Dodaj do ulubionych

Kwestia "Lisbon Story"

22.09.04, 15:39
Dla wielu z nas, milosnikow Portugalii, Lisbon Story to film kultowy. Wiele
osob zakochalo sie w tym kraju i zapalalo goraca checia odwiedzenia go
wlasnie po obejrzeniu filmu. Tymczasem z moich obserwacji wynika ze ci ktorzy
powinni byc najbardziej zainteresowani filmem, czyli Portugalczycy, wprost
nie znosza Lisbon Story. Przynajmniej ja nie spotkalem w Portugalii nikogo
kto by zywil cieple uczucia do tego filmu... Portugalczykom nie podoba sie
Lizbona pokazana oczami Wendersa. Twiedza ze film jest tendencyjny i
jednostronny, nastawiony na pokazanie trzecioswiatowosci Lizbony, a nie ma to
jakim to miasto jest naprawde. I chyba wcale nie sa Wendersowi wdzieczni za
to ze swoim filmem wypromowal muzyke Madredeus i przyczynil sie do wzrostu
liczby portugalofilow na calym swiecie.

Dla mnie osobiscie Lisbon Story filmem kultowym nigdy nie byl. Po obejrzeniu
uznalem go za interesujacy, ale tylko i wylacznie dlatego ze traktowal o
Lizbonie, ktora juz wtedy byla miastem bliskim memu sercu. Gdyby byl to film
o jakims miejscu ktore byloby mi zupelnie obojetne i o ktorym bym nic nie
wiedzial, wyprawe do kina uznalbym pewnie za strate czasu i strasznie bym sie
wynudzil...

A wy co sadzicie o Lisbon Story i o stosunku Portugalczykow to tego filmu?
Obserwuj wątek
    • chiara76 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 15:55
      jak się przyznam, że nie widziałam, to mam nadzieję, że nie będzie linczu? :)
      Może kiedyś ktoś mi przegra na płytkę i zobaczę.
      No, cóż, podobno Grecy byli obrażenie po "Moim Wielkim Greckim Weselu":) więc,
      może to norma...a ja , no cóż, kiedyś się przekonam, jaki ten film jest...
      • xavier111 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 18:27
        No linczu nie bedzie, ale pociagniecie za ucho, owszem:)))

        Nie dziwie sie ze Grekom nie podobalo sie Moje Wielkie Greckie Wesele. Film
        zeruje na stereotypach dotyczacych narodow Europe poludniowej, i to juz
        niewazne czy to Grecy, Wlosi czy Portugalczycy - wszyscy krzycza, mowia wszyscy
        naraz, gestykuluja, biegaja - jednym slowem jak nacpani. Co za kontrast z
        WASPowska amerykanska rodzina, wywazona, malomowna i pelna dystansu. Rownie
        dobrze w Hollywood moznaby zrobic Moje Wielkie Portugalskie Wesele i sadze ze
        film wygladalby identycznie. Inna bylaby tylko muzyka i tance...
        • xavier111 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 18:54
          Przypomnialo mi sie, w Hollywood juz zrobiono film w ktorym pokazano
          portugalska rodzine (w watku pobocznym wprawdzie). Film nazywal sie "Love
          Actually" i grali tam czolowi angielscy aktorzy - Hugh Grant, Emma Thompson,
          Colin Firth i inni. Portugalska rodzina byla rodzina imigrantow mieszkajacych w
          Marsylii bodajze i zachowywali sie podobnie jak Grecy w My Big Fat Greek
          Wedding - cala rodzina biegala po ulicach Marsylii jakby uciekala przed stadem
          os i krzyczala na siebie nawzajem.
          • kraksa2 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 19:35
            Xavier, jestes pewien, ze to Marsylia byla? Ogladalam ten film i bylam swiecie
            przekonana, ze Colin Firth pojechal do Lizbony. Nawet "rozpoznalam" miejsca, po
            ktorych sie wloczylam po nocach (szerokie, niekonczace sie schody z poreczami
            po srodku). Ale nie upieram sie.
            Potwierdzam, ze ludzie ci byli nadmiernie krzykliwi i przedstawieni zostali jak
            wscibscy sasiedzi, co to tylko plotkowac i sie niezdrowo nowinkami podniecac
            potrafia. Bylam zaszokowana takim podejsciem do sprawy, bo na mnie
            Portugalczycy takiego wrazenia nie zrobili absolutnie.
            Natomiast sam film byl moim zdaniem wyjatkowy (mowie o "Love Actually"). Warto
            szczegolnie zwrocic uwage na to jak dogadywali sie Colin Firth i Portugalka nie
            znajac slowa w swoich jezykach :D I jak pod koniec Colin dukal po portugalsku,
            to bylo UROCZE :)
            Zreszta to bylo fajne uczucie wiedziec, ze prawie na pewno jestem jedyna osoba
            na sali kinowej, ktora te dziwna mowe rozumie. Mialam wtedy wrazenie, ze ucze
            sie naprawde popularnego jezyka!! :D
            • xavier111 Re: Kwestia "Lisbon Story" 23.09.04, 13:33
              Wiesz, tez pamietam te schody. Ale pamietam tez ze byla scena jak Colin Firth
              gdy pojechal sie oswiadczyc to wychodzil z terminalu lotniska i lapal taksowke.
              I albo na tym terminalu, albo na taksowce byl napis Marsylia. I dlatego bylem
              przeswiadczony ze to byla Marsylia. Ale glowy uciac bym sobie nie dal, cos mi
              sie moglo pomieszac i moze rzeczywiscie to byla Lizbona.
            • chiara76 Re: Kwestia "Lisbon Story" 23.09.04, 14:01
              kraksa2 napisała:

              > Xavier, jestes pewien, ze to Marsylia byla? Ogladalam ten film i bylam
              swiecie
              > przekonana, ze Colin Firth pojechal do Lizbony. Nawet "rozpoznalam" miejsca,
              po
              >
              > ktorych sie wloczylam po nocach (szerokie, niekonczace sie schody z poreczami
              > po srodku). Ale nie upieram sie.
              > Potwierdzam, ze ludzie ci byli nadmiernie krzykliwi i przedstawieni zostali
              jak
              >
              > wscibscy sasiedzi, co to tylko plotkowac i sie niezdrowo nowinkami podniecac
              > potrafia. Bylam zaszokowana takim podejsciem do sprawy, bo na mnie
              > Portugalczycy takiego wrazenia nie zrobili absolutnie.
              > Natomiast sam film byl moim zdaniem wyjatkowy (mowie o "Love Actually").
              Warto
              > szczegolnie zwrocic uwage na to jak dogadywali sie Colin Firth i Portugalka
              nie
              >
              > znajac slowa w swoich jezykach :D I jak pod koniec Colin dukal po
              portugalsku,
              > to bylo UROCZE :)
              > Zreszta to bylo fajne uczucie wiedziec, ze prawie na pewno jestem jedyna
              osoba
              > na sali kinowej, ktora te dziwna mowe rozumie. Mialam wtedy wrazenie, ze ucze
              > sie naprawde popularnego jezyka!! :D

              oczywiście, że to jest Lizbona, bo my też pamiętaliśmy te miejsca, a jako, że
              byliśmy w kinie miesiąc po powrocie, więc raczej o pomyłce nie było mowy.
    • kraksa2 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 19:44
      Nie wiem, jak Portugalczycy zapatruja sie na "Lisbon Story". Ja ogladajac go (a
      zrobilam to niewiarygodnie pozno, chyba rok temu) znalam juz Lizbone. Pamietam,
      ze prawie plakalam ze wzruszenia, jak bedac w Wawie patrzylam na miejsca, w
      ktorych bywalam w Lizbonie. Taka sentymentalna jestem ;)
      Niezmierne wrazenie zrobila na mnie muzyka, to oczywiste. Ale zdjecia powalily
      mnie kompletnie. No zakochalam sie w nich. I klimat, taki niewiarygodny spokoj
      tam uchwycony, ja go bedac w Lizbonie nie doswiadczylam.
      Film widzialam raz. I jakos mnie nie ciagnie zeby to powtorzyc, wbrew temu
      zachwytowi, jaki we mnie wbudzily niektore jego elementy. Bo w calosci chyba
      bym nie zapiala. Cos mi tam nie lezalo. Moze to, ze Wendersa i moj punkt
      widzenia kompletnie sie rozminely. To nie byla TA Lizbona. Niby ta sama, ale
      nie taka sama...
      Jedna moja kolezanka z grupy natomiast w kinie byla kilka razy pod rzad.
      Nara,
      Krax
      • kraksa2 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 19:45
        Bym zapomniala. Film BEZAPELACYJNIE obejrzec trzeba.
        • brasilka2 Re: Kwestia "Lisbon Story" 22.09.04, 19:53
          kraksa2 napisała:

          > Bym zapomniala. Film BEZAPELACYJNIE obejrzec trzeba.

          No, A ja nie widziałam. Już nadstawiam ucho :-)
          Za to w najbliższym czasie idę na "Carandiru".
    • endereco Re: Kwestia "Lisbon Story" 23.09.04, 10:11
      Większość moich znajomych Portugalczyków nie znosi również Madredeus i dziwi
      się jak taka muzyka może reprezentować muzykę portugalską na świecie
    • miszka44 Re: Kwestia "Lisbon Story" 23.09.04, 10:56
      Czuję się wywołany do tablicy, bo przy każdej okazji przywołuję na forum ten
      film :-)
      To prawda - zakochałem się w Portugalii przez Wendersa. Najpierw w Lizbonie,
      potem w reszcie kraju. Zwiedzałem Lizbonę trochę według klucza filmowego -
      pałac Belmonte, klasztor Madre de Deus, rozpoznawanie kolejnych planów i miejsc
      z "LS". A potem Sintra, Leiria, Obidos, Coimbra, Aveiro, Batalha, Alcobaca,
      Tomar, Porto - wszystkie te miasta i miasteczka miłość tę ugruntowały.
      W Polsce też obcokrajowcom podobają się rzeczy, które są ostatnimi, jakimi
      chcieliby się pochwalić Polacy. I co z tego? Jeśli rozbudzają zainteresowanie
      moim krajem, to się z tego cieszę.
      Co do muzyki Madredeusa. Dla mnie to był początek drogi. I chociaż M. słucham
      często, to na nim nie poprzestaję. Ale o tym też już pisałem :-).

      Pzdr
      M44

      P.S. Chiara! Popraw się :-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka