Dodaj do ulubionych

protestantyzm

23.08.04, 14:19
Protestantyzm

Rozkład średniowiecza pozwolił wyzwolić się znacznym połaciom Europy spod
całunu chrześcijańskiego. Uwolniły się prawie wszystkie narody germańskie.
Stało się to po długich stuleciach błądzeń i walk. Ostateczny podział
zestalił się po wojnie trzydziestoletniej. A i wówczas zerwanie z
chrześcijaństwem nie było zupełne. Mamy na myśli protestantyzm. W naszym
ujęciu protestantyzm nie jest już właściwie chrześcijaństwem. Ponieważ jednak
zerwanie nie było całkowite, da to znać o sobie w dalszej przyszłości, gdy
wyczerpie się bohaterski poryw, który protestantyzm stworzył.
Poza drugorzędnymi akcesoriami protestantyzm nie należy już do
chrześcijaństwa. Jeśli ktoś ma odmienne zdanie, to w takim razie nie wiadomo,
co jest chrześcijaństwem, do czego zaliczyć historię Europy w ciągu półtora
tysiąca lat. Spróbujemy pokrótce udowodnić, jak dalece protestantyzm odchylił
się od trzonu chrześcijaństwa i jego podstawowych instytucji.
Protestantyzm odrzucił podstawową ideę chrześcijaństwa: ideę świadomego
poprawienia człowieka natury za pomocą amputacji zła geniuszu człowieczego.
Nie ma chrześcijaństwa tam, gdzie rezygnuje się z kosmicznego zadania -
naprawienia wrodzonej ułomności człowieka drogą doprowadzenia go do zbawienia
poprzez zwalczanie grzechu pierworodnego, czyli uświęcenia osobowości. Całe
chrześcijaństwo opiera się na pomyśle wynalazku Chrystusowego, który ma
umożliwić przeistoczenie grzesznego człowieka w "naczynie Bogu miłe",
promieniejące bezgrzesznością. Naprawić zepsucie pierworodne człowieka, czyli
dokonać operacji uszlachetniającej na awangardowej formie bytu, oto
tytaniczne
zadanie, które przyświecało wszystkim wielkim organizatorom Kościoła i
porywało ich. Jeśli odrzucimy ten "zakon globowy", nie ma tym samym
chrześcijaństwa.
Kazuistyka będzie oczywiście negować to, co wyżej powiedzieliśmy, a sprzyja
jej w tym wypadku chwiejność naczelnych pojęć w tej dziedzinie. Ale znajdzie
się na to sposób. Operacja, o której mowa, czyli "zakon globowy" krzyża, jest
do wykonania dzięki wynalazkowi Chrystusowemu - dzięki "automatowi
świętości".
Bez niego nie ma mowy o rewolucyjnym poprawianiu obciążenia grzechowego
każdej osobowości. Jedno bez drugiego to coś w ogóle nie do pomyślenia.
Występują zawsze razem. Z naciskiem więc podkreślamy, że protestantyzm,
odrzucając naczelne powołanie chrześcijaństwa, musiał też odrzucić i
narzędzie jemu służące - zanegować automat świętości. Tu sprawa jest jasna.
Gdzie nie ma automatu świętości, nie ma chrześcijaństwa, gdyż bez tego
wynalazku nie da się ono pomyśleć. Otóż wszyscy wiemy, że automat świętości
został w całości odrzucony przez protestantyzm. O to toczyły się wojny
religijne XVI i XVII wieku. Jako niepotrzebny balast wyrzucił protestantyzm
wszystko to, co składa się na automat świętości, a więc zarówno transmisję
zewnętrzną i wewnętrzną, jak i aparat magii.
Brzmi to tak paradoksalnie, iż musimy chwilę nad tym się zastanowić, tym
bardziej że sami protestanci, stojąc na stanowisku, że
słowo "chrześcijaństwo" oznacza to samo co "dobrze", z taką interpretacją nie
zgodzą się chętnie.
Pomyślmy więc chwilę, czy podstawowy element wynalazku Chrystusowego -
transmisja zewnętrzna - jest przyjęty przez protestantyzm czy też nie. Znaczy
to: czy potoki zła płynące przez świat są wykorzystane jako siła napędowa ku
cnotom Chrystusowym? Czy protestantyzm wziął do serca przykazanie Chrystusowe
o błogosławieństwie ubóstwa, niesprzeciwianiu się złu, podążaniu ku
utrapieniom, nędzy, chorobom, upokorzeniom jako czemuś, co uszlachetnia
człowieka? Każdy wie, że jest inaczej. Ożywione protestantyzmem
mieszczaństwo -w swoim bohaterskim okresie - wyznawało zasadę wręcz
przeciwną: błogosławieni bogaci; bogactwo: pomyślność, powodzenie w
interesach było świadectwem przymierza danej jednostki z Bogiem. Na tej
podstawie została zbudowana pomyślność i wielkość gospodarcza krajów
protestanckich, ich w XVII wieku ciągle rosnące bogactwo, co trwało aż do
naszych dni. Świat protestancki stanowczo odrzucił kult ubóstwa, upatrywanie
w nędzy znaku wyższości "moralnej".
Tym samym unieruchomił turbinę utrapień, która nadawała rozmach całemu
szeregowi cnót. Bo skoro człowiek rezygnuje z cnoty pokory, skoro nie poddaje
się fali zła, bijącej w niego udrękami w postaci głodu, zimna, złości
ludzkiej, chciwości, gwałtu - czy taki człowiek może wznieść się do cnoty
miłości? Dla protestanta, żyjącego we względnym nawet dobrobycie, dążącego do
zdobycia majątku, nie ma właściwie pola do praktykowania cnoty pokory i cnoty
miłości. Pokora i miłość są to cnoty doskonale rozwijające się u istot
podległych, zdeptanych, niewolniczych. Gdzież tu mogło być podobieństwo do
etyki skrzętnych kupców, przedsiębiorców, precyzyjnych rzemieślników? A skoro
nie przyjęło się udręk z nędzy wykwitających, czy można było się spodziewać,
że w duszy "zmaterializowanej" zaświta brzask cnoty nadziei i wiary, że
udręki zostaną skompensowane stokrotnie, i wobec tego tych udręk jako cennej
waluty należy skwapliwie szukać? Cenną walutę udręk "tu" zdobywamy za pomocą
specyficznych uzdolnień osobistych - cichości, rezygnacji, małych pragnień,
unikania sprawności zawodowej, bezruchu itd. Są to dyspozycje wręcz przeciwne
tym, które hodował protestantyzm, domagający się "skutecznego powołania
zawodowego", dynamiki osobistej, precyzji pracy, zimnej kalkulacji rzeczowej,
nastawionej na materialny sukces, gdyż to było dowodem łaski Bożej. Mamy tu
pełne przeciwieństwo, krańcowe przeciwstawienie kierunków ewolucji.
Zupełnie podobnie wygląda sprawa transmisji wewnętrznej. Zdławienie zła
wewnętrznego drogą rozniecenia bólu duchowego i uruchomienia w ten sposób
przerzutu na miłość, nadzieję i wiarę chrześcijaństwo najlepiej
przeprowadzało w matecznikach klasztorów. Jak wiemy, protestantyzm instytucji
klasztorów w ogóle nie zna. Ten sam los spotkał magię liturgiczną. Msza
święta przestała być "krwawiącym ciałem Jezusa", "nieustającą ofiarą cierpień
krzyża" itd. Nie spełnia więc magia liturgiczna zadania "przypomnienia" udręk
Chrystusowych, które wzmagają wydajność pracy transmisji zewnętrznej i
wewnętrznej,pracy "automatu świętości". Biorąc rzecz całościowo -
protestantyzm pozbył się prawie bez reszty wynalazku Chrystusowego,
wszystkich jego subtelnych mechanizmów. Nic w tym dziwnego, gdyż odrzucił
ideę, której ten wynalazek miał służyć.
To nie koniec następstw odwrócenia się od fundamentalnych instytucji krzyża.
Skoro zanegowano kosmiczny cel chrześcijaństwa, a następnie i potężny
wynalazek Chrystusa, nie do utrzymania się stała instytucja Kościoła. Odpaść
musiało natchnione kierownictwo, instytucja kapłaństwa, która kierowała
operacją naprawiania grzechu ludzkości, a tym samym i wszystkie atrybuty
magii. Rozwiało się zadanie - marsz od przyrodzoności do nadprzyrodzoności
przez fabrykę przetwórczą, w której furczał automat świętości.
Wszystkie wątki prowadzą do fundamentów wspakultury, do pierwiastków. I tu
odkrywamy, że protestantyzm w okresie swego złotego wieku nie posiadał
właściwie oparcia w pierwiastkach wspakultury. Nie znajdujemy u jego podstaw
ani personalizmu, ani moralizmu, ani nihilizmu, ani hedonizmu. Istnieje
wiara - z pozoru więc spirytualizm. Ale podążanie "tam" odbywa się nie drogą
wyrzeczenia się, kontemplacji, lecz poprzez czynną, wytężoną działalność.
Spirytualizm protestantyzmu niewiele ma wspólnego z wspakulturą. Dopiero
znacznie później, właściwie w naszych czasach, sugestie wspakultury rozpoczną
przesączać się do kręgu protestantyzmu. To samo z "miłością" bliźniego. Nie
nosi ona w protestantyzmie znamion chęci rozbrojenia "złych" mocy, lecz
raczej cechuje ją aktywna solidarność z geniuszem człowieczym w innej
jednostce,znajdującej się w kłopotach.
Pomoc człowiekowi jako protestancka miłość
bliźniego oznaczała wolę uchowania geniuszu człowieczeg
Obserwuj wątek
    • swarozyc protestantyzm cdn 23.08.04, 14:22
      Pomoc człowiekowi jako protestancka miłość
      bliźniego oznaczała wolę uchowania geniuszu człowieczego od zatracenia w
      ciężkich sytuacjach. A więc i tu pełne przeciwieństwo, gdyż "miłość
      chrześcijańska" to dążenie do zabicia geniuszu człowieczego, jako zła, w sobie
      i innych. Rzecz jasna, że tak ostre przeciwieństwo stanowisk nie daje się
      utrzymywać stale. Hipnoza wspakultury zawsze wywiera swój zgubny wpływ,
      korzystając z przewagi wykończenia i potęgi zaplecza. Czy po tych pobieżnych
      uwagach może być uchowane mniemanie, że protestantyzm jest jeszcze
      chrześcijaństwem?
      Sądzimy, że raczej nie. A już zupełnie opaczna wydaje się myśl, że jest on
      wyrazem ewolucyjnego rozwoju chrześcijaństwa. Niektórzy stawiają sprawę tak,
      jakby pierwszą fazą tej ewolucji było chrześcijaństwo pierwotne, gdzieś do IV
      wieku, następnie miała nastąpić faza katolicyzmu, a w końcu trzecia faza -
      protestantyzm. Taki pogląd nie da się już utrzymać, z tym zastrzeżeniem, że
      mamy na myśli protestantyzm w jego bohaterskim okresie, a więc od połowy XVII
      wieku do połowy XIX wieku. Później następuje niewątpliwie rozkład i powrót do
      takiego lub innego wspakulturowego doznawania bytu.
      Protestantyzm w swym bohaterskim okresie nie ma u swych fundamentów
      pierwiastków wspakultury, wyjąwszy naleciałości spirytualizmu i wszechmiłości.
      Brak mu całkowicie personalizmu; zamiast tego mamy zdobywczy indywidualizm,
      który następnie stał się trwałą pozycją cywilizacji zachodniej. Brak też
      moralizmu. Protestantyzm uważał kontemplację za zajęcie zbyt łatwe, niegodne
      człowieka. Nie znajdujemy także nihilizmu i abnegacji, ani też hedonizmu,
      który dopiero ostatnio rozpoczyna się przesączać jako kierunek filozoficzno-
      społeczny.
      Gdy to wszystko uwzględnimy, jasne się staje, dlaczego niemożliwe byłoby
      przyjęcie Chrystusowego "automatu świętości" i koncepcji Kościoła jako
      mistycznego "ciała Jezusowego", spajanego więzią magii liturgicznej. Wielu nad
      tym boleje. "Nie można zaprzeczyć, że na osłabienie życia religijnego
      ostatnich wieków wiele złożyło się przyczyn, ale bardzo poważną rolę między
      nimi odegrała tu przewaga pierwiastka indywidualistycznego w pobożności
      wiernych, przejawiająca się w upadku liturgii" (ks. J. Woroniecki, op. cit.,
      s. 75).
      Wspaniałość i blask cywilizacji zachodniej - to dzieło protestantyzmu. Ubogo
      na tym tle wypadają narody chrześcijańskie. Kapłani próbują ten stan jakoś
      wytłumaczyć: przyczynę upadku cywilizacyjnego upatrują w wyrzekaniu
      się "wiary" przez zrozpaczonych ostatecznie wyznawców. A oto mamy dalszy ciąg
      tego rozumowania w odniesieniu do narodów protestanckich: "Uznając wielkość
      narodów protestanckich, i to w zakresie najszerszym, mamy wiele uwag...
      Naprzód to, że wielkość ową przygotowało nie co innego jeno sam Kościół. Przez
      tysiąc lat Anglia była katolicką. Protestancką jest dopiero od trzech stuleci.
      Przez ciąg owego tysiąca lat ukształtowała się ona, nabyła tych rzadkich i
      cennych przymiotów, które ją czynią tak wielką... Wszystko co ma ona
      wielkiego, ma od Kościoła. To samo trzeba powiedzieć i o Stanach
      Zjednoczonych..." (ks. E. Bougaud, Kościół, s. 268).
      Jest to argumentacja klasyczna, zawsze się powtarzająca: narody katolickie
      upadają dlatego, że w ostatnich czasach (XIX i XX wiek) zbyt wiele krytyki
      zwraca się przeciw "wychowawcy" tych narodów - przeciw Kościołowi świętemu, a
      niektóre narody, jak Francja, nawet wyizolowały Kościół z życia państwowego.
      Narody protestanckie zaś są wielkie, gdyż trzy wieki temu były jeszcze
      katolickie. Te żałosne argumenty są odruchem każdego wspakulturowca
      usiłującego obronić "wartości" przed atakiem "materialistów". Gdy jest
      szczery, wówczas odrzuca nonsensy tej argumentacji, stwierdzając starą prawdę,
      że utrapienia, nędza, uciski itp. są wykładnikiem nie niższości, lecz
      wyższości duchowej, zgodnej z nakazami objawiciela.


      Fragment ksiazki Jana Stachniuka 'Chrzescijanstwo a ludzkosc'
      • kubus_2004 Re: protestantyzm cdn 25.08.04, 18:25
        Czy autor jest księdzem? W każdym razie na 100% walczącym katolikiem. To o autorze książki, nie wątku. Jeśli swarożyc utożsamia się z autorem książki to też pewnie jest walczący, choć jego przydomek zdaje się temu przeczyć. Ale może to z przewrotności?
        • swarozyc Poznaj Jana Stachniuka 08.09.04, 14:27
          www.poganin.most.org.pl/pg2/17.htm

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka