staua 05.06.06, 17:23 www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_060603/plus_minus_a_13.html Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
pawelboch Re: link 05.06.06, 22:58 staua napisała: > <a href="<a href="www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_060603/plus_minus_a_13.html"" target="_blank">www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_060603/plus_minus_a_13.html"</a> target="_blank">www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_060603/plus_minus_a_13.html</a> Artykuły po pewnym czasie przechodzą do niedostępnego archiwum, dobrze jest więc je cytować w całości. W Casablance brak miejsc Rada Europy uznała muzeum w Sygiecie, obok muzeum w Oświęcimiu i Peace Memorial w Normandii, za główne miejsce pamięci naszego kontynentu Maramuresz brzmiało jak zaproszenie do przygody, a przewodniki lakonicznie opisywały dziką górską krainę. Nie wiedzieliśmy, że większym wyzwaniem okaże się podróżowanie przez wschodnią Słowację, Węgry i Rumunię. Mapa pokazuje plątaninę dróg i linii kolejowych - ślad wygodnych szlaków łączących regiony państwa austro-węgierskiego. Ale rozpad tego organizmu rozpoczął się po pierwszej wojnie, każde z nowo powstałych państw narodowych zamknęło się, strzegąc swej odrębności. Podział utrwalił system szczelnych granic wewnątrz bloku komunistycznego. Mimo upadku imperium, upływu lat, wspólnej Europy, nie odbudowano ich, większość mieszkańców najwyraźniej zmierza tylko na zachód. Tak, podróż przez trzy granice zajęła niemal trzy dni; pokonaliśmy zaledwie niespełna 300 kilometrów. Przystanek w Tokaju Dukla. Centralny placyk na wzgórzu, z którego odchodzi autobus do słowackiej granicy, jest całkiem odkryty i opustoszały. Upał tak wielki, że nie mamy siły na szukanie schronienia przed słońcem. Studiujemy mapę. Po drodze jest kilka większych miast słowackich, węgierskich, rumuńskich. Na końcu trasy wyrasta łańcuch północnych Karpat. Wśród nich pasmo Maramureszu. Na Przełęcz Dukielską wjechaliśmy jako jedyni. Przystanek po słowackiej stronie nie posiadał rozkładu, ale był całkiem nowy, miał ławeczkę, w sam raz nadawał się do czekania. Odtąd cierpliwe czekanie stało się nieodłącznym elementem wyprawy. Autobusy pojawiały się nagle, wtedy pojawiali się też miejscowi i jechaliśmy kilkanaście albo kilkadziesiąt kilometrów do przodu. Tłum turystów przechadzał się dopiero po rynku w Koszycach. Uciekliśmy stamtąd porannym autobusem. Granica z Węgrami o poranku była wymarła, pogranicznicy leniwie zerknęli w nasze paszporty i przekroczyliśmy ją na piechotę. Na parkingu kierowca tira wyciągnął swoją mapę i przekonywał, byśmy wybrali drogę naokoło, przez Debreczyn i Oradeę. W końcu machnął ręką i podrzucił nas do najbliższej wioski. Osobowy vonat (w końcu pojęliśmy to słowo powtarzane raz po raz przez rowerzystę, który pokazywał nam drogę na dworzec) powoli toczył się od stacji do stacji, drzemaliśmy, a obok siadali ludzie po pracy, z reklamówkami ozdobionymi znajomymi napisami Tesco i wyciągali gazety albo rozmawiali z sąsiadami. Przerwa w podróży wypadła w Tokaju. Miasteczko było kameralne, wąskimi uliczkami wędrowała grupka niemieckich turystów, zwiedzali kościół i winiarnię, a my zdążyliśmy tylko wypić kawę, bo zaraz było jedyne połączenie do Máteszalka. Tu mieliśmy szczęście, do Nyiregyhaza złapaliśmy ostatni autobus. Za euro od głowy Zagraniczni turyści wzbudzili poruszenie, chciano nam pomóc, zaaferowani starsi ludzie konferowali z kierowcą i studiowali rozkłady jazdy. Niektórzy znali dobrze Satu Mare albo Kluż, albo Oradeę i opowiadali o tym, że mają tam, za granicą, rodziny; niektórzy, że się tam urodzili, a 20-letnia dziewczyna i jej młodszy brat, pewnie gimnazjalista, tłumaczyli wszystko na angielski. Potem zaprosili nas do siebie, w ich wiosce w sobotę miało być wesele. Pożegnaliśmy się w końcu w Csenger, na rynku z krzyżem i tablicą upamiętniającą żołnierzy, tak zatartą, że nie wiadomo której wojny. Do granicy zostało niewiele kilometrów i zaraz nadjechało coś do Csengersima. Autobus kluczył wśród kukurydzianych pól, wysiedliśmy w przygranicznej wiosce, zapadał wieczór, gdy ostatni węgierski przewodnik poprowadził nas na piechotę