fifka01
31.03.10, 12:27
Na stałe mieszkam w UK, jednakże mniej więcej raz w miesiącu bywam
w Polsce.
W grudniu, będąc w szóstym miesiącu ciąży, dokonałam wyboru wózka.
Padło na Teutonię. Miałam ją "obmacaną" w polskim sklepie, gdzie
wybór był przeogromny, jednak samego zakupu wolałam dokonać w swoim
mieście, aby mieć łatwiej z ewentualną gwarancją.
Niestety Teutonia okazała się nie do kupienia w UK, więc przy
następnej wizycie, zamówiłam ją w sklepie w Polsce. Dostawa miała
trwać 2-6 tygodni, przeciągnęła się do 8, ale w końcu mój brat dał
znać, że wózek jest, właśnie go odebrał ze sklepu i zapakował w
pudło, którego wymiary mi podał i czekał, aż "naślę" na niego
jakiegoś kuriera.
Zadzwoniłam do najbardziej popularnej w moim regionie firmy
kurierskiej, podałam trasę przesyłki, z miasta B w Polsce do miasta
E w UK. Nie było problemu. Następnie podałam wymiary i wagę pudła, i
zaczęły się schody, ponieważ przesyłka była za duża na standardową
przesyłkę kurierską. Na takie przypadki firma jest przygotowana, i
raz na tydzień wysyła do Polski dużego vana, który jedzie i zbiera
takie paczki. Przez miasto B w Polsce van będzie przejeżdzał za
tydzień, więc poinformowano mnie, żebym zadzwoniła za tydzień.
Po tygodniu dowiedziałam się, że jest za mało zamówień i że van
pojedzie tydzień później.
Po następnym tygodniu dowiedziałam się, że owszem van jedzie przez
miasto B w Polsce, ale nie pojedzie przez miasto E w UK, bo musiałby
nadrobić 200 mil i się nie opłaca.
Wtedy już się lekko zdenerwowałam, i obdzwoniłam inne firmy.
Wszystkie z nich działają tak samo, czyli nie wiedzą kiedy dokładnie
mogłyby dostarczyć paczkę niestandardową, ale mneij więcej miesiąc.
Jedna z firm okazała się być moim wybawieniem, bowiem pan
powiedział, ze jego wspólnik właśnie dziś przejeżdża przez miasto B
i może paczkę zabrać. Podałam więc adres nadawcy i odbiorcy,
ustaliłam płatność w złotówkach podczas nadania i ucieszona czekałam
3-5 dni roboczych na dostawę.
Następnego dnia, kiedy mój brat poinformował, że nikt od niego
paczki nie odebrał, ani też się nie kontaktował, zadzwoniłam do
firmy wybawicielki. Pan powiedział mi, że wspólnik nie wziął paczki,
bo jednak nie będzie jechał przez miasto E w UK i musiłaby nadrobić
200 mil (czy oni mają taką regułkę ustaloną?) i mu sie nie opłaca.
Na moje pytanie, czy mieli w ogóle zamiar mnie o tym fakcie
zawiadoić, pan powiedział, że to nie jego trasa tylko wspólnika i on
nic nie wie.
Tak więc zrezygnowana zadzwoniłam kolejny raz do pierwszej firmy,
która mnie zwodziła ponad dwa tygodnie, bo statystycznie rzecz
biorąc, była szansa, że w końcu im spasuje moja trasa...
Okazało się, że dalej nie wiedzą nic na temat swojego własnego
grafika i tras, więc poszukaliśmy z panem szzefem innego
rozwiązania. Podał mi max wymiary jakie musi mieć przesyłka, ażeby
załapała się jako standardowa.
Ja podałam te wymiary mojemu lekko już poirytowanemu bratu, który
mając mały matraż woził ten ładunek cały czas w aucie. Brat mój
zamówił stosowne dwa pudła w zaprzyjaźnionej firmie, odebrał,
posklejał, przepakował wózek i akcesoria, i utworzył z tego dwie
standardowej wielkości paczki. (Niestety nie obyło się bez
rozkręcenia kilku śrub, co mam nadzieję nie zaważy na gwarancji.)
Zadzwoniłam wtedy do firmy mej już powoli znajomej, zgłosiłam
gotowość nadania w Polsce w mieście B dwóch paczek standardowych,
podałam dokładne adresy, nazwiska, telefony i maile nadawcy i
odbiorcy oraz zapłaciłam kartą za usługę z góry. Za dwie paczki
oczywiście, ale to już pal sześć, bo byłam zdesperowana.
Dowiedziałam się, że odbiór od nadawcy nastąpi jeszczetego samego
dnia, lub najpóźniej dnia następnego, ponieważ jest okres świąteczny
i "niech pani zrozumie". Zrozumiałam, podziękowałam, odetchnęłam z
ulgą.
Był to piątek, 26 marca, godzina 9.00.
Brat mój doniósł mi uprzejmnie, że w piątek nikt paczek nie odebrał,
ale na to byłam przygotowana, bo rozumiałam. W sobotę natomiast,
zadzwonił do brata miły pan i poinformował, że odbierze towar w
poniedziałek, bo "święta idą i tyle roboty".
Cóż mieliśmy robić, trzeba ludzi zrozumieć.
W poniedziałek jednak nikt się ani nie zgłosił, ani nie zadzwonił.
Ani be, ani me, ani kukuryku. Po południu mój brat zadzwonił na
numer, który mu sie wyświetlił w sobotę, i dowiedział się od miłego
pana, że on wszystko co miał w grafiku od dyspozytora na dziś, to
zrealizował i nie wie o co chodzi. Ale się zapyta ji jutro rano już
na pewno odbierze.
Jutro rano, czyli we wtorek, 30 marca, nie nastąpiło nic, ani
odbiór, ani kontakt, ani nawet pocałuj mnie w d.pę.
Uznałam, że mój brat szanowny zbyt łagodny jest w te klocki, wzięłam
od niego magiczny numer nie pojawiającego sę kuriera, i idąc w
koszty zadzwoniłam do niego, celem odbycia mało miłej pogawędki.
W jej wyniku dowiedziałam się, że pan kurier w swoim rejonie
realizuje wszystko co ma w grafiku na dany dzień i nie ma sobie nic
do zarzucenia. Podałam mu więc dokładny adres nadawcy i okazało się,
że to wcale nie jego rejon jest i on nie rozumie, dlaczego ja do
niego dzwonię. Podał mi natomiast numer komórkowy do swojego
dyspozytora, ktory najwyraźniej, zdaniem pana kuriera, jest tu
winien zamieszania. Pan dyspozytor miał oczywiście włączoną pocztę,
bo przecież jego praca nie polega na byciu pod telefonem. Ależ skąd.
Wtedy powoli zaczęło się we mnie gotować i zadzwoniłam do firmy w
UK, w której zamówiłam usługę i której zapłaciłam.
Po mało spokojnym, ale bardzo konkretnym zdaniu panu szefowi relacji
z zaistniałej sytuacji, oraz mojego w tej sprawie dochodzenia,
zapytałam, jakim cudem jutro, czyli w piąty dzień od zgłoszenia,
zgodnie z zawratą umową przesyłka ma się znaleźć u mnie?
Pan szef pomyślał, odpalił komputer, poszukał mojego zlecenia, i
poinformował, że po pierwsze, moje zlecenie jest w systemie
nieaktywne, po dugie, powinnam była zgłosić problem w piątek...
Wtedy nie wytrzymałam, skutkiem czego nie tylko pan szef i jego
nabliższe otoczenie, ale róznież moi sąsiedzi mieli szansę usłyszeć,
jakie są moje ogólne wrażenia dotyczące naszej dotychczasowej
współpracy, oraz, że od piątku jestem proszona o zrozumienie "bo
święta", a teraz są do mnie pretensje, że od piątku to zrozumienie
wykazuję i dzwonię dopiero dziś. Dałam panu szefowi również szansę
wykazania się w temacie, jakim cudem w jego systemie usługa jest
zaznaczona jako nieaktywna, on nic o tym nie wie, a ja czekam na
paczkę. I czekałabym jeszcze ile gdybym nie zadzwoniła? Pan niestety
nie umiał wykazać sie w temacie odpowiedzią w żaden sposób
satysfakcjonujacą. Wydusił z siebie jedynie, ze on jest przecież
agentem dużej firmy kurierskiej, która ma kilka tysięcy zleceń
dziennie, sprzedał mi jako agent usługę i teraz to on może jedynie
napisać maila co centrali w Warszawie i zapytać co się stało.
Na co ja zapytałam, czy nie uważa, że jak na firmę z tyloma
zleceniami, tyloma niudolnymi anonimowymi kurierami, nie uważa on,
że jeden mail, który wszyscy będa mieli w d.pie "bo idą święta" to
nie za mało?
Wymusiłam na nim deklarację, że jutro (czyli dziś, w środę 31 marca)
zadzwoni do centrali i się DOWIE. Powiedział, że być może podalam
zły adres w formularzu... Do jasnej cholery! Nawet jeśli, to kontakt
ze mna i nadawcą (telefoniczny, mailowy) jest znakomity i
skorygowanie adresu to są trzy minuty rozmowy telefonicznej,
nieprawdaż? Jeśli nawet to ja popełniłam pomyłkę, to dlaczego
odznacza się opłaconą z góry usługę jako nieaktywną i nie robi nic?
A klient czeka.