Dodaj do ulubionych

na rozdrożu-długie

16.03.11, 14:00
Witam wszystkich. To mój pierwszy wpis na tym forum. Nie szukam recepty ani rozwiązania mojej sytuacji, ale może ktos z was napisze coś, co spowoduje że rozjaśni mi się w głowie.
Nie rozmawiamy z mężem ze sobą od tygodnia. Po awanturze podczas której padło mnóstwo niepotrzebnych słów, które spowodowały obecne milczenie. Mąż podczas każdej kłótni wypomina mi że mieszkam w jego mieszkaniu (to prawda, jest to mieszkanie które kupił jako kawaler 2 mce przed naszym ślubem – wspólnie urządzane przez cały czas naszego małżeństwa – 13 lat), że jak mi się nie podoba, to mam spadać etc do mamusi, ża gdyby nie dzieci to...itd. itp. (oczywiście nie tak subtelnie, jak tu przytaczam)..wypomina mi też ciągle to że brałam leki na depresję (jesteś wariatką którą trzeba zamknąć, nikt nie uwierzy w twoje słowa bo przecież wariaci nie wiedzą co mówią itd. itp.)
W tej chwili każde z nas wykonuje swoje obowiązki w stosunku do dzieci i milczy, oprócz oczywiście tego co oczywiście musi powiedzieć. Wyraźnie taki stan rzeczy mężowi odpowiada. Przeprosił mnie po awanturze – zawsze to robi, ale mnie się już po prostu ulało. I przeprosin tym razem nie przyjęłam.
Jestem zamężna od 13-stu lat, mam dwoje dzieci – 9 i 3. Wyszłam za mąż z miłości – chyba tak... Zawsze chciałam mieć rodzinę, męża, dzieci. Jak patrzę z perspektywy lat na moje małżeństwo, to dochodzę do wniosku, że nigdy nie miałam z moim mężem zdrowych partnerskich relacji. Nasz (jego) problem polega na tym, że nie potrafi ze mna rozmawiać – przede wszystkim o tym co się między nami dzieje. On uważa, że jest idealny, że właściwie drugiego tak wspaniałego faceta jak on to po prostu nie ma. A ja (wg niego) się go cały czas czepiam – o wszystko. To znaczy – jakakolwiek uwaga z mojej strony po jego adresem, jest odbierana przez niego jako atak – i kłótnia gotowa. Pewnie teraz padnie uwaga – to się nie czepiaj głupia babo, siedź cicho, buzia w kubeł itd. Niestety, życie codzienne zmusza do normalnej konwersacji itd. Dochodzi do takich paradoksów, że gdy córka prosi go żeby srobił jej na śniadanie coś innego niż to co ma akurat na talerzu, on każe jej do mnie dzwonić i potwierdzić czy tak ma rzeczywiście być...
W zeszłym roku chodziłam do psychologa – na terapię rodziną (?). Terapeutka proponowała żeby mąż przychodził ze mną – ale on nigdy nie widział takiej potrzeby – zresztą, rozmawiać z obcą babą o TAKICH sprawach... Ale teraz już mi się po prostu nie chce. Nie chce mi się być żoną człowieka który mnie poniża (pewnie zaraz powiecie: nie bądź taka delikatna, są gorsze rzeczy od wyzwisk – oczywiście – macie rację – w moim małżeństwie nie ma alkoholu, narkotyków, zdrady, problemów finansowych ....ale nie ma też miłości, czułości, wsparcia w trudnych chwilach (jak miałam problem w pracy, to potem kilkakrotnie mi wypomniał że widocznie jestem do niczego), planowania i realizacji celów. I rozmów. O wszystkim – i o nas. On tego nie potrafi.
Nigdzie razem nie wychodzimy – ani nikt do nas nie przychodzi. Nie mamy żadnego życia towarzyskiego. Jedna wielka beznadzieja
Cały czas udajemy przed rodziną jakim to jesteśmy świetnym małżeństwem – mąż jest postrzegany przez otoczenie jako osoba pozytywna – własnie ze względu na brak nałogów, opiekowanie się dziećmi – szczególnie 3-latkiem, który go bardzo kocha. Szkoda tylko że nikt nie widzi, że jak są w domu sami, to mąż mu włącza bajkę na kompie albo w TV, a sam leży na kanapie, albo siedzie przy komputerze. Z córką się w o góle nie bawi – nigdy z nią w nic nie pogra, a jka ma pojechać na spacer, to wielkie halo..
Myślę że go już po prostu nie kocham, (on twierdzi że mnie kocha – ale robi wszystko tak jak by było na odwrót). Zapytacie – dlaczego jesteś z nim już 13 lat i po co ci były dzieci? Cóż, najwyraźniej wcześniej mi pewne rzeczy nie przeszkadzały – a może teraz stałam się bardziej wymagająca?
Po ostatniej kłótni zdecydowałam że wniosę wniosek o separację małżeńskę (rozwód nie jes mi potrzebny – nie zamierzam wchodzić w inny związek) – czy któreś z was ma doświadczenie w tych kwestiach? W internecie są gotowe wnioski – muszę go tylko zmodyfikowac dla swoich potrzeb – myślę tylko o tym, czy sąd mi tego wniosku nie odrzuci – jajko przesłanki są tam wsakazane ustanie więzi emocjonalnych, fizycznych i finansowych – to pierwsze jak najbardziej, ale reszta nie koniecznie. Zdarza nam się sporadyczny seks, a kasę mamy wspólną...jak długo ma trwać taki „ustanie”??
I jeszcze jedno – chciałam we wniosku prosić sąd o orzeczenie o sposobie korzystania z mieszkania – jast to nieszczęsne M3 mojego męża, w którym się obecnie kisimy i jeszcze nasze wspóna kawalerka w której jest jego pracownia plastyczne – jak myślicie, czy sąd kierując się tzw dobrem społecznym mógłby orzec o tym żebym pozostała z dziećmi w tym mieszkaniu np. do osiągnięcia przez nie pełnoletności, a jemu kazał się wyprowadzić do tej kawalerki?


Obserwuj wątek
    • ekscytujacemaleliterki Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 14:09
      Branie leków na depresję nie świadczy o byciu wariatem.

      Doczytałam do końca i doszłam do wniosku, że chcesz zabrać mężowi mieszkanie.
      Nic z tego. Mieszkanie jest jego i należy do jego majątku odrębnego. Ty możesz tam mieszkać z dziecmi ponieważ jesteś jego żoną a na czas ewentualnego rozwodu sąd może rostrzygnąć o sposobie korzystania z mieszkania ale nie ma prawa nikgo pozbawiać jego własności.
      • iwona1355 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 14:14
        Nie chcę zabrać mężowi mieszkania - wiem że ze punktu widzenia prawa to nie mozliwe. W taki razie, żeby nas rozdzielić sąd może tylko nakazac mnie z dzieci przeniesienie sie do kawalerki?
        • ekscytujacemaleliterki Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 14:54
          Nie. Sąd ( jeśli się nie dogadacie bez sądu ) będzie orzekał o sposobie korzystania przez Was z mieszkania w którym mieszkacie.
          • maheda Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 14:57
            Uściślając - sąd może orzec o korzystaniu z tego mieszkania na czas rozwodu, jak napisałaś wcześniej.

            Po rozwodzie mieszkanie jest tylko pana, a mieszkanie w nim obcej pani zależy wyłącznie od dobrej woli ojca ich wspólnych dzieci. Sąd nie może nakazać wyłącznemu właścicielowi mieszkania, żeby ten znosił pobyt w mieszkaniu kogokolwiek, kogo widzenia tam sobie nie życzy.
    • maheda Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 14:17
      Mieszkanie Twojego męża, jeśli jest jego nadal i nie zostałaś jego współwłaścicielką, nie należy do Ciebie.
      Kawalerka - jeśli jest wspólna - to już inna bajka, połowa jej wartości należy do Ciebie.
      Połowa Waszego majątku także należy do Ciebie.

      Ustanie więzi - musi chyba trwać co najmniej pół roku, albo i dłużej.
    • noemi123 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 14:54
      Więc spòjrzmy realnie na sytuację:
      Separacja: da ci to rozdzielczość majàtkowà, sàd może przywalić alimenty tatusiowi na dzieci ALE jaki sens ma separacja jeżeli nadal będziecie razem mieszkać w jednym mieszkaniu i to jego mieszkaniu, separacja da mu jeszcze jeden pretekst do tekstòw w stylu: wypad z mojej chałupy!
      Wyprowadzka: wyprowadzka i separacja, wtedy to ma sens ale jest duże ryzyko, że pan màż poczuje wolność, wiatr w skrzydłach i spodoba mu się kawalerski stan a na ciebie spadnie cała organizacja życia dzieci, szkoła, zajecia pozalekcyjne, tatuś z czasem stanie się gościem coraz rzadszym u dzieci.
      Czy sà przesłanki do orzeczenia separacji przez sàd Ty sama wiesz najlepiej, czy śpicie razem, czy macie wspòlne konto, czy mu gotujesz obiady, pierzesz ciuchy, od kiedy macie swoje oddzielne życie, przyjmuje się, że stan taki trwač musi około pòł roku te wszystkie elementy wpływajà na orzeczenie sàdu ale nadrzędná kwestiã jest dobro małoletnich dzieci.
      • errormix Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:16
        Do autorki - postaram ci się napisać coś z męskiego punktu widzenia, ale wieczorem, bo teraz obiad robię.

        Do mahedy - Stanika nie potrafię założyć, ale żebyś ty widziała, jak ściągam smile
        • maheda Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:19
          errormix napisał:

          > Do mahedy - Stanika nie potrafię założyć, ale żebyś ty widziała, jak ściągam smile

          Nie rozumiem, Error... to ma być haczyk, na który mam się złapać? wink
          Się naucz zakładać, bo to wstyd, żeby facet tego nie umiał!
          Popatrz tutaj:
          www.youtube.com/watch?v=ADE6xnFg1a4
          • errormix Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 17:00
            Przeczytałem dotychczasowe twoje posty (te wyżej i te niżej) i prawdę mówiąc wydaje mi się, że ty sama nie wiesz jeszcze czego tak naprawdę chcesz. I myślisz, że my ciebie tu w jakimś stopniu przekonamy, albo pokażemy kierunek w którym powinnaś pójść. A to tak nie działa.

            Używasz słowa "separacja", ale tak naprawdę nie wiesz co to separacja w praktyce jest. A to nie jest pozbycie się problemu pod tytułem "nie kocham swojego męża". Bo tu właśnie o kochanie chodzi. A nie o obiady czy wspólny budżet.

            Ty piszesz, że nie kochasz, a więc myślisz o separacji. Tymczasem, według mnie, separacja to rodzaj okresu próbnego. Takiej szansy, którą wykorzystywać się powinno na naprawę związku lub też dojście do przekonania, że on już się tylko nadaje na złom.

            A ty przecież nie kochasz? Więc gdzie tu szansa? Co w twoim wypadku daje separacja? Czy za rok, trzy, albo pięć lat ty jesteś gotowa go ponownie pokochać? Czy według ciebie miłość to owe obiady, które dziś robisz, jutro przestaniesz, ale za kilka lat znowu będziesz mogła?

            Pozwy o separację składa się wtedy, gdy nie ma wspólnej kasy, gdy nie ma seksu, ale jest jeszcze uczucie. Choćby jego iskierka. I nadzieja. A czy ty masz nadzieję?

            Kolejna sprawa to ten twój seks. Prawdę powiedziawszy uśmiechnąłem się, czytając, że ty to robisz "raz w miesiącu, dla zdrowotności". Bo przy takim sposobie myślenia to ja już dawno powinienem nie żyć, a znaczna część udzielających się tutaj osób być co najmniej w stanie agonalnym.

            Czy zastanawiałaś się, że gdy będziesz sama, a do tego - jak sama powiedziałaś, nie zamierzasz się z nikim wiązać - to tego seksu nie będzie? Nie będzie wspólnego spania? Wspólnych posiłków.

            A wiesz dlaczego nie będzie?

            Bo ty nie kochasz. To jedyna rzecz jaką głośno powiesz w sądzie na pytanie "Czy kocha pani męża?"

            A czy twój mąż słysząc to będzie nadal chciał się z tobą kochać, jeść, mieszkać, płacić alimenty na dzieci? Wydaje mi się, że nie. Powinnaś najpierw dokładnie zapoznać się z konsekwencjami twoich ewentualnych planów, czy zamierzeń. Powinnaś realnie wyobrazić sobie, co się stanie, gdy z dnia na dzień zostaniesz bez mieszkania, bez męża. Bo teraz jeszcze jest czas na myślenie. Teraz możesz jeszcze się na to przygotować.

            A lepiej zrobić to teraz niż później wskoczyć na głęboką wodę i próbować z niej wyjść raz w miesiącu. Dla zdrowotności.
          • errormix Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 22:11
            maheda napisała:


            > Się naucz zakładać, bo to wstyd, żeby facet tego nie umiał!
            > Popatrz tutaj:

            Obejrzałem. Trzy razy. Ale chyba ci się filmy pomyliły. Tam facet jednym trzaśnięciem krawieckiego centymetra zdejmuje stanik. Muszę koniecznie się tego nauczyć. A przynajmniej odwiedzić jakąś pasmanterię.
            • maheda Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 22:57
              Najpierw jednym trzaśnięciem zdejmuje, a potem jednym trzaśnięciem zakłada!
      • iwona1355 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:21
        niestety, jest tak jak piszesz - mamy wspólne konto, gotuje obiady, piorę ciuchy, spimy w jednym łóżku bo inaczej nie da sie tego zorganizowac, zapierdzielam na zajęcia z dzieckiem, i mam go po kokardę -patrzec na niego nie mogę. I myślę że jest tak równiez z jego strony, cociaż mówi ze kocha. Najgorsze są weekendy kiedy jestesmy razem i musimy sie nawzajem znosic.
        • ekscytujacemaleliterki Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:37
          Skoro masz go po kokardę to zastanów sie jak rozwiązać problem.
          Jego mieszkania nie dostaniesz.
          Masz do dyspozycji kawalerkę, sprzedajcie - weź kredyt i kup swoje.
          Separacja nie sprawi, że mąż zniknie.
        • mozambique Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:41
          patzrec na samca anie mozesz, masz go po kokarde, w łikendy swirujesz w jednym pokoju z nim ale ...paczpani .. seks sie ZDARZA !!!!

          cos dziwnie niekonsekwentna ta twoja konsekwencja
          • iwona1355 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:47
            owszem, zdarza się - np raz w miesiącu - to chyba niezbyt często?
            • mozambique Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 15:54
              kobieto - nie wazne ile razy w w miesiacu , istotne ze dobrowolnie rozkładasz nogi pzred facetem którego ponoc nie cierpisz, gardzisz nim, prawie nienawidizsz, nie mozesz patzrec itp itd i w ogóle cierpisz będąc z nim w jednym pomieszczeniu

              dla mnie to niepojęte

              tez zaczynam myslec ze po prostu masz ochote na jego chałupę
              • iwona1355 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 16:02
                a znasz takie okreslenie: dla zdrowotności? poza tym mozesz myslec co chcesz..
                • maheda Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 16:26
                  Żeby zjeść ciastko i mieć ciastko - trzeba ich mieć więcej, niż jedno.
                  • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:46
                    Chcesz dodatkowo skomplikować sytuację i tak skomplikowaną?tongue_out
                    • maheda Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:29
                      Nie napisałam, że chcę.
                      Napisałam, że to jedyne wyjście, żeby jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko.
                      A już każdy sam określa, czy woli mieć, czy zjeść. Czy jedno i drugie wink
                • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:44
                  Psyche i soma to jedność. Nie wymyślono niczego bardziej rozumnego ponad holizm.
              • sonia_30 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 16:02
                Oj się czepiasz Mozambique ... w trakcie seksu zamyka oczy i jest git ;-P
                • ekscytujacemaleliterki Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 16:15
                  Acha, i można sobie wyobrażac Brata Pita albo innego Leona Dikaprio ;D
                • mozambique Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:19
                  Oj się czepiasz Mozambique ... w trakcie seksu zamyka oczy i jest git ;-P

                  zamyka sie oczy ..a otwiera cuś innego :0

                  poza tym dla zdrowotnosci to ja bym mogla z obcym przystojniakiem z klubu a nie z kims kogo sie brzydze...

                  .. no dobra, czepiam sie smile
    • kowalka33 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 17:48
      Iwono
      Nie będę pisać o zasadności seksu raz w miesiacu, bo to nie o to chodzi. Trafił się ci mąż bez nałogów, nie damski bokser i mówiący że cię kocha-dla wielu ludzi czepiasz się tkzw. porzadnego faceta. Myślę ze problem jest z tobą -to w tobie lezy problem to ty jesteś niezadowolona ze swojego zycia i nikt inny tylko ty nie moze tego zmienić. często jest że zakochane i marzące o domu nie potrafimy stawiać granic. Rezultat jest taki ty masz wszystkiego po kokardę jak napisałaś a bliscy dziwią się -o co babie chodzi...Znajdz sobie kolezankę , hobby, zacznij uprawiać sport (potrafi lepiej działac niż depresanty), zmień dietę i zacznij sie kolorowo ubierać. I zacznij wymagać ale też od siebie . To ty tworzysz dom, to twoja rodzina , nie chce facet wychodzić trudno , wychodż ty, zmus go by zajmował sie swoimi dziecmi, w końcu są jego. Spójrz na to wszystko jego oczami-smutna czepialska baba wiecznie skrzywiona .....Separacja to powazny krok, a rozwód toż to dramat...dobrze ktos napisał że kawalerski stan to pociagajaca sprawa, zwłaszcza że się ma własne m-da się 1000 alimentów i zero stresu, dzieci sie na weekebd wezmie raz na jakiś czas a jak trafi sie miłość to w ogóle zyć nie umierać....nie bądż głupia kobieto!!!
      • buba2002 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 20:15
        Wyrazy szacunku za tę wypowiedź. Zgadzam się z Kowalką - radość życia jest w nas, tylko trzeba ją umieć odnaleźć. Nic nie jest białe lub czarne, są raczej różne odcienie szarości. Iwona powinna odpowiedzieć sobie na jedno pytanie - czego tak naprawdę chce od życia, od bliskich i wreszcie od męża. Wszystkiego mieć nie sposób, powinna więc ustalić priorytety.
        Ciekawe, jak zareagowałby mąż Iwony, gdyby przywitała go w bajecznie kolorowej sukience i z bajecznie kolorowym uśmiechem...
      • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:50
        Taa... Trzymaj faceta ręcyma i nogyma... Nie bądź głupia kobieto... Najważniejsze, żeby byłsmile
    • sinsi Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 22:20
      męża zagoń do normalnych obowiązkow w domu (jak zareagowałaś na jego pomysł z telefonem na temat kanapki?)
      zacznij wychodzić z domu, znajdz towarzystwo innych ludzi, zacznij zapraszac ich do domu.
      obcy ludzie często wychowują domowników bo niektórych zachowań przy gościach nie wypada uskuteczniać.
      Siedzicie sami z dziećmi, sfrustrowani, nie mogący na siebie patrzeć, duszący się w swoim towarzystwie. Nawet jeśli się rozwiedziesz, lub separację przeprowadzisz to sytuacja ci się nie polepszy. jedynie chłop z oczu zniknie a jak przyjdzie, to z taką samąawanturą jak obecnie. a problemów nowych masa przybędzie. i dalej będziesz sfrustrowana i bez znajomych którym się można wypłakać w rękaw albo piwo wesoło wspólnie wypić.
      • teuta1 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 22:59
        Hola, kochani. Autorka napisała o poniżaniu, przypieprzaniu sie, przekręcaniu jej słów, nieadekwatnych reakcjach, nadmiernym kontrolowaniu dziecka (kanapka). Dla mnie to rosnąca przez lata przemoc emocjonalna.
        • sinsi Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 23:11
          Nieodzywanie się do siebie za karę to też forma przemocy. Autorka albo "ogarnie" zdecydowanie dom rodzinny wprowadzając zdrowsze rządy i powiew normalności z zewnątrz, albo zostanie w pozie obrażonej ofiary na równi pochyłej. W związkach jest pełno mękoł, złośliwców, wścieklic, histeryków - pytanie, jak druga strona zareaguje na takie przejawy. Czy związek się dostosuje do ww czy do drugiej, zdrowszej emocjonalnie osoby która opanuje ww zapędy. W myśl naczelnej zasady, że zmienić możemy jedynie swoje zachowanie a nie cudze, bo to pod wpływem naszej zmiany zmieni się otoczenie.
          • sinsi Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 23:19
            a przede wszystkim- przestac przed rodziną udawac idealną parę gdy tak nie jest. mówic bliskim prawde o swojej sytuacji, bo w przypadku rozwodu potrzebne bedzie wsparcie i zrozumienie powodow, ze to nie widzi-mi-sie.
          • teuta1 Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 23:20
            Oby tak było, czego szczerze życzę.
            • sinsi Re: na rozdrożu-długie 16.03.11, 23:39
              Nie wiem jaka jest sytuacja zawodowa autorki,
              prawde mówiąc nie wyobrażam sobie, żeby mnie ktoś słownie wywalał z jego mieszkania. Bo to by się skończyło solidnym trzaśnięciem drzwi i długo by musiał prosić bym chciała wrócić, lub powiedzeniem od razu co myślę i jakich granic nie wolno ruszać. A dzieci... w końcu dobry ojciec się może pozajmować i poczuć pełnoetatowo i samodzielnie jaki to miód, Bo wiele matek znosi upokorzenia tłumacząc "nie mogę zostawić dzieci". A wywalić bety męża z kawalerki i sobie zamieszkać, a on niech bawi dzieci wink Też można. Albo posadzić naprzeciwko siebie i raz spokojnie i powoli powiedzieć czego dłuzej w tym związku się nie zniesie.
              Przypuszczam, że facet od dawna stosuje "umniejszacze" wobec żony, żona najpierw nie zwracała uwagi potem była zbyt słaba i podporządkowana i uwikłana w majątkowo dzieciate sprawy by odkurzyć zapomniany szacunek do siebie. Brak znajomych i gości w domu też dość symptomatyczny. Więc trzeba by zacząc od wzmocnienia siebie- czyli psychologa, swojej stabilności i poczucia siły wewnętrznej, znajomych, bardziej otwartego domu, rodziny świadomej stojącej za plecami. Wtedy zachowania męża albo się zaostrzą (wtedy pora zwiewać) albo ucichną, bo nie znajdą punktu zaczepienia w silnej emocjonalnie autorce.
              Wielu partnerów jest trudnych, ciężkoreformowalnych. Trzeba być od nich mądrzejszymi, zdystansowanymi, by dało się z nimi być.
        • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:52
          I masz rację. Wszelkie normy zostały wypełnione.
    • qbel2 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 00:26
      Aż jestem w szoku, że panie tu tak naskoczyły na autorkę. A ja akurat - jak zwykle przekornie - stanę po jej stronie. A to głównie z jednego powodu. Nikt z nas nie ma takiej wiedzy, żeby uznać: ona winna, albo on winny, albo oboje winni. Ale to autorka jest tą, która chce terapii, a jej mąż nie. Niezależnie więc, czyja wina, to on uniemożliwia naprawę sytuacji.
      • mps61132 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 09:10
        iwona1355 napisała:

        I myślę
        > że jest tak równiez z jego strony, cociaż mówi ze kocha. Najgorsze są weekendy
        > kiedy jestesmy razem i musimy sie nawzajem znosic.

        He he mówi,że KOCHA.Mój też mówi,że kocha a jest tak jak u Ciebie.
        Tak...twierdzi,że kocha, że zależy mu na rodzinie, dzieciach,ze nie wyobraża sobie życia beze mnie i takie tam ble ble a nic nie robi tzn. na terapię nie chce iść chociaż sam proponował, do psychologa...no po co!!!! i rozwodu też NIE.
        Czy tak zachowuje się facet któremu zależy...no proszę!!!!
        Za słowami powinny iść czyny a tego brak.
        • yoma Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 19:31
          > i rozwodu też NIE.
          > Czy tak zachowuje się facet któremu zależy...

          A wiesz, że chyba tak? smile
      • mps61132 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 09:23
        qbel2 napisał:

        > Aż jestem w szoku, że panie tu tak naskoczyły na autorkę. A ja akurat - jak zwy
        > kle przekornie - stanę po jej stronie. A to głównie z jednego powodu. Nikt z na
        > s nie ma takiej wiedzy, żeby uznać: ona winna, albo on winny, albo oboje winni.
        > Ale to autorka jest tą, która chce terapii, a jej mąż nie. Niezależnie więc, c
        > zyja wina, to on uniemożliwia naprawę sytuacji.

        Popieram, tak zyć się nie da, bo co ona by nie zrobiła i nie zaproponowała to i tak jest zaraz odrzucane przez niego i wyśmiewane. On Cię lekceważy.
        Rób swoje, jesli on nie chce żadnej pomocy dla Was to Ty zajmij się sobą i dziećmi zresztą pisałam już wyżej albo niżej o mojej sytuacji a podobna jest do Twojej po części.
        Pozdrawiam
        mps
        >
    • aiwlysji Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:12
      "Mąż podczas każdej kłótni wypomina mi że mieszkam w jego mieszkaniu (to prawda, jest to mieszkanie które kupił jako kawaler 2 mce przed naszym ślubem – wspólnie urządzane przez cały czas naszego małżeństwa – 13 lat), że jak mi się nie podoba, to mam spadać etc do mamusi, ża gdyby nie dzieci to...itd. itp."

      ten cytat nalezy wydrukowac i oprawic w ramke ku przestrodze...
      niestety ale znow przypomina mi sie, "Plac Zbawiciela" Krauzego, w naszym kraju o rozwoju milosci decyduja pieniadze. masz meza i 2 dzieci z nim (wydawaloby sie, ze to jest najsliniejszy lacznik emocjonalny, wszystkie bariery zostaly pokonane), niestety mieszkasz "u meza", zawsze moze cie wyrzucic, odprawic, on jest panem i wladca. ty mozesz grzecznie zapakowac walizke i z dwojka dzieci udac sie na klatke schodowa....oj panowie zaraz poradza coby dzieci zostaly przy ojcu, a moze powinna powiedziec...przy mieszkaniu...

      kobiety wy sie zupelnie nie znacje na prowadzeniu biznesu malzenskiego, pan dobrze wie, ze mieszkanie ma byc tylko i wylacznie jego wlasnoscia, milosc miloscia ale rozliczac sie trzeba. a gdyby tak sprobowac zawrzec rozsadna umowe biznesowo-malzenska, ja rodze 2 dzieci (poswiecam swoj brzuch, zdrowie i czas), ty oddajesz mi pol mieszkania?
      nie moralne???? czy to spoleczenstwo naprawde funkcjonuje na moralnych podstawach?

      przeraszam autorke watku, za odplyniecie w inna strone.
      • errormix Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:27
        aiwlysji napisała:

        > ten cytat nalezy wydrukowac i oprawic w ramke ku przestrodze...

        Nie za bardzo wiem przed czym i kogo ten cytat miałby ostrzegać. Bo to "tylko" jeden z argumentów używanych w kłótniach i sporach małżeństw. Wszyscy wiemy, że człowiek w chwili uniesienia, wyrzuca z siebie w pierwszej kolejności to co mu najbardziej przeszkadza, a jednocześnie ma mu dać przewagę w sporze.

        W jednym przypadku jest więc to mieszkanie ("jak ci się nie podoba to do widzenia" +bo to moje+), w innym brak pracy ("weź się w końcu do uczciwej roboty" +bo ja pracuję i zarabiam więcej od ciebie+), czy oczekiwania ("ty nic nie robisz, niczym się nie interesujesz" +ja mam na głowie dom, dzieci+).

        Wszystkie powyższe przykłady mają pokazać, że "ja" coś mam, coś osiągnąłem, do czegoś dążę, a "ty" nie. I to mi przeszkadza.

        I jeśli trzeba by tu coś drukować, to chyba tylko to, że "W małżeństwie ważniejszy od miłości, jest szacunek. Dla siebie i dla tego drugiego"
        • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:59
          errormix napisał:

          > "W małżeństwie ważniej
          > szy od miłości, jest szacunek. Dla siebie i dla tego drugiego"
          Nie sposób się z Tobą nie zgodzić.
        • aiwlysji Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:20
          errormix napisał:

          > Wszystkie powyższe przykłady mają pokazać, że "ja" coś mam, coś osiągnąłem, do
          > czegoś dążę, a "ty" nie. I to mi przeszkadza.

          moim zdaniem problem polega na zle rozumianym "rownouprawnieniu", ja zarabiam na pol mieszkania, ty zarabiasz na drugie pol, ja na zakupy, ty na oplaty etc. wszystko pieknie...do czasu pojawinia sie dzieci. teraz rownouprwnienie zaczyna szwankowac (ja rodze jedno i zostaje np. rok w domu, ty rodzisz drugie i zostajesz rok w domu)...coz nasze misternie utkane rownouprawnienie lezy w gruzach.
          czyli MUSIMY podzielic sie rolami, z tym, ze pewne role w spoleczenstwie wiaza sie z wiekszym szacunkiem, inne z mniejszym. wychodzi, ze miara czlowieka jest ilosc zarabianych pieniedzy i zakupionych dobr. jesli kobiety chca byc konkurencyjne, w takim spoleczenstwie, powinny zajac sie tylko rozwojem wlasnym i kariera, na dzieci nie ma tu zwyczajnie miejsca, zreszta na starych i schorowanych rowniez.

          dochodze do punktu, silniejszy materialnie dominuje w zwiazku (chyba, ze wyniosl z domu empatie i szacunek dla "slabszego"), dlatego, mimo, ze poczatkowo "wypominanie" bywa niegrozne, z czasem moze prowadzic do powaznych konsekwencji.
          coz idealem byloby, gdybysmy nie postrzegali sie przez pryzmat pieniedzy, przynajmniej w rodzinie...no ale tu juz mowimy o innym rodzaju spoleczenstwa.

          • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:27
            aiwlysji napisała:

            > wychodzi, ze miara czlowieka jest
            > ilosc zarabianych pieniedzy i zakupionych dobr. jesli kobiety chca byc konkuren
            > cyjne, w takim spoleczenstwie, powinny zajac sie tylko rozwojem wlasnym i karie
            > ra, na dzieci nie ma tu zwyczajnie miejsca, zreszta na starych i schorowanych r
            > owniez.
            Jasne, stare i schorowne wręcz należy wymienić na młode, ambiotne i perspektywiczne.

            > cóż idealem byloby, gdybysmy nie postrzegali sie przez pryzmat pieniedzy, przyn
            > ajmniej w rodzinie...no ale tu juz mowimy o innym rodzaju spoleczenstwa.
            Mówimy o osobniczych dewiacjach ludzkich, do praw społecznych mających się nijak. Ale masz rację, przynajmniej bardzo częstosmile))
    • noboru_terao Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 11:40
      Znuszilo ci sie, chcesz rozwalic rodzine, i jeszcze na dodatek chcesz go wywalic z JEGO mieszkania? Typet kobiet nie zna granic, naprawde.
      Co najwyzej mozecie sprzedac kawalerke.
      • joasia75-1 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:15
        Jeśli małżonek nie szanuje osoby,z którą stworzył dom i rodzinę to po co tkwić w tym dalej?
        Bo myślę,że podstawą złego samopoczucia autorki jest brak szacunku w małżeństwie.
        Jeśli On Jej nie szanuje,poniża,ubliża to nie da się z Nim nic zrobić,taki typ jest niereformowalny...A wiem z własnego doświadczenia ,że to będzie narastać...On będzie się czuł coraz pewniej,bo Ona się nie skarży,bo nikt nie wie jaki On bywa gdy nikt nie widzi,bo mieszkają w JEGO mieszkaniu więc On czuje się panem na włościach...
        Ja odeszłam z dwójką dzieci ,z dwoma torbami,nie zabierając nic z JEGO domu.
        Pracuję,mam alimenty,mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu i...mam spokój.Przecudowne uczuciesmile
        • aiwlysji Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:26
          joasia75-1 napisała:

          > Ja odeszłam z dwójką dzieci ,z dwoma torbami,nie zabierając nic z JEGO domu.
          > Pracuję,mam alimenty,mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu i...mam spokój.Przecud
          > owne uczuciesmile

          ok. zatem juz na poczatku, moglas zaciazyc "bez malzenstwa" i bedac na "swoim", caly ten cyrk z wychodzeniem za maz na nic sie zdal. malzenstwo nie zostalo ustanowione przez przypadek ale jako ochrona prawna dla kobiety...tak, tak.
          jesli nie spelnia swoich funkcji to czemu realizowac ten "kontrakt". byc moze bez malzenstwa kobieta szybciej dojdzie do np. swojego mieszkania ( swiadomosc, ze jest sie zdanym tylko i wylacznie na siebie czyni cuda)...do tego maly krok by zapytac czy mezczyzna jest potrzebny w ogole do stalego zwiazku?
        • puzzle33 Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 12:29
          joasia75-1 napisała:

          > Ja odeszłam z dwójką dzieci ,z dwoma torbami,nie zabierając nic z JEGO domu.
          > Pracuję,mam alimenty,mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu i...mam spokój.Przecud
          > owne uczuciesmile
          Kobieta z jajamismile
        • maheda brak szacunku 17.03.11, 12:32
          joasia75-1 napisała:

          > Bo myślę,że podstawą złego samopoczucia autorki jest brak szacunku w małżeństwie.

          Zdecydowanie.

          > Jeśli On Jej nie szanuje,poniża,ubliża to nie da się z Nim nic zrobić,taki typ
          > jest niereformowalny...

          Szacunku do niego też z postów nie widać. Nie ma co zwalać na jedną stronę.
          • mps61132 Re: brak szacunku 17.03.11, 12:56
            A ja ją rozumiem i popieram i życzę żeby znalazła swoją drogę i szczęście w życiu bo każdy na to zasługuje i zrozumie tylko ten kto ma lub miał podobnie.
            W małżeństwie potrzebne jest partnerstwo, rozmowy, zrozumienie i zwyczajnie "bycie" przy tej drugiej osobie w jj smutkach i radościach a tego w jej małżeństwie nie ma i jeżeli panu by zależało to miał na to tyle czasu że by coś z tym robił, ale widocznie mu nie zależy...no cóż do uratowania tego małżeństwa jak do tańca trzeba dwojga a tutaj nie ma ani tańca ani parkietu.
            Trzymaj się autorko.
            • sinsi Re: brak szacunku 17.03.11, 13:03
              a może spojrzysz w tą stronę, że owszem możecie się poklepywac po plecach tkwiąc w patologicznych relacjach i nie umiejąc ich od lat zmienić na lepsze,
              - ale obiektywne spojrzenie i wskazówki da ten, kto w patologię się nie wpakował mimo, że miał ku temu wiele okazji.
              • mps61132 Re: brak szacunku 17.03.11, 13:18
                sinsi napisała:

                > a może spojrzysz w tą stronę, że owszem możecie się poklepywac po plecach tkwi
                > ąc w patologicznych relacjach i nie umiejąc ich od lat zmienić na lepsze,
                > - ale obiektywne spojrzenie i wskazówki da ten, kto w patologię się nie wpakow
                > ał mimo, że miał ku temu wiele okazji.


                Zgadzam się z Tobą w zupełności bo też masz rację,ale jeżeli już się jest w tym błocie to trzeba teraz z niego wyjść. A ona jak sama nie weźmie tego na bary to z nim do ładu i porozumienia już raczej nie dojdzie bo tak mu jest wygodnie nie robić nic w żadną stronę")
        • mps61132 Re: do joasia75-1 17.03.11, 12:51
          Chętnie bym z Tobą porozmawiała bo ujął mnie Twój wpis pozytywnie oczywiście.
          Podaj mi,jeśli możesz,swojego maila.
          • joasia75-1 Re: do mps61132 17.03.11, 13:05
            Pisz na gazetowego jeśli masz ochotę...pozdrawiam
            • mps61132 Re: do mps61132 17.03.11, 13:28
              joasia75-1 napisała:

              > Pisz na gazetowego jeśli masz ochotę...pozdrawiam


              Odbierz pocztę gazetową.
    • estimata Re: na rozdrożu-długie 17.03.11, 18:20
      Twoja historia przypomina mi moją własną, tyle, że jestes w tym punkcie, w którym ja byłam 2 lata temu. Lata uszczypliwych uwag i braku zrozumienia, niechęć do rozmów na temat związku, na zewnątrz małżeństwo doskonałe. Zrobiłam na początek to, co tu niektóre osoby i Tobie doradziły - zaczęłam od siebie, bo myślałam ,ze jestem taka byle jaka taka zmamusiała, neiatrakcyjna, że to przez to traktuje mnie jak robot wielofunkcyjny i gosposię i chłopca do bicia (niedosłownego, tylko emocjonalnego). Znacznie uatrakcyjniłam swój wygląd, zaczęłam spotykac się z ludźmi sama, wychodzić z dziećmi z domu. Efekt? Zamiast radości z powodu posiadania atrakcyjnej, zadowolonej z zycia i siebie żony, w dodatku nadal doskonale spełniającej funkcje robota oraz zarabiającej pieniadze - zaskoczenie i złość dziecka, któremu odebrało się zabawkę. Częstsze i groźniejsze awantury. Intensywniejsze pomiatanie. Konsekwencja - mój sprzeciw. Przeciw takiemu układowi, żądanie terapii, na którą w końcu dla świetego spokoju poszedł, ale wykorzystywał wyłącznie do oczerniania mnie (skoro taka atrakcyjna, to na pewno go zdradzam). Kolejnym etapem było jeszcze bardziej postępujące oddalenie, a kolejnym - kochanka. Bo ona go rozumiała a ja nie. Ale on kocha nadal mnie i dzieci, oczywiście i rozwodu nie chce. Tyle, że już poszło. Przez te dwa lata przeszłam piekło. I zastanawiam sie, czy warto było. Może lepiej było od razu wnieść pozew. Ale starałam się zrobic wszystko, żeby ratować małżeństwo. Jednoczesnie nie ustepowałam z osiągniętych pozycji (sprzeciw przeciw pomiataniu), no i się nie spodobało. A jednak, pomimo wszystko jeszcze teraz zastanawiam się, czy postępowałam właściwie. Robię straszną krzywdę dzieciom, a może i jemu (choć wiarołomny) i może sobie też. Może za mało się starałamn żeby rozmawiać. Może powinnam była spróbować zaciągnąć go do łóżka (bo ja w odróżnieniu od Ciebie z nim nie sypiałam od tego momentu gdy nastąpił krach) - może ty jednak dobrze robisz sypiając z nim w sytuacji gdy jeszcze nie wiesz, jaką podjąć decyzję. Bo wydaje mi się, że nie wiesz. Na pewno jednak powinnaś do znudzenia starać się rozmawiać, choćby kłócić się. Bo ja najbardziej żałuję tego, czego nie dopowiedziałam w tym postepującym oddaleniu. Żałuję, że nie byłam może bardziej elastyczna, choćby w sprawie seksu? Acha. I polecam książkę "toksyczne słowa". Może tam odnajdziesz siebie?
      • mps61132 Re: na rozdrożu-długie 18.03.11, 11:10
        Niczego nie żałujcie,zrobiłyście wiele zeby to "uratować" ale żeby uratować to też muszą chcieć obie strony bo inaczej nic nie ma sensu albo ma sens na krótko.
        Ja żałowałam, obwiniałam siebie że powinnam zrobić tak czy śmak, że coś tam jeszcze i takie ble ble, czułam się okropnie, nic nie warta, nieatrakcyjna mimo że lubię szpilki i fajnie ciuchy.
        Poszłam na terapię do psychologa i wiele zrozumiałam, wiem ze zrobiłam wszystko, może aż za dużo i za długo 4-5 lat starań, ucierpiałam ja i dzieci a to nic nie pomogło bo mój jeszcze mąż nic sobie z tego nie robił tylko jeszcze bardziej szedł w zaparte a mnie mówił że powinnam się leczyć bo jestem głupia i histeryczka.
        Odpuściłam i teraz będę występowała o rozwód, teraz on prosi, pyta, przeprasza ale już jest za późno, już go nie chcę i cieszę się że chodź późno to PRZEJRZAŁAM NA OCZY.
        Pozdrawiam Was
        mps
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka