tow.mittal
04.05.09, 11:00
Bertrand Russell
POCHWAŁA LENISTWA
Jak większość ludzi mojego pokolenia wychowany byłem w myśl
maksymy: "próżniakowi szatan psotną myśl podsuwa". Dzieckiem byłem
grzecznym, wierzyłem we wszystko, co mi mówiono i tym oto sposobem
ukształtowałem w sobie poczucie obowiązku, które kazało mi ciężko
pracować aż po dziś dzień. Z czasem jednak, gdy sumienny charakter
stał na straży moich uczynków, moje poglądy uległy rewolucyjnej
przemianie. Dzisiaj myślę, że na świecie pracuje się o wiele za
dużo, że uznanie pracy za cnotę wyrządziło nam wszystkim ogromne
szkody i że we współczesnych gospodarczo rozwiniętych państwach
powinniśmy głosić wartości zupełnie inne niż dotąd.
Wszyscy znamy dykteryjkę o podróżniku, który napotkał w Neapolu
dwunastu wylegujących się w słońcu żebraków (działo się to jeszcze
przed epoką Mussoliniego) i zaoferował lira najbardziej leniwemu
spośród nich. Jedenastu zerwało się, by dowodzić swych praw do lira,
nic zatem dziwnego, że otrzymał go dwunasty. Podróżnik ów postąpił
oczywiście słusznie, jednak w krajach, w których słońce nie grzeje
tak mocno, jak nad Morzem Śródziemnym, praktykowanie lenistwa
nastręcza niemałe trudności i trzeba będzie szeroko zakrojonej
kampanii, by ludzi doń skłonić.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu tych rozważań kierownicy
organizacji młodzieży chrześcijańskiej podejmą wśród porządnych,
młodych ludzi kampanię na rzecz bezczynności. Jeśli tak się stanie,
to będę mógł powiedzieć, że nie żyłem na próżno.
Zanim jednak przytoczę własne argumenty w obronie lenistwa rozprawić
się muszę z pewnym poglądem, którego przyjąć nie mogę. Otóż, ilekroć
ktoś posiadający środki utrzymania chce podjąć jakąś zwykłą pracę w
rodzaju pisania na maszynie lub nauczania w szkole, mówi mu się, że
odbiera w ten sposób chleb innym, a więc postępuje niegodziwie.
Gdyby rozumowanie to było słuszne, wystarczyłoby, żebyśmy wszyscy
oddali się całkowitej bezczynności, a chleba byłoby w bród.
Zwolennicy tej argumentacji zapominają, że człowiek zwykle wydaje
to, co zarabia, a wydając daje zatrudnienie innym. Jeśli tylko
wydajemy nasze dochody, dajemy tyle chleba jednym, kupując ich
wyroby, ile odbieramy innym - zarabiając. Z tego punktu widzenia
prawdziwym szkodnikiem okazuje się co najwyżej człowiek oszczędny.
Jeśli ktoś, jak ów przysłowiowy francuski chłop, przechowuje swoje
oszczędności w pończosze, to gołym okiem widać, że nie dają one
nikomu pracy. Sprawa staje się mniej oczywista, jeśli ów człowiek
decyduje się swoje oszczędności zainwestować. Wyłaniają się wówczas
inne problemy.
Jednym z najczęstszych sposobów rozporządzenia oszczędnościami jest
powierzenie ich w formie pożyczki jakiemuś rządowi. Ponieważ jednak
przeważająca część wydatków publicznych w większości cywilizowanych
państw przeznaczana jest na pokrycie kosztów wojen dawnych lub na
przygotowania do wojen nowych, człowiek pożyczający pieniądze
rządowi przypomina ów czarny charakter z dramatu Szekspira, który
wynajął płatnych morderców przeciwko sobie samemu. Byłoby oczywiście
lepiej, gdyby te pieniądze wydał, nawet gdyby miał je przegrać w
kości lub przepić. Ale - powie ktoś - sytuacja zmienia się zupełnie,
jeśli oszczędności inwestuje się w działalność jakiegoś
przedsiębiorstwa. Można się z tym zgodzić, pod warunkiem jednak, że
przedsiębiorstwo takie rzeczywiście powstanie i że będzie wytwarzać
coś pożytecznego. Nikt jednak nie zaprzeczy, że w naszych dniach
większość inwestycji kończy się niepowodzeniem. Oznacza to, że
pokaźne zasoby pracy ludzkiej, które mogłyby być użyte do
wytworzenia przedmiotów dających ludziom zadowolenie, zużyte zostały
do wyprodukowania maszyn, które stoją bezczynnie i nie przynoszą
nikomu pożytku. Człowiek inwestujący pieniądze w przedsięwzięcie,
które bankrutuje, przynosi szkodę nie tylko sobie, ale i innym.
Gdyby te same pieniądze wydać na przyjęcia w gronie przyjaciół, ci
mieliby z tego (wolno nam mieć nadzieję) przyjemność, podobnie
zresztą jak wszyscy, do których pieniądze te ostatecznie by
wpłynęły: rzeźnik, piekarz lub przemytnik alkoholu. Jeśli jednak
wydaje się je np. na budowę torów kolejowych w miejscu, w którym -
jak się okazuje - na komunikację tego rodzaju nie ma
zapotrzebowania, zajmują tylko pewną część pracy ludzkiej czymś, co
nie przysporzy nikomu przyjemności. Tymczasem ktoś, kto wskutek
chybionej inwestycji straci swój majątek, uważany jest za ofiarę
niezawinionego nieszczęścia, podczas gdy wesoły rozrzutnik, który
wydał swoje pieniądze w sposób filantropijny, traktowany jest z
pogardą jako człowiek niemądry i lekkomyślny.
Powyższe uwagi mają jedynie charakter wstępny. W dalszej części tego
szkicu będę z całą powagą bronić tezy, wedle której wielka część
ludzkich krzywd we współczesnym świecie bierze się z przekonania o
szczególnej wartości pracy i że droga do szczęścia i dobrobytu
wiedzie przez zorganizowane ograniczenie ilości wykonywanej pracy.
Zanim przedstawimy nasze argumenty na rzecz lenistwa, odpowiedzmy
sobie na pytanie podstawowe: czym jest praca? Otóż bywa ona
dwojakiego rodzaju: pierwszy polega na zmianie położenia części
materii na powierzchni ziemi lub w jej pobliżu w stosunku do innej
jej części; rodzaj drugi zaś polega na wydawaniu poleceń innym, by
to właśnie czynili. Pierwszy rodzaj pracy jest nieprzyjemny i źle
płatny, drugi zaś przyjemny i dobrze płatny. Drugi rodzaj przejawia
skłonność do niepohamowanego wzrostu. Istnieją przecież nie tylko
ci, którzy polecenia wydają, ale również inni, którzy udzielają
porad co do tego, jakie mianowicie polecenia powinny być wydawane.
Zazwyczaj dwie zorganizowane grupy udzielają dwóch wzajemnie
sprzecznych rad i to właśnie nazywa się polityką. Kwalifikacje
wymagane do tego rodzaju pracy nie polegają na znajomości
przedmiotu, co do którego się radzi, lecz na znajomości sztuki
perswazji w mowie i piśmie, to jest sztuki reklamy. W Europie, lecz
nie w Ameryce, istnieje jeszcze trzecia klasa, bardziej szanowana
niż obie wyżej wspomniane grupy. Są to ludzie, którzy dzięki
posiadaniu ziemi, mogą pobierać opłaty za udzielany innym przywilej
prawa do istnienia i pracy. Owi właściciele ziemscy nie pracują,
dlatego czytelnik mógłby się spodziewać, że będę ich chwalił.
Niestety stan bezczynności, w którym pozostają możliwy jest tylko
dzięki wysiłkowi innych; zaprawdę to ich pragnienie prowadzenia
wygodnego i próżniaczego życia jest historycznym źródłem ewangelii
pracy. Ostatnią rzeczą, której by sobie kiedy życzyli jest, by inni
kiedykolwiek poszli za ich przykładem.
Od zarania cywilizacji aż po czasy rewolucji przemysłowej człowiek
był zdolny do wytwarzania ciężką pracą tylko niewiele więcej niż
było konieczne do utrzymania jego samego i jego rodziny, nawet jeśli
jego żona pracowała tak ciężko, jak on sam, a dzieci pomagały mu w
pracy odkąd były dość duże. Małej nadwyżki, która powstawała po
wyprodukowaniu najniezbędniejszych środków utrzymania nie
pozostawiano wytwórcom - przywłaszczali ją sobie wojownicy i
kapłani. W latach nieurodzaju, choć nadwyżki nie było, wojownicy i
kapłani odbierali tyle, co zawsze, w wyniku czego wielu pracowników
umierało z głodu.
System ten przetrwał w Rosji aż do roku 19171, a na Wschodzie
utrzymuje się po dziś dzień. W Anglii, mimo rewolucji przemysłowej,
przetrwał w pierwotnej formie okres wojen napoleońskich aż do
czasów, gdy sto lat temu do władzy doszła nowa klasa fabrykantów. W
Ameryce, z wyjątkiem stanów południowych, gdzie przetrwał aż do
wojny domowej, system ów załamał się po wojnie o niepodległość.
Ustrój, który trwał tak długo i skończył się tak niedawno, wywarł -
rzecz jasna - głęboki wpływ na ludzką psychikę i zapatrywania.
Uważany przez nas za naturalny szacunek dla pracowitości jest w
dużym stopniu pozostałością tego preindustrialnego stanu świadomości
i nie odpowiada wymaganiom współczesnego świata. Dz