do rumuńskiej granicy. Weszliśmy nieoczekiwanie w sam środek przygranicznego targu. Z rozmachem zajeżdżały ogromne terenówki albo beemki, miały przyciemnione szyby i w ogóle nie reagowały na nasze bezradne machanie. Spośród kipiących życiem, choć prowizorycznych barów i kantorów wyszedł facet w przydeptanych kapciach i wyciągnął z reklamówki pliki banknotów. Dolary, euro, forinty, leje - wymieniał rzeczowym tonem. Nim ochłonęliśmy, zniknął. Węgierski cicerone przekonał wreszcie kierowcę ledwie żywej dacii i upchaliśmy nasze plecaki po sufit. Zawiózł nas do granicy za euro od głowy. Dla cicerone nie starczyło miejsca, ale pożegnał się bez żalu. Już go nie spotkaliśmy. Autobus do Sygietu W Rumunii zewsząd dobiegało frenetyczne bałkańskie disco. Nowiuteńki seat z włoską rejestracją zabrał nas wprost do Satu Mare. Gnaliśmy jak opętani asfaltową szosą, kierowca (nie okazał się bynajmniej Włochem) przyjaźnie machał mijanym policjantom w radiowozach, wymijał furmanki i nowoczesne auta z zagraniczną rejestracją. Wyglądało na to, że Rumunia zaopatruje się w samochody wyłącznie w Italii albo w Portugalii. Młoda rumuńska para w eleganckim passacie, która zgarnęła nas w kilka dni później z drogi za Sygietem, wyjaśniła, że w kraju spędzają tylko wakacje, a przez resztę roku pracują w Wenecji i utrzymują rodzinę. Wysiedliśmy w Satu Mare, przed hotelem Casablanca, tuż obok dworca. Przewodnik Pascala polecał dobry standard i niskie ceny, ale nic wolnego nie było. I chyba dobrze, bo o jednym szczególe przewodnik nie wspominał - Casablanca to dom publiczny. Z okien gościnnego pokoju na poddaszu restauracji, w którym znaleźliśmy nocleg, przygraniczne Satu Mare wyglądało o zmierzchu na przykurzone i prowincjonalne. Ruszyliśmy w stronę centrum, najpierw domy kryły się za drewnianymi bramami, z podwórek dobiegały głosy ludzi, a nieoświetlone ulice były zupełnie puste. Potem wyrosły betonowe bloki, pamiątki z czasów, gdy krajem rządził Geniusz Karpat. Na samym rynku odświętnie błyszczała podświetlona kopuła katedry i kilka okazałych kamienic z okresu belle époque. Gwar dobiegał tylko z patio jedynej na centralnym placu czynnej restauracji. Rankiem przed dworcem kłębił się tłum taksówkarzy, myśmy jednak wybrali autobus, bo jechaliśmy w góry i zasiedliśmy wśród starszych kobiet o ostrych rysach, w kwiecistych chustach i mężczyzn w ciemnych marynarkach. Młodzi pewnie byli na zachodzie Europy. Za oknami strugi deszczu przesłaniały krajobraz, stary wóz wył i rzęził wspinając się na przełęcz. Z deszczu wyłaniali się kolejni pasażerowie - Cyganie z gromadką dzieci, drwale z nagimi siekierami w dłoniach. Autobus kończył trasę w Sygiecie, sercu Maramureszu. Zła sława Maramuresz, gdzie dziś zbiegają się granice trzech krajów, był ojczyzną dla wielu narodów. Węgrzy, Rumuni, Cyganie, Niemcy i Żydzi zakładali tu swoje domy, budowali miasta i wioski, wznosili zbory, cerkwie, kościoły i synagogi. Gdy po zakończeniu I wojny Europa Środkowa powstawała na nowo, niewielki region przypadł Rumunii. Wciśnięty w północny kraniec rumuńskiego państwa nie znalazł się w centrum wydarzeń, był jednak świadkiem. Dworcowy parking w Sygiecie po burzy, która zastąpiła upał, zamienił się w gigantyczną kałużę. Miła kobieta w kantorku bagażowym bezbłędną angielszczyzną wytłumaczyła, kiedy przyjedzie nasz pociąg. Porzucamy niepotrzebne plecaki wyładowane turystycznym sprzętem, by zagłębić się w uliczki miasta. Na przedmieściach eleganckie, choć mocno naruszone przez czas wille patrycjuszy świadczą o dawnym splendorze. W samym centrum, wśród kilkupiętrowych domów, stoi budynek więzienia. Wzniesiono je jeszcze za czasów austro-węgierskich, ale złą sławę zyskało po ostatniej wojnie. Jako pierwszych zamknięto tu w 1948 roku studentów, uczniów i chłopów z regionu Odpowiedz Link Zgłoś
avroml zdjecie dnia w serwisie www.hotnews.ro 07.06.06, 08:33 zeby nie bylo, ze sie nasmiewam - to uzytkownicy serwisu je wybrali: www.hotnews.ro/images/articole/img_home_49756.jpg Odpowiedz Link Zgłoś
avroml Re: zdjecie dnia w serwisie www.hotnews.ro 07.06.06, 11:28 troche powiekszone, ale to samo... pycha! www.hotnews.ro/images/articole/imgzoom_50222.jpg Odpowiedz Link Zgłoś