factis
04.07.05, 00:18
Tak sobie czytam posty na tym forum i czegoś tu nie rozumiem….
Feminizm to z definicji walka o prawa kobiet – tak mnie uczono.
Niektóre z dyskusji wprost dają do zrozumienia, że część obecnych tu osób nie przyjmuje świata takiego jakim jest i za wszelką cenę stara się go zmienić choćby wszystko było już cacy i wspaniale. Przecież są różni ludzie……… niektóre kobiety powinny mieć łańcuch z kuchni do sypialni bo wstyd iść z nimi miedzy ludzi a inne są wspaniałymi partnerami do rozmowy, teatru itd. To samo dotyczy mężczyzn. Ten świat istnieje bez pojęcia feminizmu już tysiące lat i jakoś się nie zawalił. Nie oznacza to bynajmniej że jestem przeciwny równouprawnieniu. Może to jak z narzekaniem Polaków? Choćby nie wiadomo jak było dobrze to i tak będą marudzić…. Może macie panie feministki jakieś ciekawe postulaty?
Ciekaw jestem jak niby jesteście dyskryminowane?
Przypomina mi się sytuacja sprzed paru lat, jaka miała miejsce w jednej ze stolic Europy
- wychodziłem z dużej księgarni zadowolony z zakupu książki jakiej szukałem i zaraz za mną podążała kobieta. Otworzyłem wahadłowe drzwi i przytrzymałem jej…. Chciałem być po prostu miły. Nawrzeszczała na mnie, że to, że jest kobietą nie znaczy, że nie potrafi sobie otworzyć drzwi. Zepsuła mi humor na cały dzień i żałowałem, bo mogłem puścić te drzwi….jakby dostała w buzię to może by jej troszkę rozumek naprostowały.
Od tego czasu określenie „feministka” kojarzy mi się z filmem pt. „Sinobrody” … taka klasyka. Tam jedna z jego żon – feministka, kończy w beczce z winem w dość charakterystycznych okolicznościach ;-)))
Może nie rozumiem bo jestem jedynie prostym facetem, który nadaje się do bycia inżynierem ale nie jest z Wenus?
pozdrawiam