kara114
28.12.06, 08:37
Łeb mi dymi. Najlepiej by było, gdyby ten łeb mi ktoś wyłączył. Chciałabym,
żeby to wszystko już się przewaliło, żebym mogła zacząć budować sobie jakoś
życie bez niego. Póki co mam ogromne poczucie winy, cały czas zastanawiam
się, co poszło nie tak. Teraz, jak patrzę na to z dystansem, to widzę, że
oddaliliśmy się od siebie. On w jednym pokoju, ja w drugim, brak wspólnych
wyjść, przede wszystkim brak rozmów. Tylko gadanie o pierdołach typu co zjesz
na obiad, co mam kupić itd. Ja ciągle wyjeżdżałam z tymi staraniami o
dziecko, nie chciałam chodzić do znajomych, bo ta jest w ciąży, ta ma
dziecko, będą gadać o dzieciach, ja tego nie przeżyję itd. Zaczęłam sobie
popijać piwko, to też mu się nie podobało. Chodziłam po domu w poplamionych
spodniach, wyciągniętych koszulkach. A jak mam spojrzeć prawdzie w oczy, to
myślę, że my obydwoje już od jakiegoś czasu żyliśmy ze sobą tylko siłą
przyzwyczajenia. On mi nie pomógł w trudnym momencie, czuję się taka olana,
nic nieznacząca. Po prostu powiedział, że ma wszystkiego dość, że podjął
decyzję, że mnie nie kocha, bo jest zakochany w tej pannie. To było tak
kompletne zaskoczenie dla mnie, a on miał wszystko przemyślane, łącznie z tym
w jaki sposób zapewnić mi mieszkanie. Jest mi cholernie ciężko. Zaczęłam
chodzić na terapię do babki specjalizującej się w takich małżeńskich
sprawach. Mam nadzieję, że mi pomoże. Jego teraz nie ma, wyprowadził się do
mieszkania jakiegoś kolegi, z tego co wiem na Sylwestra jedzie do domku
naszych znajomych bez tej laski. Nie wiem dlaczego bez niej. Ja nawet chyba
za nim nie tęsknię, cieszę się, że go nie ma. Pomóżcie mi to jakoś poukładać.