Dodaj do ulubionych

W końcu dotarło i przygniotło...

28.08.11, 22:12
Dotarło dosłownie pół godziny temu, tak po prostu i znienacka, że cud, na który tak beznadziejnie czekałam, nie nastąpi. To już naprawdę koniec. Mam 36 lat, dziecko i nie mieszkającego już z nami od paru miesięcy męża. To ja przyparłam go do ściany - albo coś robimy z naszym związkiem, albo ma się wyprowadzić. Tydzień później już go nie było. Łudziłam się właściwie aż do dzisiaj, że wróci. Nie wrócił. Najgorsza jest myśl, którą dopuściłam do siebie dopiero dzisiaj - że już nie mam po co czekać. I teraz muszę zacząć sobie z tą myślą radzić.

Dziesiątki nocy przeryczałam. Właściwie przewyłam. Ilekroć przyjeżdżał do dziecka byłam spokojna, opanowana i konkretna , chociaż wiele razy chciałam błagać go żeby został. Łudziłam się, że jego spokój, zero jakichkolwiek emocji w stosunku do mnie, zwykła uprzejmość jak dla pani przy zakupach w spożywczaku, to także maska. Oczekiwanie na mój ruch. Nie mogłam się bardziej pomylić. On nie wył w poduszkę jak ja, ledwo drzwi się za nim zamknęły. Nie rozpaczał. On zwyczajnie wracał do swoich spraw.

Nie wiem, dlaczego akurat dzisiaj to pojęłam, może to ten jego telefon z pytaniem o jaką zabawkę dziecku chodziło, bo akurat jest w sklepie i nie bardzo wie, co miał kupić. Zwykłe pytanie, a ja między wierszami dopatrzyłam się tego, czego tak panicznie zobaczyć dotąd nie chciałam...

Tak naprawdę wiem, że to co się dzieje było/jest nieuniknione, bo nasze małżeństwo umierało od dawna. Największy problem polega na tym, że będąc przy tym pełnoobjawowym przykładem klasycznego uzależnienia od partnera, umieram razem z tym małżeństwem..

Po tym telefonie miałam wybór: walić głową w ścianę, albo napisać tutaj.
Podczytywałam Was od jakiegoś czasu i jednocześnie nie dopuszczałam do siebie, że mogę być jedną z Was. Dzisiaj to poczułam - jestem nią. I jestem w totalnej rozsypce. Funkcjonowałam jakoś pomimo jego wyprowadzki, bo karmiłam się wiarą, że to kwestia czasu i w końcu się dogadamy. Teraz nie umiem sobie nawet wyobrazić co będzie, gdy minie ta noc. Cała się trzęsę.
Obserwuj wątek
    • real.gejsza Re: W końcu dotarło i przygniotło... 28.08.11, 22:38
      Jedyne co mogę Ci poradzić to to byście porozmawiali- tak szczerze, bez masek. Ja tez żyłam w faktycznej separacji praktycznie rok do czasu kiedy kwestie formalne- rozwód się rozpoczął. Tez wierzyłam ze się dogadamy. Czekałam na cud, na szczera rozmowę, która rozjaśni wiele spraw, na jakiś zdrowy kompromis. Druga strona nie potrafiła rozmawiać, nie miała sobie nic do zarzucenia- choć fakty mówiły co innego. Jezeli twój mąż chce rozmawiac, spóbujcie pogadać. JAk jest rodzina, dziecko to warto zrobić wszystko by to ocalić. W najgorszym wypadku dojdziecie do wniosku ze nie ma czego ratowac. Szczerość, tylko szczera rozmowa moze wyjasnic jak między Wami jest.
      • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 28.08.11, 23:30
        Takich rozmów mamy za sobą dziesiątki. On też nie ma i nigdy nie miał sobie nic do zarzucenia. Moja propozycja w czasie ostatniej z takich rozmów to miał być taki przysłowiowy wóz albo przewóz. Zaproponowałam, żeby się wyprowadził, jeżeli nie chce ratować naszego małżeństwa, bo chciałam, żeby w końcu zrozumiał, jak bardzo poważna jest nasza sytuacja. Teraz mam wrażenie, że tylko czekał, aż to zrobię. Ale ja. Sam chyba tchórzył ze względu na dziecko, no bo "co ludzie powiedzą". Nawet jak poinformował mnie, że się wyprowadza zaraz dodał - ale pamiętaj, że jak ktokolwiek zapyta, powiem, że to ty mnie wywaliłaś. Po czym bardzo chętnie i bez zbędnych dyskusji szybko się spakował.

        Za to teraz kwitnie. Ma to, czego mu chyba brakowało najbardziej. Niczym nie skrępowaną wolność. Sam decyduje kiedy i ile czasu chce poświęcić dziecku. Informuje mnie kiedy będzie i nie daj Boże, gdyby ten termin mi nie pasował. Zwykle wpada na ok.3 godziny raz na 1,5-2 tygodnie. Do tego nic od niego nie chcę, 'nie zawracam mu głowy' jak zwykł to ujmować. Znam go na tyle, że jestem pewna, że jak raz tej wolności posmakował, już jej nie odda.

        To mój drugi wpis na forum, nie zdawałam sobie dotąd sprawy, jak trudno jest ująć w paru zdaniach obraz sytuacji, która tworzyła się kilkanaście lat... Do tego te nieszczęsne łzy nie chcą przestać lecieć.

        Wiem na pewno, że żadna rozmowa nie jest już w stanie powstrzymać, ani zawrócić tego, co zaczęło się dziać. Sytuacja jest beznadziejna. Ja zresztą też, bo nie potrafię dojść ładu sama ze sobą. Wiem, jakie miałam z nim życie, a mimo to przyjęłabym go bez zastanowienia, po raz milionowy mając nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Jestem bezsilna i bezradna wobec własnej niedojrzałości, niekonsekwencji i nieumiejętności obiektywnego spojrzenia na własne życie. Szarpię się sama ze sobą. Płaczę za nim sprzed 10 lat...

        Każdemu, kto opowiedziałby mi kilka historii rodem z mojego małżeństwa, radziłabym ucieczkę, bez jednego nawet oglądnięcia się za siebie. A sama nie potrafię zrobić nawet jednego kroku.



        • mayenna Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 09:07
          fionka_ona napisała:


          > Za to teraz kwitnie. Ma to, czego mu chyba brakowało najbardziej. Niczym nie sk
          > rępowaną wolność. Sam decyduje kiedy i ile czasu chce poświęcić dziecku. Inform
          > uje mnie kiedy będzie i nie daj Boże, gdyby ten termin mi nie pasował. Zwykle w
          > pada na ok.3 godziny raz na 1,5-2 tygodnie. Do tego nic od niego nie chcę, 'ni
          > e zawracam mu głowy' jak zwykł to ujmować. Znam go na tyle, że jestem pewna, że
          > jak raz tej wolności posmakował, już jej nie odda.

          Jesli nie ma już szansy na uratowanie małżeństwa to pomysł co dalej. Czego Ty chcesz? On nie złożył pozwu, czy Ty chcesz to zrobić?
          Jeśli uważasz, ze za mało zajmuje się dzieckiem to w pozwie zaproponuj swoje regulacje. Od sierpnia za niestosowanie się do nich można wnioskować o ukaranie grzywną.
          Myślę, ze nie zazdrościsz mu wolności bo Ty też ją masz. Masz też coś bardzo cennego: codzienna obecność dziecka.
          Myśl teraz o sobie, staraj się oderwać od byłego męża, od myślenia o nim. Teraz jest dobry czas na egoizm, na realizację swoich planów i marzeń.


          Po rozwodzie jest jeszcze normalne życie. Inne niż to które znasz, ale wcale nie gorsze.
          >
    • eloach Re: W końcu dotarło i przygniotło... 28.08.11, 23:22
      Zaczęliście grać w grę pozorów. Po co? Żeby sobie coś udowodnić? Żeby o czymś się przekonać?

      >Ilekroć przyjeżdżał do dziecka byłam spokojna, opanowana i konkretna , chociaż wiele razy chciałam błagać go żeby został. Łudziłam się, że jego spokój, zero jakichkolwiek emocji w stosunku do mnie, zwykła uprzejmość jak dla pani przy zakupach w spożywczaku, to także maska.<
      Czy tak trudno było być sobą i pokazać prawdziwe emocje?
      Tak, bo przecież honor i kobieca godność na to Ci nie pozwoliły.
      Przecież to on powinien tęsknić i błagać o powrót. Ty wtedy byłabyś górą i to Ty stawiałabyś warunki.
      Facet miał dość. Widocznie wcześniej zorientował się jaką rolę mu przypisałaś.
      To jest efekt nierozwiązywania konfliktów od razu, kiedy pojawiają się pierwsze oznaki oddalenia.
      Teraz czeka Was rozwód. Życzę powodzenia.
      • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 00:12
        Pokazałam mu swoje emocje. Nie raz i nie dwa. Śmiał mi się wtedy prosto w twarz. Miał przy tym mnóstwo satysfakcji. Nigdy nie czułam się bardziej upokorzona. I wiesz co, to co przypisujesz kobietom - wygrany stawia warunki, było udziałem mojego męża.

        Zawsze był mnie pewny, zbyt pewny. Nawet, jak nazywał mnie zerem, tłumaczyłam sobie, że pewnie go sprowokowałam. Więc po raz pierwszy zacięłam się i postanowiłam zachować tak, jak on za każdym razem.Nie prosiłam o rozmowę, nie płakałam przy nim i nie przepraszałam. Ale też nie udawałam, że jest mi świetnie, nie biegałam przed nim rozszczebiotana z rozwianym włosem. Więc, jeżeli to już kwalifikuje się do gry pozorów, to i tak grałam tylko ja. On niczego nie udawał.
        I tak, powinien tęsknić. Gdyby mnie kochał. Ale okazało się, że nie ma w nim ani tęsknoty do mnie, ani miłości.

        I największy dla mnie problem to teraz się z tym pogodzić, co jest koszmarnie trudne.
        • kategemi Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 16:03
          fionka_ona napisała:

          > Pokazałam mu swoje emocje. Nie raz i nie dwa. Śmiał mi się wtedy prosto w twarz
          > . Miał przy tym mnóstwo satysfakcji. Nigdy nie czułam się bardziej upokorzona.
          > I wiesz co, to co przypisujesz kobietom - wygrany stawia warunki, było udziałem
          > mojego męża.
          >
          > Zawsze był mnie pewny, zbyt pewny. Nawet, jak nazywał mnie zerem, tłumaczyłam
          > sobie, że pewnie go sprowokowałam. Więc po raz pierwszy zacięłam się i postanow
          > iłam zachować tak, jak on za każdym razem.Nie prosiłam o rozmowę, nie płakałam
          > przy nim i nie przepraszałam. Ale też nie udawałam, że jest mi świetnie, nie bi
          > egałam przed nim rozszczebiotana z rozwianym włosem. Więc, jeżeli to już kwalif
          > ikuje się do gry pozorów, to i tak grałam tylko ja. On niczego nie udawał.
          > I tak, powinien tęsknić. Gdyby mnie kochał. Ale okazało się, że nie ma w nim an
          > i tęsknoty do mnie, ani miłości.
          >
          > I największy dla mnie problem to teraz się z tym pogodzić, co jest koszmarnie t
          > rudne.

          Jakbym czytała o sobie sprzed 1,5 roku.
          Tez śmiał mi sie prosto w twarz, gdy go błagałam by został.......
          Przeżywałam to samo, drżałam, płakałam , bałam sie go. .......

          Fionko! Teraz moje słowa wydadzą Ci się banalne, ale zobaczysz , wzejdzie jeszcze słońce nad twom domemsmile
          I tak jak pisał ktoś tutaj, nie mierz siebie miarą jego miłości. Żyj, a bedziesz szczęśliwa. Zobaczysz!
          Trzymaj się!
      • nerobianco Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 09:12
        W życiu tak bywa, że podjęte świadomie decyzje o ślubie mamy nadzieję, że zostały podjęte właściwie na całe życie, szczególnie kobiety tak myślą. Wydaje mi się, że to My dłużej cierpimy i przeżywamy. Też podjęłam decyzję o rozstaniu jest mi z tym dobrze a zarazem czuję smutek, tęsknotę choć wiem, że nie otrzymywałam tego czego chciałam na co zasługiwałam. A prawda jest taka , że to czas daje nam zrozumienie pewnych spraw, podsuwa wnioski z naszych decyzji, popełnionych błędów, które sprawiały, że dwoje ludzi oddalało się, zakladało maski by siebie samych uchronić od zatracenia.( trochę to zagmatwałam ale coś w tym siedzi na rzeczy). Wiem jedno, że jeśli jesteś osobno i zaczyna się tęsknić to coś to oznacza. Jak jest miłość, uczucie w człowieku są emocje nie ma obojętności. Ja podjełam decyzje o odejściu choć tesknię... Tylko czas podpowie nam czy bez tej drugiej osoby potrafimy a raczej chcemy żyć... Jeśli druga strona nie chce to najwyraźniej nie kochała na tyle aby tęsknić do tej pory. Nie można drugiej osoby zmieniać, trzeba być sobą i akceptować w pełni za wady i zalety. Sama żyję nadzieją, że skoro wybrałam to czy mogłam się pomylić???Nie wolno mylić nadzieji z naiwnością. My kobiety mamy intuicję i czujemy kiedy facet odchodzi od nas ... Proste jest jeśli jesteśmy pewni , że tego chcemy i nie przeżywamy.
    • der1974 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 00:48
      Ojej przykro to czytać, ale do rzeczy, bo meritum to podstawa.

      Po pierwsze - nie tylko jedną z Was, ale jednym (człowiekiem) z Was. Męczyzn też to dotyczy. Ja tak sobie cierpiałem nieco jakieś 5 lat temu. Małżonka się puszczała na prawo i lewo smile. Dziś mnie to śmieszy.

      Dzisiaj już jestem w kolejnym małżeństwie. Tak czuję się szczęśliwy i spełniony. W końcu. Więc można.

      Po drugie, skoro facet nie chce być z Tobą, to musisz się z tym pogodzić, choćby nie wiem jak bolało. Tak rozumiem i czuję ten ból. Ale myślę, że warto go przeżyć. Skoro nie chce to nie - łaski bez. Nie warto się prosić o łaskę jakąś durną i błagac o litość. Nie warto nigdy i w żadnym wypadku. Cena jest zbyt wysoka - utracisz samą siebie.

      Po trzecie, facet wygląda na to że jest szczęśiwy bez Ciebie. I pozostaje Ci znowu tylko jedno - pogodzić się z tym. Ewentualnie masz drugą możliwość - pogodzić się z tym.

      Po czwarte, i dotyczy to kobiet i mężczyzn - nigdy przenigdy nie mierz swojej wartości tym czy ktoś Cię kocha czy nie. Twoja wartość jest w Tobie. Samotność może dodać Ci siły do znalezienia tej wartości. Jeśli baba szuka dowartościowania w facecie i odwrotnie to jest katastrofa. To jest największa katastrofa w życiu. Jak jesteś sama to się pokochaj zwyczajnie. To podstawowa kwestia jest.

      Więc odszedł i już. Na to wpływu nie masz. Akceptujesz to i żyjesz dalej. Jakieś 2 lata Ci zajmie pogodzenie się z tym. Da się wytrzymać.
      • nowel1 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 08:38
        > Po czwarte, i dotyczy to kobiet i mężczyzn - nigdy przenigdy nie mierz swojej w
        > artości tym czy ktoś Cię kocha czy nie. Twoja wartość jest w Tobie. Samotność m
        > oże dodać Ci siły do znalezienia tej wartości. Jeśli baba szuka dowartościowani
        > a w facecie i odwrotnie to jest katastrofa. To jest największa katastrofa w życ
        > iu. Jak jesteś sama to się pokochaj zwyczajnie. To podstawowa kwestia jest.

        Podpisuję się obiema rękami.
        I da się dojść do tego punktu; wymaga to ogromnej pracy i często cierpienia, ale da się.
        • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 14:57
          Nie dam rady. Ma przyjść po dziecko za kwadrans, a ja czytam Wasze wpisy i łzy mi lecą ciurkiem. Nie chcę, żeby mnie zobaczył w takim stanie, a nie potrafię przestać płakać. Przed południem widzieliśmy się i ustaliliśmy, a właściwie to on ustalił, że w styczniu będzie miał czas zająć się formalnościami rozwodowymi etc.

          Jestem kłębkiem nerwów, zażyłam jakieś tabletkę uspokajającą i proszę Boga, żeby zadziałała zanim się pojawi. Inaczej nie wiem, jak powstrzymam się, żeby nie paść przed nim i nie błagać, żeby wrócił.

          Wszyscy macie rację w tym co piszecie, wiem, że on mnie nie kocha , że jest mu dobrze, nie widzę w nim grama uczuć do mnie. Jakichkolwiek. Ani miłości, ani nienawiści. Ale jak mam do cholery tę wiedzę unieść...
          • plujeczka Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 15:19
            błagac o powrót takiego beznadziejnego faceta no chyba ty nienormalna jestes na Boga, opamietaj się , daj mu dziecko skoro po nie przyszedł i zatrzasnij za nim mocno drzwi i módl się aby nigdy niep rzestapił progu tego domu, zwykły łajdak i facet bez ambicji i bez honoru.A ty nie czekaj do stycznia tylko biegiem marsz z pozwem rozwodowym do sadu, zaskocz go i niech wie ,że dla Ciebie nic już nie naczy.Skomlec o miłość? powrót ale Ty się ponizasz.Jeszcze troche to pocałujeszgo w zylaki odbytu byle tylko zechcial w twoją stronę spojrzec, zastanó się co robisz\? bedzie pożniej zalowła ,że nie miałas sama la siebie szacunku
            • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 15:31
              Jak zwykle się spóźnia. Tym jedynym razem chwała mu za to. Ogarnęłam się. Zdążyłam. zalałam oczy visinem, zapudrowałam się i czekam. Ze ściśniętym gardłem, ale już bez łez.

              Dzisiaj triumfował. Nie potrafiłam do końca być dzisiaj spokojna. Głos mi drżał. Właściwie cała drżałam i on to widział.

              Dziękuję za wszystkie słowa. teraz kończę, bo własnie parkuje pod blokiem. Napiszę więcej wieczorem. Jak do niego dotrwam.
              • tesknotazabija Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 16:33
                Fionka, trzymaj się dzielnie. Jeśli musisz to płacz, nie zastanawiaj się jak wyglądasz, tylko błagam - nie proś o miłość, nie poniżaj się przed nim. Będziesz tego żałować... Wiem co mówię. Naprawdę.
                Wiem, jak bardzo Ci ciężko. Chyba wszyscy na tym forum to wiemy. Ale popatrz na nas - wciąż tu jesteśmy, piszemy, użalamy się, ale równie często żartujemy. Wszystko jest do przeżycia. Banalne, ale to wszystko kwestia czasu. Poradzisz sobie.
                Dzisiaj myślisz, że kończy Ci się świat a ja mówię Ci, ze to nieprawda.
                Nie mysl teraz o rozwodzie. na to wszystko przyjdzie czas. Papier nie pozbawi Cię bólu, który teraz czujesz.
                Pozdrawiam Cię bardzo ciepło,
                Tęsknota


                • puzzle33 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 16:57
                  tesknotazabija napisała:

                  > Nie mysl teraz o rozwodzie. na to wszystko przyjdzie czas. Papier nie pozbawi C
                  > ię bólu, który teraz czujesz.
                  Ten papier ma swoją wartość: pozwala o zachować poczucie godności osobistej. W/g mnie to bardzo ważne.
                  • errormix Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 17:18
                    Też uważam, że papier ma duże znaczenie.

                    Był taki czas, że tylko on pozwalał mi jako tako przetrwać. Bo za każdym razem, gdy znowu wracały myśli i wątpliwości, czy aby postąpiłem dobrze, czy faktycznie wykorzystałem wszystkie możliwości, by to małżeństwo uratować, gdy po raz kolejny w głowie pojawiało się moje gigantyczne poczucie winy, że może jednak w którymś momencie dałem przysłowiowego ciała - za każdy razem robiłem sobie kawę, brałem ten "papier" i czytałem. Raz, drugi, dziesiąty, setny. Aż do skutku.

                    Bo tam było wszystko dokładnie napisane. Było rozstrzygnięcie sądu, a więc trójki anonimowych ludzi, którymi nie targały takie emocje ja mną czy moją ex, którzy rozpatrzyli sytuację na zimno, którzy ocenili to co robiłem ja i co zrobiła moja ex posiłkując się dowodami, opiniami, zeznaniami. Ich nie zaślepiała miłość, przywiązanie, nienawiść czy uzależnienie.

                    Ci ludzie nie mieli powodu, by mnie treścią owego pisma pocieszać, wisiało im, czy po wyjściu z sali sądowej zacznę skakać z radości czy szukać drzewa z przynajmniej jedną mocną gałęzią, nie aspirowali do miana moich przyjaciół, nie mieli obowiązku poklepać mnie po ramieniu, czy powiedzieć "nie martw się, to nie twoja wina".

                    Dlatego ten papier jest dla mnie jednym z najważniejszych papierów w życiu. I nie raz już się przekonałem, że jest o wiele lepszy niż najlepszy psycholog.
                  • tesknotazabija Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 20:40
                    Na rozwód jest zawsze czas. Wychodzę z założenia, że do sądu aby jak najmniej cierpieć trzeba pójść wtedy, gdy człowiek w miarę dobrze stoi na nogach, kiedy zrozumie, że to naprawdę koniec. Autorka tego wątku raczej w takim stanie dzisiaj nie jest, co mnie nie dziwi.
                    Wierzę w moc tego papieru, ale pośpiech jest złym doradcą, bo można sobie samemu zrobić wielką krzywdę.
                    Na chwilę obecną autorka wątku musi pogodzić się, że to koniec jej małżeństwa. Musi poukładać sobie wszystko od nowa w głowie i zorganizować życie. Uwolnić się emocjonalnie od męża, co nie jest łatwe.
                    • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 22:09
                      Jak tylko zabrał córkę, wsiadłam w samochód i pojechałam do lasu.Siedziałam pod drzewem i wyłam jak zwierzę. Sama zgotowałam sobie ten los. Wtedy, kilka miesięcy wstecz, mogłam odpuścić sobie wszelkie rozmowy, a już na pewno nie wspominać o wyprowadzce. Może nie byłabym tu gdzie jestem teraz.

                      Mąż tak naprawdę rzadko bywał w domu. Wybrał pracę, dzięki której w domu był gościem kilka dni w miesiącu. Odkąd urodziło się dziecko, na wakacje jeżdżę z nią sama. On nigdy nie miał na to czasu. Albo ochoty, sama nie wiem. Każde malowanie ścian musiałam organizować sama. Pytał kiedy to będzie, po czym wyjeżdżał i wracał po tygodniu jak mieszkanie było wymalowane i posprzątane. Z komentarzem, że jak zwykle niczego nie potrafię dobrze załatwić, bo wynajęłam złych fachowców. i za drogich.
                      Raz się zaparłam i postanowiłam go wziąć na przetrzymanie przy palących się jeden po drugim halogenach w łazience, czyli nie wymieniłam ich sama, po spaleniu się ostatniego poszedł się kąpać z lampką nocną z sypialni. Mogłabym tak pisać bez końca.

                      Tracę nie tylko związek. Zaczynam właściwie od zera, bo razem prowadziliśmy firmę, z której jak poinformował mnie dzisiaj, muszę odejść w ciągu paru miesięcy, potrzebnych na przekazanie moich obowiązków komuś innemu. To on ją założył, ja dołączyłam po dwóch latach, więc nie podważam, że biznes należy do niego.

                      Mam punkt wyjścia - mam gdzie mieszkać, bo tak to chce podzielić. On bierze firmę razem z całym jej majątkiem, mnie zostawi mieszkanie. Nawet nie mam siły myśleć o wszystkich poręczeniach kredytowych i leasingowych, których jako żona za każdym razem musiałam udzielić, bo nie mamy rozdzielności majątkowej.

                      Chciałabym się w końcu obudzić. Bo przecież to wszystko nie może być prawdą, to musi być jakiś koszmarny sen, z którego się obudzę i usłyszę 'Kochanie, chcesz kawę?'


                      • plujeczka Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 07:29
                        Kobieto jeszcze dio Ciebie nie dotarło z jakim idiota byłaś?===========ryczlaś w lesie? k........co to za maniery .Posłuchaj sama piszesz ,ze wszystko co zrobiłaś było żle, ze byłas tak naprawde w jego oczach idiotka, nieudacznikiem zyciowym wrecz debilem to pytam Cię po raz ostatni jakie sa powody dla których chcesz z nim być? a jak powie Ci ,że w łóżku byłaś do d.........to dalrj bedziesz skomleć o niby miłość a gdzie twoja godność , szacunek d;a samej siebie.Nie dziwię się ,że faceci nas postrzegają jako idiotki bo same dajemy im argumenty do reki. Ciesz się ,że masz mieszkanie , pracę znajdziesz i spokój osiagniesz.Czytając twój post nie dziwię ,się ,że cie facet zostawił==jestes faktycznie beznadziejna, z rozmazanym makijażem, płaczliwa, skomlaca, biegas od okna do okna, nadsłuchujesz czy skrzypią dzrwi bo aa nuż wróci , łudisz się i idealizujesz faceta , który podobnie jak inni beka po obiedzie, pierdnie w trakcie snu a po seksie odwraca się wdruga stronę.Te słowa napisala kiedyś inna forumowicza , proste ale oddają charakter kazdego związku i tych wyidealizowanych przez Was facetów. Tylko mi nie pisz ,ze tego nie robił, ze nie łubał w nosie, nie czytal gazet przed telewizorem i nie wrzucal do kosza w lazience osranych gaci bio i tak Ci nie uwierzę,.
                        • hanyszka Plujeczka, na litość boską, ogarnij się 30.08.11, 08:32
                          I jeszcze, przy okazji, przed opublikowaniem posta sprawdź interpunkcję i ortografię, bo nie da się tego czytać bez oczopląsu.
                          ----------
                          Vimes wędrował smętnie po zatłoczonych ulicach, czując się jak jedyna marynowana cebulka w sałatce owocowej.
                      • anbale Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 09:13
                        Widzisz, mogłabyś tak pisać bez końca jak beznadziejnym i wciąż nieobecnym towarzyszem życia był twoj mąż...Może się mylę, ale mam wrażenie, że to nie za nim, ale za czymś innym tak rozpaczliwie wyjesz w lesie- może za czasem przeszłym, może z żalu za utraconymi złudzeniami, za tym dotychczasowym gruntem, który w tej chwili ucieka ci spod nóg...On jest tylko elementem tej układanki, która w tej chwili się sypie- z tego co piszesz wynika, że jakieś pozytywne relacje z nim umarły już dawno...
                        Teraz jesteś "w żałobie" więc trudno ci pisać "weź się w garść"- ale pamiętaj, że natura nie znosi próżni, i czasem los zmiata nam cały nasz dotychczasowy świat, żeby mogło się pojawić coś innego, może lepszego.
    • dorata351 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 17:45
      Do mnie dotarło kiedy koleżanka z zimna krwia powiedziała mi: przestać rozpaczać, od roku do cholery nie masz męża. Zrozumiałam, wyłam, nie jadłam , nie spałam, ale dzisiaj jestem jej za to wdzięczna. Mineło dwa lata od rozwodu, poznałam kogoś , może jest we mnie jeszcze dużo nieufności i fajerwerków brak, ale żyję, i to całkiem nieźle. Pewnie , że inaczej sobie wymarzyłam, ale cóz, nie zawsze jest tak jak się chce. Dasz radę, tylko musi minąć trochę czasu. U mnie żal i smutek czasem się jeszcze pojawia, ale wole to niż żebranie o odrobinę uczucia. Dziś żałuję tylko, że nie rozwiodłam się wcześniej, ze tak mocno próbowałam go nawrócić. A z drugiej strony cieszę się, że udało mi się zachować resztki honoru. Pozdrawiam. Trzymaj się i pisz to pomaga, porozmawiaj z kimś bliskim, to też pozwala chociaz na chwilę oczyścić miliony ponurych myśli, które teraz pewnie masz w głowie.
    • zjm1111 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 21:41
      To wszystko przejdzie. Czas leczy rany.
      Popłaczesz jeszcze troszkę, a potem to już będzie takie normalne, ze go nie ma...
      Nie powiem Ci ile będzie to trwało, ale minie...MUSI!!!!!!!
      Ja od marca mieszkam sama, tydzien temu był rozwód.
      Raz jest lepiej raz gorzej, ale w sumie częściej się uśmiecham niż płaczę....
      Staram sie nie patrzeć wstecz, ani zbyt bardzo w przyszłość (mam wizję siebie jako starej zgorzkniałęj baby na tarasie z kotamismile, wiec wole sobie oszczędzić dalszego ciągu tych przemyśleń). Ciesz się tym co maszsmile
      • errormix Re: W końcu dotarło i przygniotło... 29.08.11, 21:50
        zjm1111 napisała:

        >mam wizję siebie jako starej zgorzkniałęj baby na tarasie z kotamismile


        A nie mówiłem, że koty to znak rozpoznawczy rozwódek? Mówiłem.
    • kowalka33 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 07:47
      Wiesz co nie wiem ile lat ma córka, nie wiem jak mozecie sie nie widywac mając wspólną firmę ale wiem jedno ja w twojej sytuacji zawiozłabym córkę do ojca i pojechała na urlop. Wydaje mi się że twój m nie jest zwiazany z dzieckiem i gdzieś jest to wasza wina że nie potrafiliście tego ogarnąć . co to jest ze przyjeżdza raz na 2 tygodnie , to nie jest wychowywanie dziecka. Nie wiem moze zwróc sie do tesciów czy przyjaciół o pomoc by trochę m potrząsneli...Od gadania że po nowym roku sie weznnie za rozwód mozna sobie w komin wsadzać, nie jest to takie proste i podobno potwornie stresujące dla facetów podobno bardziej. Może tak gada , miota się ....
    • hanyszka Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 08:45
      Fionko,
      pamiętam jak 1,5 roku temu odchodził moj mąż. Naprawdę wtedy chciałam umrzeć. No, nie tak od razu, bo miałam 6-letnie dziecko. Trochę później, tak - myślałam sobie - koło 50-tki, kiedy Młody będzie już pełnoletni, może zachoruję na raka i umrę. Więc jeszcze tylko jakieś kilkanaście lat, przeczołgam się przez nie, przewegetuję i wkońcu wyzionę ducha.
      Poważnie.
      Dziś nie wiem, czy bardziej mnie ten stan przeraża, czy śmieszy. Jedno tylko mogę powiedzieć - rozumiem wszystkich, co umierają, wyją (niech bedzie nawet i w lesie) i nie wyobrażają sobie chocby jednej godziny bez drugej osoby, a co dopiero mówić o całym życiu. Więc naprawdę, naprawdę, wiem, co czujesz.
      Tylko, że widzisz, z tego co piszesz, to i tak właściwie miałaś męża tylko formalnie - osobne wakacje tylko z dzieckiem, brak jakiegokolwiek uczestnictwa w życiu domowym. Nie obwiniaj się, że kazałas mu się wyprowadzić - brakiem walki o Was udowodnił, że Cię nie kocha. Wiesz, na czym stoisz, a mogłaś przecież stracić jeszcze wiele lat, czekając na cud, który się nie wydarzy.
      Ściskam, dasz radę, jak wszyscy tutaj.
      ----------
      Vimes wędrował smętnie po zatłoczonych ulicach, czując się jak jedyna marynowana cebulka w sałatce owocowej.
    • katja75live Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 09:33
      Mysle, ze po pierwsze nie mozesz obwiniac siebie. To on wypisal sie z Waszego malozenstwa juz baardzo, baardzo dawno temu. Nie moglas nic na to poradzic i raczej powinnas byc dumna z siebie, ze zachowalac tak duzo godnosci osobistej i sama pokazalas mu drzwi,.
      Pisze to dlatego, ze moja sytuacja byla bardzo analogiczna, maz byl w domu gosciem, kazde wakacje z nami to byla dla niego meka panska itp. Ja latami zastanawialam sie jak mu dogodzic, jakie wakacje wybrac, aby wkoncu byl zadowolony, ale wszystko na nic. Po 5 latach jak w klasycznej opowiesci dowiedzialam, ze przez caly ten czas przyprawial mi rogi ( z roznymi kobietami). I paradoksalnie przynioslo mi to duza ulge, bo wiem, ze nie moglam nic zrobic bo zawsze byl ktos 'trzeci''.
      Taki brak zainteresowania domem, dzieckiem, Toba, brak checi porozumienia to dla mnie po moich doswiadczeniach juz by byl sygnal, ze jest ktos inny. A z iina 'kobieta'' na boku nie masz szans wygrac wiec to i tak by sie skonczylo, jak sie skonczylo.
      Powodzenia zycze, bo jak dla mnie jestes silna i dzielna kobieta bo pierwsza zdecydowalas sie na rozstanie, ja niestety nie mialam tyle odwagi i To mnie ostatecznie pokazano drzwi.
      • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 15:14
        Dziękuję za wszystkie wpisy. Do tej pory podczytując forum, próbowałam wyciągnąć coś dla siebie, ale to nawet nie ma porównania z tym, jak się czyta posty skierowane wprost do mnie. Nie doceniałam zbawczej siły tego forum, dopóki nie zaczęłam pisać.

        Każdy post czytałam chyba ze sto razy. Powinnam sobie wszystko wydrukować i czytać za każdym razem, kiedy dopadają mnie moje zmory - płacz, trzęsące się ręce i najgrosze, z czym nie mogę sobie poradzić - uczucie panicznego strachu.

        Moja mama, która jak dotąd była niemym świadkiem i poniekąd obserwatorem naszego związku (przychodzi zajmować się dzieckiem w czasie mojej pracy), zaczyna mówić.
        Że mogłam go nie wyrzucać, że byłam złą żoną, bo nie robiłam mu kanapek na drugie śniadanie, że wiedziałam, że domatorem to on nie jest, więc mogłam siedzieć cicho i robić swoje. A teraz nawet pracy mieć nie będę i oczywiście jej nie znajdę. 'Miałaś wszystko, pieniądze, męża, zostajesz z niczym.' 'Największą krzywdę zrobiłaś dziecku, nie pomyślałaś o tym?'

        To wszystko usłyszałam dzisiaj rano w przeciągu zaledwie kwadransa. A najgorsza jest myśl, która tłucze mi się po głowie - co, jeśli ma rację?!
        • dorata351 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 15:24
          AAA tam. Jeszcze pewnie wiele usłyszysz. Sama wiesz jaka jest prawda. Ja w pewnym momencie byłam skłonna przymknąć oko na dwie jednocześnie przyjaciółki mojego ex, byleby tylko był. Dobrze, ze omamiło mnie tak tylko przez chwilę. dasz radę, tylko daj sobie czas. Na razie skup się na tym żeby przetrwać kolejny dzień. Zajmij się codziennym drobnymi sprawami. Jedyne co mnie trzymało przy zyciu w tamtym czasie to myśl, że kiedyś wreszcie ten koszmar się skończy.
          • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 15:35
            Ja niestety takiej myśli nie mam. Mam wrażenie, jakbym wszystko co dobre miała już za sobą.

            Nie mam dowodów, czy jest ktoś inny, bo nigdy ich nie szukałam. Nie grzebałam w komórce, w kieszeniach etc. Być może ze strachu, że z wiedzą, którą bym posiadła musiałabym coś zrobić. A tak, mogłam sobie wmawiać, że te wszystkie smsy, które często dostawał w nocy, zanim się wyprowadził, były powiadomieniem o służbowych mailach czy czymkolwiek innym...





        • anbale Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 15:56
          Eh, to pokolenie naszych matek...Przestraszone, zarażające lękiem i poczuciem winy; często nie mieści im się w głowie, że kobieta mogłaby wziąc życie w swoje ręce; utrata chłopa to koniec, katastrofa, śmierć za życia...Tez musiałam wysłuchać litanii swego czasu od matki w podobnym tonie; podejrzewam, że gdybym wtedy była w tak kiepskim stanie jak Ty teraz- być może też dałabym się wkręcić w rozdzieranie szat i rwanie włosów z głowy...
          Jasne, mozna wzorem babek i matek wziąć "swój krzyż" i go z mozołem nieść, co na ogół jest taką szlachetną wymówką ukrywającą lęk przed powaznymi zmianami swojego zycia, przed wzięciem na siebie odpowiedzialności za jego kształt i jakość- jednak w dluzszej perspektywie płaci się często wysoką cenę za taki wybór: poczucie zmarnowanego życia.
          • evi85 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 17:27
            fionka zajrzyj tutaj

            www.kryzys.org/
          • argentusa Re: W końcu dotarło i przygniotło... 26.09.11, 11:55
            Otóż to!
            Przeciez to NIEMOŻŁIWE żeby kobieta nie miała portek w domu i była szczęsliwa! -
            jak ja słysząłam to od rodziców to mnie pusty śmiech ogarniał./ Co wiecej oni do tej pory nie moga uwierzyć (ich sprawa) że mi jest taaaak dobrze.
            Zatem Fiolnka!!!!!
            do dzieła.
            Tak czytam sobie Twoje posty i wyłazi mi depresja albo co najmniej jakies depresyjne zaburzenie - dystymia albo coś koło tego. Ja bym poszła do psychiatry, po leki i potem zaczęła racjonalnie planować. I mamusi wprost powiedziała że NIE CHCĘ takich tekstów bo one nie pomagaja. Jak mamusia nie rozumie, to wychodziłabym z pokoju, konsekwentnie aż by dotarło. No, ale ja bym się nie przejmowała ,że mamusia się obrazi...
            A poza tym, jakie to tera ma znaczenie co powiedziałas. Teraz masz inny kłopot: jakzyć wobec tej teraxniejszości, która jest.
            Powodzenia i siły!
            Ar.
        • katja75live Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 18:01
          Fionka,
          Twoja mama sie myli i to bardzo. Nie ma takiej rzeczy, ktora moglabys zrobic, lub nie zrobic, aby utrzymac meza przy sobie. Kiedys ktos na sasiednim foru otworzyl mnie oczy i teraz ja mam ta "nieprzyjemnosc" otworzyc je Tobie. Twoj jeszcze maz raczej na pewno ma kogos, a z taka konkurencja nie wygrasz, ani sniadaniami, ani nawet koronkowa bielizna, bo on juz nie jest zainteresowany. Ja tez nigdy nie szukalam, bo wierzylam, nigdy tez nie spotkalam nic podejrzanego-zadnych telefonow w nocy, ani nawet smsow. Ale gdy stracilam zaufanie, dowody same mi wlazly w rece. Gdyby nie to, to do dzis bym sie obwiniala o wszystko. Pamietam jeszcze jedno zdanie chyba Errora, ze faceci nigdy nie odchodza w proznie, bo sa za wygodni i cos w tym jest. Jemu to bylo bardzo na reke, ze go wyrzucilas, w koncu pracowal na to bardzo ciezko i dopiol swego. Odchodzi, ale bez wyrzutow sumienia, bo przeciez sama go wyrzucilas. Jakbys tego nie zrobila (ta jak jniestety ja) to wkoncu i tak by odszedl, ale zmarnowal Ci kolejne latasad
          • wendd Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 18:26
            No niestety kobiety też nie są takie szlachetne i kryształowe i większość odchodzi w momencie kiedy ma już jakiegoś pewniaka na boku. Pomijam oczywiście sytuacje przemocy w rodzinie.
            To raczej nie kwestia płci tylko po prostu siły charakteru człowieka.
        • niutka Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 20:43
          Mnie to "szczeka opadla" na slowa Twojej mamy... Moja mam zawsze mnie wspierala (nawet gdy w/g niej nie powinnam wychodzic za maz za juz ex). Tym bardziej mnie wspierala jak mnie zdradzil... bala sie o mnie, jak chcial wrocic ale jak go przyjelam z powrotem, to zaakceptowala to. Gdy juz potem nie wytrzymalam jego zachowania i zauroczenia w kolejnej kobiecie i wnioslam pozew o rozwod, tez mnie wspierala (mimo ze odeszlam z NICZYM z 15-letniego malzenstwa, na szczescie z dziecmi).
          • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 22:14
            Czytam Wasze wpisy i pomału dociera do mnie coś jeszcze. Mąż nigdy nie obdarzył mnie taką empatią i wsparciem, jak Wy w ciągu ostatnich kilku dni. Mało tego, wbił mi do głowy, że jeżeli chcę coś od niego dostać muszę zaofiarować coś w zamian. Nie ma nic za darmo.

            Dlatego nie mieści mi się w głowie, że pochłaniam Wasz czas, a nikt nie domaga się rewanżu. Jak to możliwe? Nikt nie pisze o rozczarowaniu mną i marnowaniu własnego czasu, bo i tak do niczego się nie nadaję. Bo inaczej stałabym już prosto, pozbierana i ogarnięta, bo przecież napisaliście raz więc powinno wystarczyć. Że powinnam się wstydzić, bo ileż razy można mi powtarzać oczywistości!

            Nikt z Was nie potraktował mnie tak, jak zawsze traktował mnie mój mąż.
            Tym samym zrobiłam mały krok naprzód, bo daliście mi nadzieję, że na świecie są fajni ludzie. Co prawda jeden z miliona, które są jeszcze przede mną, ale przynajmniej ruszyłam z miejsca. I przestałam płakać. Nie wiem, może zwyczajnie wypłakałam wszystko co mogłam.




            • dorata351 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 31.08.11, 07:53
              Gdybyś po tym wszystkim przeszła bez problemów, żalu itd do codzienności to byś była dziwna. To, ze się cierpi w takiej sytuacji to chyba jak najbardziej normalne i ludzkie. Dasz radę.
            • laura_fairlie Re: W końcu dotarło i przygniotło... 31.08.11, 09:49
              "Nawet najdłuższa podróż zaczyna się zawsze od pierwszego kroku."
        • noname2002 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 31.08.11, 08:04
          "Moja mama, która jak dotąd była niemym świadkiem i poniekąd obserwatorem naszeg
          > o związku (przychodzi zajmować się dzieckiem w czasie mojej pracy), zaczyna mów
          > ić.
          > Że mogłam go nie wyrzucać, że byłam złą żoną, bo nie robiłam mu kanapek na dru
          > gie śniadanie, że wiedziałam, że domatorem to on nie jest, więc mogłam siedzie
          > ć cicho i robić swoje. A teraz nawet pracy mieć nie będę i oczywiście jej nie z
          > najdę. 'Miałaś wszystko, pieniądze, męża, zostajesz z niczym.' 'Największą krzy
          > wdę zrobiłaś dziecku, nie pomyślałaś o tym?"
          Podejrzewam, że boi się, że będziesz chciała od niej pomocy. Przykre strasznie jak w takiej chwili najbliżsi jeszcze "dokopują", też tak miałam.
        • plujeczka Re: W końcu dotarło i przygniotło... 31.08.11, 08:21
          twoja mma niech się puknie w pusta jak tykwa głowę , niech się zajmue tylko dzieckiem i bzdur nie opowiada.i co jeszcze miałabyc robić aby się meżowi przypodobać a może to mama powonna dawac mu d..........bo to by go zadowoliło, o za głupoty wygaduje matka i to ma być wsparcie dla Ciebie? nastepna z szeregów "moherowych beretów", która twiedzi pewnie jak bije to kocha lub "lepsze byle jakie portki w domu niż żadne" Ech , trafia mie szlag jak to czytam, nie daj się wpędzić w poczucie winy, mamie nie pozwalaj wtrącać się w nie swoje sprawy i raczej sugeruję aby nie wyrażała swoich idiotycznych opinii zatem niech odzywa rzadko ale mądrze .Matka powinna wspierać swoje dziecko wszak zna Ciebie najlepiej na świecie a nie powinna dokopywac swoimi idiotycznymi tekstami
          • argentusa Re: W końcu dotarło i przygniotło... 26.09.11, 11:58
            Plujeczko, ta tykwa mnie rozbawiął do łęz smileszczęsliwości,Dziękuję smile
            Fionko!
            jeszcze raz powodzenia.
            Ar.
    • timetotime Re: W końcu dotarło i przygniotło... 30.08.11, 18:02
      Nie wiem czy ktoś już Ci to radził, pewnie tak...
      Myślałaś o pomocy psychologa, psychiatry?
      Skąd jesteś?
      • azmb Re: W końcu dotarło i przygniotło... 31.08.11, 00:42
        Fionka, brawo! Teraz będzie następny krok, ten w dobrym kierunku... idź i nie bój sięsmile
    • milajoo Re: W końcu dotarło i przygniotło... 31.08.11, 15:02
      Czytam i kibicuję.
      Pozdrawiam, M
    • jedenon Czas wstać 02.09.11, 14:26
      Witaj
      musisz pamiętać o jednej najważniejszej sprawie.
      Największą wartość dla Ciebie ... powinnaś mieć Ty sama i ewentualnie dziecko . Reszta to dodatki.
      Ty dla siebie musisz być najważniejsza bo bez siebie nie byłabyś sobą. (skomplikowane pewnie wink) )
      Twój poukładany świat się zawalił coś na czym się opierałaś runęło ale Ty nadal istniejesz i nadal masz szansę , zaczynasz nowe życie którego znów jesteś podstawą. Najpierw musisz zacząć chcieć żyć. Prawda jest taka że to nie przez to że powiedziałaś mężowi żeby się wyprowadził On to zrobił. To nie przez to On Ciebie nie kochał z jakiego powodu? co się stało? być może kiedyś o to go zapytasz ale nie teraz. Twój związek już od bardzo dawna nie miał sensu (niestety jestem w podobnej sytuacji i cały czas zastanawiam się co zrobić nie chcę nikogo skrzywdzić ale miłości już dawno nie ma mimo że się starałem w przeciwieństwie do Twojego (byłego) męża (ale nie o mnie tutaj chodzi) .
      Jedno jest pewne Jesteś najważniejsza , dasz radę a co przyniesie czas? zobaczysz.
      Początki są trudne i bolesne ale później jest lepiej coraz lepiej . Zobaczysz że staniesz na własnych nogach i będziesz silniejsza niż kiedykolwiek dlaczego? bo będziesz polegała na sobie. Wiesz faktycznie można rozpaczać jeśli facet byłby super ale z Twojego opisu wynika że do super duużo mu brakowało , sama musiałaś sobie ze wszystkim radzić więc jestem pewien że dasz radę. Weź się za siebie pomyśl o sobie zacznij działać jeszcze dla Ciebie uśmiechnie się słońce. Jestem tego pewien.
      • fionka_ona Re: Czas wstać 02.09.11, 17:42
        Minęły dwa dni. Oswajam się z myślą o tym, co nieuniknione, nie zalewam się już łzami. Robię co w mojej mocy, żeby jakoś żyć. Na razie jeszcze nie dla siebie, póki co w pionie trzyma mnie 4-letnia córka. I pewnie jeszcze jakiś czas tak będzie.

        Czytam w kółko Wasze wpisy. I ciągle myślę. Chyba pierwszy raz w życiu nie roztrząsam tego, co się stało i działo w moim małżeństwie, tylko zastanawiam się nad tym, co będzie dalej ze mną. Dochodzę do wniosku, że jest mi to zupełnie obojętne.


        • jedenon Re: Czas wstać 03.09.11, 00:18
          ale nam nie jest obojętne co będzie z Tobą.
          Masz żyć dla siebie masz żyć dla córki. To że zakończył się pewien etap w Twoim życiu (fakt że porażką) nie oznacza że zakończyło się Twoje życie. Wiesz rozmawiałem z kilkoma rozwiedzionymi kobietami i każda z nich ... jest szczęśliwa choć początki były ciężkie . Musisz przetrwać ciężkie chwile musisz wdrapać się na górę rozpaczy żeby dostrzec to że to Ty Jesteś najważniejsza że przed Tobą jest jeszcze dużo dobrego. Tak jak pisałem gdyby w Twoim małżeństwie wszystko było oki rozumiem że Mogłabyś mieć problemy żeby się po czymś takim podnieść ale jak pisałaś Twojemu związkowi daleko było do ideału. I tak dawałaś radę ze wszystkim tym bardziej dasz sobie radę bez zbędnego balastu. Zobaczysz będzie dobrze. Kiedy przejdzie smutek zacznij się uśmiechać zacznij dbać o siebie i myśleć o sobie częściej (oczywiście nie zapominając o córce). Dasz radę smile
    • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 04.09.11, 12:11
      Czytam Was od jakiegoś czasu...kiedy przeczytałam Twój wątek Fionka to w końcu postanowiłam napisać. Jestem w bardzo podobnej sytuacji, tylko mąż jeszcze się nie wyprowadził - ma to zrobić na dniach. Też rozpaczałam tak jak Ty, może jeszcze będę wyć (po jego wyprowadzce), oczy jak piłeczki pingpongowe (raz musiałam zadzwonić do pracy, że jestem "chora"- apogeum: oczy wielkości piłeczek tenisowychwink
      Ten stan, kiedy nie chcesz, by odszedł ktoś, kto tak naprawdę Cie rani nazywa się toksyczną miłością (gorąco polecam stronę kobieceserca.pl). Trudno jest się z niej wyzwolić. Ja się przyznaję - jestem uzależniona.Ale próbuję z tym walczyć - a może lepiej zmierzyć z problemem, bo walka oznacza szarpaninę, a ja mam dość szarpania się ze sobą. bo jestem jedyną osobą, która może mi pomóc.
      W podniesieniu się bardzo pomogło mi, kiedy uświadomiłam sobie, że moje dziecko patrzy na moją rozpacz i to na niego działa. Wzięłam się w garść i choć nadal odczuwam wielki ból to przy synku jestem oazą spokoju. wiem, ze będę jeszcze cierpieć i pozwalam sobie na myślenie o tym. Nie uciekam. po prostu wiem, że muszę przez to przejść (to jak z żałobą. Coś ważnego umarło w Twoim życiu...trzeba to opłakać).
      chwyciłam się zdania, które bardzo często pojawia się na forum : po burzy zawsze wychodzi słońce. czyli...czas robi swoje. I ta prawda podtrzymuje mnie na duchusmile
      Po drugie, od totalnej rozpaczy uwolniła mnie myśl - nie wszystko zależy ode mnie. nie mam wpływu na to jak zachowa się mój mąż, ale mam wpływ na to, co dzieje się ze mną - i mam zamiar z tego skorzystaćsmile
      nie pozwól swojemu mężowi, żeby to on dyktował warunki, żeby było tak jak on chce. masz swoje zdanie i masz prawo je wypowiadać. Myśl o sobie, bo nikt inny nie zrobi tego za Ciebie. Bądź dla siebie najlepszą przyjaciółką!smile
      Zawsze sie możesz wspomóc lekami na uspokojenie, jakby bardzo przycisnęłosmile
      Aha! I nie wstydź się swoich emocji przed mężem. masz do nich prawo. nie musisz udawać twardzielki. pozwól sobie na bycie sobą, a że on sie z tego śmieje?...tym gorzej o nim świadczy. Pomyśl, czy chcesz być z kimś takim?
      Pamiętaj - nie masz wpływu na to, co on robi ( to bardzo wyzwalająca myśl), ale masz wpływ na samą siebie. Skorzystaj z tej sposobności. to jedyna droga.
      Jakże mądre są nasze przysłowiasmile- "umiesz liczyć? Licz na siebie." O mądrości niewysłowiona!
      to chyba tyle w wielkim skrócie. też się cały czas zmagam ze sobą, wiec trzymajcie za mnie kciuki, tak jak ja trzymam za Was i za Ciebie Fionka. Wszystko będzie dobrze, bo... nie ma innego wyjściasmile

      • to.ja.kas Re: W końcu dotarło i przygniotło... 04.09.11, 14:28
        Jestem dumna z Ciebie...to fakt smile Witaj smile
      • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 04.09.11, 23:38
        Dziękuję Ci, że napisałaś. Spłakałam się, ale było warto, bo piszesz bardzo mądrze... Też czytałam o toksycznej miłości i też jestem pełnoobjawowym przykładem uzależnienia od mojego męża. Nie wiem, jak wyglądało Twoje małżeństwo i co było bezpośrednią przyczyną tego, o czym piszesz teraz, ale chłonę Twoje słowa jak gąbka, bo mam wrażenie, że jesteś na dobrej drodze, żeby sobie z tym problemem poradzić. Trzymam kciuki.

        I też na szczęście w odpowiednim momencie uprzytomniłam sobie, że nie mogę zgotować córce koszmaru podobnego do tego, który jest moim udziałem.
        I dlatego moje dziecko nie widziało moich łez. Robiłam co mogłam, żeby nie płakać przy niej. Pomagałam sobie w tym postanowieniu czym się dało - a dało się tylko tabletkami uspokajającymi. Udało się do teraz, choć nie zarzekam się, jak będzie dalej.

        To forum stało się jedynym miejscem, gdzie moje emocje mogą ze mnie ujść. Przy mamie nie mogę okazać słabości, bo zrobiłam to raz i usłyszałam, że mam natychmiast przestać, bo przecież całą tę sytuację mam na własne życzenie. Poza nią o wszystkim wie tylko moja dobra koleżanka, która mimo, że bardzo się stara, chyba nie bardzo wie jak się zachować. W sumie skąd ma wiedzieć, jest szczęśliwą żoną. Ciągle przekonuje mnie, że to jeszcze nie koniec, że on wróci, czym dobija mnie jeszcze bardziej, bo ja już w to nie wierzę.

        W oczach całej reszty mojego świata nadal jestem żoną mojego męża. Co prawda ciągle nieobecnego, ale jednak męża. A jak to widzi i co na ten temat wie jego świat, nie mam pojęcia.

        Hm, jak napisałam 'ciągle nieobecny' to uzmysłowiłam sobie, że dotyczyło to także naszej rocznicy ślubu i dnia urodzin moich, córki i nawet jego. Choinkę ubierałyśmy same (choć wtedy akurat był w domu to siedział w drugim pokoju), jaja święciłyśmy same. W sylwestra wrócił o 1, bo skądś wracał samochodem. Gdy wybiła północ nawet nie zadzwonił.







        • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 05.09.11, 01:08
          No cóż...sprawa jest tak jasna....jesteś uzależniona bez dwóch zdań. i to od takiego palanta! mój mąż takim palantem nie jest i dlatego jest to chyba trudniejsze...bo ogólnie jest naprawdę ok., ma tylko jedną wadę - za bardzo lubi inne kobiety. i o to były ciągłe boje. i jego kłamstwa, nielojalności, niewierności. A teraz jest w ogóle już po jabłkach, bo się zakochał....boli jak jasny gwint, ale co mogę zrobić?...show must go on.... nie mam innego wyjścia. jest noc, więc trochę się rozklejamwink I dziś wiem, ze nawet gdyby wrócił, to znów byłoby to samo....i nie chcę takiego samobiczowania, bo nie byłam szczęśliwa. on sam zresztą mówi, że to z nim jest coś nie tak...no ale i tak boli...
          Wrócę jeszcze do wątku uzależnienia. nie wiem, skąd jesteś, ale w Krakowie w dniach 9-11.09 są warsztaty na temat uzależnienia od toksycznej miłości. koszt 200 zł+10 zł/noc na miejscu. zastanawiam się poważnie czy nie pojechać.
          Czytam wątki na forum i przerażają mnie te, w których piszą o tym, ze np. 3-4 lata po rozwodzie ludzie tęsknią za swoimi exami...jedyne wyjście to się zakochać chyba...klin klinem?...
          Rano było ze mną lepiejwinkmusisz mi wybaczyć, bo wciąż jestem w żałobie. kluczem jest chyba bycie tu i teraz, a nie zastanawianie się, co będzie w przyszłości, bo można od tego zwariować. Oj, coś czuję, że za szybko odstawiłam "uspokajacze".
          Jeśli chodzi o Twoją mamę to też to jakieś toksyczne. ona powinna być dla Ciebie wsparciem, a nie jeszcze Cie dołować. bo nie ma racji. Znajdź kogoś, komu możesz zaufać i kto będzie dla Ciebie oparciem. masz tylko te jedną koleżankę?Nie bój się mówić o swoich kłopotach innym, to też jest wyzwalające.
          Aha! i nie myśl o tym, jak Cię (Was) postrzegają inni. teraz musisz zadbać o siebie i nie przejmować się, co pomyślą inni. nawet jeśli okażesz "słabość" mówiąc o swoich problemach. Myśl o sobie dobrze i ciepło, bo to nie Ty nawaliłaś. musisz być dla siebie dobra, bo nikt inny nie zadba o ciebie lepiej niż Ty sama. Zrób coś tylko dla siebie. zaopiekuj się sobą, bo jesteś tego wartasmile
          Trzymam kciuki, a ty trzymaj za mnie, bo bywa różnie.Ale po burzy zawsze wychodzi słońce i tego się trzymajmy. Idę spaćsmile
    • xciekawax Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 04:15
      umierasz dziewczyno, i umrzesz. Umrze wszystko w Tobie co znasz i jest ci bliskie. To jest zaloba. Wyplaczesz sie tez tak bardzo ze potem juz nie bedziesz mogla plakac. Nie bedziesz miala lez.

      Ale nie martw sie tym. Poddaj sie temu. Masz do tego prawo bo.....

      Odrodzisz sie dziewczyno, odrodzisz sie inna, obca sobie, bedziesz sie dziwila jaka sie stalas - ALE bedziesz siebie lubila. Bedziesz silniejsza, spokojniejsza, bardziej kochajaca, bardziej empatyczna...... cudo!

      wiec sie nie boj

      PS:
      Nie boj sie mowic o Twojej sytuacji innym. Nie rob z tego sekretu - To nie TY zle robisz. A teraz potrzebujesz wsparcia innych. Wyjdz ze znajomymi, odetchnij, zrob cos dla siebie, chocby wizyte do fryzjera. Nie musisz znajomym zle o nim mowic, tylko po prostu nie chowaj tego w sobie. Pomalutku sie otwieraj. Potrzebujesz teraz ludzi. Nie wstydz sie tego co robi Twoj maz. To on powinien sie wstydzic.

      Ty dziewczyno, cos czuje, ze bedziesz ok, ale jeszcze nie teraz, jeszcze troche przed Toba metamorfozy. Ale mam przeczucie ze przemienisz sie w pieknego motyla smile
      • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 09:29
        xciekawax napisała:
        nie boj sie mowic o Twojej sytuacji innym. Nie rob z tego sekretu - To nie TY
        > zle robisz. A teraz potrzebujesz wsparcia innych. Wyjdz ze znajomymi, odetchni
        > j, zrob cos dla siebie, chocby wizyte do fryzjera. Nie musisz znajomym zle o n
        > im mowic, tylko po prostu nie chowaj tego w sobie. Pomalutku sie otwieraj. Po
        > trzebujesz teraz ludzi. Nie wstydz sie tego co robi Twoj maz. To on powinien
        > sie wstydzic.

        Święta racja. nie chowaj tego w sobie. nie wstydź się swojego bólu. wyjdź do ludzi. poproś mamę, żeby została z małą a Ty zrób coś dla siebie, może nawet coś szalonego na co zawsze miałaś ochotęwinkW granicach rozsądku rzecz jasna;P
        Przeanalizuj z kimś, kto patrzy na to z zewnątrz, czy rzeczywiście jest za kim płakać. Pomyśl o sobie i zacznij realizować SWOJE marzenia. wszystko będzie dobrze! Dasz radę, tak jak do tej pory dawałaś (przecież świetnie sobie radziłaś, jak go nie było w domu!) nawet nie wiesz ile masz w sobie siły! Ściskam i myślę o Tobie ciepłosmileBędzie dobrze!
        • bibijatka Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 13:37
          Raz tylko przeżywałam taką sytuacje. On odszedł, a ja lakąlam do nieba, nie mogłam oddychac, spać, jeśc, chodzić , myślec. Po 5 dniach, po defitywnym rozpadzie związku, zeszlismy się. Ale tamto doświadczenie zostalo we mnie tak głęboko, że decyzja o tym, by znow byc razem przyszla mi bardzo łatwo, bo po tych 5 niach byłam jak wyprana.
          Pamietam siebie z wtedy. Wierzylam wowczas, że kazdy dzien udręki dziala na moja korzyśc, że odpracowuje coś teraz, by potem było lżej. Myslalam, ze dam sobie na to rok.
          Rok, nie wiecej i po tym orku zdecuduje o dlaej ze mną.
          Ty chyba tez powinnas wyznaczyc sobie datę graniczna. Do ktorej dotrwasz, i wraz z uplywem której zagwarantujesz sobie brak bólu. Trzeb zalzoyc, ze terazm usi byc tak. Ze musisz wyceirpiec. Na twoim miejscu odsunelmabym rozwod w czasie, do momentu w ktorym stanie sie on jedynie formalnościa, bo teraz tak naprawde sie rozchodzicie a nie z momentem podpisania papierow. Warto sprawic, by formalne rozejście się, bylo już tylko kropka nad i, a nie początkiem, tego w czym bierzesz teraz udział. Zreszta rozwód, jaki by nie byl, to i tak emocje. Mozliwe, ze wyklują sie inne problemy przy okazji.
          Dlatego, moze najpierw daj sobie czas nao dczekanie, przyswojenie tego, nauczenie sie zyc z ktortkim oddechem, zeby robic cokolwiek innego.
          • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 15:49
            Czytam, w kółko czytam, właściwie mogę Was cytować z pamięci. Zaczyna brakować mi odwagi na pisanie tutaj. No bo ileż można być takim rozlazłym. Pisać ciągle to samo. Użalać się nad sobą. Po tylu ciepłych słowach i mądrych radach powinnam się się w końcu do nich zastosować. A ja nadal nie potrafię pozbierać się do kupy raz a dobrze. Za co się zresztą szczerze nienawidzę. Gdybym nie była taka beznadziejnie słaba, on po pierwsze nie robiłby ze mną tego co chciał, bo zwyczajnie nie pozwoliłabym mu na to. A po pierwszym niewybrednym wyzwisku pod moim adresem wywaliłabym go z hukiem z domu. Może nie byłabym tu, gdzie jestem teraz. A dwa, umiałabym spojrzeć na całą sytuację obiektywnie i równie obiektywnie pojąć, że nie ma o co płakać. Kiedyś taka nie byłam, poważnie.

            A najgorsze w tym wszystkim jest jedno - wystarczyło, że wczoraj przychodząc po córkę rzucił mimochodem 'ładnie wyglądasz, dla kogo się tak stroisz?' , a ja poczułam znajomy ucisk w żołądku - że może jednak...
            Po paru godzinach udało mi się w końcu wybić sobie takie myśli z głowy.Na szczęście reszta rozumu, jaka mi została, nie pozwala pogrążyć się bardziej. Problem w tym, że takie myśli nie powinny mnie już dopadać . Nie na tym etapie.

            Chciałabym być już tam gdzie Wy. Gratuluję i zazdroszczę.




            • xciekawax Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 17:19
              Bol otwiera serce i czlowiek staje sie bardziej empatyczny. Gdyby tak latwo ci przyszlo pogodzenie sie z koncem Twojego malzenstwa - myslalabym ze cos z Toba nie tak.

              ja juz rok pisze na forum, kiedys czesciej, teraz troszke mniej, nie mam wyrzutow ze zasmiecam. Duzo mi to forum dalo - ale.... to nie powinna byc Twoja jedyna odskocznia. Musisz sie otworzyc i isc do ludzi. Zapisz sie na silownie, cokolwiek. Nie ignoruj tego.
              • jagienka_2 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 18:06
                Fionka, nie pozbierasz się w parę dni, cudów nie ma. Moje małżeństwo rozpadło się dwa lata temu, czasami wydaje mi się, że już jest dobrze, ale wystarczy jakiś drobiazg, żeby się rozsypać na kawałki albo wpaść w odrętwienie. Ale, na szczęście, coraz rzadziej i coraz krócej trwa ten stan, więc wydaje mi się, że wyjście na prostą jest w zasięgu ręki. Wczoraj były urodziny synka, jestem już na tyle silna, że potrafię z jego ojcem usiąść przy stole, wypić kawę i kawałek tortu nie staje mi kością w gardle. Nie myślę o tym, co zrobił, co mówił i jak mnie potraktował, tylko o tym, że dziecko potrzebuje nas obojga i nasze relacje muszą być poprawne, więc gramy w trójkę w scrabble i dobrze się bawimy, bo widzę, że dziecko jest szczęśliwe. Potem "tylko" trzeba poradzić sobie z oceanem rozpaczy, gdy za tatą zamkną się drzwi. Mnie fakt, że on wychodzi już w ogóle nie dotyka, ale syn ciągle cierpi i to jest w tej chwili największy problem.
            • ekscytujacemaleliterki Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 18:20
              Po pierwsze pisz sobie ile chcesz.
              Po drugie możesz się użalać i być rozlazła - wolno Ci - pod warunkiem, że nie idziesz w zaparte i na końcu drogi użalania są drzwi do nowego, dobrego i spokojnego życia.
              I za każdym razem jak Ci zapika bo ex powie, że ładnie wyglądasz, bądź cokolwiek powie czy choćby na Ciebie spojrzy powtarzaj sobie:
              Już mnie nie dopadniesz sukin.....

              i pomogło.
              Powodzenia smile
              • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 07.09.11, 19:37
                Fionka!
                Idziemy łeb w łebwink
                ja jestem na tym samym etapie, co Ty, tylko nie płaczę (łykam uspokajacze ) - O! i rymujęwink
                Nie płaczę, bo wiesz te pingpongi...
                I śledzę Twój wątek, bo jak Ty sobie poradzisz to i jasmile
                To, co mnie jakoś ratuje, to świadomość, że nie mam wpływu na to, co zrobi mój mąż. Pisałam Ci już o tym - jedyne , no kogo mam wpływ, to na samą siebie. I wiesz co? Nie chcę siebie nienawidzić i myśleć, że jestem do dupy. Bo co mi to da?...nikt mi nie pomoże, jeśli nie pomogę samej sobie. Chodzę do psychologa, bo chcę wreszcie siebie polubić. Robię coś dla siebie. Dojrzałam do tegosmile
                Trzymam mocno za Ciebie kciukismile
    • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 08:55
      Fionka!
      Trzymasz się jakoś?...
      Ściskam mocnosmile
      • 1.smutna Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 13:51
        Fionka!
        Czytam,czytam,czytam...Wiem,że dasz radę.Już powoli zaczynasz normalnie myśleć smile.
        To rzeczywiście wymaga po prostu czasu.I to forum naprawdę pomaga-mnie pomogło również.Ludzie,którzy przeszli przez to samo,potrafią pomóc zrozumieć.Podnieść na duchu.I wiesz co?Do mnie tak naprawdę "dopadło i przygniotło"dopiero teraz,chociaż "swego"wyrzuciłam z domu już prawie 4 miesiące temu.Ale chyba podświadomie jeszcze miałam jakąś idiotyczną nadzieję...Również typowe uzależnienie od faceta.Wypierał się zdrady do końca,mimo oczywistych dowodów.A teraz już się nawet z panienką nie kryje.Za tydzień mam sprawę rozwodową,może dlatego "przygniotło".Boję się jak diabli.Ale już nie płaczę.I staram się myśleć bardziej o sobie,chociaż muszę przyznać,że do tej pory wspomagam się "antydepresantami" i rozmowami z psychologiem.Wierz mi,to naprawdę pomaga.I wiem,że nie jesteś głupia.Dasz radę-jak my wszyscy tutaj!!! Uśmiechnij się i...głowa do góry! smile
        • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 17:53
          Na_rozdrożu, wcale się nie trzymam sad A przynajmniej nie tak, jak bym chciała. Pisząc tu codziennie musiałabym pisać właściwie to samo. Że postępów brak.

          Mąż wczoraj zajrzał na godzinę do córki. Trzymałam ją na rękach, gdy wychodził. Cmoknął ją w policzek na pożegnanie. I niestety mnie też. I o ile ja zobaczyłam jego ironiczne spojrzenie, które aż za dobrze znam i wiedziałam, że to tylko kolejna demonstracja jego przewagi nade mną, o tyle córka odebrała to zupełnie inaczej, czym zdołowałam się jeszcze bardziej. Wyszedł, a ona zaczęła podskakiwać i wołać, że jednak się kochamy bo tata mnie pocałował. Że teraz wszyscy się kochamy i w kółko w ten deseń. To było wczoraj, a jak teraz o tym piszę, to robi mi się niedobrze.

          Nie wiem, co ja mam jej mówić, czy w ogóle cokolwiek mówić, skoro ma dopiero cztery lata z małym hakiem. Nigdy nie pozwoliłam na żadne dyskusje z mężem w jej obecności, nie była świadkiem mojej rozsypki, nie oglądała moich łez, nigdy nie mówiłam nic złego na temat jej ojca ani do niej, ani w jej obecności. Robiłam co się dało, żeby chociaż zachować pozory, że jest normalnie. I co? To też mi się nie udało sad

          Miotając się we własnym żalu, byłam chyba ślepa, że nie dostrzegałam, że nie tylko mnie rozsypuje się rodzina. Mojemu dziecku też. Zwłaszcza jej.
          • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 19:51
            Kochana!
            po pierwsze:
            Wypożycz sobie z biblioteki : Bajki, które leczą/ Doris Brett. 2 części. w obu jest rozdział: rozwód - jak pomóc dziecku przetrwać trudne chwile.
            po drugie: rozmawiałaś z kimś o swojej sytuacji? jeśli nie masz z kim idź do psychologa (normalnie z NFZ)
            I powiedz mężowi przy najbliższej okazji, że nie życzysz sobie żadnych poufałości. Jak znam życie to się zdziwiwink A najlepiej to wychodź z domu, kiedy on przychodzi do małej. przecież to jego czas z córką, niech wykorzysta go jak najlepiej. a Ty w tym czasie np. biegaj (przynajmniej wybiegasz stres), idź na zakupy czy cokolwiek innego. tylko nie siedź w domu i nie katuj się widokiem, jakby to mogło być pięknie razem we troje. Bo Twój mąż ma to po prostu w nosiesad
            I błagam Cię - wychodź do ludzi! Odnów nawet stare znajomości. i mów o tym, co Cię boli. Ten ból minie, ja w to wierzę, bo mnie też boli, ale...wszystko mija. zaufaj tym, którzy przez to przeszli. ja im ufamsmile
            Trzymam za Ciebie mocno kciuki. Wysyłam positive vibration i ściskam cieplutko. Damy radęsmile
            • 1.smutna Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 21:20
              Zgadzam się z tym całkowicie!Zrób tak,Fionka!!!
              Damy radę,wszystkie!!!
              • 1.smutna Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 21:21
                Przepraszam-wszyscy! Bo chyba faceci są czasem też w podobnej sytuacji?...
                • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 22:25
                  Na_rozdrożu, wychodzę, wierz mi, że wychodzę ilekroć przychodzi do córki. Albo zostaję ilekroć ją zabiera. Nie byłabym w stanie siedzieć z nimi w domu. Oszalałabym.
                  Widzimy się więc zaledwie dwie minuty, tylko dwie krótkie minuty podczas podmianki przy córce. Ja wchodzę, on wychodzi lub odwrotnie. I wiesz co, nawet w czasie tych dwóch minut potrafi zrobić lub powiedzieć coś, co wytrąca mnie z równowagi na długie godziny. Tak jak ten dzisiejszy ironiczny cmok, czy stwierdzenie, że ładnie wyglądam sprzed kilku dni. Mam wrażenie, że robi to specjalnie. Tak jakby czerpał z tego jakąś chorą satysfakcję, tym większą, im większy mój żal. Wie, że boli, ale chce żeby bolało bardziej. Dlatego wolałabym go nie oglądać wcale, no ale jest córka, która chce go oglądać, zresztą częściej niż on ją.

                  Z tym wychodzeniem do ludzi to u mnie kiepsko. Nie wiem, jak to u Ciebie wygląda, ale póki co ja nie jestem w stanie. Nie potrafię mówić o swoich problemach, o wszystkim i niczym zresztą też nie. Może skrzywdzę teraz tymi słowami kilka osób ze swojego otoczenia, ale niestety nie widzę wśród nich nikogo, komu mogłabym wystarczająco zaufać. Nie chcę być na językach, nie chcę, żeby to się rozniosło, żeby znajome opowiadały sobie o mnie przy okazji chociażby wspólnych zakupów, żeby czuły współczucie wymieszane z ulgą, że to nie one tak mają. Bo jest mi wstyd, że jestem taka słaba.

                  I też trzymam za Ciebie kciuki. Naprawdę mocno.


                  • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 09.09.11, 23:04
                    Wchodziłaś na stronę kobieceserca.pl ?
                    Możesz tam poczytać o toksycznej miłości, możesz wysłać maila, opisując swoją sytuację, a oni wysyłają Ci rzetelną odpowiedź. Można też gadać na skajpie (ale nie próbowałamsmile. w większych miastach są też spotkania organizowane przez tę fundację(na stronie masz wszystkie informacjesmile
                    A główna siedziba jest w Krakowie i z tego, co wyczytałam spotykają się co weekend. ja mam niestety za daleko do Krakowa...
                    Co do wychodzenia na zewnątrz...ja zaczynam mówić...i mam w nosie (no, prawiewink, co sobie inni pomyślą. Tak, jestem słaba. no i co z tego?....jestem miękkim batonem, który płacze, ale nie wstydzę się tegosmileTaka jestem. nie jestem twardzielką. I wiem, ze będą gadać i snuć domysły. no i co z tego? To moje życie. nie będę się nikomu tłumaczyć. zresztą nie jestem pępkiem światawinkPogadają i znajdą sobie nowy tematsmileLudzie już tacy sąsmile
                    A Ty potrzebujesz teraz wsparcia, więc spróbuj kogoś jednak znaleźćsmile Na pewno nikt nie pomyśli, że jesteś słaba. Podobno "moc w słabości się doskonali", więc pokaż swoją siłę mówiąc o swojej słabości. Kumasz?wink Dostaniesz mnóstwo wsparcia, uwierz w to!
                    Aha! Robisz coś tylko dla siebie? jakąś fanaberię czy coś, co zawsze chciałaś zrobić? TERAZ jest na to czas. może jakiś kurs? nauka języka? chór? cokolwiek, co sprawi Ci przyjemność. Spełniaj swoje marzeniasmile To Cię oderwie od złych myśli. Proszę Cię - pomyśl o sobie. Bądź dla siebie miła, ok?smile
                    Ściskam mocno! Trzymaj sięsmile
                  • kicia-076 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 10.09.11, 00:07
                    Fionka - powiem Ci tak: Kiedy maż porzucil mnie i swoje dwie coreczki / roczek i szesc lat/ czulam dokladnie to samo co Ty. Czytam ten post i wspomnienia powrocily a bylo to , dokladnie 22 lata temu . Tak -byl rok 1989. Tylko nieliczni ludzie mieli telewizory kolorowe a o internecie chyba jeszcze nikt nie slyszal. Gdybym wtedy miala takie wspaniale wsparcie i moglabym poczytac o babkach przezywajacych podobne problemy........... . Ale do rzeczy. My Kobiety jestesmy silne z natury, SILNE. Zaden "samiec" nie jest tak silny i odporny jak MY, dlatego wierz mi - przetrwasz i przezyjesz najciezszy bol i wyjdziesz na prosta. Za kilka lat bedziesz sie smiala z tego co dzisiaj Cie boli. Ja do dzisiaj sie dziwie jak moglam kochac takiego prostaka i chama / i miec z nim dzieci/ i wiesz co? po latach zrozumialam - po prostu bylam na taki etapie zycia. Od samego poczatku slubu -zdrady, chamstwo, brak pomocy przy dziecku, lenistwo , kiepskie zarobki i gadki typu: " jestes babą to do garow i pieluch" itd. Na dodatek wspierany przez mamuske, ktora kazirodczo kochala syneczka i ciagle mu uswiadamiala ze "gdyby nie zona i dzieci to bylby bogaty" hahahahahhaha , no tak -teraz sie z tego smieje - wiem. Fiona - zapamietaj sobie jedno: To MY kobiety mamy przewage na nimi, to sa slabi ludzie- niejednokrotnie musza sie "dowartosciowywac" kolejna kobieta / kochanka/ czy jak tam kto ja nazwal. Zwrocilam uwage na Twoje slowa : " Pocalowal mnie w policzek i zrobil ironiczna mine"-no wlasnie- mysli, ze ma nadal nad Toba "przewage emocjonalna". Nic Ci teraz nie poradze - bo wiem ze czas zrobi swoje , a kiedy sie zdystansujesz - to zobaczysz z jakim h...........em zylas a wtedy?............. jeszcze Cie moze blagac o przebaczenie i chcec powrotu do Ciebie , tak jak to bylo u Mnie , kleczal i blagal i plakal lzami rzewnymi - ale ja juz bylam innym czlowiekiem, juz nie bylam na tym etapie co on- dojrzalam, przeplakalam, przezylam zalobe i zaczelam od nowa. Po 22 latach po rozwodzie: Jestem szczesliwa Kobieta, mam swoja Firme, Moja Corka jest Znana Aktorka, druga Corka jest znana Tancerka , Mam wspanialego czlowieka, ktory co rano robi mi kawke - Jestem szczesliwa Fiona SZCZESLIWA - Wiedz, ze TY tez bedziesz taka - tylko bardzo musisz tego pragnac. Pozdrawiam .
                    • jedenon Re: W końcu dotarło i przygniotło... 10.09.11, 11:12
                      jestem facetem i muszę przyznać kici rację. Kobiety są silniejsze od facetów.
                      Fionka piszesz że jesteś słaba to nie prawda. Twój świat się rozwalił na kawałki nie wiesz na czym stoisz jak masz się czuć to normalne że Jesteś rozbita. Ale musisz dać sobie czas wszystko się ułoży. życie toczy się dalej dasz radę wszystko zaczniesz od nowa i choć teraz trudno w to uwierzyć będziesz szczęśliwa w swoim życiu.
                      • ja_gram_w_zielone Re: W końcu dotarło i przygniotło... 12.09.11, 17:17
                        Witam Wszystkich... Przeczyłam cały wątek i jakbym Fionka czytała o sobie...No może poza tym, że to ja podjęłam decyzję o odejściu. U mnie sytuacja wygląda wygląda tak, że partner (na szczęście nie mąż, nie czeka mnie teraz batalia w sądzie) po 4 latach wrócił do nałogu. Do alkoholu. Wybrał, był szczery. Powiedział, że nie chce mnie krzywdzić. Nie wiem czy mam mu w duchu dziękować za tą szczerość. Może to nie odpowiednie forum, może powinnam udać się na forum "współuzależnienie", ale emocje podobne....bardzo podobne. jakby zdradził. Nie walczył, wolał wybrać lekkie życie. Wiem, że to choroba i wiem jak powinna wyglądać "twarda miłość" przy tej chorobie, ale jakże ciężko drożyć to w życie. Zmienić myślenie, nie martwić się. przestać myśleć, czy może dobrze się bawi w towarzystwie dziwek, a o mnie już zapomniał. Nie chcę do tego wracać, nie wyobrażam sobie powrotu, bo wiem, że to w tej chorobie może się powtarzać. Może jest tu ktoś o podobnych doświadczeniach? Jutro wybieram się na spotkanie z grupą współuzależnionych kobiet.
                        Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za przeczytanie mojego postu.
                        • bene_gesserit Re: W końcu dotarło i przygniotło... 12.09.11, 20:11
                          To oczywiscie musi byc dla ceibie bardzo bolesne, ze wybral chorobę zamiast ciebie. I zapewne musi byc ci ciezko zmienic swoje zycie wlasnie z takiego powodu - takze uczucia do niego (no wlasnie zeby sie nie martwic czy przestac w ogole myslec).

                          Ale szczerosc na jaka sie zdobyl oszczedzila ci co najmniej kilka lat ponurej szarpaniny, ktora kosztowalaby cie o wiele wiecej zdrowia, energii i czasu niz to, z czym borykasz sie teraz. I ktora pewnie zakonczylaby sie przegrana - twoja, jego, waszą. Spotkanie ze wspoluzaleznionymi to swietny pomysl - jesli w tym przygnebieniu i bolu dzialasz tak przytomnie, to na pewno wszystko bedzie dobrze.
    • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 16.09.11, 19:30
      Fionuś!
      Skoro nie piszesz to rozumiem, że BZ (bez zmian)
      U mnie cisza (przed burzą?...), spokój i chyba pogodzenie się z sytuacją?...
      Nawet jeśli BZ to napisz cokolwieksmile
      Ściskam ciepłosmile
      • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 16.09.11, 21:34
        No tak, zupełne BZ... niestety...
        Kiepsko to wszystko wygląda, to i nie ma się czym chwalić. Wczoraj była 10 rocznica ślubu. Zniosłam ją nienajlepiej. Bez przerwy zadręczałam się myślami co by było gdyby... Zupełnie bez sensu.

        U mnie też jest cisza i chyba też przed burzą. Spokojna też jestem, chociaż to akurat jest zasługą farmakologii niestety. Jedyne z czym muszę się uporać to pogodzenie się z faktami. Ty jak piszesz prawie dałaś radę i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że bez tego nie da się ruszyć dalej, ani o krok. A ja już powoli nie daję rady tkwić ciągle w tym samym punkcie, bo zwyczajnie oszaleję.

        Też Cię ściskamsmile
        • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 16.09.11, 23:02
          U mnie w niedzielę była 12 rocznica...ostatnia....
          Myślę, ze nie jestem jeszcze pozbierana...najgorsze, że mąż jeszcze się nie wyprowadził, choć bardzo tego chce, ale nie załatwił jeszcze mieszkania dla siebie (czeka na decyzje z banku w sprawie kredytu).

          Sama stwierdziłaś, że nie ma sensu zadręczać się myślami co by było gdyby, więc...nie zadręczaj się tym. pomyśl o tym ,co DZIŚ możesz zrobić dla siebie i dla swojej córeczki. ALE przede wszystkim dla SIEBIE, bo jeśli Ty będziesz szczęśliwa, to ona teżsmileNo takie oczywistości tu piszę, cóż...
          Nie da się zatrzymać nikogo na siłę. nawet bym nie chciała, już nie... pewnie jeszcze będzie bolało, bo nie da się odciąć grubą kreską tego, co było, ale nie można się na tym zatrzymywać, bo to już jest PRZESZŁOŚĆ. Tak sobie wmawiam na siłęwinkBo...czyż mam inne wyjście?...no i trochę jakby pomagawink
          Już to pisałam kilka razy - to TY musisz sobie pomóc.
          Ja nie mogę tkwić długo w rozpaczy, bo to ściąga mnie na samo dno, a dlaczego mam siebie dobrowolnie ściągać do piekła? Chcę być szczęśliwa. Chcę się cieszyć życiem. Samodzielnie. Stanąć na nogi. Nie być od nikogo uzależniona i nie być dla nikogo uzależnieniem. Pokochać kogoś? Tak, może. Ale nie budować kolejnego toksycznego związku. Teraz potrzebuję pobyć sama ze sobą i oswoić swoje lęki np. przed samotnością. Muszę nauczyć się życia w pojedynkę i nie traktować tego jako kary, raczej to polubić. Ach! jak ja lubię teoretyzowaćwink Trzymaj kciuki za realizację teoriismile

          Daj sobie czas. To minie. tylko nie utknij w przeszłości. Tu i terazsmile
          Ściskam ciepło. Trzymaj się! Wysyłam ci positive vibrationsmilesmilesmile
        • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 16.09.11, 23:19
          Słuchaj tylko jeśli lubisz reggaesmile
          www.youtube.com/watch?v=rdlt7ghLFa4&feature=results_video&playnext=1&list=PL5469327438851F67
    • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 23.09.11, 08:59
      Fionek!
      Jak tam?...u mnie emocje zastopowane (to się nazywa fachowo - wyparcie...) od 2 dni mieszkam bez męża tzn. on beze mnie gwoli ścisłościwink
      Do mnie chyba jeszcze nie dotarło i nie przygniotło w związku z tym...
      Staram się nie myśleć o jutrze (ani w ogóle nie myśleć, bo to tsunami by mnie pochłonęło).
      Wychwytuję drobne oznaki szczęścia w świecie i się ich czepiamsmile
      Aha i przekonuję się, że sport to zdrowiesmile "Biegać, skakać, latać, pływać, w tańcu, w ruchu wypoczywać/Pan Klekswink
      Aha! Fionek! Uaktywnij swój profil, ok?...
      Ściskam, naładowana endorfinami po wczorajszym fitnessie. Czego i Tobie życzęsmile
      • plaskator22 Fiona & Na rozdrożu 23.09.11, 18:52
        mogę podac Wam ręce.
        Czuję dokładnie to co Fiona, a moja sytuacja wygląda tak jak na rozdrożu
        małżonek zakochał się w kolezance z pracy, przez rok miał z nią zerwac, a oszukiwał mnie, sypial z nią. Swoją frustrację wylewał na mnie i na dzieci. KOlezanka ma swoja rodzine, jest owiele starsza, inna liga podobno- zadbana, szczupła, a nie jak kobieta po porodzie....
        Tak w ogóle to jego romans wybuchł jak nasze dziecko miało 3 miesiace (mamy jeszcze 5-letnie starsze). On był do mnie ohydny, obcy człowiek, zamiast pomagac mi w domu spotykał sie z nia i wracał na noc.
        Dziecko ktore chorowało i płąkało bardzo mu przeszkadzało, darł się na nie i na mnie
        Mijający rok to koszmar.... a ja ciagle mu wybaczałam i chciałam zeby z nami był
        nawet jak słyszałam ze mnie nie kocha, ze jest tu bo dzieci, ze jak chce miec spokoj w domu to mam siedziec cicho....
        Do tego stosował przemoc ekonomiczną i psychologiczną

        a ja chudłam, chudłam..... i tak mineło pol roku. Nie chciałam zyc, moje dzieci widziały matkę w rozpaczy. Młodsze dziecko było bardzo nerwowe i czesto płakało- rzez ten moj stan. A starsze stało sie strasznie niepewne siebie.
        I gdy doszłam do sciany, bo okazało sie ze on mimo obietnic usycha bez niej poszłam do terapeutki, trochę sie wzmocniłam
        i zaczełam stawiac mu granice.
        Nawet na urlop pojechalismy razem, bylo naprawde fajniue, chociaz "jedziemy tam bez oczekiwan" usłyszałam.
        Dziewczyny, czego ja nie robilam zeby to mnie wybrał a nie ją.
        prawie majtki przez głowe sciagałam, na rzesach stawałąm. Stroiłam sie w sexi koszulki nocne, ponczochy samonosne....i co? Po powrovir z urlopu pierwsze co zrobil to sie z nia przespał.

        Mnie od roku nie miał potrzeby przytulac. Czułąm sie fatalnie- po porodzie, zero pomocy, zero cuzłosci. Kiedys tak nie było, zawsze był trudny, ale czułam sie kochana. A tu- bez zadnych symptonów cos takiego.
        I powiedziałam dosyc. ZAgroziłam ze im smrodu w robocie narobie, ze jej maz sie dowie. Miał miesiac zeby posprzatac swoje sprawy


        Koniec konców zdecydował ze odchodzi, bo się po prostu ZAKOCHAŁ.
        i przynajmniej wiem na czym, stoję, ale czuje sie jak dno. On wybrał tamtą, chociaz jestesmy razem 14 lat. I zawsze było zajebiscie w łózku, super rozmowy.
        Czuje się przegrana. I nawet jak teraz zaczyna przebakiwac ze moze jednak separacja bo to jest odwracalna, to chociaz serce mnie boli mowie, NIE, nie zaufam juz.

        Przygotowujemy pozew, on sie godzi na rozwód z orzeczeniem owinie, jest terasz uprzejmy. Przeprasza, bo zrozumiał jak mnie zawiódł, chce sie dalej przyjaznic itd....ale.... nie chce nawet próbowac o niej zapomniec.

        Do wiosny bedziemy razem meiszkac, wczesniej nie bedzie go stac na wyprowadzke

        Pomijam kwestie mieszkania- o to sie szarpiemy, odkad wiem ze to nieodwołąlne to czuje tak ogromny ból.
        Ale z drugiej strony nie chce prosic o miłosc. Prosiłam o nią przez rok, prosilam zeby mnie tulil, on odmawiał. Boze, jak sie upokorzyłam.
        Dlatego gdy bierze mnie chec zeby powiedizec, wróc, prosze....mysle o tym ze strace w swoich oczach resztki godnosci.

        Jestem jak w letargu, jestem bardzo od niego uzalezniona. To moja pierwsza milosc sad

        trzymajcie kciuki zebym nie zrobila glupoty w stylu- wroc, niech bedzie jak chcesz

        przeraszam za chaos ale synek siedzi mi na kolanach
        • heksa_2 Re: Fiona & Na rozdrożu 23.09.11, 19:02
          Nie ma sensu. To się zawsze powtarza. Nie proś. Zacznij nowe życie póki jesteś młoda.
    • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 23.09.11, 23:21
      Fiona!
      Proszę mi się natychmiast odezwać!wink
      Daj znak, że żyjesz. Może być BZ, tylko "puść strzałę"
      Ściskam ciepłosmile
      • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 26.09.11, 11:42
        Fion!
        Nie bądź żyła, daj znak, że żyjesz...
        Martwię się o Ciebie.
        Ściskamsmile
        • fionka_ona Re: W końcu dotarło i przygniotło... 26.09.11, 22:51
          Przepraszam Cię, że się nie odzywałam, ostatnio w ogóle nie zaglądałam do komputera.

          Żyję ,żyję, ale co to za życie, jak mawia moja babcia. Nawet się nie obejrzałam i minął prawie miesiąc od założenia przeze mnie wątku. Fajnie byłoby teraz napisać, że po tym miesiącu jest już ok, że sobie poradziłam, że zwyczajnie daję radę. No ale niestety, tak różowo to nie jest. Na pewno jestem spokojniejsza, odstawiłam wspomagacze tabletkowe i nie jest gorzej. Marny to sukces, ale lepiej chociaż taki niż żaden.. I niby jest już trochę lepiej, niby już nie ryczę po kątach, niby nie panikuję, nie rozpaczam, a mimo to nadal mam wrażenie, że tkwię w martwym punkcie. Nie ruszyłam do przodu, ciągle rozpamiętuję i babram się w tym samym miejscu, no i niestety za często oglądam się za siebie. Nie dość tego, brakuje mi odwagi, żeby spojrzeć przed siebie. Nie wiem, co robię źle..

          Za to czytając Ciebie rzeczywiście można nabrać wiatru w skrzydła i wziąć głęboki oddech. Masz w sobie kupę siły dziewczyno,kurczę nie wiem skąd ją czerpiesz, ale źródło z całą pewnością bezcenne smile Tak trzymaj, a ja zrobię co w mojej mocy, żeby wreszcie ruszyć Twoim śladem smile
          Też ściskam i dziękuję za pamięć





          • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 27.09.11, 00:32
            Kochana!
            No jest postępwink
            Powolutku. Nie od razu Rzym zbudowano. Ja też wbrew pozorom nie ruszyłam z kopyta do przodu, ale, ale...staram się za dużo nie myśleć (oj, żeby się tak dało, co?), mam dużo planów na przyszłość (realizacja niespełnionych dotąd marzeń), no i staram się cieszyć z tego, co mamsmile
            Jak mnie przygniata to dzwonię do przyjaciółki, podczytuję sobie listy do Beaty Pawlikowskiej (na oliwkowo.pl) i myślę o wszystkich przykrych rzeczach, które mi mąż zafundował - i od razu rozum bierze górę nad sercem. Choć... wiadomo serce nie sługa...
            Czasu nam trzeba Koleżanko, czasu....
            Ja w ten CZAS (tzn. w jego cudotwórczą, kojącą moc) wierzę. I wierzę tym, którzy
            przez ten ból przeszli. Bo czas naprawdę leczy ranysmile Wiadomo - blizny zostaną i na zmianę pogody będą pewnie pobolewać...ale to będzie chwila, moment, a potem znowu wyjrzy słońcesmile
            Kochana! Musisz znaleźć jakiś cel (pasję), do którego będziesz dążyć. To Cię odciągnie od rozpamiętywania. Cokolwiek, co Cię pozytywnie nakręci. Pomyśl, co by to mogło być?
            Trzymam za Ciebie (i siebiewink kciuki. Damy radęsmile Wiem to na pewnosmile
            Ściskam ciepłosmile
            • na_rozdrozu76 Re: W końcu dotarło i przygniotło... 05.10.11, 19:34
              Fion!
              Odbierz swoje wiadomości, ok?smile
              Jak się masz?
              U mnie ups and downswink
              Ściskamsmile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka