fionka_ona
28.08.11, 22:12
Dotarło dosłownie pół godziny temu, tak po prostu i znienacka, że cud, na który tak beznadziejnie czekałam, nie nastąpi. To już naprawdę koniec. Mam 36 lat, dziecko i nie mieszkającego już z nami od paru miesięcy męża. To ja przyparłam go do ściany - albo coś robimy z naszym związkiem, albo ma się wyprowadzić. Tydzień później już go nie było. Łudziłam się właściwie aż do dzisiaj, że wróci. Nie wrócił. Najgorsza jest myśl, którą dopuściłam do siebie dopiero dzisiaj - że już nie mam po co czekać. I teraz muszę zacząć sobie z tą myślą radzić.
Dziesiątki nocy przeryczałam. Właściwie przewyłam. Ilekroć przyjeżdżał do dziecka byłam spokojna, opanowana i konkretna , chociaż wiele razy chciałam błagać go żeby został. Łudziłam się, że jego spokój, zero jakichkolwiek emocji w stosunku do mnie, zwykła uprzejmość jak dla pani przy zakupach w spożywczaku, to także maska. Oczekiwanie na mój ruch. Nie mogłam się bardziej pomylić. On nie wył w poduszkę jak ja, ledwo drzwi się za nim zamknęły. Nie rozpaczał. On zwyczajnie wracał do swoich spraw.
Nie wiem, dlaczego akurat dzisiaj to pojęłam, może to ten jego telefon z pytaniem o jaką zabawkę dziecku chodziło, bo akurat jest w sklepie i nie bardzo wie, co miał kupić. Zwykłe pytanie, a ja między wierszami dopatrzyłam się tego, czego tak panicznie zobaczyć dotąd nie chciałam...
Tak naprawdę wiem, że to co się dzieje było/jest nieuniknione, bo nasze małżeństwo umierało od dawna. Największy problem polega na tym, że będąc przy tym pełnoobjawowym przykładem klasycznego uzależnienia od partnera, umieram razem z tym małżeństwem..
Po tym telefonie miałam wybór: walić głową w ścianę, albo napisać tutaj.
Podczytywałam Was od jakiegoś czasu i jednocześnie nie dopuszczałam do siebie, że mogę być jedną z Was. Dzisiaj to poczułam - jestem nią. I jestem w totalnej rozsypce. Funkcjonowałam jakoś pomimo jego wyprowadzki, bo karmiłam się wiarą, że to kwestia czasu i w końcu się dogadamy. Teraz nie umiem sobie nawet wyobrazić co będzie, gdy minie ta noc. Cała się trzęsę.