Mam wyznaczoną pierwszą i pewnie ostatnią sprawę rozwowdową,
wydawało mi się, że jest ze mną lepiej, że dochodzę powoli do
siebie, ale jak się dowiedziałam o terminie to mnie zmroziło,
znowu "upadłam", chodzę i płacze, nie mogę pracować, nie funkcjonuje
normalnie, myślę jak będzie na sprawie co powiem, o co będą pytać, a
przede wszystkim jak się nie rozkleić...? Zastanawiam się czy
powiedzieć prawdę, że kocham jeszcze męża (mimo że mnie b.zranił),
czy skłamać i mieć to z głowy?
Jak czytam Wasze posty to wiele osób podziwiam że sobie tak dobrze
radzą, mimo że mają dzieci (my nie mamy). Jestem w totalnym dołku,
nie wiem jak mam przetrwać, co robić żeby nie myśleć o tym cały czas.
Przepraszam że ten mój wpis jest taki rozlazły, chyba chciałam się
po prostu wyżalić, może przeczytać że kiedyś będzie lepiej, nie
wiem...