adamouse
06.05.09, 00:04
Zapewne tak jak dla wielu osób wcześniej, niespodziewanie dowiedziałem
się od mojej jeszcze małżonki, że nasz związek nagle i niespodziewanie
(przynajmniej dla mnie) się kończy (a w zasadzie już się skończył, nie
wie o tym jeszcze tylko aparat państwowy RP).
Żona moja jeszcze znalazła była sobie nową miłość (dla pikanterii jest
to kobieta, więc poniekąd zdefiniowała się co najmniej jako lesbijka,
lub w najgorszym razie - dla niej zapewne - jako biseksualna). Jak sama
mi powiedziała, równie dobrze mógł być to facet (zakładam, że takim
stwierdzeniem chciała mi dowalić, ale może po prostu nie pomyślała o
moich uczuciach mówiąc mi to).
Mamy synka, który ma prawie 4.5 roku. Kocham go ponad wszystko,
literalnie - dla niego dałby zrobić ze sobą cokolwiek, nie ma na świecie
nic ważniejszego. Czuję się zdradzony, oszukany, wykorzystany. Nie wiem,
czy normalny facet spodziewa się takiej historii, dla mnie to jest to co
najmniej jakbym znalazł się w środku jakiejś soap opera.
Całe nasze małżeństwo ponosiłem większość kosztów życia, teraz proces
rozwodowy popchnie mnie w okolice bankructwa (płaciłem w całości
wszystkie koszty życia, w tym każdą ratę kredytu za mieszkanie, czynsz,
wszystkie rachunki itd., bez przedszkola dziecka za ostanie 1.5 roku,
przy 10 latach związku)
Kiedy dochodzi do rozwodu, nagle okazuje się, że pomimo faktu, że
zarabiałem trzykrotność przychodów mojej żony, muszę ją spłacić z
kilkuset tysięcy wartości mieszkania, połowy samochodu itd.) Czuję się
strasznie oszukany, zdradzony i jeszcze do tego wykorzystany finansowo -
będę ją spłacał przez 30 lat jeszcze, płacąc za 10 lat pomyłki z czasów,
gdy przynajmniej ja kochałem ją wystarczająco, by związać się nią na
całe (tak wtedy myślałem) życie - poznaliśmy się na studiach...
Mając świadomość statystyk w PL (97% przypadków przyznania opieki nad
dzieckiem matce) najogólniej rzecz ujmując zgadzam się na jej warunki,
tak długo, jak długo rozmawiamy o naprzemiennej opiece nad naszym
dzieckiem (tydzień na tydzień).
Rozwód jest jeszcze przed nami, ale czuję się totalnie zdruzgotany, i we
własnej bezsilności zaczynam szukać pomocy - psychologicznej, prawnej,
jakiegokolwiek wparcia. Wiem, że to irracjonalne prosić o wsparcie
tutaj, ale może mi pomożecie?
Mieszkam w Warszawie, na Ursynowie, szukam pomocy. Terapeuty? Prawnika?
Jakiejś fundacji? Nie wiem kogo... Please help...