kapioh1
14.06.10, 22:21
Kiedy czytam rozpaczliwe wynurzenia na temat masowych zwolnień w
Urzędzie Miasta, przypomina mi się moja wizyta, sprzed lat zaledwie
kilku, w jednym z wiodących wydziałów. Kiedy otwarłem drzwi,
stwierdziłem, że w ogromnym pomieszczeniu...nikogo nie ma!
Przeszedłem się wzdłuż pustych krzesełek, stojących przy zawalonych
papierem biureczkach, lecz co to? Nagle huknął mi w uszy radosny i
jakże donośny rechot!! Bue..ee...he...he.eeee! Zarżało ukryte
towarzycho. I wtedy zauważyłem gustowne przepierzenie z luksferów.
Podszedłem głośno tupiąc i chrząkając. Po dłuższej chwili wylazła
panienka, poruszająca się z wdziękiem operetkowej primadonny,
ciamkająca ustami pełnymi pokarmu. Zapytałem o konkretnego
urzędnika. A ona na to "A--na-ajiyka-jniy-ma-ee-ieciekajes?" Zza
przepierzenia huknęła kolejna salwa radosnego śmiechu. Oczywiście
nie załatwiłem nic i poczułem się niczym intruz w Świątymi Władzy.
Pamiętam jak dziś kolejne wizyty i telefony...Moja znajoma Wiewióra
wytłumaczyła mi, że to typowy obraz przerostu zatrudnienia. Teraz
każdy broni tego stołeczka, co go mu może Bartosz Satała wykopsnąć
spod tyłeczka. Niestety, mam wrażenie, że bez krzesełek pozostaną ci
biedacy, co nie mają plecków i pracowali za innych. Mój ulubiony,
Wiodący Wydział pozostanie bez zmian i znowu przywita mnie
gromkim "bue-e-hehehe-e!!!".