukam pracy we Włoszech IP: *.matarnia.pl / *.matarnia.pl 29.11.03, 17:24
      uważaj, żebyś nie wylądowała w burdelu
    • Gość: igebski@wp.pl Re: Szukam pracy we Włoszech - ku przestrodze! IP: *.matarnia.pl / *.matarnia.pl 29.11.03, 17:27

      Wydaje się, że duch Ojca Pio opuścił okolice Foggii i San Giovanni Rotondo.
      Tereny, na których uczył się i pełnił swą posługę najsłynniejszy stygmatyk
      świata, są obecnie opanowane przez grupy oszustów z Polski, którzy bezkarnie
      żerują na swoich rodakach.
      Zaczyna się od niewinnego ogłoszenia w Gazecie Wyborczej: „Włochy, praca przy
      zbiorach winogron, mandarynek i oliwek. Bez prowizji. Tel. 696-501-432” . Dalej
      przebiega już wszystko według z góry ustalonego schematu. Potencjalny pracownik
      dzwoni i dopytuje się o szczegóły. Pośrednik zapewnia, że praca jest załatwiona
      na 100%. Wystarczy tylko zabrać ze sobą 450 złotych na transport oraz 100 euro
      na zakwaterowanie.
      - Mieszkania są naprawdę porządne, a nie jakieś tam baraki, o jakich się czasem
      słyszy – przekonuje. – Dlatego warto za nie zapłacić. Proszę też nie zapomnieć
      o śpiworze, bo noce są chłodne – troszczy się nasz dobrodziej.
      Nasz pośrednik nie przedstawia się co prawda z imienia i nazwiska, ale jest tak
      miły, że radzi co zabrać do jedzenia i dokładnie tłumaczy, jak dojechać na plac
      Andrzeja w Katowicach, skąd ma odjechać autokar.
      - O nic więcej proszę się nie martwić. Zawieziemy pana na miejsce, a prowizję
      pobierzemy sobie od plantatora.
      To ostatnie stwierdzenie do końca usypia moją czujność. „Przecież to nie może
      być oszust, bo co by z tego miał? – myślę sobie.
      Decydujemy się jechać we trójkę: ja, Danka i Sławek. Z Gdańska do Katowic
      podrzuca nas samochodem syn Danki. Jest piątek rano, 10 października 2003 roku.
      Na miejscu okazuje się, że na wyjazd do Włoch czekają liczne grupy ludzi z
      całej Polski. Podjeżdżają po nich busy i autokary. Sławek zaczyna mieć złe
      przeczucia. Jednak my z Danką twardo obstajemy przy wyjeździe.
      O wpół do dwunastej (półgodzinne spóźnienie) podjeżdża autokar z napisem Pietro
      za szybą, ale naszego pośrednika nie widać.
      - On wsiądzie w Żorach – uspokaja dysponent (właściciel?) autobusu.
      Faktycznie, na stacji benzynowej w Żorach wsiadł jakiś osobnik i zebrał od
      kilkunastu osób po 450 zł. Nie był zbyt rozmowny. Na wszelkie pytania
      odpowiadał, że we Włoszech będzie czekał na nas łącznik, który wszystko nam
      wyjaśni.
      Po 27 godzinach jazdy przez Czechy, Austrię i włoskie wybrzeże Adriatyku
      dotarliśmy w okolice Foggii. Po drodze wysiadały kilkuosobowe grupki, na które
      oczekiwały już busy. Nasza grupa liczyła 14 osób.
      Kierowca wysadził nas w szczerym polu i niezwłocznie odjechał. Wtedy ze
      stojącego nieopodal samochodu wysiadł młody człowiek ze złotym łańcuchem na
      szyi. Patrząc na długie czubki swoich kowbojek, mówił o tym, że będziemy mieć
      pracę nawet do stycznia. Winogrona co prawda się skończyły, a oliwki jeszcze
      nie dojrzały, ale pracy w rolnictwie nigdy nie brakuje. Kto będzie pracowity,
      to na pewno zarobi. Po tym wprowadzeniu przystąpił do sedna sprawy:
      - Za chwilę zawieziemy was na kwaterę, ale najpierw musimy się rozliczyć. Mam
      nadzieję, że wszyscy mają po 100 euro, tak jak było umówione?
      - A nie moglibyśmy najpierw zobaczyć tej kwatery? – zapytał ktoś.
      - Nie, to zresztą nie są pieniądze za kwaterę. Za pracę trzeba płacić. Nie
      wiecie o tym?
      Powoli schodziło nam bielmo z oczu. Jednak nie wszyscy do końca uświadamiali
      sobie, w co wdepnęliśmy.
      - A nie można by wpłacić teraz zaliczki, a później uregulować resztę z
      pierwszej tygodniówki?
      - Nic z tego! Ja też muszę się z kimś rozliczyć – długowłosy brunet był już
      nieco rozdrażniony. – Załatwiamy wam pracę, a wy tu macie jakieś głupie
      obiekcje.
      W tym czasie podjechał biały bus z elbląską rejestracją, z którego wysiadło
      dwóch niezbyt sympatycznie wyglądających mężczyzn, Jeden z nich mówił po
      rosyjsku.
      - No, szkoda czasu – ponaglał nas ten ze złotym łańcuchem. – Kto zapłaci, ten
      jedzie na kwaterę, a jak ktoś nie chce, to może wracać do domu.
      Powoli zaczęliśmy wyjmować pieniądze.
      Ściśnięci jak śledzie w beczce podjechaliśmy dwa kilometry dalej. Po wyjściu z
      auta zobaczyliśmy stojący na kompletnym odludziu budynek. Wyglądał jak typowy
      magazyn: wysokie ściany, betonowa posadzka z kratką ściekową pośrodku. Na
      zewnątrz był szlauch podłączony do rury z wodą. Za toaletę służyły okoliczne
      pola.
      - Może to nie są pałace, ale da się mieszkać – pocieszał nas jeden z
      czwórki „opiekunów”. – Prąd macie za półtora euro dziennie, jedzenie będziemy
      wam dowozić. Do pracy też was zawieziemy, no, może nie wszystkich od razu…
      Raptem wybuchło zamieszanie. Do Sławka, który spisywał na karteczce numer
      rejestracyjny busa, doskoczył jeden z pośredników i zaczął go okładać
      pięściami, krzycząc: „Ty mendo j…..! Ty chciałbyś sprzedać nas glinom! Ja cię
      ukatrupię i zakopię tam, gdzie nikt cię nie znajdzie!”.
      Wszyscy stali jak sparaliżowani. Było nas dwunastu mężczyzn, w tym kilku dobrze
      zbudowanych. Ktoś tylko nieśmiało (ja?) powiedział : „Zostawcie go!”
      - Co, jeszcze komuś się coś nie widzi?! – wrzasnął „Rusek” i ruszył w stronę
      samochodu. – Mam wyciągnąć broń?
      Nikt się nie odezwał.
      - Won, żebym cię tu więcej nie widział. S……..j stąd razem ze swoją panią! –
      usłyszał Sławek.
      Po odejściu Sławka i Danki nasi „patroni” próbowali nieco załagodzić sytuację.
      - Wszyscy pracujemy na czarno i nie możemy tolerować takich mend, które
      donoszą. Zresztą, my się z policją dogadamy, ale wy stracicie pracę i was
      deportują.
      Nadal milczeliśmy.
      Po paru minutach nasi bossowie odjechali (wraz z nimi mój nowy
      śpiwór) „załatwiać interesy” – jak nam powiedzieli. Obiecali niedługo wrócić.
      Teraz wszystkim otworzyły się gęby. Naradzaliśmy się co robić. Ja postanowiłem
      bez zwłoki ruszać śladem Sławka i Danki. Inni przez kilka minut jeszcze się
      wahali.
      Dogoniłem Sławka. Wziąłem część jego bagażu na mój wózek (co za szczęście, że
      go zabrałem) i ruszyliśmy powoli w stronę stacji kolejowej w Orta Nova. Sześć
      kilometrów w skwarze, objuczeni bagażem ciężkim od prowiantu, pokonywaliśmy
      ponad trzy godziny. Po jakimś czasie dogoniła nas reszta grupy. Jakoś nikt nie
      śmiał spojrzeć Sławkowi w oczy.
      Gdzieś w połowie drogi zobaczyliśmy „naszego” busa. Jechał z kolejną grupą
      frajerów (kilka godzin później spotkaliśmy ich na dworcu w Foggii).
      Do Foggii pojechaliśmy pociągiem, oczywiście na gapę. Konduktor coś tam
      mruczał, ale my tylko bezradnie rozkładaliśmy ręce.
      Na dworcu spotkaliśmy sporo Polaków. Wszyscy nam się dziwili, że daliśmy się
      tak nabrać: „Nie oglądacie telewizji czy co?”
      - Lepiej powiedzcie, co robić dalej – odpowiadaliśmy.
      - Jak macie kasę, to wracajcie do domu, a jak nie, to szukajcie pracy, żeby
      zarobić na drogę. Za darmo nikt was nie zawiezie.
      Noc przekoczowaliśmy w poczekalni dworcowej.
      Rano zaczęliśmy rozglądać się za jakimś środkiem transportu. Okazuje się, że
      powrót do Polski jest bardzo łatwy. Z Foggii i z Neapolu kursuje mnóstwo
      autokarów i busów. Jest tylko jeden warunek: pieniądze! Ceny za przejazd
      kształtują się w przedziale 80 – 90 euro od osoby. Nie ma co marzyć o tym, aby
      jakiś przewoźnik zlitował się i wziął kogoś za darmo. Na szczęście miałem
      rezerwowe 95 euro i 100 PLN. Sławek dołożył 20 euro. To wystarczyło, aby jeden
      z właścicieli busa zabrał cała naszą trójkę. Zapowiedział wszakże, że trzeba mu
      jeszcze dopłacić 400 PLN. Na „zabezpieczenie” tej kwoty zabrał Sławkowi i Dance
      paszporty.
      W busie, do którego wsiedliśmy, jechała kolejna grupa „wysadzonych w kosmos”.
      Wykiwano ich w Neapolu. Jedyną satysfakcję mieli z tego, że widzieli na własne
      oczy, jak ich pośrednika „oklepali” ci, którzy przyjechali przed tygodniem i
      też zostali zrobieni w przysłowiowego wała.
      Sławkowi strasznie spuchły stopy. Nie może włożyć butów i porusza się z
      trudnością. Ma też gorączkę. Nie wiemy, jaka może być tego przyczyn
    • Gość: roma Re: Szukam pracy we Włoszech IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.11.03, 18:32
      poszukaj lepiej nad polskim morzem
      sama , na wlasna reke , jest sporo mozliwosci
      hotele, pensjonaty,smazalnie,sklepy itp.............
      a jak zarobisz to do Wloch jedz jako turystka a nie jako
      polska naiwna sierotka do okiwania
      nie ludz sie tam nie ma pracy !!!!!!!!!! nie czeka za rogiem na naiwnych z
      Polski, jesli nie umiesz znalezc sobie pracy sezonowej w Polsce to nie uda ci
      sie gdzie indziej........nie ryzykuj, daj sensowne ofloszenie w lokalnych
      dodatkach GW , rozeslij maile po pensjonatach itp............badz
      realistka!!!!!!!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka