misbaskerwill
31.03.07, 13:03
Teoretyczna sytuacja, czyli z autopsji.
Jest sobie rodzic, który płaci regularnie wysokie alimenty.
W czasie rozwodu stwierdzono, że dziecko jest chore.
Matka organizuje dziecku terapię. Po miesiącu drugą. Po kolejnym miesiącu
trzecią. Nie jedną zamiast drugiej - terapie, mimo, że intensywne (czyt.
drogie) się...nawarstwiają.
Niektóre z nich kosztują niebotyczne pieniądze. Inne trochę mniej.
Za każdym razem matka żąda od ojca połowy pieniędzy na pokrycie kolejnych
terapii (ponad alimenty). Na niebotyczną kasę się nie zgadza - bo łącznie tyle
nie zarabia co by wydawał na dziecko...
Na mniejszą kasę chce się zgodzić, choć to i tak kolejne 15-20% wysokości
alimentów co miesiąc.
Pytanie:
Czy lepiej dla tego pana, by zasugerował "roszczeniowej" matce zwrócenie się
do sądu o docelowe podwyższenie alimentów (ostatnia dobrowolna podwyżka była 3
miesiące temu, ale tylko o 100 zł) - co ustabilizuje maksymalną wysokość
alimentów i zapewni jemu w miarę godną egzystencję (albo i nie)?
Na ile pewna jest zasada 60% pensji? Wątpię, aby ten pan przy swoich
kwalifikacjach mógł zarabiać sporo więcej, chyba, że sąd go przegoni do
Irlandii "dla dobra dziecka" (sic!)...
Podkreślmy, że pan ma wyłącznie legalne dochody i nie będzie ich ukrywać.
Czy też ma zapłacić ten "dodatek" i czekać na następne żądania?
Czy ten pan to frajer, czy sknera?
Tak z ciekawości pytam.