Gość: Andrzej
IP: *.waw.cdp.pl
29.05.02, 21:24
Ave,
ostatnio toczy się ożywiona dyskusja nad wprowadzeniem zasady parytetów płci na
listach wyborczych: zdaniem feministek powinno być tyle samo kandydatów
mężczyzn i kobiet. Feministki argumentują, że źle jest, że w Sejmie kobiety
stanowią tylko (powiedzmy) 20% składu, skoro jest ich w społeczeństwie 53%.
Moim zdaniem tego typu myślenie jest błędne i wypacza zasady gry
demokratycznej. Czy Sejm ma być bowiem dokładnym odzwierciedleniem polskiego
społeczeństwa? Pamiętajmy, 20% to dzieci (nie mają w ogóle reprezentacji), 20%
to emeryci i renciści (mało ich w Sejmie), kretyni stanowią 10% ludności i nie
mają własnej reprezentacji. 99% ludności to katolicy, a w Sejmie jest dużo
ateistów itp. 1/3 społeczeństwa ma wykształcenie podstawowe, a w Sejmie takich
jest mało.
Myślenie feministek idzie w takim kierunku: wyborca -kobieta jest głupia i nie
wie na kogo powinien głosować, więc trzeba ją zmusić, żeby głosował na tego
kogo trzeba, a nie na tego na kogo by chciał. Takie myślenie zakłada, że tylko
kobieta powinna reprezentować w Sejmie kobiety.
Tu dwa fundamentalne pytania: czy mężczyzna nie może reprezentować interesów
kobiet w ogólności?
Czy kobiety mają wspólne interesy, które by uzasadniały przyjęcie zasady, że
procent kobiet w Sejmie powinien odpowiadać ich udziałowi w społeczeństwie?
Moim zdaniem takich wspólnych interesów nie ma. Co może łączyć bowiem
sprzątaczkę z małego miasta, która musi przeżyć za 500 zł miesięcznie z biznes
women z Warszawy zarabiającą krocie?
Moim zdaniem wprowadzenie parytetów będzie jedynie służyło wąskiej grupie
aktywnych w polityce kobiet, oraz kochanek i przyjaciółek polityków, które będą
miały ułatwioną rywalizację z mężczyznami. Straci na tym natomiast inna grupa
kobiet - których mężczyźni, lepsi od kontrkandydatek, przepadną w wyborach itp.
Myślę bowiem, że kobiety łączy więcej z ich mężami, synami, braćmi, niż z
nieznanymi im osobami, które wyłącznie dzięki swojej żeńskiej płci będą
faworyzowane.
Feministki często przywołują argument o upośledzonym statusie kobiet, jako
uzasadnieniu zwiększenia ich liczby w Sejmie.
Pomyślmy, czy kobiety są najbardziej pokrzywdzoną grupą społeczną? A co z
inwalidami, bezrobotnymi itd.?
W demokratycznym społeczeństwie o władzę rywalizuje wiele grup społecznych:
ludzi łączy w nie wspólna ideologia, interesy zawodowe, gospodarcze bądź
społeczne. Wszystkie te grupy rywalizują o względy wyborców, przedstawiając im
korzyści wynikające z poparcia ich polityki i ruinę kraju, gdy wyborcy poprą
konkurentów i ich programy wyborcze.
Niektóre grupy uważają się za reprezentantów danych środowisk społecznych, stąd
uważają, że umieszczając na swych listach wyborczych członków danego środowiska
zapewnią sobie poparcie reszty ludzi z jego środowiska w myśl zasady: katolik
głosuje na katolika, chłop na chłopa, a robotnik na robotnika. Niestety, nie
zawsze wyborcy chcą głosować wg takich zasad.
Jeszcze dalej posunęli się więc wyznawcy ideologii feminizmu, która jakoś nie
jest w Polsce chwytliwym hasłem wyborczym. Po to starają się wprowadzić parytet
płci
w Sejmie, licząc na to, że posłanki będą bardziej podatne na propagandę
feministyczną.
Po co bowiem środowiska feministyczne zabiegają o wzrost liczby kobiet w
Sejmie? Z głosów feministek wynika jasno, że w tym jedynie celu, aby mogły być
realizowane postulaty środowisk feministycznych. W wyborach im nie wychodzi, to
będą próbowały je realizować tylnymi drzwiami, nie bacząc na wolę wyborców.
Czym się bowiem różnią w istocie postulaty feministek od innych grup
środowiskowych? Każda chce dobrze dla swoich. Partie chłopskie dla chłopów,
emeryckie dla emerytów itp. Żadna nie wpadła jednak na pomysł, aby realizację
swojej polityki oprzeć na parytetach: 40% ludzi w Polsce mieszka na wsi, więc w
Sejmie powinno być 40% posłów ze wsi! 20% ludności Polski to emeryci i
renciści, to powinni mieć zagwarantowane 20% miejsc i tak dalej. Za wyborcę
będą decydowały parytety.
Jak na razie na pomysł parytetów, aby zrealizować swoje cele polityczne wpadły
tylko feministki, ale myślę, że jeszcze trochę i upomną się o swoje inne
środowiska.
e,
Właśnie. Przecież feministki wiedzą co jest najlepsze dla kobiet, a kobiety
stanowią
52% wyborców.
Dlaczego feministki nie założą własnej partii i nie startują w wyborach? Wtedy
byśmy się przekonali ilu wyborców będzie głosowało na parytety, likwidację
dyskryminacji, aborcję itp.
Czyżby feministki nie miały zdolności organizacyjnych, czy też raczej sądzą, że
polskie kobiety nie będą tak naiwne, aby na nie głosować?
Czyżby dlatego właśnie feministki próbowały realizować swoje hasła ideologiczne
bocznymi drzwiami, zmuszając wszystkie partie do realizacji haseł feministek?
Andrzej