makota
19.12.02, 22:54
W jednym z wcześniejszych wątków ktoś omawiał
zawartość polskich (i nie tylko) elementarzy
- ze stereotypem matki-kuchty i ojca-chwata.
A co sądzicie o innym stereotypie, który (może mniej nachalnie)
sączy się z różnych stron kultury masowej.
Mam na myśli głównie hollywoodzkie filmy o "współczesnej"
młodej parze (kobieta i mężczyzna), którzy żyją sobie w wolnym związku,
po czym z różnych powodów ona "dojrzewa" do małżeństwa,
rodziny i zobowiązań a on przez cały film dojrzeć nie może.
Takim powodem najczęściej jest dziecko (niespodziewane)
lub nagła chęć posiadania go wybuchająca u kobiety lat dajmy na to 29.
On nie chce zrezygnować ze swojego klubu soft ball
lub poświęcić kolekcji owadów, zajmujących potencjalny pokój dla dziecka.
Przez cały film, w trakcie którego ona dzielnie szykuje się do roli matki,
miota się i ulega różnym podszeptom, po czym mięknie
np. na widok pięknego dzidziusia albo dlatego, że uświadomił sobie
jak bardzo ją kocha. Happy-end.
Moje pytanie brzmi:
a dlaczegóż to on musi przejść drogę z przeszkodami aby "dojrzeć"?
co za "wolność" traci, decydując się na ten "pełny" związek?
Co najwyżej pracodawca wyśle go na szkolenie,
bo teraz może w niego (jako ustabilizowanego) więcej zainwestować.
Ona - nawet jeśli nie traci pracy (przepisy)
to traci lub odkłada na długo możliwość kariery,
sprawia zawód swojemu pracodawcy
(a na atmosferze w pracy zwykle zależy jej bardziej niż jemu),
przez ileś tam miesięcy nie może pić alkoholu,
musi nosić ciążowe ogrodniczki,
ma w perspektywie dość przerażające przeżycie porodu itp. itd.
Jednak prawie natychmiast po dowiedzeniu się o ciąży
zaczyna przeżywać rozkosze przyszłego macierzyństwa
i bez wahania rzuca się na tę swoją świetlaną przyszłość.
???
W swoim otoczeniu widzę coraz więcej kobiet,
które w wieku "rozrodczym" wcale nie rzucają się na małżeństwo
a już na pewno nie na macierzyństwo.
To ich partnerzy skłaniają je do takich kroków.
Na poparcie tej subiektywnej obserwacji
można przytoczyć statystyki, które pokazują,
że w krajach rozwiniętych pierwsze dziecko rodzi się coraz później.
Przyczyny tego są na pewno złożone (nie tylko ogrodniczki ;)
Ale na pewno nie jest tak, że to tylko sytuacja ekonomiczna
(czyli np. lęk przed utratą pracy albo części dochodów
lub też późna stabilizacja materialna) skłania ludzi do odkładania
momentu powiększania rodziny.
Rośnie grupa kobiet, które po prostu nie bardzo chcą mieć dzieci,
bo realizują się na wiele innych sposobów, z których części
musiałyby zrezygnować.
Fajnie byłoby przebadać takie niezbyt młode pierworódki
czy zaszły w ciąże bo rzeczywiście chciały dziecka
czy dlatego, że bały się, że potem będzie za późno.
Tylko która kobieta odpowie szczerze?
I oto problem społeczny do rozwiązania.
Nawet jeśli te, co nie chcą dzieci, to tylko wyemancypowane
i rozwydrzone inteligentki po studiach,
to chyba nie chcemy, żeby mnożyły się wyłącznie kobiety
z podstawowym wykształceniem.
Gdzieś czytałam, że mężczyźni dziedziczą inteligencję po matce:-)
(na tyle, na ile ona jest dziedziczna )
A może mi się tylko wydaje i problemu nie ma?
Co Wy na to?