08.10.05, 02:53
Ameryka ma swoja sage: rodu Kennedych. W zwiazku z tym ilosc ksiazek
biograficznych, przyczynkow, filmow, a takze wywiadow z kazdym, kto sie
otarl o kogos z tej rodziny ogromna. Nawet jesli by sie nie chcialo, to kazdy
mieszkajacy w Ameryce wie duzo o tej rodzinie. Kilka dni temu ogladalam
wywiad z synowa siostry Jeclyn K., Owa siostra - wiadomo bylo kiedys nawet w
Polsce po mezu nazywa sie Radziwill. Owa synowa, ciagle mloda kobieta jest od
szesciu lat wdowa, cos tam wlasnie napisala wspomnieniowego - stad ten
wywiad. Jej maz czyli siostrzeniec Jaclyn zmarl na 3 tygodnie przed nia na
ten sam rodzaj raka wezlow chlonnych. I przyszlo mi do glowy, nie po raz
pierwszy, ze w tej rodzinie krazy "bad luck". Najprostsze tlumaczenie -
"pech" nie oddaje sedna, to jest rzeczywiscie "zle szczescie", a nie prosty
pech. Nie bede sie bawic tutaj w wyliczanke, ile w tej rodzinie smierci
naglych, wypadkow, przewleklych, inwalidztw, tez spraw kryminalnych. Naprawde
wielokrotnie przekraczaja statystyke, ktora obejmowalaby np. 40-osobowa
rodzine. Po prostu - bad luck.
Moj sceptycyzm co do interwencji sil wyzszych w zycie takich minipylkow jak
my jest 100%, ale obserwujac swiat coraz bardziej przychylam sie, ze cos
takiego jak "bad luck" istnieje. Jeden ma w ciagu zycia 16 operacji, a drugi
zero. Jedna atrakcyjna przyciaga do siebie wielu zainteresowanych nia, ale
samych jerkow (czyli d....w), itd, itd. No, od czegos trzeba zaczac wiare.
PS, wracajac do strony jezykowej - brakuje w j. polskim rozroznienia na dwa
rozne slowa, ze czlowiek jest szczesliwy, albo tez, ze ma szczescie.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka