baba2
12.01.04, 21:58
Hugo Wiktor Strona 55/496
Nędznicy, T.II
do pobliskiego kościoła Sw. Medarda. Jeśli nie brał ze sobą Kozety, zostawała
ona w domu ze starą kobietą, ale dla dziecka spacer z opiekunem był wielką
uciechą. Godzinę spędzoną z nim wolała nawet od najmilszej zabawy z
Katarzyną. Spacerował trzymając ją za rękę i przemawiając do niej z dobrocią
i łagodnością.
Okazało się, że Kozeta była bardzo wesoła.
Starucha sprzątała im, gotowała i chodziła po zakupy.
Żyli skromnie, nie odmawiając sobie rzeczy najniezbędniejszych, ale jak
ludzie, którzy muszą się liczyć z każdym groszem. Jan Valjean w niczym nie
zmienił umeblowania, które tu zastał pierwszego dnia; jedynie na miejsce
oszklonych drzwi do alkierzyka Kozety kazał wstawić zwykłe, drewniane.
Nosił ciągle ten sam żółty surdut, czarne spodnie i stary kapelusz. Na ulicy
brano go za biedaka i zdarzało się nieraz, że jakaś litościwa niewiasta
zatrzymywała się i dawała mu parę groszy. Jan Valjean przyjmował je i kłaniał
się nisko. Zdarzyło się czasami również, że spotkał jakiegoś żebraka
proszącego o wsparcie; wówczas rozglądał się dokoła, czy nikt go nie widzi,
ukradkiem zbliżał się do biedaka, wsuwał mu do ręki pieniądz, nierzadko
srebrny, i oddalał się spiesznie. Miało to swoje złe strony. Zaczął być znany
w dziellnicy, jako „żebrak, który rozdaje jałmużnę".
„Główna lokatorka", osoba stara, zgorzkniała i w stosunku do bliźnich pełna
ciekawości, właściwej ludziom zazdrosnym, bacznie śledziła Jana Valjean, nie
budząc jego podejrzeń. Była przygłucha i co za tym idzie, bardzo gadatliwa. Z
przeszłości zachowała dwa zęby: jeden u góry, drugi u dołu, i zgrzytała
ustawicznie jednym o drugi. Wypytywała Kozetę, która nie wiedząc nic, mogła
tylko to powiedzieć, że przybyła z Montfer