jankolodziej
17.02.07, 20:00
Pewna moja znajoma jest juz niemal weteranką w naszym Urzędzie Pracy. Ma 43
lata więc o pracę niełatwo. Pewnego dnia dostała skierowanie do pracy w firmie
Lambertz. Ucieszyła się, chociaz inne osoby w urzędzie jakoś dziwnie się
uśmiechały... Poszła do firmy, załatwiła "badania" - do pracy kazano się jej
stawić na nocną zmianę. Obiecano że przed jej rozpoczęciem dostanie umowę o
pracę - stanowisko: kontroler-pakowacz, stawka oczywiście minimalnie dozwolona
ustawą. Jednak umowy nie było. Ze soba przyniosła domowe kapcie, od zakładu
dostała jednorazowy fartuszek z zaleceniem oszczędzania - musi wystarczyć na
dłużej.
Brygadzistka kazała jej stanąć przy taśmie. Na uwagę, że ma pracować jako
kontroler-pakowacz ta odpowiedziała: na taką pracę trzeba najpierw zasłużyć!
Więc stanęła przy taśmie. Nocna praca płynęła w rytmie przyspieszanej dla
zabawy taśmy, towarzyszącej temu jazgotliwej muzyki płynącej z nastawionego na
pełny regulator radia brygadzistki, oraz licznych i dosadnych przekleństw
wykrzykiwanych na prawo i lewo przez właścicielkę radia. W pewnej chwili
awaria czegoś tam - ale to nie powód do odpoczynku! Na taśmie pojawiły się
pierniki wyłuskiwane z opakowań! To zwroty ze sklepów - trzeba je przepakować,
a maszyna przybije nową datę produkcji. Tak mija ta koszmarna noc. Jedna z
dziewczyn pracuje dłużej - choć nie ma za to dodatkowej zapłaty jeszcze musi
myć naczynia po czekoladzie - to obowiązek pracownika!
Nazajutrz znajoma znowu przed pracą idzie do biura. Umowy nadal nie ma. Za to
innowacja: pracuje na innej taśmie. Pracuje a taśma leci coraz szybciej - woła
brygadzistkę na pomoc. Ta kwituje sytuację kilkoma "epitetami" i podsyła
pomoc. Taśma leci coraz szybciej, brygadzistka zapomina o koniecznej przerwie.
Praca, praca, praca ... Obdarzona comiesięczną przypadłością znajoma modli się
w duchu o awarię - i chyba Bóg usłyszał. Ciastka lecą na podłogę jak rzeka ...
Wtedy brygadzistka każe mojej znajomej wejść na przenośnik na wysokość około 4
metrów - pod sufit hali i czyścić go z czekolady. Znajoma odmawia: nie ma
przecież ubrania roboczego, ma na nogach kapcie. Na wniosek brygadzistki
kierownik stwierdza, że skoro znajoma nie chce pracować to muszą się rozstać.
Więcej tam nie poszła.
Kilka dni później pojechała po dokumenty i zrobiła błąd: podpisała umowę z
datą wstecz. Tylko tak mogła dostać zarobione kilkadziesiąt złotych ...
Wniosek z tego jest jeden: Lambertz to przestępcza firma. Nie przestrzegają
prawa (brak umowy, zatrudnianie wbrew umowie na innym stanowisku, publiczne
odtwarzanie radia bez abonamentu, przepakowywanie zwrotów, itp) oraz przepisów
BHP (praca bez ubioru i obuwia roboczego, kierowanie pracownika do prac na
wysokości w pojedynkę i bez zabezpieczenia). Zatrudnieni "funkcyjni" pełnią z
upodobaniem rolę obozowych kapo. Firma korzysta z możliwości - najmłodszym
pracownikom za naprawdę ciężką pracę płaci niecałą minimalną. Warunki jako
zywo przypominają obóz koncentracyjny. Nie trzeba jechać do Włoch.
Z jednego zaś aspektu sprawy szczególnie dumny jest nasz Urząd Pracy - mógł
wykreślić ze spisów osobę długotrwale bezrobotną. Statystyka się poprawiła ...
Podobnych spraw znam kilka. Na ich podstawie stwierdzam, że Urząd Pracy w
Rudzie Śląskiej (nie tylko tu) to instytucja przede wszystkim generująca
koszty i marnotrawiąca pieniądze i czas.