the_man
17.11.02, 16:43
Na forum, tak samo jak w życiu, roi się od rozszalałych, sfrustrowanych
feministek, które wbrew logice i naturalnemu porządkowi ubzdurały sobie, że
mają prawo domagać się realizacji swoich fanaberii. Roszczenia tych
babiszonów
są tym samym, co postulaty robotniczych związków zawodowch, chorych
psychicznie, upośledzonych i innych grup, których pozycja społeczna z natury
rzeczy jest słaba, a mając słabą pozycję w negocjacjach obierają drogę
pokrzykiwań i brania na litość. Śmieszą mnie te bzdurne farmazony o
partnerstwie w małżeństwie, równych prawach, które nie mają końca i
przybierają
tak karykaturalne formy, jak żądania równości płac, czy równości miejsc w
rządzie RP. Facet, który przyjmuje się fantazjami o partnerstwie swojej
kobiety
to godny pogardy pantofel, przecież ona nie ma żadnej możliwości
wyegzekwowania
tego i wystarczyłoby, aby postawił sprawę jasno i baba musiałaby zamilknąć.
Nie
twierdzę, że trzeba bić kobietę, ego nawet nie wypada robić, jednak mężczyzna
zaangażowany w prace domowe i wychowanie dzieci to zwykła oferma, która
powinna
podlegać powszechnemu potępieniu. Tak już jest ten świat poukładany, że życie
polega na wzajemnej wymianie, kto ma więcej do zaoferowania może sobie
pozwolić
na więcej i żadna stuknięta feministka tego nie zmieni. Facet wnosi do
małżeństwa: status, pieniądze, prestiż, pozycję społeczną, zapewnia rodzinie
przetrwanie i decyduje o poziomie zycia, natomiast całym kapitałem kobiety
jest
jej ciało, służące do wydania na świat potomka, ciało jest jedynym wymiernym
dobrem, którym kobieta może handlować. Dopóki obydwoje są młodzi kobieta,
jeśli
jest bardzo atrakcyjna ma nawet lepszą pozycję przetargową, niż facet i to
jest
ten moment, kiedy ma ona szansę znaleźć męża, który zapewni jej i jej
potomstwu
opiekę. Z czasem ta zależność się odwraca, a datą graniczną jest tutaj 30 rok
zycia, kiedy krzywe atrakcyjność gwałtownie zaczynają rozchodzić się w
przeciwnych kierunkach - spadek atrakcyjności kobiety jest wprost
proporcjonalny do wzrostu atrakcyjności mężczyzny. Dzieje się tak dlatego, że
dobro jakim dysponuje kobieta (ciało) wraz z czasem traci na wartości, a
dobro
jakim dysponuje mężczyzna (intelekt i zdolności)z czasem rozkwita i przynosi
wymierne korzyści. Tak więc w małżeństwie pozycja mężczyzny zawsze jest
silniejsza i to ON może postawić ulitimatum: "jeśli się nie podporządkujesz
odchodzę", ponieważ to ON ZAWSZE będzie miał dokąd odejść (znajdzie sobie
młodszą i ładniejszą), poza tym to ON jest posiadaczem środków materialnych,
kobiecie po rozwodzie (jeśli sąd okaże litość i łaskę) zostaną najwyżej
skromne alimenty. Zupełnie zrozumiałe jest, że kobiety w tej sytuacji
chwytają
się podrzędnych prac za śmieszne pieniądze, jak tonący brzytwy, wysilając sie
na piruety między pracą a domem. Posiadanie jakiegokolwiek zatrudnienia, a
perspektywie emerytury na starość, daje im złudzenie niezależności i
faktycznie
w niewielkim stopniu poprawia ich pozycję przetargową. Wystarczy jednak
spojrzeć na opłakane skutki społeczne takich zachowań - dzieci nie
dopilnowane,
dom zaniedbany, mąż niezadowolony, zawalone terminy w pracy, ciągłe
zwolnienia
(bo dziecko chore, bo to tamto), podatnik obciążony kosztami urlopów i
zwolnień
lekarskich, czysta strata. W dodatku jeszcze bezrobocie - wprost trudno się
nadziwić, że kraj w którym jest 20% bezrobotnych zatrudnia
niepełnowartościowych pracowników, jakimi są kobiety! Jestem menadżerem i
zachodzę w głowę, kiedy widzę że po firmie kręci się jakaś nowa pannica, jak
to
się dzieje - myślę, skoro o stanowisko stara się kilkaset osób, w tym wielu
mężczyzn, pozostaje tylko zastanowić się nad tym z iloma się przespała i
chyba
tak faktycznie jest - te młode lale są całkiem atrakcyjne. Nie twierdzę, że
należy kobietom odebrać prawo do pracy, ale na miłość boską niech to będą
stare
panny i wdowy na pomocniczych stanowiskach, a nie matki i żony obarczone
obowiązkami w dodatku posiadające odpowiedzialną pracę - one zwyczajnie nie
dają rady; ciążą, poród, karmienie naturalne i opieka nad dzieckiem to
wystarczająco dużo obowiązków. Mamy teraz w Polsce taki moment dziejowy, że
moglibyśmy wrócić do normalności, właśnie poprzez walkę z bezrobociem przez
zwalnianie kobiet i zatrudnianie mężczyzn. Może zrozumiałyby wreszcie, że nie
da
się przeskoczyć biologicznych uwarunkowań i zajęły się tym, do czego się
nadają. Nie ma też powodu by marnować pieniądze podatnika na kształcenie
kobiet, zważywszy na fakt, że wiedza na temat np. układów scalonych nie jest
potrzebna do gotowania, ani karmienia piersią. Niech sobie studiują jeśli
chcą, ale niech płacą za studia, niektórym może to sie nawet opłacić, gdyż
jakiś dziwak, intelektualista lub artysta może woleć wyedukowaną żonę.
Państwo
powinno gwarantowac edukację kobietom na poziomie szkoły średniej, dalej
która
chce niech płaci. Ja nie jestem żaden rasista i nie postuluję wprowadzenia
segregacji, ani sztucznych nakazów, wręcz przeciwnie - uważam, że trzeba
znieść
chore bariery administracyjne, walczyć ze stereotypami rozpowszechnianymi
przez
feministki i dążyć do przywrócenia naturalnej równowagi. Taka równowaga nie
zamyka kobietom całkowicie drogi do kariery, każe im jednak zająć jasne
stanowisko w sprawie swojej płci i zdecydować, czy chcą być kobietami, czy
robić karierę, albowiem te dwie rzeczy się wykluczają - kariera jest
atrybutem
mężczyzny - zdobywcy, a podporządkowanie jest atrybutem kobiety - zdobywanej.
Uważam, że kobiety decydujące się na karierę nie powinny prowadzić życia
społecznego i zrozumieć wreszcie, że biologia jest biologią i nie można tak,
jak chcą feministki mieć ciastko i zjeść ciastko. Trzeba jasno powiedzieć, że
kariera tak na prawde tylko osłabia pozycję przetargową kobiety skazując ją
na
katusze bezdzietności i staropanieństwa.