Dodaj do ulubionych

Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji?

13.04.14, 09:10
Sytuacja jest następująca: mój były mąż był w bardzo złym stanie psychicznym. Po pewnym wydarzeniu, które miało miejsce w tym tygodniu, zmieniła mi się optyka. Przepraszam, że tak sucho, ale nie chcę pisać o szczegółach.
Chwilowo straciło dla mnie znaczenie to, co sobie zakładałam, np. podział jego życie - moje życie. Od kilku dni były przychodzi do mnie codziennie po południu, głównie bawi się z dzieckiem, pomaga przy jakichś drobiazgach. Zaproponowałam to sama, bo czułam, że to pomoże. I tak też jest (zmiana zaszła w nim taka, że moja była teściowa wręcz płakała ze szczęścia, gdy rozmawiała ze mną przez telefon).

Problem jest taki: co dalej? Teraz najgorszy kryzys minął, ale cudów nie ma, taki układ wiecznie trwać nie może. Nie wiem, czy udźwignę sama tę sytuację - chociaż chciałabym ją udźwignąć. Jestem zupełnie pogubiona w moich odczuciach, ale jedno wiem na pewno, tzn. że nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś się stało i dziecko straciłoby ojca.
Czy mam iść do psychologa? Czy to coś może pomóc? Są dwa „przeciw”: zupełnie nie jestem przekonana, że to coś pomoże. Po drugie, i to nawet jest gorsze: nie wiem nawet , z jakim problemem miałabym się do niego zwrócić. Nie odpowie mi przecież na pytanie „Co dalej robić?”
Czy jeśli jednak zdecyduję się spróbować, to jak miałabym naświetlić problem (którego nie umiem sprecyzować)? Jak zapobiec temu, żeby się do psychologów zupełnie nie zniechęcić?
Obserwuj wątek
    • mia17 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 09:31
      mnie się wydaje, że jeśli (jak sama napisałaś) zupełnie nie jesteś przekonana, że to coś pomoże to nie pomoże. idąc do lekarza z nastawieniem, że Cię nie wyleczy - cudów nie zdziała.
      wiesz, że wszystko zaczyna się w głowie. wiesz, że pozytywne nastawienie to 50% sukcesu.
      jeżeli nie masz np. zaufania do psychologów - to w jaki sposób się tam otworzysz...? jak szczerze opowiesz o swoich lękach? to moje zdanie.

      natomiast druga sprawa jest taka, że Ty chyba wiesz, co chcesz zrobić - i nawet to napisałaś.
      cyt. "chciałabym ją udźwignąć" (tę sytuację). gdzieś w środku chcesz dać mu szansę, chcesz spróbować - tak mi się wydaje. tylko się boisz.
      boisz się, czy dasz radę. boisz się, czy znowu nie dostaniesz kopniaka. boisz się co będzie, jak nie wyjdzie... 1000 lęków sad i to jest normalne.

      myślę, że powinnaś robić to, co czujesz. jeśli czujesz, że wizyta u psychologa jest bez sensu - nie idź. jeśli czujesz, że chcesz spróbować dać szansę eksowi - to ją mu daj. kto wie - może wykorzysta...? ludzie się zmieniają (podobno big_grin ).
      życzę powodzenia!
      • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 09:55
        Problem jest nie tyle w decyzji, czy dać szansę, lecz w tym, co by było, jeśli by nie wyszło. Uwierz, że w tej chwili nie chodzi nawet o mnie (i o moje obawy, czy, jak to napisałaś, "dostanę kopniaka"), tylko o to, czy podołałabym w ogóle początkowi takiej próby. Jeśli bym nie dała rady, zrobiłabym nadzieję komuś, a potem ją zabrała, a to też jest odpowiedzialność.
        Dlatego boję się strasznie, owszem.
        I jeszcze: żałuję, że nie umiem / nie umiałam wybaczyć. Z drugiej strony przeżywam sytuację byłego. Z trzeciej strony wiem, że na samej litości daleko się nie zajedzie. Z czwartej nie wiem sama, czy pod tą litością jednak czegoś jeszcze nie ma - to istny obłęd...
        • mia17 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:37
          ano owszem - to jest obłęd sad
          tyle uczuć, często sprzecznych, plus strach, obawy i lęki... mieszanka wybuchowa.
          nie potrafię doradzić nic sensownego oprócz tego, abyś nie spieszyła się i nie robiła niczego wbrew sobie.
          poza tym jeśli zdecydujesz się spróbować i dać szansę to koniecznie musisz powiedzieć, co czujesz eksowi. on musi wiedzieć, na czym stoi i z czym się wiąże druga szansa.
          no i jest jeszcze pytanie, czy on chce tej szansy. rozmawiałaś z nim?
          • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:52
            mia17 napisała:
            > nie potrafię doradzić nic sensownego oprócz tego, abyś nie spieszyła się i nie
            > robiła niczego wbrew sobie.
            > poza tym jeśli zdecydujesz się spróbować i dać szansę to koniecznie musisz powi
            > edzieć, co czujesz eksowi. on musi wiedzieć, na czym stoi i z czym się wiąże dr
            > uga szansa.
            > no i jest jeszcze pytanie, czy on chce tej szansy. rozmawiałaś z nim?

            Szansa facetowi? A on jakiś ułomny jest (bo przeżywa?), a ona to siostra miłosierdzia?
            Po to są ludzie razem, żeby wszystkim było dobrze, a nie z powodów humanitarnych.
            Tak wygląda, jakby ona mu robiła łaskę i rozdawała karty.
            Jakby to tak miało cały czas wyglądać, to faktycznie byłoby lepiej, gdyby popełnił samobójstwo i miał spokój. Może następne wcielenie naprawdę istnieje? smile Jeśli tak, to po co mu blokować drogę do szczęścia?
            • mia17 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:57
              jeśli to on nawalił - a z tego, co pamiętam to tak - wtedy chyba normalne, że to on dostaje drugą szansę...?
              • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:04
                mia17 napisała:
                > jeśli to on nawalił - a z tego, co pamiętam to tak - wtedy chyba normalne, że t
                > o on dostaje drugą szansę...?

                Nie pamiętam tej historii, szczęśliwie dla mnie, bardzo szybko wszystko zapominam oprócz najważniejszych spraw.

                Dla mnie to nie jest dobry powód do bycia razem "bo on jest taki biedny misio", "bo się facet załamał" itd.
                Facet się nie nadaje, nie rokuje. Nauczyć go zajmować się dzieckiem i wysłać na szczaw, niech sobie radzi. Może za jakieś 10 lat na tyle się zmieni, że warto będzie porozmawiać?
                • mia17 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:06
                  no to po co się wypowiadasz w wątkach, w których nie wiesz, o co chodzi...?
                  bez sensu.
                  stąd te Twoje "złote rady" uncertain
                  • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:14
                    mia17 napisała:

                    > no to po co się wypowiadasz w wątkach, w których nie wiesz, o co chodzi...?
                    > bez sensu.
                    > stąd te Twoje "złote rady" uncertain

                    "Chodzi mi o to, aby język giętki
                    Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:
                    A czasem był jak piorun jasny, prędki,
                    A czasem smutny jako pieśń stepowa,
                    A czasem jako skarga nimfy miętki,
                    A czasem piękny jak aniołów mowa...
                    Aby przeleciał wszystka ducha skrzydłem.
                    Strofa być winna taktem, nie wędzidłem."
                    Słowacki! smile

                    Ja nie mam obowiązku pamiętania wszystkiego, a autor zadając pytanie, robi krótkie wprowadzenie i pisze jasno, co myśli. Wtedy jest dużo łatwiej.
                    Jeśli tak wyglądała komunikacja w związku, to się nie dziwię, że się rozstali.
                    Koleżanka z łaski "da szansę", a za pół roku znowu przyjdzie pytać, w jaki sposób zerwać, żeby nie zasmucić teściowej?
            • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:36
              Jeśli ja „rozdaję karty”, to zapewniam, że nie czuję się dobrze w tej roli.
              Co do „ułomności” - być może każdy w kryzysie jest w jakiś sposób ułomny.
              Jeśli zaś chodzi o twoje podejście do samobójstwa, to… Mnie w każdym razie przeraża, że tak można myśleć.
              • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:49
                berlynea napisała:
                > Jeśli ja „rozdaję karty”, to zapewniam, że nie czuję się dobrze w tej roli.
                Pewno tak jest,skoro tak piszesz. Mam taki własny test, zastanawiam się, czy z konkretną osobą mógłbym żyć 30 lat razem? Jeśli nie, to nawet głowy nie zawracam. Ale to jest mój test i nie zawsze się sprawdza, bo wiele rzeczy się zmienia, poznajemy drugą osobę, siebie również. smile

                > Jeśli zaś chodzi o twoje podejście do samobójstwa, to… Mnie w każdym razie przeraża,
                > że tak można myśleć.
                Wszyscy umrą. Ludzie są elastyczni, a dzieci jeszcze bardziej elastyczne.
                Jestem pewien, że gdybym umarł, niewiele osób by to zauważyło. big_grin
                W moim wieku wypada powolutku czołgać się w kierunku cmentarza. wink
          • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:53
            Dziękuję Ci, Mia.
            Co do szansy - tak, on raz na jakiś czas o to pyta (ostatnio pytał również), stąd wiem, że chciałby wrócić.
        • chalsia Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 17:17
          żałuję, że nie umiem / nie umiałam wybaczyć. Z drugiej strony przeży
          > wam sytuację byłego. Z trzeciej strony wiem, że na samej litości daleko się nie
          > zajedzie. Z czwartej nie wiem sama, czy pod tą litością jednak czegoś jeszcze
          > nie ma - to istny obłęd...

          i właśnie po to przydałby się psycholog -
          na początek - by pomógł Ci dojść dlaczego nie umiałaś wybaczyć
    • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:28
      Przećwicz przede wszystkim komunikację, bo z tym jest u Ciebie bardzo źle.
      Nie wiadomo zupełnie, o czym piszesz.

      Chcesz spróbować razem zamieszkać, pomimo że nie ufasz facetowi?
      Chcesz razem dłużej przebywać, żeby mu się poprawiło?
      Potrzebujesz pomocy dla siebie, z jakiego powodu?
      Nic nie wiadomo, tylko takie napuszone i rozmyte babskie gadanie.

      Ojciec może się równie dobrze zajmować dzieckiem u siebie, jakaś forma opieki równoważnej może się sprawdzić. Zazwyczaj to dobrze robi wszystkim.
      A ryzyko, że popełni samobójstwo, zawsze jest. Takie rzeczy się zdarzają, ale rzadko, jeśli ojciec opiekuje się dzieckiem. Dawanie facetowi nadziei bez pokrycia też nie jest dobre.
      • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:51
        Przecież napisałam, że sama nie wiem, co robić. Ty zawsze wiedziałeś, co robić i byłeś pewny każdej decyzji? Dlaczego z takim lekceważeniem do kogoś piszesz?
        A na razie on się kompletnie nie nadawał, żeby dać mu dziecko np. na pół dnia czy na noc.
        • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 10:59
          berlynea napisała:
          > Przecież napisałam, że sama nie wiem, co robić. Ty zawsze wiedziałeś, co robić
          > i byłeś pewny każdej decyzji? Dlaczego z takim lekceważeniem do kogoś piszesz?
          > A na razie on się kompletnie nie nadawał, żeby dać mu dziecko np. na pół dnia c
          > zy na noc.

          Źle mnie rozumiesz. Tutaj nie ma żadnego lekceważenia, ale mocne stanie na nogach.
          Facet się nie nadawał, bo co?
          Nie nadawał się, bo Ty się nadawałaś, wyręczałaś, robiłaś wszystko lepiej, takie jest moje podejrzenie.
          Facet się nauczy, a dzieci są dość odporne na złe umiejętności rodziców.
          • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:31
            altz napisał:
            > Facet się nie nadawał, bo co?
            > Nie nadawał się, bo Ty się nadawałaś, wyręczałaś, robiłaś wszystko lepiej, taki
            > e jest moje podejrzenie.
            > Facet się nauczy, a dzieci są dość odporne na złe umiejętności rodziców.

            Ty mnie źle zrozumiałeś - chodziło mi o to, że w ostatnich dniach facet zupełnie się nie nadawał, żeby dać mu dziecko i żeby przebywał z nim sam. Poza tym jest wspaniałym ojcem.
            • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 11:42
              berlynea napisała:
              > Ty mnie źle zrozumiałeś - chodziło mi o to, że w ostatnich dniach facet
              > zupełnie się nie nadawał, żeby dać mu dziecko i żeby przebywał z nim sam. Poza
              > tym jest wspaniałym ojcem.

              To zaprowadzasz dziecko do teściowej i informujesz, dlaczego to robisz.
              Myślę że teściowa to dobrze zrozumie i zajmie się wnukiem.
              Dawanie, bez przemyślenia i szczerego własnego "tak", nadziei ojcu i jednocześnie dziecku, jest nie w porządku.
              • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 12:17
                > To zaprowadzasz dziecko do teściowej i informujesz, dlaczego to robisz.

                Tu nie chodziło o opiekę nad dzieckiem, Altz, tylko o to, żeby zrobić coś, co pomogłoby facetowi.

                > Dawanie, bez przemyślenia i szczerego własnego "tak", nadziei ojcu i jednocześn
                > ie dziecku, jest nie w porządku.

                Łatwo tak mówić, uwierz, tylko że trafiają się sytuacje, gdzie na pierwszy plan wchodzi to, co napisałam wyżej.

                • altz Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 12:35
                  > > To zaprowadzasz dziecko do teściowej i informujesz, dlaczego to robisz.

                  berlynea napisała:
                  > Tu nie chodziło o opiekę nad dzieckiem, Altz, tylko o to, żeby zrobić coś, co p
                  > omogłoby facetowi.

                  Zajmowałby się dzieckiem u siebie, to by mu pomogło z czasem.
    • kami_hope Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 12:06
      Nie znam Twojej sprawy, tak wiec nie za bardzo mam mozliwosc trafnie sie odniesc do Twojego problemu.
      Mysle, ze warto pamietac, ze byly/a nie-byly/a jest C Z L O W I E K I E M. I cokolwiek nam zawinil lub my zawinilismy, zawsze powinnismy potrafic odniesc sie do podstawowych wartosci moralnych. Mozemy czuc wspolczucie, chec pomocy lub sami pomocy potrzebowac. Przy tym, to scale nie musi oznaczac, ze wspolczucie ma nas kierowac do relacji partnerskiej z dana osoba. Pomoc nie musi polegac na wiazaniu sie z kims. Mozna pomagac i wspierac i wciaz zachowac dystans i wlasna niezaleznosc. Ja bym powiedziala, dawac z siebie (od siebie), a nie siebie sama.
      • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 12:34
        Dziękuję Ci za te bardzo mądre słowa.
        Ja właśnie bardzo chcę trzymać się wartości, o których piszesz. Czuję tylko, że w pomocy trudno będzie utrzymać się na tej granicy (i stąd mój post, gdyż to jest sedno problemu: co dalej?). Może się bowiem tak zdarzyć, że mimo wszystko ktoś zrobi sobie nadzieję.
        Ale jeszcze raz Ci dziękuję smile
        • tricolour A jakich wartości chcesz się trzymać? 13.04.14, 12:39
          Oko za oko, ząb za ząb?

          A może: "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje".

          Jakich?
        • kami_hope Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 13:32
          Granice wyznaczasz Ty sama. Jesli masz problem z okresleniem wlasnych granic i byciem konsekwentna, nie podejmuj sie ryzykownych dzielan i zachowan. Pomic nie moze poegac na ladowaniu z kims w lozku. A jesli ktos robi sobie jakies nadzieje, to juz nie Twoj problem. Dany proces zachodzi w czyjejs glowie. Nie masz wplywu na wyobraznie innych. Pilnuj swojej glowy. Wiedz, co robisz i dlaczego.
          • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 21:10
            Chciałabym być taka uporządkowana jak Ty to przedstawiasz, ale nie wiem, czy mi się uda.
            • kami_hope Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 22:01
              Porzadek w glowie musisz sobie zrobic sama. Nikt za Ciebie tego nie zrobi. Jesli jednak wolisz poddawac sie wplywom zewnetrznym musisz wiedziec, ze konsekwencje beda dla Ciebie mniej przewidywalne, do tego moga byc dalekie od Twoich oczekiwan i pragnien. Jesli nie zaczniesz swiadomie kierowac swoim zyciem, wciaz beda targaly Toba watpliwosci, jakies dokuczliwe emocje i inne problemy. Mozesz uporzadkowac swoje mysli przy wsparciu psychologa lub innej madrej osoby do ktorej masz zaufanie.
              P.S. Przepraszam za literowki, pisze z telefonu, nie mam mozliwosci przewijania napisanego tekstu, tj. nie bardzo widze co napisalam.
              • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 14.04.14, 19:36
                Mam wrażenie, że Ty masz za sobą jakiś proces, który ja dopiero muszę przejść. A przecież z drugiej strony jestem pewna, że gdyby nie ostatnie wydarzenia, żyłabym spokojnie jak dotychczas, bo już od dłuższego czasu emocje miałam poukładane.

                Co do sedna sprawy - mimo „nieporządku w głowie” jestem pewna jednego: nie chciałam przejść spokojnie obok tego, co dotyczy teraz byłego i nie mam wątpliwości co do swojej reakcji.
                Nie przeszkadzają mi literówki smile
                Jeszcze raz dziękuję Ci za rozsądne słowa smile w ogóle bardzo pomogły mi wpisy w tym wątku.
    • ann.k Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 12:14
      Zastanawia mnie jedno... Kto ocenił jego stan psychiczny. Kto potwierdził, że z nim jest bardzo źle.
      Bo widzisz, jak ja mojego wywaliłam z domu, to też miał załamanie nerwowe. I też byłam skłonna dać mu drugą szansę, pozwolić wrócić, dla niego i dla dziecka. Taki biedny był, zrozpaczony. Ale mu przeszło. Tak jak kiedyś miłość do mnie, potem radość z dziecka. Taki typ. A manipulować ludźmi potrafi przepięknie. Może Twój ma podobnie i zwyczajnie warto go w ramach pomocy wypchnąć na jeszcze głębszą wodę.
      • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 12:38
        Ann, nie wątpię, że u Ciebie tak było, tylko tu jest naprawdę zupełnie inna sytuacja - przepraszam, że nie będę pisać o szczegółach - i takie załatwienie sprawy, jak wypchnięcie na głęboką wodę, w ogóle nie wchodzi w grę.
    • tricolour Tak, iść do psychologa... 13.04.14, 12:19
      ... ale nie po to, by ten powiedział "co robić" tylko po to, by przepracować to żałosne "nie umiałam wybaczyć". Tak - to jest żałosne, bo gdyby mąż kogoś zabił samochodem, to byś nie tylko znalazła tysiąc racjonalizacji, ale jeszcze przytulała nieboraka, by pocieszyć. Iść do psychologa i zbudować system wartości oparty nie na egoizmie, zemście i rozdętym ego tylko na mierze rzeczy.

      I ta miara rzeczy umiejscowi mężowską zdradę (zgadzam się: zdradę bolesną, poniżającą, odbierającą nadzieję) w miejscu, z którego będziesz mogła podejmować świadome decyzje oparte o sensowne podstawy. Będziesz miała odwagę (a nie masz) napisać, że dalej kochasz męża tylko miłość zasłonięta jest chęcią odwetu. Będzie miała odwagę zobaczyć, że sama wyssałaś sobie z palca 100% zaufanie do drugiego człowieka gdy nie ma i nie będzie nigdy podstaw do takiego zaufania.

      Idź do psychologa, byś wiedziała, co Tobą kieruje. Byś mogła odważnie napisać: mąż zdradził, ale to ja rozwaliłam rodzinę, by pokazać facetowi gdzie jest jego miejsce.

      PS. Pokazałaś, i co? Jest dobrze? Załatwiłaś coś tą zemstą?
      • tricolour I popatrz na siebie jeszcze z innej strony... 13.04.14, 12:36
        ... łazisz po forach i pytasz co robić. Zauważ i przyznaj się sama przed sobą, że dorosła i dzieciata kobieta musi prosić obce osoby (nieważne czy z forum czy psycholog) o podwaliny swego życia. Przyznaj się, że sama sobie z tym nie radzisz, że się miotasz, że nie wiesz, co jest dobre dla Was, co złe, nawet dla dziecka. To już trwa całe lata.

        A potem sobie umieść mężowską zdradę w tej swojej elementarnej niedojrzałości. Nie, nie po to, by rozgrzeszyć męża, tylko po to, by zobaczyć jej miejsce. Że sama też czasem potrzebujesz cudzej pomocy, że sama sobie nie możesz zaufać.
      • tricolour A na koniec coś humorystycznego... 13.04.14, 13:00
        ... najpierw chciałaś wybaczyć niewiernemu mężowi, ale nie potrafiłaś.

        Teraz: "Nie wiem, czy udźwignę sama tę sytuację - chociaż chciałabym ją udźwignąć"

        A także: "Jestem zupełnie pogubiona w moich odczuciach, ale jedno wiem na pewno, tzn. że nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś się stało i dziecko straciłoby ojca".

        To teraz weź się uśmiechnij (albo zapłacz) i zobacz, że całe Twoje poważne życie oparte jest o chciejstwo i wybaczanie.
      • berlynea Tricolour 13.04.14, 14:01
        Odnoszę się do wszystkich Twoich wpisów.
        Tak, chciałam wybaczyć, ale nie potrafiłam. I teraz też naprawdę chciałabym, żeby facet doszedł do siebie. Nie rozumiem również, skąd miałbyś wiedzieć (lepiej ode mnie), czy dalej kocham byłego męża, czy nie.
        Poza tym… W większości być może (niestety) masz bardzo dużo racji.
        Może Cię zaskoczę, ale jestem Ci wdzięczna za Twoje słowa i bardzo za nie dziękuję.
        • tricolour Wiem, że nie potrafiłeś wybaczyć... 13.04.14, 15:24
          ... bo w okolicach zdrady najbardziej dojmującym uczuciem był ból.

          Tyle, że wtedy gdybyś skutecznie skorzystała z pomocy psychologa, to ten ból, poniżenie, podeptane poczucie wartości, załamanie itp byłby adekwatnymi uczuciami do zdrady. Poprzestałabyś na tych uczuciach, przepracowała je po okiem psychologa i to byłaby podstawa do dalszego racjonalnego działania, może nawet do rozwodu. Ty zrobiłaś inaczej: zamieniłaś wszystkie bolesne uczucia na jedno: na złość, która wyraziła się rozwodem (tu warto zauważyć, że rozwód ma być efektem trwałego i nieodwracalnego zerwania więzi także uczuciowej, co a Twoim wypadku nie nastąpiło więc - mówiąc otwarcie - okłamałaś sąd. I siebie). Zatem rozwiodłaś się, bo nie potrafiłaś wybaczyć, a nie dlatego, że ustał związek rozumiany jako wspólne łóżko, wspólne gospodarstwo, wspólne uczucia. To dlatego piszę, że to Ty rozwaliłaś małżeństwo.

          Skąd wiem, że kochasz? Bo piszesz o tym od pierwszego postu. A ja od pierwszego postu wytykam Ci niespójność. I nie po to, by Ci było przykro (choć może być, za co przepraszam) tylko po to, byś przestała oszukiwać siebie, faceta i resztę rodziny. Bo - bądź przez moment obiektywna - masz papier rozwodowy, ale bujasz się z facetem i trzymasz na smyczy jak psa. Coś daje Ci energię na takie działanie i to przez lata całe. Co?

          Owszem, będzie trochę wstyd, gdy mu nagle wyznasz miłość, ale tylko przez sekundę. W trzeciej sekundzie będziesz naga i szczęśliwa.

          Ja bym taką sekundę wstydu chętnie przeżył...
          • berlynea Re: Wiem, że nie potrafiłeś wybaczyć... 13.04.14, 21:29
            Tricolour,
            owszem, rozwiodłam się, bo nie potrafiłam wybaczyć, ale nie wiem, czy można posuwać się do aż tak daleko idących wniosków (jak ten o kłamstwach w sądzie). Nie rozumiem również, w jaki sposób „trzymam faceta na smyczy”. Każde z nas po rozwodzie prowadziło oddzielne życie, spotykało się z innymi osobami itd.

            Nie będę się jednak sprzeczać, bo gdy piszesz niektóre rzeczy (teraz np. o złości), to trafiasz w dziesiątkę - aż się zastanawiam, kim Ty jesteś i skąd to możesz wiedzieć…

            Jeszcze coś: nie pisałam nigdy, że kocham byłego, bezpośrednio ani pośrednio. Kochałam go kiedyś, więc wiem, co to jest miłość - i dlatego wiem, jak wygląda jej brak. Nie ma już tego czegoś, co było. Dlaczego mam uważać coś, co jest (np. zdolność do współczucia mu) za miłość? A to mi chyba właśnie sugerujesz.
    • vero_nique Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 17:17
      Dźwiganie byłego męża - to nie jest Twoje zadanie, ani obowiązek. Jeśli poprosi
      Cię wprost o pomoc konkretną - możesz ją rozważyć - ale nie wyręczaj go w odpowiedzialności za własne życie.
      Odnoszę wrażenie, że masz poczucie winy - pytanie dlaczego? Psycholog? Owszem - dla osoby będącej w kryzysie - czyli może to jednak były mąż powinien potuptać po wsparcie do profesjonalisty? Dziewczyno, pozwól byłemu mężowi stać się dorosłym mężczyzną.
      • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 21:36
        On będzie chodzić do psychologa.

        W niektórych sytuacjach jest bardzo trudno przeprowadzić granicę między wyręczaniem w odpowiedzialności a nie wyciągnięciem ręki. Ta zaś sytuacja nawet do takich nie należała, tylko była jednoznaczna.
    • zmeczona100 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 13.04.14, 22:33
      Pochodzisz z rodziny, gdzie ojciec pił, a matka pilnowała, aby tego nie robił?
      • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 14.04.14, 19:37
        Nie, nie pochodzę z takiej rodziny.
        • zmeczona100 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 14.04.14, 20:53
          To dziwne, bo masz nadopiekuńczą postawę w stosunku do dorosłego- jakbyś przejęła nad nim dawno temu opiekę i teraz się martwisz, co dalej.
          • berlynea Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 15.04.14, 17:18
            Jest półtora roku po rozwodzie - jeśli teraz przejmuję się jego stanem, to jest nadopiekuńcza postawa?
            "Postawa" to wg mnie rodzaj stosunku do kogoś lub czegoś rozciągający się w czasie, a nie działanie pod wpływem konkretnego wydarzenia (jak u mnie obecnie).
            • zmeczona100 Re: Psycholog - czy to ma sens w tej sytuacji? 03.05.14, 15:03
              Zachowanie człowieka wynika wprost z jego postawy.
    • berlynea Nie rozumiem 28.04.14, 20:52
      Zaczęłam chodzić do psychologa.
      Czuję się dziwnie. Wiem już, że to będzie bardzo trudne - jako proces, to mam na myśli. Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły. Wspomnę tylko o czymś, co mnie szczególnie drażni i jest zupełnie nienormalne: mam ochotę przespać się z byłym mężem (konkretnie chodzi mi o odczucie pociągu fizycznego).
      Nie wiem, jaki może to mieć związek z wizytami u p. psycholog, bo o takich rzeczach tam nie rozmawiamy - ale jest to w jakiś sposób rezultatem tych wizyt.
      Jakby co, to uprzedzam, że nie mam zamiaru tego realizować ani o tym nikomu mówić (nawet tu się właściwie wstydzę).
      Czy ktoś zauważył też u siebie jakieś nieprzewidziane - i niechciane - skutki wizyt u psychologów?
      • kami_hope Re: Nie rozumiem 28.04.14, 22:48
        Kwestia "przespania sie z bylym mezem" byla juz poruszana powyzej. Ty chcialas juz tego wczesniej. Tyle, ze nie akceptowalas swojego pociagu. Stad byly Twoje obawy o utrate kontroli. Napisalas, ze obawiasz sie iz maz moze robic sobie nadzieje, itd. Nie, to nie on... To Ty projektowalas na nim swoje obawy.
        Psycholog nie ma zwiazku z Twoim pociagiem. To nie psycholog wyzwala ten pociag. Ty go masz w sobie. Mialas juz wczesniej. To nie rezultat wizyt u psychologa. Szukasz odpowiedzi nie tam gdzie trzeba.
        • berlynea Re: Nie rozumiem 29.04.14, 07:59
          Jeśli to były projekcje, jak piszesz, Kami, to by znaczyło, że zupełnie nie znam siebie.
          Ale ja już nic nie wiem, dlatego nie będę zaprzeczać. Co wiem na pewno: dotychczas wręcz brzydziłam się na myśl o nim jako partnerze w łóżku. Zresztą w ogóle czułam w tym aspekcie obrzydzenie.
          • anbale Re: Nie rozumiem 29.04.14, 12:58
            Ludzkie emocje chyba nie są tak proste i oczywiste, jak to łopatologicznie w stylu 'chłop krowie na rowie' zwykł ujmować Tricolour. To na ogół konglomerat, mieszanka pełna zagadek i sprzeczności.
            Chyba też nie wygasają wszystkie równocześnie, jeżeli z kimś było się dłuższy czas, była miłość, bliskość, przywiązanie, pożądanie...Coś już wygaśnie, umrze, zmieni swój znak z plusa na minus, a coś innego jeszcze się tli i czasami wybija do góry.
            Sama tez przeżywałam takie stany, gdy czułam, że z facetem za cholerę być już nie mogę, że to kompletnie nie to- a jednocześnie zwijała mnie tęsknota za nim od czau do czasu. Ale to też się wypala z czasem.
            • berlynea Re: Nie rozumiem 29.04.14, 14:17
              W takim razie u Ciebie, mimo że szło nierównomiernie, to przynajmniej miało strzałkę w jedną stronę, natomiast u mnie panuje bałagan.
              A to, co napisałaś w pierwszym akapicie, to najczystsza prawda.
          • kami_hope Re: Nie rozumiem 29.04.14, 14:51
            Nie wiem czy znasz siebie czy nie lub na ile. Tego to ja tutaj nie odczytam.
            To co ja widze, ogolnie rzecz ujmujac, to Twoje dzialajace mechanizmy obronne. No jest to jakas niedojrzalosc psychiczna u Ciebie, jak to Tri juz wspomnial wink
            Chodzisz do psychologa, jest szansa ze wktotce zrozumiesz jakie manipulacje stosujesz sama wobec siebie samej, aby bylo Ci latwiej (?). Ale to juz od Ciebie zalezy, jak silnie jestes zdeterminowana do pracy nad soba.

            Takie oto definicje wygooglowalam dla Ciebie:
            Projekcja - Przypisanie własnego, nieakceptowanego impulsu innej osobie. Lęk neurotyczny przekształca się wówczas w obiektywny – z zagrożeniem zewnętrznym łatwiej sobie poradzić.
            Przemieszczenie - Przeniesienie uczuć, zainteresowań itp., uznanych za nieodpowiednie, z jednej osoby na inną, z jednego przedmiotu na drugi, o mniejszym ryzyku, zagrożeniu, niebezpieczeństwie, lub w większym stopniu akceptowaną społecznie – bardziej "dozwoloną"
            Racjonalizacja - Użycie samooszukujących się usprawiedliwień nieakceptowanego zachowania lub niepowodzenia.
            Zaprzeczenie - Udawanie, że sytuacja naprawdę zagrażająca lub wzbudzająca lęk nie ma miejsca (konflikt pomiędzy impulsami id i frustrującą je rzeczywistością)
            • berlynea Re: Nie rozumiem 30.04.14, 13:15
              Dziękuję, Kami, za wskazówki.
              Być może jestem niedojrzała, nie wiem. Ale owszem, jestem zdeterminowana, żeby coś zmienić. Inaczej zresztą nie zaczęłabym terapii.
              Może odkryję manipulacje, a może dowiem się o sobie czegoś jeszcze. Wiem, że nie będzie to miłe, zdążyłam to już zauważyć - mówi się trudno, nie wszystko musi być miłe.
              Ostatnie wydarzenia tak mnie jednak poruszyły, że muszę coś zrobić, bo nie wiem, na czym stoję w odniesieniu do samej siebie.
      • tricolour Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 00:41
        ... to chce się z nim iść do łóżka. Nie wiem ile Ty masz lat, ale zaczynam podejrzewać, żeś gówniarz jakich mało na tym forum.

        Oczywiście w przyszłości możesz założyć wątek o umyciu się przed seksem.
        • berlynea Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 07:58
          Nie jestem gówniarą, Tricolour, mam już 28 lat.
          Nie będę zakładać nowych wątków, nie obawiaj się.
          Gdy się kogoś kocha, to mu się wybacza. A przecież wiem, że ja go nienawidziłam, i dlatego odcięłam się od niego, formalnie także. Potem miałam etap spokoju - i nagle wg Ciebie kocham, nie wiedząc o tym?
          • triss_merigold6 Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 09:26
            Dumą się uniosłaś i tyle. Jest szansa, że Ci już przeszło więc możesz pogodzić się z eks mężem.
            • kasper254 Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 12:34
              Duma to szlachetne uczucie. Gdy się niszczy rodzinę - to raczej jest głupota i podłość. Joanna d'Arc - gdyby była leciwa - też pewnie myślałaby, po co mam ganiać z jakimś kawałkiem stali po polach.
            • berlynea Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 14:36
              Tak, ja wiem, że to jest duma. Tylko dlaczego niektórzy (np. Kaspar) z definicji odbierają do niej prawo?

              Ja miałam wrażenie, że były złamał mi kręgosłup, zniszczył mi poczucie własnej wartości, zmieszał mnie z błotem - i że darzy mnie chyba straszną pogardą, skoro zrobił mi coś takiego. Uważam, że nikt nie może odbierać mi prawa do takiej reakcji.

              Zatem powrót nie wchodził w grę, bo nienawidziłam byłego. Nie wchodził w grę z jeszcze jednego powodu - nie szanowałabym się we własnych oczach. Musiałabym cały czas myśleć o sobie „Ty frajerko”. Albo „A może on zaraz się powtórzy, skoro raz się udało?” Poza tym brzydziłam się go, i jeszcze pewnie coś by się znalazło.

              A to, o czym wczoraj napisałam, jest czymś, czego nie umiem wyłączyć.
              Mój były jest wysokim dobrze zbudowanym facetem, ale taki był i przed rozwodem, i po. Dlaczego więc teraz nagle to "włączyło" się, skoro po zdradzie tak długo nie istniał dla mnie jako mężczyzna? Jakiś związek z terapią musi być, bo związek czasowy nie jest przypadkowy.
              Poza forum staram się o tym nie myśleć, ale nie rozumiem, co się ze mną dzieje i dlaczego wszystko nagle zrobiło się takie pokręcone...
              • triss_merigold6 Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 22:52
                Błagam, Twoja duma i poczucie własnej wartości do tego stopnia opierały się na, przepraszam, dupie?
                • tricolour Ja od dawna o to pytam... 30.04.14, 12:00
                  ... i tym bardziej się dziwię reakcji, bo koleżanka dziewicą nie była i różni faceci chleb z jej pieca jedli. A tu nagle cztery litery takie ważne!
                  • anbale Re: Ja od dawna o to pytam... 30.04.14, 12:57
                    No wiesz, dla niektórych seks z małżonkiem/małzonką to jedynie kwestia dupy, mniej lub bardziej zużytej, na podstawie czego określa się jej wartość nabywczą; a dla innych to przeżycie z półki ze sfery, że się tak wyrażę, "duchowej", co oczywiście mocno komplikuje życie. W razie zdrady wali się wiele segmentów wspólnej egzystencji, a nie tylko ten jeden, że dupa znów się nieco zużyła, z czym w sumie da się żyć...
                    Czasem trudno to zrozumieć, jak widać...
                    • triss_merigold6 Re: Ja od dawna o to pytam... 30.04.14, 13:06
                      Trudno zrozumieć, że laska uznała, że mąż musiał nią strasznie pogardzać, skoro zdradził. Mógł kierować się impulsem, bezmyślnością, ciekawością, nadużyciem spożycia etc. ale pogardą?!
                      • anbale Re: Ja od dawna o to pytam... 30.04.14, 13:11
                        No ale ona tak to czuje i nic na to (na razie) nie poradzi.
                        Widocznie wierność jest dla niej tożsama z szacunkiem, lub czymś w ten deseń.
                        Ludzie zdradę odbierają na różnych "poziomach". Dla niektórych to czysta fizjologia, a dla innych kompletna porażka etyczna i duchowa. No tak już mają.
                      • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 30.04.14, 17:37
                        Triss, zdrada upadla, jeśli nawet zdradzający kierował się „tylko” impulsem, ciekawością itd. Co za różnica, czy w momencie zdrady ktoś Cię kocha, czy nie, skoro zdrada sama z siebie jest zdeptaniem=wzgardzeniem?

                        Jak pisze Anbale: wierność jest dla mnie tożsama z szacunkiem dla partnera.
                        Czy to takie nietypowe? Czy normalnie (o ile ktoś się nie umawia na wolny związek) ludzie tolerują zdrady partnerów, podsumowując je tylko: „Co mi tam, że zdradził/a, przecież moje poczucie wartości nie opiera się tylko na d.”
                        • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 30.04.14, 21:05
                          Co mi tam,
                          > że zdradził/a, przecież moje poczucie wartości nie opiera się tylko na d.”

                          owszem, zdrada nie zmniejszyła mojego poczucia wartości


                          > Triss, zdrada upadla, jeśli nawet zdradzający kierował się „tylko&
                          > #8221; impulsem, ciekawością itd. Co za różnica, czy w momencie zdrady ktoś Cię
                          > kocha, czy nie, skoro zdrada sama z siebie jest zdeptaniem=wzgardzeniem?

                          DLA CIEBIE
                          wcale niekoniecznie dla innych
                          dla mnie zdrada nie jest ani upodleniem ani wzgardzeniem
                          jest brakiem lojalności, złamaniem umowy, oszustwem, kłamstwem
                          • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 01.05.14, 09:58
                            Odpowiadam głównie Chalsi, ale też i trochę zbiorczo.

                            W porządku, Chalsia, nie dla każdego zdrada musi być tym samym. Ale też nie każdy jest zdradzany w tych samych warunkach. A jeśli kogoś kochasz, i ten ktoś zapewnia, że Cię kocha, oraz, co więcej, potwierdza to na co dzień - i nagle zadaje Ci cios zdradą? Wtedy przestajesz cokolwiek rozumieć, bo skoro kochał (i dalej niby kocha, do tego żałuje i rozpacza), dlaczego to zrobił?!
                            Ja bardzo Ci zazdroszczę, Chalsia, że odebrałaś zdradę tak rozsądnie, że objęła u Ciebie tylko brak lojalności, złamanie umowy, oszustwo - i że Twój odbiór zdrady tu się zatrzymał, i że za tym wszystkim nie poszło umniejszenie poczucia własnej wartości i zdeptania.
                            Nie umiałam tak, niestety. Jednocześnie wątpię, że większość zdradzonych to umie.

                            Sztuka polega natomiast na tym, żeby potem odpowiednio pokierować swoim życiem. Pewnie niektórzy zostają razem, chociaż pozostaje zadra (im też zazdroszczę).
                            Mnie się wydawało, że ja umiałam pokierować swoim życiem - przecież w końcu stanęłam na nogi, poczucie wartości odzyskałam, zaczęłam normalnie sypiać, zaczęłam cieszyć się jak kiedyś z drobiazgów, weszłam w kolejny związek…
                            Dopiero niedawno coś zaczęło się we mnie zmieniać. A potem z byłym blisko było dramatu, co również bardzo przeżyłam.
                            Teraz wiem, że muszę coś z tym wszystkim zrobić, dlatego chodzę do psychologa. Czyli doszło do mnie Chalsia, że mogło być inaczej i lepiej, prawda?

                            Chyba też widać, Tricolour, że nie myślę, iż wybaczenie znajduje się jak kapsle na ziemi? I jeszcze jedno: czy taki a nie inny przebieg wydarzeń oznacza moją winę za to wszystko?! Czy to, że gdybym była lepsza / szlachetniejsza i wybaczyłabym, oznacza, że rozwodząc się, to ja zdradziłam dziecko, że to ja rozwaliłam rodzinę, że to ja byłam przyczyną cierpień byłego?
                            Moim zdaniem absolutnie tego nie oznacza.
                            • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 01.05.14, 10:14
                              Dodam jeszcze, że nie rozumiem zupełnie, dlaczego mojemu byłemu mężowi nie udało się tego wszystkiego przez tyle czasu poukładać. Ma pracę, którą uwielbia (a przy okazji bardzo dobrze w niej zarabia), jest atrakcyjnym mężczyzną i po naszym rozstaniu był w jakichś związkach. Jednocześnie kontaktów z dzieckiem miał tyle, ile chciał, tj. bardzo dużo, bo dziecko strasznie kocha, a ja zawsze szłam mu w tym względzie na rękę.
                              Tak więc nie rozumie tego nikt, także rodzina, otoczenie; to kolejny dowód, że w życiu niczego nie da się przewidzieć.
                              • tricolour Bo były mąż czeka na Ciebie... 01.05.14, 10:52
                                ... to dla niego jedyna forma poukładania (co ze kretyński termin).

                                Gówniarz z Ciebie do kwadratu.
                                • berlynea Re: Bo były mąż czeka na Ciebie... 02.05.14, 10:15
                                  tricolour napisał:
                                  > Gówniarz z Ciebie do kwadratu.

                                  Nie wiem, dlaczego wciąż tak mnie nazywasz.
                                  Nie lubię i chyba nie umiem pisać o sobie, więc chyba wszystko brzmi sucho - ale spróbuję: ostatnie tygodnie były dla mnie po prostu wstrząsem. Jeśli coś zasadniczo zmieniło moje nastawienie, to właśnie to.
                                  Robię bardzo dużo, żeby wszystko naprawić (czego na forum nie widać, bo o tym nie mówię), a jednocześnie nie pośpieszyć się i być w porządku wobec wszystkich.
                            • tricolour Co to jest "wina za wszystko"? 01.05.14, 10:59
                              Za klęskę nieurodzaju w Gwatemali również? Weź się kobieto ogarnij, choćby intelektualnie.

                              Nikt Ci nie imputuje winy (tym bardziej za wszystko), ale weźże wreszcie odpowiedzialność za swoje życie i nie smęć nad prostymi sprawami, które rozwiązuje się gdzieś w okolicach matury. Skoro się rozwiodłaś, to spadaj. Ale skoro łazisz za byłym mężem jak smród za wojskiem, to weź za to odpowiedzialność i choćby to nazwij. Żebyś wiedziała kim jesteś.

                              No, kim Ty jesteś?
                              • berlynea Re: Co to jest "wina za wszystko"? 01.05.14, 11:26
                                "Za wszystko" to oczywiście skrót myślowy - i oznacza zarówno zmiany, jak i przeżycia nasze (pośrednio też najbliższych), które miały miejsce po zdradzie oraz potem po rozwodzie.
                                Nigdy nie "łaziłam" za byłym. Nasze kontakty zmieniły się po ostatnich wydarzeniach (i dalekie są od "łażenia").

                                > weźże wreszcie odpowi
                                > edzialność za swoje życie i nie smęć nad prostymi sprawami, które rozwiązuje si
                                > ę gdzieś w okolicach matury.

                                Dobrze, przyznaję rację, że jestem niekonsekwentna. Ta niekonsekwencja mi przeszkadza, tego dotyczyło wznowienie przeze mnie mojego wątku.

                                > No, kim Ty jesteś?

                                Kimś, kto zaczyna wyzwalać się z więzów dumy i dojrzewać do tego, że takie stwierdzenie (jak moje powyżej) to coś, na czym nie można poprzestać.

                            • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 01.05.14, 11:53
                              A jeśli kogoś kochasz, i ten ktoś za
                              > pewnia, że Cię kocha ............................- i nagle zada
                              > je Ci cios zdradą?

                              ja akurat taką właśnie mniej więcej wersję przeżyłam - otrzymywałam SŁOWA akceptacji i miłości (z czynami potwierdzającymi to było już gorzej), a na boku eks miał romans (który trwał przez okres mojej ciąży i po niej)
                              • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 01.05.14, 12:42
                                Ja miałam dowody uczuć w czynach też, także i po zdradzie były robił wszystko, żeby mnie o tym przekonać.
                                Mogę tylko powtórzyć, że nie umiałam (jak Ty) powstrzymać poczucia, że zostałam zdeptana.
                                Ale Ty też nie wybaczyłaś - jak widzę. Z jakiego powodu?
                                Oczywiście nie odpowiadaj, jeśli nie masz ochoty.
                                • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 01.05.14, 14:26
                                  nie umiałam (jak Ty) powstrzymać poczucia, że zostałam
                                  > zdeptana.

                                  ja nie musiałam nic powstrzymywać, po prostu nie czułam się zdeptana

                                  > Ja miałam dowody uczuć w czynach też, także i po zdradzie były robił wszystko,
                                  > żeby mnie o tym przekonać.

                                  u mnie tak nie było, zdrada/romans wyszły na jaw po tym, jak eks zdecydował się odejść

                                  > Ale Ty też nie wybaczyłaś - jak widzę. Z jakiego powodu?

                                  patrz wyżej - to eks zdecydował sie odejść, mając romans, więc tematu wybaczenia wówczas nie było
                                  a czy wybaczyłam w ogóle - to moja prywatna sprawa, której tu nie ujawnię, ponieważ Wielki Brat czuwa tongue_out
                                  • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 10:22
                                    chalsia napisała:
                                    > a czy wybaczyłam w ogóle - to moja prywatna sprawa, której tu nie ujawnię, poni
                                    > eważ Wielki Brat czuwa tongue_out

                                    Nasze sytuacje były zupełnie inne, dlatego o Twoje wybaczenie (w Twojej sytuacji właśnie) nawet bym nie pytała, bo nie da się porównać.
                                    Ale co do Wielkiego Brata - chyba nie myślisz, że były zna Twój nick i wyłapuje Twoje wpisy? wink
                                    • luciva Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 11:31
                                      Zdziwiłabyś się, jak mało anonimowy jest net.
                                      I jakie niekiedy bywają sytuacje. lepiej nie być naiwnym.
                                    • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 11:55
                                      > Ale co do Wielkiego Brata - chyba nie myślisz, że były zna Twój nick i wyłapuje
                                      > Twoje wpisy? wink

                                      tak, zna
                                      i owszem - albo on, albo nexia, albo razem - są całkiem na bieżąco
                                      • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 12:12
                                        chalsia napisała:
                                        > tak, zna
                                        > i owszem - albo on, albo nexia, albo razem - są całkiem na bieżąco

                                        No to nic mnie chyba w najbliższym czasie tak bardzo nie zaskoczy...

                                        Ale to również stawia w specyficznym kontekście Twoje wpisy, przynajmniej te bardziej osobiste wink np. stwierdzenia o tym, że zdrada w żadnym razie nie naruszyła Twojego poczucie własnej wartości. Nie, żebym od razu przestała wierzyć, ale sama rozumiesz wink

                                        • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 13:02
                                          > Ale to również stawia w specyficznym kontekście Twoje wpisy, przynajmniej te ba
                                          > rdziej osobiste wink np. stwierdzenia o tym, że zdrada w żadnym razie nie naruszy
                                          > ła Twojego poczucie własnej wartości. Nie, żebym od razu przestała wierzyć, ale
                                          > sama rozumiesz wink

                                          ale to akurat jest prawda - nie pod publikę smile
                                          miałam, mam i mieć będę wysokie poczucie własnej wartości, zawdzięczam je rodzicom
                                          i miałam świadomość, że nexia nie jest lepsza/ja gorsza, tylko po prostu jesteśmy INNE
                                          gdy o czymś piszę, to znaczy, że uznaję, że nie ma znaczeniai, kto czyta
                                          a jak jest inaczej - to nie piszę po prostu
                                          dlatego nie roztrząsam swoich aktualnych spraw na forach, piszę o przeszłości
                                          • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 13:32
                                            chalsia napisała:
                                            > miałam, mam i mieć będę wysokie poczucie własnej wartości, zawdzięczam je rodzi
                                            > com

                                            Wiesz, w takim razie tym bardziej Ci zazdroszczę.
                                            Nie sadzę, że z moim poczuciem wartości coś było nie w porządku, ale zdrada strasznie mnie w tym względzie trzepnęła, i nic nie mogłam na to poradzić - tj. mimo że logika mówiła mi co innego, czułam się gorsza (choćby od niezdradzonych) i gorsza niż wcześniej. Oczywiście to przeszło, jednak wymagało czasu.
                                            • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 14:16
                                              no chyba jednak z Twoim poczuciem własnej wartości nie było tak bardzo halo - patrz niżej

                                              > czułam się gorsza (choćby od niezdradzonych)
                                              > i gorsza niż wcześniej

                                              nie mieści mi się to w głowie, to jak banie się własnego cienia
                                              skąd Ty niby mogłaś/możesz wiedzieć, która kobieta była/nie była zdradzona, tym bardziej, że same zainteresowane też tego często nie wiedzą

                                              gorsza niż wcześniej?
                                              a czegoś Ci ubyło? Tak z dnia na dzień?
                                              tak się nawet kilogramów nie gubi (no może jedynie dziewictwo) wink
                                              może poczucie własnej wartości było zależne od tego jak Cię postrzegają inni (mąż), jak się wobec Ciebie zachowują
                                              • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 14:38
                                                Nie chodziło o konkretne kobiety zdradzone lub nie, to było jakieś ogólne poczucie sprawiające, że czuję się gorsza.
                                                Kurczę, Chalsia, czy to taki ewenement, że zdrada uderza w poczucie własnej wartości? Czy naprawdę czytując wpisy na forum rozwodowym nigdy się z tym nie spotkałaś? Ja pamiętam, że czytałam trochę różnych wypowiedzi - i zdradzeni, płci obojga zresztą, odbierali to podobnie jak ja - mimo że sobie jak ja tłumaczyli, że to bez sensu.
                                                • tricolour Na tym właśnie polega niedojrzałość... 02.05.14, 14:44
                                                  ... że się czuje coś, czego nie umie się nazwać i na dodatek jest to bez sensu.

                                                  To dlatego zalecam ćwiczenie, byś wiedziała w co konkretnie uderzyła zdrada. W jaki składnik poczucia własnej wartości... choć podejrzewam, że będziesz miała wielkie problemy, by samodzielnie te składniki w ogóle wymienić.
                                                  • luciva Re: Na tym właśnie polega niedojrzałość... 02.05.14, 19:08
                                                    Ja też chętnie dowiem się, jakie są składniki poczucia wartości. No, proszę Tri, wymień je.
                                                  • berlynea Re: Na tym właśnie polega niedojrzałość... 02.05.14, 19:49
                                                    Nie umiem zrobić tego ćwiczenia, bo nie wiem, o co chodzi, nie umiem nawet po zajrzeniu do „ściągi” - wklejam: „Według Nathaniela Brandena wyróżnia się sześć filarów samooceny: świadomość, niezależność, prawość, celowość, asertywność oraz samoakceptację.”
                                                    Za to doskonale wiem, że zdrada najbardziej uderzyła w moją dumę własną.

                                                    Jeszcze jedno, Tri, bo chyba mnie nie zrozumiałeś - odnoszę się teraz do Twojej wypowiedzi tu obok: ja nie pisałam o chęci pójścia do łóżka z byłym w znaczeniu, że chcę to zrealizować, a to podstawowa różnica (nie daję żadnych sygnałów itp.) - pisałam natomiast o tym jako odczuciu, które mnie niepokoi, którego nie chcę i nie rozumiem; a podejrzewam, że gdybym zechciała to pragnienie zrealizować, niewiele by wystarczyło zrobić.
                                                  • chalsia Re: Na tym właśnie polega niedojrzałość... 02.05.14, 19:59
                                                    > Nie umiem zrobić tego ćwiczenia, bo nie wiem, o co chodzi, nie umiem nawet po z
                                                    > ajrzeniu do „ściągi” - wklejam: „Według Nathaniela Brandena w
                                                    > yróżnia się sześć filarów samooceny: świadomość, niezależność, prawość, celowoś
                                                    > ć, asertywność oraz samoakceptację.”
                                                    > Za to doskonale wiem, że zdrada najbardziej uderzyła w moją dumę własną.

                                                    IMHO zdrada uderzyła w Twoją samoakceptację
                                                    a nad świadomością pracujesz teraz na terapii
                                                • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 14:53
                                                  > Kurczę, Chalsia, czy to taki ewenement, że zdrada uderza w poczucie własnej war
                                                  > tości? Czy naprawdę czytując wpisy na forum rozwodowym nigdy się z tym nie spot
                                                  > kałaś? Ja pamiętam, że czytałam trochę różnych wypowiedzi - i zdradzeni, płci o
                                                  > bojga zresztą, odbierali to podobnie jak ja - mimo że sobie jak ja tłumaczyli,
                                                  > że to bez sensu.

                                                  nie, to NIESTETY nie jest ewenement, że zdradzeni czują się gorsi
                                                  ale czują się gorsi od kochanek/kochanków partnerów, a nie gorsi od wszystkich dookoła (a tak chyba piszesz o sobie - i to też nie mieści mi się w głowie)
                                                  a kochanek/kochanka są po prostu inni i widać ta inność bardziej partnerowi/partnerce aktualnie odpowiada

                                                  w poprzednim poście "nie mieści mi się w głowie" dotyczyło poczucia bycia gorszą wobec "niezdradzonych"
                                                  • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 19:25
                                                    chalsia napisała:
                                                    > nie, to NIESTETY nie jest ewenement, że zdradzeni czują się gorsi
                                                    > ale czują się gorsi od kochanek/kochanków partnerów, a nie gorsi od wszystki
                                                    > ch dookoła
                                                    (a tak chyba piszesz o sobie - i to też nie mieści mi się w głow
                                                    > ie)

                                                    Nie użyłam sformułowania „gorsza od wszystkich dokoła”, mówiłam o ogólnym poczuciu. Ale mniejsza o to.
                                                    Chalsia, czy Ty nie nazbyt pochopnie odbierasz innym (w tym wypadku mnie) prawo do odczuwania czegoś tak, a nie inaczej, zwłaszcza gdy chodzi o sytuacje naładowane emocjami?

                                                    > a kochanek/kochanka są po prostu inni i widać ta inność bardziej partnerowi/par
                                                    > tnerce aktualnie odpowiada

                                                    Ale co wynika z powyższego zdania? Czy naprawdę myślisz, że większość po zdradzie gładko łyka fakt, że kochanek/kochanka jest inny/a i spokojnie tłumaczy sobie, że „ta inność bardziej partnerowi/partnerce aktualnie odpowiada”? Tak to tutaj napisałaś i tak zabrzmiało, ale przecież to czysta teoria!

                                                    Przy tym pytam o sferę emocji, nie rozumu, bo chyba przeciętnie inteligentny człowiek wie, że zdradzony nie równa się gorszy, i też wie, że zdradzającemu o jakąś inność chodziło. Ale chyba kojarzysz, że rozsądek wtedy niewiele pomaga?
                                                    Wiesz, czytając Ciebie odbieram Cię jako osobę, która tak pragmatycznie, chłodno podeszła do zdrady. A przecież niekoniecznie tak było. I wcale nie pytam, jak było, tylko proszę, nie wartościuj moich odczuć, nie przydawaj im z góry łatki „nieprawidłowe”.
                                                  • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 19:55
                                                    > Chalsia, czy Ty nie nazbyt pochopnie odbierasz innym (w tym wypadku mnie) prawo
                                                    > do odczuwania czegoś tak, a nie inaczej, zwłaszcza gdy chodzi o sytuacje naład
                                                    > owane emocjami?

                                                    a GDZIE Ty w moich wypowiedziach wyczytałaś, że odbieram Ci prawo do Twoich własnych emocji i Twojego własnego sposobu odczuwania?
                                                    Ja Ci jedynie pokazuję, że Twój sposób widzenia świata, odczuwania, przeżywania nie jest jedyny (vide odczucie bycia zdeptaną - gdy o tym pisałaś, wyraziłaś się, że to przecież oczywiste jest w takiej sytuacji - a jak widać NIE JEST oczywiste).
                                                    Skoro Ty moje wypowiedzi odbierasz jako "zagrażające", odmawiające Ci do czegoś prawa, to naprawdę wydaje mi się, że nie czujesz się wewnętrznie mocna, silna.


                                                    > Ale co wynika z powyższego zdania? Czy naprawdę myślisz, że większość po zdradz
                                                    > ie gładko łyka fakt, że kochanek/kochanka jest inny/a i spokojnie tłumaczy sobi
                                                    > e, że „ta inność bardziej partnerowi/partnerce aktualnie odpowiada”
                                                    > ? Tak to tutaj napisałaś i tak zabrzmiało, ale przecież to czysta teoria!

                                                    no niestety nie myślą tak
                                                    i póki nie zrozumieją, że tak własnie jest, że NIE jest to teoria, póty się będą borykać z poczuciem niższej wartości, grzebać w poczuciu winy ("a może zupa była za słona?")

                                                    > Wiesz, czytając Ciebie odbieram Cię jako osobę, która tak pragmatycznie, chłodno podeszła do zdrady.

                                                    Chłodno nie smile
                                                    a jeśli dla Ciebie używanie rozumu, by "okiełznać" emocje, to pragmatyzm, to niech tak będzie

                                                    > tylko proszę, nie wartościuj moich odczuć, nie przydawaj im z góry łatki
                                                    > „nieprawidłowe”.

                                                    To Twoja NADinterpretacja
                                                    nigdzie się tak nie wyraziłam
                                                  • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 20:41
                                                    chalsia napisała:
                                                    > a GDZIE Ty w moich wypowiedziach wyczytałaś, że odbieram Ci prawo do Twoich wła
                                                    > snych emocji i Twojego własnego sposobu odczuwania?

                                                    Tak Cię zrozumiałam... między wierszami jakby.

                                                    > Skoro Ty moje wypowiedzi odbierasz jako "zagrażające", odmawiające Ci do czegoś
                                                    > prawa, to naprawdę wydaje mi się, że nie czujesz się wewnętrznie mocna, silna.

                                                    Mnie jest trudno zrozumieć taką zależność, ale owszem, nie czuję się wewnętrznie mocna, ostatnio czuję się wręcz niepewnie sama ze sobą.

                                                    > Chłodno nie smile
                                                    > a jeśli dla Ciebie używanie rozumu, by "okiełznać" emocje, to pragmatyzm, to ni
                                                    > ech tak będzie

                                                    Ale to, co piszesz, jest tylko ogólnym określeniem jakiegoś sposobu działania (i to z indywidualnej perspektywy, na dodatek po czasie); a o skutkach tego działania nic nie wiemy wink
                                                    Inaczej: mogło być równie gorąco, jak u mnie wink
                                                  • chalsia Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 20:47
                                                    > Tak Cię zrozumiałam... między wierszami jakby.

                                                    to się chyba nazywa projekcja - wkładasz własną treść w cudzą wypowiedź PISEMNĄ

                                                    > Inaczej: mogło być równie gorąco, jak u mnie wink

                                                    gorąco mogło być, ale w poczucie dumy, czy własnej godności, etc to nie uderzyło
                                                  • berlynea Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 20:58
                                                    chalsia napisała:
                                                    > gorąco mogło być, ale w poczucie dumy, czy własnej godności, etc to nie uderzył
                                                    > o

                                                    Jeszcze raz mogę tylko powtórzyć, że Ci zazdroszczę, szczerze i mocno.
                                                    A moja duma (w aspekcie tej sprawy) bywa mi ostatnio trochę przysłowiowa kulą u nogi...
                                            • tricolour Berlynea, Ty weź kartkę... 02.05.14, 14:29
                                              ... i sobie spisz, co zaliczasz do poczucia wartości własnej.

                                              A potem zastanów się dlaczego poczucie wartości Chalsi (i nie tylko jej, to oczywiste) zależy od Chalsi, a Twoje poczucie własnej wartości zależy od dróg, którymi chadzają cudze fiuty.
                                      • blue_ania37 Re: Ja od dawna o to pytam... 02.05.14, 12:21
                                        O Chalsia mam to samosmile
                                        Tylko, że mnie czytuje głównie neksia którą pozdrawiam serdecznie przy okazjismile
                                        A
                    • tricolour No właśnie nie masz racji... 30.04.14, 13:29
                      ... bo nagle autorka wątku zapałała wielką chęcią seksienia się z byłym mężem, tym od zawalonych wielu segmentów życia. To to jest to przeżycie z półki duchowej? Pójść do łóżka z obcym facetem, na widok którego na obrzydzenie zbierało, ale nagle przestało więc zawalone segmenty życia przestały być ważne?

                      To w tym kontekście piszę o dupie, z której wielu chleb jadło. Że autorka zasłania się sponiewieraniem psychicznym jakiego doznała na skutek zdrady męża, ale gdy sama zdradza (i zdradzała, bo żoną wcześniej nie była, nikt jej nie ślubował wierności) siebie, to już raczej nie w kontekście poniewierki.

                      Więc rzeczywiście trudno mi zrozumieć dlaczego mąż ma traktować żonę lepiej niż ona sama siebie. Z czego to ma wynikać?

                      A może mąż poszedł w bok na takiej samej zasadzie jak koleżanka teraz chce iść znów na lewiznę? Przyszła chcica, to o co ten krzyk?
                      • anbale Re: No właśnie nie masz racji... 30.04.14, 13:41
                        Zdradzała samą siebie bo uprawiała seks a żoną nie była ?! Poniewierka ?!
                        Ty to chyba jakaś Siostra Magdalenka jesteś...

                        • tricolour A kto napisał to, cytuję... 30.04.14, 16:33
                          ... "No wiesz, dla niektórych seks z małżonkiem/małzonką to jedynie kwestia dupy, mniej lub bardziej zużytej, na podstawie czego określa się jej wartość nabywczą; a dla innych to przeżycie z półki ze sfery, że się tak wyrażę, "duchowej".

                          Pisałaś o jakimś innym seksie niż małżeński? Nie. Dla Ciebie seks ma wymiar wyłącznie małżeński jeśli ma być wyrazem sfery duchowej. Słowem nie napisałaś inaczej więc sama jesteś Magdalenka.
                          • anbale Re: A kto napisał to, cytuję... 30.04.14, 19:39
                            Nie będę z Tobą 'wymieniać poglądów', bo po prostu, szczerze mówiąc, przerasta mnie to.
                            Twoja mentalność jest dla mnie odległą galaktyką, jak Cię czytam mam wrażenie, że tak jak Kasper odbiera ludziom prawo do indywidualnych emocji i wyborów, tak Ty zwyczajnie ludzkich emocji nie rozumiesz, w pewnym sensie są Ci obce. Wg. Ciebie człowiek działa na bumagę, wajchę i przekładnie.
                            Często coś dziwnie socjopatycznego przebija z Twoich postów, ale to może tylko taki styl wypowiedzi, I hope...
                            • tricolour Tak, masz rację: emocji nie rozumiem... 30.04.14, 19:58
                              ... tylko je przeżywam. Za to rozumiem wiedzę. Na tym to u mnie polega, by nie mieszać rzeczy niemieszalnych, bo właśnie z takiego pomieszania nasza koleżanka nie rozumie, co nią kieruje, nie wie dlaczego chce iść do łóżka z byłym mężem, nie wie po co z nim się buja lata po rozwodzie itp.

                              To z takiego pomieszania koleżanka chciała wybaczyć, ale nie wybaczyła... bo nie chciała, ale ona nawet tego nie wie. Pewnie myśli, że wybaczenie znajduje się łażąc po ulicy, jak kapsel: schylasz się i wybaczasz.

                              "Wg. Ciebie człowiek działa na bumagę, wajchę i przekładnie" - byłoby bardziej interesująco gdybyś potrafiła napisać na co - Twoim zdaniem - działa człowiek. Na rozedrganie emocje, nieprzemyślane wybory i unikanie konsekwencji własnych decyzji?
                              • anbale Re: Tak, masz rację: emocji nie rozumiem... 02.05.14, 12:46
                                Człowiek, nawet sobie tego w pełni nie uświadamiając, kieruje się głównie emocjami. Czasami kompletnie irracjonalnymi. Jak wyjdzie na tym dobrze, to sądzi, że kieruje się rozsądkiem, jak źle- to zaczynają ujawniać się te emocje.
                                Tak uważam.
                      • berlynea Re: No właśnie nie masz racji... 30.04.14, 17:52
                        tricolour napisał:
                        > To w tym kontekście piszę o dupie, z której wielu chleb jadło. Że autorka zasła
                        > nia się sponiewieraniem psychicznym jakiego doznała na skutek zdrady męża, ale
                        > gdy sama zdradza (i zdradzała, bo żoną wcześniej nie była, nikt jej nie ślubowa
                        > ł wierności) siebie, to już raczej nie w kontekście poniewierki.

                        Jak Ty wszystko pomieszałeś… Czyli zdrada nie ma prawa mnie boleć, bo wcześniej nie miałam ślubu? I dlatego mój mąż mógł mnie tak potraktować? - bo przed ślubem sypiałam z innymi?
                        Czy Ty to piszesz na serio?

                        > Więc rzeczywiście trudno mi zrozumieć dlaczego mąż ma traktować żonę lepiej niż
                        > ona sama siebie. Z czego to ma wynikać?
                        >
                        > A może mąż poszedł w bok na takiej samej zasadzie jak koleżanka teraz chce iść
                        > znów na lewiznę?

                        To nie jest logiczne, choćby dlatego, że ja teraz nie jestem z nikim w związku, więc nikogo bym nie zdradziła.

                        • tricolour A istnieje u Ciebie takie pojęcie... 30.04.14, 19:59
                          ... że można zdradzić siebie? Albo dziecko?

                          Rozwód nie był zdradą dziecka?
                          • berlynea Re: A istnieje u Ciebie takie pojęcie... 01.05.14, 10:02
                            Nie, to seks z obcą babką na imprezie był zdradą dziecka. Dlaczego - odpowiedziałam Ci także wyżej.
                            A zdrada siebie oznacza zdradę własnych ideałów. Ja się swoich trzymam (np. uczciwości). Twoje (seks przed ślubem jest zdradą siebie) nie musza pokrywać się z moimi.
                            • tricolour Sratatata... 01.05.14, 10:54
                              ... mąż zdradził Ciebie, a Ty w ramach odwetu rozwaliłaś rodzinę.

                              Gdy to wreszcie zrozumiesz, to staniesz na nogi i przestaniesz latać po forach z głupimi problemami.
                              • zmeczona100 Re: Sratatata... 01.05.14, 11:48
                                tricolour napisał:

                                > ... mąż zdradził Ciebie, a Ty w ramach odwetu rozwaliłaś rodzinę.

                                Takie myślenie to masz jeszcze z czasów, gdy nie byłeś powtórnie żonaty? Bo jeśli tak, to powinieneś wiedzieć, że i to małżeństwo masz zawarte bez sakramentu smile
                                • tricolour A niech będzie... 01.05.14, 12:57
                                  ... możesz uważać, że wszystko moje jest bez sakramentu, mnie to bez różnicy, bo i tak mam swoje zdanie.

                                  A zamiast strzępić język lepiej byś się zabrała za swój proces, by sakramentalno-prawny stan faktyczny był spójny z tym, co uważasz. Po prostu weź przykład ze mnie i zrób to, co zaplanowałaś.
                                  • zmeczona100 Re: A niech będzie... 01.05.14, 13:00
                                    > A zamiast strzępić język lepiej byś się zabrała za swój proces, by sakramentaln
                                    > o-prawny stan faktyczny był spójny z tym, co uważasz. Po prostu weź przykład ze
                                    > mnie i zrób to, co zaplanowałaś.

                                    facet...
                                    Czekam na potwierdzenie w II instancji smile Opóźniony jesteś.
                                    • tricolour Bierzesz mnie za jasnowidza? 01.05.14, 13:20
                                      I skoro okazuje się, że nim nie jestem, to uważasz mnie za opóźnionego? To Ty jako ta normalna o normalnie rozwinięta wzięłaś sobie patologicznego męża i stałaś się jego służącą we wszystkim? Na co Ci ta normalność? Weź się lepiej opóźnij.... hehehe.

                                      W każdym razie gratuluję wygranej. A potrafisz Ty z niej skorzystać?
                                      • zmeczona100 Re: Bierzesz mnie za jasnowidza? 01.05.14, 16:11
                                        Ależ nikt nie musi jasnowidza z Ciebie robić, bo sam go z siebie robisz.
                                        • tricolour To nie jasnowidzenie tylko zwykła konsekwencja... 02.05.14, 14:36
                                          ... która prowadzi do oczywistych wniosków lub nieoczywistych pytań. Te bardziej lubię.

                                          I na przykład chętnie przy okazji zapytam: na kiego czorta Ci stwierdzenie nieważności, skoro inne Twoje zachowanie nadaje dekretowi rangę papieru klozetowego? Albo inaczej: na kiego czorta Ci facet, którego obecność stanowi moralno-religijny konflikt skoro miałaś możliwość innego wyboru?

                                          Albo jeszcze inaczej: dlaczego mając możliwość zrobić coś porządnie po raz wtóry konstruujesz prowizorkę, by nie rzec tandetę?
                                          • zmeczona100 Re: To nie jasnowidzenie tylko zwykła konsekwencj 03.05.14, 15:09
                                            jasne, że to nie jasnowidzenie- Ty po prostu pleciesz co Ci ślina na język przyniesie.Pdla samej przyjemności plecienia.

                                            > I na przykład chętnie przy okazji zapytam

                                            To sobie pytaj. Nie oczekuj jednak odpowiedzi.
                                            • tricolour I latasz za tym pleceniem... 03.05.14, 15:54
                                              ... rany, przecież to już nawet nie jest żałosne: dopisujesz się pod każdym moim postem, a jednocześnie piszesz jakie one są do niczego.

                                              Kobieto, ogarnij się jakoś. Zachowujesz się jak dawniej, jak suka, co lata za patologicznym mężem, który ma ją tym więcej w dupie im ona więcej za nim lata.

                                              Weź się nad sobą zastanów.
                                              • zmeczona100 Re: I latasz za tym pleceniem... 03.05.14, 16:25
                                                > ... rany, przecież to już nawet nie jest żałosne: dopisujesz się pod każdym moi
                                                > m postem, a jednocześnie piszesz jakie one są do niczego.
                                                >
                                                > facet, ogarnij się jakoś. Zachowujesz się jak dawniej, jak pies, co lata za p
                                                > atologiczną żoną, która ma go tym więcej w dupie im on więcej za nią lata.
                                                >
                                                > Weź się nad sobą zastanów.
                              • luciva Re: Sratatata... 02.05.14, 11:28
                                Hm, a co ma zrobić zdradzony partner Tri?
                                Co to znaczy w ramach odwetu?
                                A nie przyszło Ci do głowy, że ktoś może nie mieć ochoty kontynuować związku z kim, kto go zdradził? I co wtedy? Ma się poświęcić, żyć tak, jak mu nie pasuje?
                                • anbale Re: Sratatata... 02.05.14, 12:42
                                  No tak to wygląda; ci, którzy sami pouciekali od niekochanych żon nie oglądając się na dzieci najgorliwiej osądzają i palą na stosach innych, podążających podobnym szlakiem...
                                  Już dawno to zauważyłam na tym forum.
                                • tricolour W ramach odwetu to znaczy... 02.05.14, 14:40
                                  ... że nagle, po zdradzie miłość do męża i szczęśliwe (jak pisze) małżenstwo skierowało się do sądu po rozwód. Miłość została przesłonięta nienawiścią, którą zlepiono z niedojrzałości emocjonalnej. Na tym właśnie polega odwet, że się macha na oślep czym popadnie i rani wokół jak leci.

                                  "A nie przyszło Ci do głowy, że ktoś może nie mieć ochoty kontynuować związku z kim, kto go zdradził?" to niech się rozwiedzie i odpimpa od przeszłości. A nie teraz, po latach od rozwodu, nagle do łóżka z byłym chce iść... no weź - jako kto chce iść do łóżka?
                                  • zmeczona100 Re: W ramach odwetu to znaczy... 03.05.14, 15:13
                                    tricolour napisał:

                                    > ... że nagle, po zdradzie miłość do męża i szczęśliwe (jak pisze) małżenstwo sk
                                    > ierowało się do sądu po rozwód.

                                    A ile by to było wg Ciebie, żeby nie było nagle?

                                    Zdrada wbrew temu, co sądzisz, to nie kiszenie ogóra, tylko kłamstwa, manipulacje. A to kończy się utratą zaufania. W części przypadków- bezpowrotną.
        • argentusa Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 09:06
          taaaa, otóż zapewniam, że nie trzeba kogoś kochać, żeby ten ktoś cię ekscytował erotycznie. Ba, można nie lubić kogoś, kto cię pociąga. I chcieć mieć z nim/nią seks. Chemia i feromony. I NIC poza tym.
          Ar.
          • berlynea Re: Bo gdy sie kocha faceta... 29.04.14, 14:20
            Nie wiem, czy dobrze widzę drzewko, ale to chyba było do mnie? Ja dobrze wiem, że do pociągu fizycznego niekoniecznie potrzebna jest miłość.
          • tricolour Masz 100% racji... 29.04.14, 22:35
            ... w końcu gdy się czuje silny pociąg do - dajmy na to - seksu z dziwką, to o miłosci mowy nie ma.

            Tyle, że nasza koleżanka buja się po rozwodzie już kilka lat i związana jest z mężem jak przyczepa z autem. Coś musi tę energię wiązania tworzyć, czymś ta energia musi się żywić i zmieniać znak z nienawiści i obrzydzenia do nagłej chęci kopulowania. No i ona się boi, ale nie wie czego choć wie, że ma to związek z byłym mężem.

            Moim zdaniem powinna iśc do łózka, to się przekona.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka