Dodaj do ulubionych

kilka uzytecznych dla emigranta prawd

04.05.09, 11:00
Bertrand Russell
POCHWAŁA LENISTWA
Jak większość ludzi mojego pokolenia wychowany byłem w myśl
maksymy: "próżniakowi szatan psotną myśl podsuwa". Dzieckiem byłem
grzecznym, wierzyłem we wszystko, co mi mówiono i tym oto sposobem
ukształtowałem w sobie poczucie obowiązku, które kazało mi ciężko
pracować aż po dziś dzień. Z czasem jednak, gdy sumienny charakter
stał na straży moich uczynków, moje poglądy uległy rewolucyjnej
przemianie. Dzisiaj myślę, że na świecie pracuje się o wiele za
dużo, że uznanie pracy za cnotę wyrządziło nam wszystkim ogromne
szkody i że we współczesnych gospodarczo rozwiniętych państwach
powinniśmy głosić wartości zupełnie inne niż dotąd.
Wszyscy znamy dykteryjkę o podróżniku, który napotkał w Neapolu
dwunastu wylegujących się w słońcu żebraków (działo się to jeszcze
przed epoką Mussoliniego) i zaoferował lira najbardziej leniwemu
spośród nich. Jedenastu zerwało się, by dowodzić swych praw do lira,
nic zatem dziwnego, że otrzymał go dwunasty. Podróżnik ów postąpił
oczywiście słusznie, jednak w krajach, w których słońce nie grzeje
tak mocno, jak nad Morzem Śródziemnym, praktykowanie lenistwa
nastręcza niemałe trudności i trzeba będzie szeroko zakrojonej
kampanii, by ludzi doń skłonić.
Mam nadzieję, że po przeczytaniu tych rozważań kierownicy
organizacji młodzieży chrześcijańskiej podejmą wśród porządnych,
młodych ludzi kampanię na rzecz bezczynności. Jeśli tak się stanie,
to będę mógł powiedzieć, że nie żyłem na próżno.
Zanim jednak przytoczę własne argumenty w obronie lenistwa rozprawić
się muszę z pewnym poglądem, którego przyjąć nie mogę. Otóż, ilekroć
ktoś posiadający środki utrzymania chce podjąć jakąś zwykłą pracę w
rodzaju pisania na maszynie lub nauczania w szkole, mówi mu się, że
odbiera w ten sposób chleb innym, a więc postępuje niegodziwie.
Gdyby rozumowanie to było słuszne, wystarczyłoby, żebyśmy wszyscy
oddali się całkowitej bezczynności, a chleba byłoby w bród.
Zwolennicy tej argumentacji zapominają, że człowiek zwykle wydaje
to, co zarabia, a wydając daje zatrudnienie innym. Jeśli tylko
wydajemy nasze dochody, dajemy tyle chleba jednym, kupując ich
wyroby, ile odbieramy innym - zarabiając. Z tego punktu widzenia
prawdziwym szkodnikiem okazuje się co najwyżej człowiek oszczędny.
Jeśli ktoś, jak ów przysłowiowy francuski chłop, przechowuje swoje
oszczędności w pończosze, to gołym okiem widać, że nie dają one
nikomu pracy. Sprawa staje się mniej oczywista, jeśli ów człowiek
decyduje się swoje oszczędności zainwestować. Wyłaniają się wówczas
inne problemy.
Jednym z najczęstszych sposobów rozporządzenia oszczędnościami jest
powierzenie ich w formie pożyczki jakiemuś rządowi. Ponieważ jednak
przeważająca część wydatków publicznych w większości cywilizowanych
państw przeznaczana jest na pokrycie kosztów wojen dawnych lub na
przygotowania do wojen nowych, człowiek pożyczający pieniądze
rządowi przypomina ów czarny charakter z dramatu Szekspira, który
wynajął płatnych morderców przeciwko sobie samemu. Byłoby oczywiście
lepiej, gdyby te pieniądze wydał, nawet gdyby miał je przegrać w
kości lub przepić. Ale - powie ktoś - sytuacja zmienia się zupełnie,
jeśli oszczędności inwestuje się w działalność jakiegoś
przedsiębiorstwa. Można się z tym zgodzić, pod warunkiem jednak, że
przedsiębiorstwo takie rzeczywiście powstanie i że będzie wytwarzać
coś pożytecznego. Nikt jednak nie zaprzeczy, że w naszych dniach
większość inwestycji kończy się niepowodzeniem. Oznacza to, że
pokaźne zasoby pracy ludzkiej, które mogłyby być użyte do
wytworzenia przedmiotów dających ludziom zadowolenie, zużyte zostały
do wyprodukowania maszyn, które stoją bezczynnie i nie przynoszą
nikomu pożytku. Człowiek inwestujący pieniądze w przedsięwzięcie,
które bankrutuje, przynosi szkodę nie tylko sobie, ale i innym.
Gdyby te same pieniądze wydać na przyjęcia w gronie przyjaciół, ci
mieliby z tego (wolno nam mieć nadzieję) przyjemność, podobnie
zresztą jak wszyscy, do których pieniądze te ostatecznie by
wpłynęły: rzeźnik, piekarz lub przemytnik alkoholu. Jeśli jednak
wydaje się je np. na budowę torów kolejowych w miejscu, w którym -
jak się okazuje - na komunikację tego rodzaju nie ma
zapotrzebowania, zajmują tylko pewną część pracy ludzkiej czymś, co
nie przysporzy nikomu przyjemności. Tymczasem ktoś, kto wskutek
chybionej inwestycji straci swój majątek, uważany jest za ofiarę
niezawinionego nieszczęścia, podczas gdy wesoły rozrzutnik, który
wydał swoje pieniądze w sposób filantropijny, traktowany jest z
pogardą jako człowiek niemądry i lekkomyślny.
Powyższe uwagi mają jedynie charakter wstępny. W dalszej części tego
szkicu będę z całą powagą bronić tezy, wedle której wielka część
ludzkich krzywd we współczesnym świecie bierze się z przekonania o
szczególnej wartości pracy i że droga do szczęścia i dobrobytu
wiedzie przez zorganizowane ograniczenie ilości wykonywanej pracy.
Zanim przedstawimy nasze argumenty na rzecz lenistwa, odpowiedzmy
sobie na pytanie podstawowe: czym jest praca? Otóż bywa ona
dwojakiego rodzaju: pierwszy polega na zmianie położenia części
materii na powierzchni ziemi lub w jej pobliżu w stosunku do innej
jej części; rodzaj drugi zaś polega na wydawaniu poleceń innym, by
to właśnie czynili. Pierwszy rodzaj pracy jest nieprzyjemny i źle
płatny, drugi zaś przyjemny i dobrze płatny. Drugi rodzaj przejawia
skłonność do niepohamowanego wzrostu. Istnieją przecież nie tylko
ci, którzy polecenia wydają, ale również inni, którzy udzielają
porad co do tego, jakie mianowicie polecenia powinny być wydawane.
Zazwyczaj dwie zorganizowane grupy udzielają dwóch wzajemnie
sprzecznych rad i to właśnie nazywa się polityką. Kwalifikacje
wymagane do tego rodzaju pracy nie polegają na znajomości
przedmiotu, co do którego się radzi, lecz na znajomości sztuki
perswazji w mowie i piśmie, to jest sztuki reklamy. W Europie, lecz
nie w Ameryce, istnieje jeszcze trzecia klasa, bardziej szanowana
niż obie wyżej wspomniane grupy. Są to ludzie, którzy dzięki
posiadaniu ziemi, mogą pobierać opłaty za udzielany innym przywilej
prawa do istnienia i pracy. Owi właściciele ziemscy nie pracują,
dlatego czytelnik mógłby się spodziewać, że będę ich chwalił.
Niestety stan bezczynności, w którym pozostają możliwy jest tylko
dzięki wysiłkowi innych; zaprawdę to ich pragnienie prowadzenia
wygodnego i próżniaczego życia jest historycznym źródłem ewangelii
pracy. Ostatnią rzeczą, której by sobie kiedy życzyli jest, by inni
kiedykolwiek poszli za ich przykładem.
Od zarania cywilizacji aż po czasy rewolucji przemysłowej człowiek
był zdolny do wytwarzania ciężką pracą tylko niewiele więcej niż
było konieczne do utrzymania jego samego i jego rodziny, nawet jeśli
jego żona pracowała tak ciężko, jak on sam, a dzieci pomagały mu w
pracy odkąd były dość duże. Małej nadwyżki, która powstawała po
wyprodukowaniu najniezbędniejszych środków utrzymania nie
pozostawiano wytwórcom - przywłaszczali ją sobie wojownicy i
kapłani. W latach nieurodzaju, choć nadwyżki nie było, wojownicy i
kapłani odbierali tyle, co zawsze, w wyniku czego wielu pracowników
umierało z głodu.
System ten przetrwał w Rosji aż do roku 19171, a na Wschodzie
utrzymuje się po dziś dzień. W Anglii, mimo rewolucji przemysłowej,
przetrwał w pierwotnej formie okres wojen napoleońskich aż do
czasów, gdy sto lat temu do władzy doszła nowa klasa fabrykantów. W
Ameryce, z wyjątkiem stanów południowych, gdzie przetrwał aż do
wojny domowej, system ów załamał się po wojnie o niepodległość.
Ustrój, który trwał tak długo i skończył się tak niedawno, wywarł -
rzecz jasna - głęboki wpływ na ludzką psychikę i zapatrywania.
Uważany przez nas za naturalny szacunek dla pracowitości jest w
dużym stopniu pozostałością tego preindustrialnego stanu świadomości
i nie odpowiada wymaganiom współczesnego świata. Dz
Obserwuj wątek
    • tow.mittal Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -2 04.05.09, 11:02
      Od zarania cywilizacji aż po czasy rewolucji przemysłowej człowiek
      był zdolny do wytwarzania ciężką pracą tylko niewiele więcej niż
      było konieczne do utrzymania jego samego i jego rodziny, nawet jeśli
      jego żona pracowała tak ciężko, jak on sam, a dzieci pomagały mu w
      pracy odkąd były dość duże. Małej nadwyżki, która powstawała po
      wyprodukowaniu najniezbędniejszych środków utrzymania nie
      pozostawiano wytwórcom - przywłaszczali ją sobie wojownicy i
      kapłani. W latach nieurodzaju, choć nadwyżki nie było, wojownicy i
      kapłani odbierali tyle, co zawsze, w wyniku czego wielu pracowników
      umierało z głodu.
      System ten przetrwał w Rosji aż do roku 19171, a na Wschodzie
      utrzymuje się po dziś dzień. W Anglii, mimo rewolucji przemysłowej,
      przetrwał w pierwotnej formie okres wojen napoleońskich aż do
      czasów, gdy sto lat temu do władzy doszła nowa klasa fabrykantów. W
      Ameryce, z wyjątkiem stanów południowych, gdzie przetrwał aż do
      wojny domowej, system ów załamał się po wojnie o niepodległość.
      Ustrój, który trwał tak długo i skończył się tak niedawno, wywarł -
      rzecz jasna - głęboki wpływ na ludzką psychikę i zapatrywania.
      Uważany przez nas za naturalny szacunek dla pracowitości jest w
      dużym stopniu pozostałością tego preindustrialnego stanu świadomości
      i nie odpowiada wymaganiom współczesnego świata. Dzisiejsza technika
      sprawiła, że czas wolny może w pewnych granicach być czymś więcej
      niż przywilejem jednej niewielkiej grupy, może stać się prawem
      przysługującym w równym stopniu wszystkim członkom społeczeństwa.
      Moralność pracy to moralność niewolników, a świat współczesny nie
      potrzebuje niewolnictwa.
      Jest oczywiste, że w społeczeństwie pierwotnym chłopi pozostawieni
      sami sobie nie rozstawaliby się z ową skromną nadwyżką, z której
      utrzymywali się kapłani i wojownicy. Raczej już wytwarzaliby mniej
      albo spożywali więcej. Początkowo produkowali i oddawali część
      owoców swojej pracy zmuszani do tego siłą. Z czasem jednak okazało
      się, że wielu z nich można wpoić etykę, wedle której ciężka praca
      jest ich obowiązkiem, nawet jeśli to dzięki niej inni mogą
      próżnować. Dzięki temu można było ograniczyć stosowanie przymusu i
      zredukować wydatki rządowe. Dziś jeszcze 99 procent angielskich
      robotników szczerze oburzyłoby się na propozycję, by król nie miał
      wyższych dochodów niż robotnik. Historycznie biorąc, pojęcie
      obowiązku było środkiem, przy pomocy którego posiadający władzę
      skłaniali wszystkich pozostałych, aby żyli zgodnie z interesami
      swoich władców, a nie zgodnie z interesem własnym. Sprawujący władzę
      nie dopuszczają do siebie świadomości tego stanu rzeczy, umiejąc
      wzbudzić w sobie przekonanie, że ich interesy tożsame są z ogólnym
      interesem ludzkości.
      Niekiedy jest tak istotnie. Ateńscy właściciele niewolników na
      przykład poświęcali część swojego wolnego czasu na sprawy publiczne,
      przyczyniając się w ten sposób do pomnożenia trwałego dorobku
      cywilizacji, czego nie mogliby uczynić w bardziej sprawiedliwym
      ustroju społecznym. Wolny czas jest niezbędny dla postępu
      cywilizacyjnego, a w dawniejszych epokach mogła nim rozporządzać
      tylko garstka za cenę trudu i mozołu mas. Ich trud zaś pożyteczny
      był nie ze względu na wartość ich pracy, lecz ze względu na wartość
      wolnego czasu. Współczesna technika umożliwia sprawiedliwy podział
      wolnego czasu bez żadnej szkody dla cywilizacji.
      Współczesna technika w ogromnym stopniu zredukowała ilość pracy
      niezbędnej do zaspokojenia minimum potrzeb każdego człowieka. Stało
      się to oczywiste w czasie wojny. Wszyscy mężczyźni powołani do
      wojska, mężczyźni i kobiety pracujący w fabrykach zbrojeniowych,
      mężczyźni i kobiety trudniący się szpiegostwem, wojenną propagandą
      lub związani z wojną pracą w biurach rządowych - otóż wszyscy oni
      zostali wycofani z zawodów produkcyjnych. Mimo to w państwach
      Koalicji ogólny poziom dobrobytu wśród robotników
      niewykwalifikowanych był wyższy niż kiedykolwiek przedtem lub potem.
      Znaczenie tego faktu przesłaniały operacje finansowe. Zaciągane
      pożyczki stwarzały wrażenie, że teraźniejszość żyje na rachunek
      przyszłości. To jednak rzecz jasna było niemożliwe: człowiek nie
      może zjeść bochenka chleba, który jeszcze nie istnieje. Wojna
      wykazała dowodnie, że dzięki naukowej organizacji pracy można dziś
      osiągnąć zadowalający poziom dobrobytu ludności, wyzyskując w tym
      celu tylko drobną część zdolności produkcyjnej współczesnego świata.
      Gdyby po zakończeniu wojny naukowa organizacja produkcji stworzona w
      celu pozyskania ludzi do walki i pracy w fabrykach broni została
      zachowana i gdyby jednocześnie skrócono dzień pracy do czterech
      godzin, wszystko byłoby w najlepszym porządku. Zamiast tego
      powrócono do dawnego chaosu. Tym, na których pracę był popyt, kazano
      pracować długie godziny, ci zaś, którzy pozostali bez pracy, skazani
      byli na głód. Dlaczego? Dlatego, że praca jest obowiązkiem, a
      człowiek nie powinien otrzymywać zapłaty za to, co wytwarza, ale za
      cnotę pracowitości, którą się wykazał.
      Oto moralność państwa niewolniczego praktykowana w okolicznościach
      zupełnie niepodobnych do tych, w jakich powstała. Nic dziwnego, że
      doprowadziła do katastrofalnych wyników. Dla ilustracji rozważmy
      jakiś przykład. Przypuśćmy, że w danej chwili pewna liczba
      robotników zajmuje się produkcją szpilek. Ludzie ci wyrabiają
      wszystkie szpilki, jakich świat potrzebuje, pracując - powiedzmy -
      osiem godzin dziennie. Pewnego dnia ktoś robi wynalazek, dzięki
      któremu ta sama liczba ludzi może wyprodukować dwa razy więcej
      szpilek niż dotychczas. Ale świat nie potrzebuje więcej szpilek;
      szpilki są już tak tanie, że ich sprzedaż nie powiększy się prawie
      wcale, jeśli obniży się ich cena. W świecie rozumnym każdy, kto
      trudni się produkcją szpilek, zacząłby pracować cztery godziny
      zamiast ośmiu, a wszystko poza tym zostałoby po staremu. Jednak w
      świecie rzeczywistym uznano by to za demoralizację. Wszyscy pracują
      nadal osiem godzin, szpilek jest za dużo, część przedsiębiorców
      bankrutuje i połowa ludzi zatrudnionych przy produkcji szpilek traci
      pracę. W rezultacie otrzymujemy tę samą ilość wolnego czasu, co w
      systemie racjonalnym, z tą tylko różnicą, że gdy jedna połowa ludzi
      nie ma nic do roboty, druga nadal się przepracowuje. W ten sposób
      staje się pewne, że nieunikniony przyrost wolnego czasu zamiast być
      źródłem powszechnego szczęścia, spowoduje pomnożenie niedoli. Czy
      można wyobrazić sobie większy obłęd?
      Pomysł przyznania biedakom prawa do wolnego czasu zawsze wywoływał
      protest ludzi bogatych. Na początku dziewiętnastego wieku w Anglii
      zwykły dzień roboczy mężczyzny trwał piętnaście godzin. Dzieci
      pracowały czasem równie długo, choć na ogół ich dzień pracy trwał
      godzin dwanaście. Gdy jacyś lubiący wścibiać nos w cudze sprawy
      intryganci sugerowali skrócenie czasu pracy, odpowiadano im, że
      praca trzyma dorosłych z dala od kieliszka, a dzieci od psoty.
      Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, i gdy wkrótce po nadaniu
      robotnikom w miastach praw wyborczych ustawowo wprowadzono, ku
      oburzeniu sfer wyższych, niektóre dni wolne od pracy, pewna księżna
      wygłosiła taki oto komentarz:
      " A na cóż biedakom święta? Powinni pracować!". Dziś ludzie nie są
      już tak szczerzy, ale samo uczucie przetrwało i jest źródłem
      niemałej części zamieszania, które panuje w sprawach gospodarczych.
      Zastanówmy się przez chwilę nad etyką pracy bez poddawania się
      przesądom. Każdy człowiek z konieczności spożywa w ciągu swojego
      życia pewną ilość wytworów pracy ludzkiej. Przyjmując, co nam wolno,
      że wobec pracy żywimy zwykle niechęć, za niesprawiedliwe uznamy, by
      ktoś spożywał więcej niż wytwarza. Jest oczywiste, że ktoś - jak to
      czyni na przykład lekarz - dostarczać może usług, a nie towarów;
      powinien jednak coś z siebie dawać w zamian za schronienie i
      utrzymanie. W tych granicach obowiązek pracy trzeba uznać, ale tylko
      w tych granicach.
      Nie będę rozwodzić się nad tym
      • tow.mittal Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -3 04.05.09, 11:06
        " A na cóż biedakom święta? Powinni pracować!". Dziś ludzie nie są
        już tak szczerzy, ale samo uczucie przetrwało i jest źródłem
        niemałej części zamieszania, które panuje w sprawach gospodarczych.
        Zastanówmy się przez chwilę nad etyką pracy bez poddawania się
        przesądom. Każdy człowiek z konieczności spożywa w ciągu swojego
        życia pewną ilość wytworów pracy ludzkiej. Przyjmując, co nam wolno,
        że wobec pracy żywimy zwykle niechęć, za niesprawiedliwe uznamy, by
        ktoś spożywał więcej niż wytwarza. Jest oczywiste, że ktoś - jak to
        czyni na przykład lekarz - dostarczać może usług, a nie towarów;
        powinien jednak coś z siebie dawać w zamian za schronienie i
        utrzymanie. W tych granicach obowiązek pracy trzeba uznać, ale tylko
        w tych granicach.
        Nie będę rozwodzić się nad tym, że w całym dzisiejszym świecie, poza
        Związkiem Radzieckim, wielu ludzi uchyla się nawet od tego
        minimalnego obowiązku. Mam na myśli tych wszystkich, którzy
        pieniądze dziedziczą lub dla pieniędzy się żenią. To jednak, że
        toleruje się próżniactwo tych ludzi uważam za znacznie mniej
        szkodliwe od tego, że robotnicy muszą się albo przepracowywać, albo
        głodować.
        Gdyby zwykli robotnicy pracowali cztery godziny dziennie, przy
        założeniu wprowadzenia pewnego minimum rozsądnej organizacji pracy,
        nie byłoby bezrobocia, a i towarów starczyłoby dla wszystkich.
        Pomysł taki oburza ludzi majętnych, ponieważ w ich przekonaniu
        biedacy nie wiedzieliby, co począć z taką ilością wolnego czasu. W
        Ameryce ludzie, nawet dobrze sytuowani, często pracują wiele godzin
        dziennie; ludzie ci oburzają się oczywiście na myśl, że robotnicy
        mogliby rozporządzać wolnym czasem, chyba że pojawia się on w
        postaci ponurej kaźni bezrobocia. W istocie ich niechęć do czasu
        wolnego sięga tak daleko, że nie życzą go nawet swym synom.
        Osobliwe, że pragnąc dla swych synów pracy tak ciężkiej, by nie
        mieli wcale czasu stać się ludźmi cywilizowanymi, nie protestują
        przeciw temu, że ich żony i córki nie pracują wcale. Snobistyczna
        admiracja bezużyteczności, która w społeczeństwie arystokratycznym
        obejmuje obie płcie, w plutokracji ogranicza się do kobiet, co
        jednak ani trochę nie godzi jej ze zdrowym rozsądkiem.
        Trzeba przyznać, że umiejętność mądrego gospodarowania wolnym czasem
        jest dziełem cywilizacji i wykształcenia. Człowiek, który przez całe
        życie pracował przez wiele godzin dziennie, będzie się nudził, gdy
        nagle pracować przestanie. Z drugiej strony jednak brak wolnego
        czasu pozbawia nas wielu najpiękniejszych rzeczy w życiu. Dzisiaj
        nie ma już żadnego powodu, by przeważająca część ludzkości cierpiała
        z tego powodu. Tylko niemądry, a powszechny ascetyzm każe nam
        domagać się nadmiernej pracy w świecie, w którym nie ma już takiej
        potrzeby.
        W ideologii, której hołduje rząd Rosji, obok wielu rzeczy zasadniczo
        różnych od tradycyjnych wartości głoszonych przez świat Zachodu
        znalazły się również elementy przejęte bez żadnej zmiany. Poglądy
        klasy rządzącej, a zwłaszcza tej jej części, która zajmuje się
        edukacją i propagandą, na temat godności pracy są niemal identyczne
        z treściami od stuleci wkładanymi przez ludzi władzy w głowy tak
        zwanych "uczciwych biedaków". Pracowitość, trzeźwość i gotowość do
        pracy przez długie godziny, a nawet uległość wobec władzy w imię
        odległych korzyści, wymagane są jak dawniej, a władza, jak zawsze,
        powołuje się na wolę Wszechmocnego, tyle tylko, że występuje on
        teraz pod nowym imieniem dialektycznego materializmu.
        Zwycięstwo robotników w Rosji pod niektórymi względami przypomina
        zwycięstwo feminizmu w innych krajach. Przez stulecia mężczyźni
        czcili kobiety jak boginie i usiłowali osłodzić im ich niższą
        pozycję społeczną twierdzeniem, że cnota więcej jest warta niż
        władza. W rezultacie feministki zaczynają domagać się jednego i
        drugiego. Stało się tak, ponieważ pionierki ruchu kobiecego
        uwierzyły we wszystko, co mężczyźni powiedzieli im o wartości cnoty,
        nie w to jednak, co im mówiono na temat bezwartościowości władzy
        politycznej. Podobnie rzeczy miały się w Rosji pod względem stosunku
        do pracy fizycznej. Od wieków bogacze i ich zausznicy głoszą
        pochwałę pracy w trudzie i znoju, pochwałę prostego życia i religii,
        która naucza, że ubodzy maj większą niż bogacze szansę dostania się
        do nieba. Starali się oni wpoić pracownikom fizycznym
        przeświadczenie, że jest coś szczególnie szlachetnego w zmienianiu
        położenia materii w przestrzeni - tak jak mężczyźni starali się
        przekonać kobiety o jakiej szczególnej szlachetności płynącej z
        seksualnego zniewolenia. W Rosji wszystkie te teorie o doskonałości
        pracy fizycznej potraktowano poważnie, wskutek czego robotnik cieszy
        się tam większym szacunkiem niż ktokolwiek inny. Apele te mają w
        istocie rzeczy charakter religijny, choć ich cele są inne: chodzi o
        pozyskanie szturmowców do zadań specjalnych. Praca fizyczna jest
        przedstawiana młodzieży jako idea i jest podstawą całej nauczanej
        etyki.
        W dzisiejszej Rosji taka polityka jest być może zupełnie słuszna.
        Ogromny kraj pełen bogactw naturalnych wymaga rozwoju, a rozwój ten
        musi się dokonać niemal bez pomocy kredytów. W tych okolicznościach
        ciężka praca jest koniecznością i niejedno przemawia za tym, że
        przyniesie ona wspaniałe owoce. Co nastąpi jednak, gdy osiągnięty
        zostanie punkt, w którym wszyscy będą mogli zaspokoić swoje potrzeby
        bez wielogodzinnej pracy?
        Na Zachodzie problem ten rozwiązuje się na wiele sposobów. Ponieważ
        nikt nie próbuje budować systemu ekonomicznej sprawiedliwości,
        większa część wytwarzanych dóbr przypada w udziale niewielkiej
        mniejszości, członkowie której najczęściej nie pracują wcale.
        Ponieważ nie istnieje żaden system centralnej kontroli produkcji,
        wytwarzamy mnóstwo rzeczy nikomu niepotrzebnych. Utrzymujemy wysoki
        poziom bezrobocia, ponieważ możemy obyć się bez pracy części
        robotników zmuszając innych do wysiłku ponad miarę. A kiedy metody
        te okazują się nieskuteczne, wybucha wojna: każemy pewnej liczbie
        ludzi zająć się wytwarzaniem środków wybuchowych, innej za grupie
        polecamy przeprowadzać wybuchy, jak byśmy byli dziećmi, które
        właśnie odkryły sztuczne ognie. Dzięki połączeniu tych wszystkich
        środków udaje nam się - choć nie bez trudności - podtrzymać wiarę w
        to, że długie godziny ciężkiej pracy są nieuniknionym przeznaczeniem
        przeciętnego człowieka.
        W Rosji, z powodu wyższego stopnia sprawiedliwości gospodarczej i
        centralnej kontroli produkcji zagadnienie musi by rozwiązane
        inaczej. Rozwiązanie racjonalne oznaczałoby, że z chwilą zapewnienia
        wszystkim minimum utrzymania i elementarnych wygód nastąpi stopniowa
        redukcja godzin pracy. Decyzja co do tego, czy bardziej pożądane
        jest więcej pracy czy też dóbr, powinna, na każdym etapie, być
        podejmowana w powszechnym głosowaniu. Trudno jednak wyobrazić sobie,
        by władze, które dotąd głosiły, że praca jest najwyższą wartością,
        mogły uznać za swój cel raj, w którym jest niewiele pracy i wiele
        czasu wolnego. Wydaje się bardziej prawdopodobne, że powstawać będą
        coraz to nowe plany, w których wyniku dzisiejszy czas wolny zostanie
        złożony na ołtarzu większej wydajności produkcji w przyszłości.
        Czytałem niedawno o będącym dziełem rosyjskich inżynierów pomysłowym
        planie ogrzania Morza Białego i północnych wybrzeży Syberii przy
        pomocy tamy zbudowanej poprzez Morze Karskie. Pomysł godny podziwu,
        może jednak opóźnić osiągnięcie przez robotników zadowalającego
        poziomu komfortu życiowego o całe pokolenie, podczas gdy szlachetny
        trud zostanie zademonstrowany wśród pól lodowych i śnieżnych burz
        Oceanu Lodowatego. Ten stan rzeczy, jeśli nastąpi, będzie rezultatem
        uznania cnoty ciężkiej pracy raczej za cel sam w sobie niż za środek
        do zbudowania takiej rzeczywistości, w której praca przestanie by
        potrzebna.
        W rzeczywistości dokonywanie zmian w położeniu materii, choć w
        pewnej mierze konieczne dla naszej egzystencji, żadną miarą nie może
        • tow.mittal Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 04.05.09, 11:11
          W rzeczywistości dokonywanie zmian w położeniu materii, choć w
          pewnej mierze konieczne dla naszej egzystencji, żadną miarą nie może
          być uznane za jeden z ostatecznych celów życia ludzkiego. W
          przeciwnym razie każdego robotnika drogowego musielibyśmy stawia
          wyżej od Szekspira. Dwie są przyczyny nieporozumienia w tej sprawie.
          Pierwszą jest konieczność zadbania o to, by biedacy zadowoleni byli
          ze swego losu. W tym celu warstwy posiadające od tysiącleci głoszą
          naukę o godności pracy, dokładając jednocześnie wszelkich starań, by
          samym godności tej uniknąć. Drugą jest nowy rodzaj przyjemności,
          którą czerpiemy z urządzeń mechanicznych i zachwyt, który wzbudza w
          nas zadziwiająco sprytny sposób, w jaki potrafimy wprowadzać zmiany
          na ziemi. Ani jedna, ani druga nie budzi entuzjazmu robotnika. Jeśli
          zapytacie go, co uważa za najlepszą część swojego życia, wątpliwe
          jest byście usłyszeli odpowiedź: "lubię pracę fizyczną, ponieważ
          daje mi poczucie, że spełniam najszlachetniejsze zadanie człowieka i
          ponieważ sprawia mi przyjemność myśl o tym, jak dalece człowiek może
          zmienić planetę, na której żyje. Organizm mój wymaga wprawdzie
          okresów odpoczynku, które powinienem spożytkować najlepiej jak
          potrafię, ale najszczęśliwszy jestem, gdy nadchodzi ranek i mogę
          powrócić do pracy, która daje mi najwyższe zadowolenie. Nigdy nie
          słyszałem, by robotnik wypowiadał się w tym duchu. Robotnicy
          traktują pracę tak, jak powinna by traktowana - jako niezbędny
          środek utrzymania; wszelkie zaś szczęście i radość, które czerpią z
          życia, dają im ich wolne godziny.
          Powie ktoś, że choć wolny czas w niewielkiej ilości jest rzeczą
          przyjemną, to człowiek nie wiedziałby czym wypełnić dzień, gdyby
          pracował tylko cztery godziny na dobę. Twierdzenie to jest w
          dzisiejszym świecie w jakiejś mierze prawdziwe i w tym samym stopniu
          stanowi potępienie naszej cywilizacji. Nie można tego samego
          powiedzieć o wcześniejszych epokach. Dawna zdolność do beztroskiej
          zabawy została w poważnym stopniu zahamowana przez kult wydajności.
          Współczesny człowiek uważa, że wszystko powinno by robione przez
          wzgląd na dobro czegoś innego, a nie na własne dobro. Poważni
          ludzie, na przykład, wciąż potępiają zwyczaj chodzenia do kina,
          twierdząc, że przyczynia się on do wzrostu przestępczości młodzieży.
          Wszelka natomiast praca, która przyczynia się do powstania dzieła
          filmowego, traktowana jest z szacunkiem, ponieważ jest to praca i
          ponieważ przynosi dochód. Pogląd, w myśl którego na szacunek
          zasługuje wyłącznie to, co przynosi dochód, prowadzi do całkowitego
          pomieszania pojęć. Rzeźnik, u którego kupujemy mięso i piekarz,
          który dostarcza bułek są godni pochwały ponieważ w ten sposób
          zarabiają pieniądze; my jednak, jeśli jedzenie sprawia nam
          przyjemność, uchodzimy za frywolnych lekkoduchów, chyba że jemy
          wyłącznie po to, by nabrać sił do pracy.
          Mówiąc ogólnie uważa się, że zarabianie pieniędzy jest dobre, a
          wydawanie pieniędzy złe. Przekonanie to, zważywszy że każda
          transakcja zawiera oba elementy, jest absurdalne; równie dobrze
          można by utrzymywać, że klucze są pożyteczne, a dziurki od klucza
          szkodliwe. Wszelkie dobre strony, jakie mieć może produkcja dóbr
          muszą w ostatecznym wyniku sprowadzać się do pożytku, który
          przynieść może ich konsumpcja. Choć człowiek w naszym świecie
          pracuje dla zysku to społeczny cel jego wysiłku leży w konsumpcji
          wytworów jego pracy. Ten właśnie rozdźwięk między jednostkowym a
          społecznym celem wytwarzania, jest przyczyną kłopotów, które sprawia
          ludziom jasne myślenie w wiecie, w którym bodźcem do pracy jest
          zysk. Za dużo myślimy o produkcji, a za mało o konsumpcji. Wskutek
          tego nie przywiązujemy należytej wagi do prostych radości i
          szczęścia, a produkcji nie osądzamy z punktu widzenia przyjemności,
          jaką daje konsumentowi.
          Gdy proponuję, żeby dzień pracy zredukować do czterech godzin, nie
          chcę przez to powiedzieć, że cały pozostały czas powinny
          bezwzględnie wypełniać puste błahostki. Chodzi mi o to, że
          czterogodzinny dzień pracy winien dawać człowiekowi prawo do
          zaspokojenia elementarnych potrzeb i wygód życiowych, pozostały zaś
          czas powinniśmy wykorzystywać tak, jak sami uznamy za stosowne.
          Ważną częścią wszelkich systemów tego rodzaju powinno by
          rozszerzenie zakresu wykształcenia - wykształcenia nastawionego
          między innymi na budzenie zamiłowań pozwalających na rozumne
          wykorzystanie wolnego czasu. Nie mam tu przede wszystkim na myśli
          rzeczy, które uchodzą za szczególnie wyrafinowane wzloty ducha i
          intelektu. Obyczaj tańców ludowych na przykład zanikł wszędzie poza
          odległymi rejonami wiejskimi. Impulsy jednak, które kazały obyczaj
          ten kultywować, muszą nadal istnieć w ludzkiej naturze. Przyjemności
          mieszkańców miast przyjęły na ogół bierny charakter: oglądanie
          filmów, meczów futbolowych, słuchanie radia i tak dalej. Wynika to z
          faktu, że ich potrzeba aktywności wyczerpała się w całości w pracy;
          gdyby mieli więcej czasu wolnego, powróciliby do przyjemności
          wymagających czynnego udziału.
          W przeszłości istniała nieliczna klasa czasu wolnego i znacznie
          liczniejsza klasa pracownicza. Klasa czasu wolnego korzystała z
          przywilejów, które z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej nie
          miały żadnego uzasadnienia; w rezultacie jej horyzonty uległy
          zawężeniu, uciekać się musiała do przemocy i teorii, dzięki którym
          mogła usprawiedliwić swe przywileje. Czynniki te ogromnie jej
          zaszkodziły, ale mimo ich wpływu to ta właśnie klasa wytworzyła
          niemal wszystko, co nazywamy cywilizacją. Ona pielęgnowała sztuki
          piękne i stworzyła naukę, jej członkowie pisali książki, budowali
          systemy filozoficzne i doskonalili stosunki społeczne. Nawet
          emancypacja grup uciskanych inicjowana była zwykle przez ową klas
          panującą.
          A jednak istnienie pozbawionej wszelkich obowiązków dziedzicznej
          klasy czasu wolnego prowadziło do niesłychanego marnotrawstwa.
          Żadnego z członków tej warstwy nie uczono nigdy pracowitości, a
          klasa jako całość nie odznaczała się bynajmniej szczególną
          inteligencją. Mogła dać światu jednego Darwina, ale jako przeciwwagę
          dała także dziesiątki tysięcy obywateli ziemskich, którzy przez całe
          swe życie nie zaprzątali swych głów niczym intelektualnie bardziej
          wyrafinowanym niż polowanie na lisa lub ściganie kłusowników. W
          dzisiejszym świecie uniwersytety dostarczać mają w sposób bardziej
          systematyczny tego, co klasa czasu wolnego wytwarzała w sposób
          przypadkowy jako produkt uboczny swego istnienia. Jest to wielki
          krok naprzód, ma jednak swoje złe strony. Życie na uniwersytecie
          jest tak różne od życia poza jego murami, że ludzie przebywający w
          środowisku akademickim przeważnie nie znają i nie rozumieją trosk
          zwykłych śmiertelników. Ponadto wypowiadają się zwykle językiem,
          który pozbawia ich poglądy należytego wpływu na szerszą publiczność.
          Niekorzystny również jest fakt, że studia uniwersyteckie są
          zorganizowane w taki sposób, który często zniechęca ludzi myślących
          oryginalnie. Z tych względów ośrodki akademickie, przy całym
          płynącym z nich pożytku, nie stoją w należyty sposób na straży
          interesów cywilizacji w świecie, w którym poza murami uczelni
          wszyscy są zbyt zajęci, by móc poświęcić się czemukolwiek, co nie ma
          charakteru czysto utylitarnego.
          W świecie, w którym nikt nie będzie zmuszany do pracy przez więcej
          niż cztery godziny na dobę, wszyscy, którzy mają takie potrzeby,
          będą mogli oddać się badaniom naukowym, a malarze będą mogli malować
          nie przymierając głodem, bez względu na to, jak doskonałe będą ich
          malowidła. Młodzi pisarze nie będą musieli przyciągać uwagi
          czytelników tanią sensacją, aby w ten sposób zyskać niezależność
          materialną potrzebną do napisania monumentalnego dzieła, na które,
          gdy czas nadejdzie, nie starcza już sił i zdolności. Ludzie, którzy
          w trakcie swojej pracy zawodowej zainteresują się jakąś dziedziną
          gospodarki lub polityki, będą mogli rozwijać swoje pomy
          • ratpole Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 05.05.09, 10:21
            tow.mittal napisał:

            "Tymczasem ktoś, kto wskutek chybionej inwestycji straci swój majątek, uważany
            jest za ofiarę niezawinionego nieszczęścia, podczas gdy wesoły rozrzutnik, który
            wydał swoje pieniądze w sposób filantropijny, traktowany jest z pogardą jako
            człowiek niemądry i lekkomyślny. "

            A wy, Krawczyk, to ktora z tych ofiar? hehe
            Tyles sie bidoku napastowal i nawet pies z kulawym ogonem nie przyszedl tego
            oszczac hehehe
            • tow.mittal Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 08.05.09, 10:27
              sprawdz skad pisze bo mylisz mnie z Kaganem, a przeciez Kagan nie
              moze przebywac jednoczesnie na Cyprze i na Hamilton Island.
              • harlista Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 08.05.09, 20:19
                Pewnie ze nie moze
                Ale obaj mozecie byc jednoczenie pod pewnym ogolnodostepnym adresem w Warszawie.
                • tow.mittal Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 09.05.09, 06:17
                  nie mozemy. sugerujesz ze spie w jednym lozku z kaganem?
            • bogo2 Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 09.05.09, 11:18
              facet sie przedstawil na judaica... marian kaluski...
              z tego co pisze, to mam wrazenie, ze z domu kagan... :)

              ratpole napisał:

              >
              > A wy, Krawczyk, to ktora z tych ofiar? hehe(..)
              • tow.mittal Re: kilka uzytecznych dla emigranta prawd -4 10.05.09, 02:21
                boj sie bogo co ty wypisujesz

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka