Miałyśmy wtedy może 7? może 9? lat. Jechałyśmy na rowerach do lasu. ONA, moja największa przyjaciółka, uparła się, żeby jechać mimo kałuży i błota, ja chciałam wrócić. W sumie stanęło na tym, że pojechałyśmy, ale nie daleko, bo ONA się wywaliła i upaprała. Wtedy po raz pierwszy powiedziała do mnie: czarownica jesteś. ONA była, w odróżnieniu ode mnie, mistyczką i nadwiarkiem. O moich nadprzyrodzonych mocach przekonywało ją np. to, że kierownik kolonii, na której byłyśmy jako 17-latki wychowawczyniami, ostatni drań, zamierzający odesłać dzieci do domu, bo miały wszy (kazał im wystąpić na apelu) i którego miałabym ochotę zabić, spadł ze schodów i połamał sobie ręce. Albo to, że kucharka, która zmuszała "moje" dzieci do jedzenia, a mnie do dania dobrego przykładu bezsilna złość i upokorzenie przed dziećmi, że nie umiałam ich obronić) wylała na siebie wrzątek i poszła na L4. I wtedy, kiedy nakłoniła mnie do praktyk ezoterycznych, mimo mej pogardliwej postawy wobec nich i niedowiarstwa ("gdyby moje dziecko było umierające to bym gówno zjadła"; argument nie do odrzucenia, bo moje było

), a karnak, który jej "ruszył" po m-cu ćwiczeń, mnie zasuwał od razu z mocą helikoptera. Jeszcze dziś widzę jej wzrok i słyszę w nim tę niewypowiedzianą "czarownicę". Razem z mężem, podśmiewaliliśmy się z tych wierzeń ONEJ. Do czasu. Jak całe życie nie kłóciłyśmy się, tak w wieku uznawanym powszechnie za podeszły, coś między nas wstąpiło i przestałyśmy się do siebie odzywać. Na 5 lat. Byłyśmy głupie i pisząc to cholernie mi żal, ale wtedy...No, więc zawzięłam się, że "tym razem, ten jeden raz w życiu, niech ONA wyciągnie pierwsza rękę". I tak się stało. Na dwa dni przed jej śmiercią. Zadzwoniła, żeby się pożegnać. Nikt, nigdy mi jej nie zastąpi i nigdy nie przestanę po niej płakać.
ONA odeszła. Potem, po 30-stu latach małżeństwa, odszedł ex. W stylu barbarzyńskim, niszcząc wszystkich i wszystko po drodze. Wczoraj dowiedziałam się, że ex choruje. Nie przejęłam się zbytnio, bo to nic nowego u niego, szczególnie, gdy jest jakiś obowiązek do spełnienia. W zdumienie natomiast wprawił mnie jego komentarz wypowiedziany do syna, że "to Twoja matka mnie przeklęła". No, fakt dobrze mu nie życzę i kilka nieciekawych proroctw poleciało, ale żeby mnie obwiniać za swoje choroby, to gruba przesada. Jest dorosły i wcale nie żaden mistyk, ale wykalkulowany zimny drań, więc napisałam do NIEJ II, mojej drugiej przyjaciółki z dzieciństwa, żeby sobie z ex-a pożartować. Dziś dostałam maila, w którym, owszem i żartuje, ale także pisze, całkiem poważnie, że gdy niedawno nawiedziła ją powódź, a ja napisałam, że wszystko będzie dobrze, to odzyskała spokój, bo ja nie rzucam słów na wiatr, więc musiałam mieć jakiś znak i, że jeszcze prosi, żebym napisała, czy jej synowi się powiedzie w nowej szkole.
I już nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Wykształceni, dorośli ludzie (ex-były mundurowy, ONA II-sędzia) wierzą, że jestem czarownicą. To się nie może dziać naprawdę