jot-es49
13.12.10, 20:10
Grudzień 1970.
Po wyjściu z wojska, dla finansowego odkucia się, wylądowałem w tzw. Nowej odlewni "Zamech" na "młotkach" czyli przy obróbce odlewów (kotwice i trzony kotwiczne). Pieniążki które otrzymałem za listopad dawały mi pełną rekompensatę mojej, naprawdę ciężkiej, fizycznej harówki. Jak na tamte chudo-biedne czasy, gdy Matka moja pracowała za 650 zł miesięcznie a Ojciec dostawał 500 zł renty inwalidzkiej - moje 4800 zł było kwotą niebosiężną.
Dlatego też, a może właśnie dlatego informacja o podwyżce cen żywności nie zrobiła na mnie osobiście wielkiego wrażenia.
W powietrzu jednak coś wisiało. W zakładzie zaczęto przebąkiwać o konieczności protestowania przeciw podwyżkom. 14 grudnia wieczorem przybiegł do mnie kolega od progu szepcząc, że w Gdańsku była rozróba. Wiarygodności tego nie dało się jednak potwierdzić.
Przez dwa kolejne dni informacji, żadnych (nieliczne grupy wyrostków...)w zakładzie huczy od samego rana. Poszukują chętnych do milicji robotniczej dla ochrony mienia. U nas chętnych nie ma.
Gdańsk wyszedł na ulicę, przeciwko nim milicja i czołgi, strzelają do ludzi. Nikt nic nie wie...
16 wieczorem była jakaś rozróba pod naszym komitetem. Skończyło się wybijaniem szyb. Co, kto i dlaczego nie wiadomo.
W dniu 17 decyzja o pójściu pod Komitet - po pracy zapadła, choć starsi wiekiem ostro się temu sprzeciwiali - pracy już nie było.
Część ludzi poszła razem z tymi z Drzewnego - ja postanowiłem wstąpić po drodze do domu i powiedzieć o tym Matce. Łzy... ale ani słowa protestu...
Pod komitetem około 1000 osób a ciągle dochodzą nowe. Okrzyki wzywające sekretarza do wyjścia, do rozmowy. Wszyscy chcemy żyć godnie, zlikwidować podwyżki...
I nagle okna się otwierają i zaczynają z nich lecieć petardy. Mija chwila i dookoła trójkątnego placyku zaczynają jeździć samochody ciężarowe z opuszczonymi burtami a na nich zespoły rockowe niebiesko-czarnych z bardzo długimi, białymi argumentami prospołecznymi. Na myśl, przez moment przychodzi mi poznański czerwiec... Gdzieś, w głębi duszy strach... Rozlegają się nawoływania do odwrotu, do centrum miasta...
Tłum rusza wąską ulicą, rockmeni zostają z tyłu, ni jak pałować bo jedynie z boku samochodu można...
I to wszystko co mógłbym napisać o słusznym, robotniczym proteście - 20-30 minut, przynajmniej ja tyle czasu tam byłem.
To co działo się później, po drodze, nie miało żadnego związku z robotniczym protestem. Dołączyła jakaś młodzież, gapie, może nawet prowokatorzy...
Żadna wystawa sklepowa, żaden sklep po drodze nie ocalał... Wyrzucano na ulicę buty, ciuchy, jedzenie. Kiosk Ruchu stanął w płomieniach. Tłum rzucił się wymierzyć sprawiedliwość dziejową prywaciarzom, których parterowe pawilony znalazły się nieopatrznie na jego drodze, nie została w nich ani jedna cała szyba. Zniesiono budkę milicyjną oraz stojącą obok budkę telefoniczną...
Od skrzyżowania ulic w centrum słychać huk petard i czuć zapach świec z gazem łzawiącym. Pada strzał z czołgu, lecą szyby z okien mieszkań w pobliżu, sklepowe bowiem dawno już wybite.
Petardy, gaz, pały i rozjuszony tłum depczący tylko co wyrzucone dobra konsumpcyjne. W plecach czuję ostry ból, brak oddechu, walę się jak kłoda na ziemię, ktoś mnie podnosi i odciąga pod ścianę budynku. Nic już nie widzę przez załzawione oczy, na rękach krew...
Udało mi się dotrzeć do domu...
Rano przecież muszę iść do pracy...
Wprowadzona zostaje godzina milicyjna, po co - i tak nie mogę się ruszyć!
18 grudnia siedzimy w szatni i analizujemy to co się stało. Nigdzie nie wychodzimy - pracować nie pozwalają pokaleczone ręce - ponieważ to akord kierownictwo ma to głęboko w d...
Po pracy spacer do centrum... Przerażający widok... Szybko do domu po starego"Druha" - może jakieś zdjęcia...
Pod Domem Handlowym, spod kurtki cykam zdjęcia uzbrojonych żołnierzy, których wyzywają i prowokują, z pewnej odległości jacyś ludzie. Szyby wystawowe wstawione... Nagle czuję jak jakiś osiłek ze Szczytna, niebiesko-czarny znaczy, chwyta mnie za fraki i ciągnie za budynek SD, zrywa mi aparat z szyi, miażdży go buciorem i tym samym buciorem wymierza mi karę upomnienia w sam środek poniżej pleców, życząc w męskich słowach szczęśliwej drogi do domu...
Z okna swojego mieszkania widzę ludzi niosących zdobycze - ciuchy, buty, żywność a nawet pralkę SHL... Przestaję cokolwiek rozumieć...
W sobotę dowiedziałem się, że przy barze mlecznym zastrzelono chłopaka...
Tak przeżyłem i zapamiętałem grudzień 1970 w Elblągu...
10 lat później pod koniec sierpnia 1980, zdziwiony ujrzałem nazwiska dwóch znajomych ze swojej ulicy (jeden od tej pralki SHL - który później zaliczył za nią "ścieżkę zdrowia" - drugi też wybitny - handlował skradzionymi "ortalionami") jako bojowników grudnia 70 i wybitnych działaczy powstającej Solidarności...
Grudzień 1981.
11 lat od tamtego Grudnia. 13 o 6 rano przemówienie Generała. Jakieś ukłucie w serce. Powoli, bardzo powoli dociera do mnie informacja, że nastąpiło to czego można było się spodziewać, ale nie w tym najgorszym wydaniu.
"...W tym trudnym momencie zwracam się do naszych socjalistycznych sojuszników i przyjaciół. Wielce sobie cenimy ich zaufanie oraz stałą pomoc. Sojusz polsko-radziecki jest i pozostanie kamieniem węgielnym polskiej racji stanu, gwarancją nienaruszalności naszych granic.
Polska jest i będzie trwałym ogniwem Układu Warszawskiego, niezawodnym członkiem socjalistycznej wspólnoty narodów. ... Apelujemy o zrozumienie dla wyjątkowych warunków, jakie w Polsce powstały, dla nadzwyczajnych środków, jakie okazały się konieczne. Nasze działania nie zagrażają nikomu. ...Zamierzamy dotrzymywać zawartych umów i porozumień..."
Słowa te zrozumiałem tak, że interwencja zewnętrzna nie jest konieczna. "...Jesteśmy krajem suwerennym. Z tego kryzysu musimy więc wyjść o własnych siłach. Własnymi rękami musimy odsunąć zagrożenie..."
Potężny głaz spadł mi z serca.
Potem była "parada zwycięstwa". W mieście cicho i spokojnie. Jadę z kumplem za miasto. Rogatki, kontrola dokumentów - gdzie, po co? Rozmowa normalna, spokojna. Jeszcze bagażnik - droga wolna, przypomnienie o godzinie milicyjnej. W drodze powrotnej procedura podobna. W mieście nadal żadnego ruchu, przemykają pojedynczy przechodnie, przejeżdżają pojedyncze samochody. Dzień pierwszy Stanu Wojennego.
Problem miałem jeden - jak przetransportować do miasta zamówioną połówkę świniaka. W poniedziałek próba generalna - PKS - kontrola pobieżna, głównie dokumenty - gdzie, poco i w jakim celu? Rutyna!
15 grudnia - ćwiartka tylna w dwóch torbach szmacianych, pod siedzeniem - udało się, w środę reszta.
Jak by tam nie było - święta będą!
A potem dzień jak codzień. Problem z dojazdm do pracy... Spacer jest doskonały dla zdrowia...
Dziwnie tylko jakoś... Tak spokojnie... Żadnych strajków...
11 stycznia 1982 rodzi mi się trzecie dziecko - córka. Nawet nie wie, w jakim okresie przyszła na świat...
Grudzień 2010.
Medialna chucpa, każdego dnia. Coraz śmieszniej i straszniej...
Kombatanci tamtych grudniów bawią się w powtarzanie jak wiele Polacy im zawdzięczają i jacy niewdzięczni są za ich poświęcenie dla sprawy...
Wszak za walkę rekompensaty się należą...
Tylko, kuźwa, mnie za moją pracę nikt o rekompensacie nie mówi, za wychowanie trójki dzieci i za to, że nie uciekają za granicę bo dla nich Polska jest ważniejsza, bo to ich Ojczyzna i tego są pewne, i tego moich wnuków i wnuczki uczą...
I tak właśnie być, moim zdaniem powinno!
Zwykły, szary człowiek jestem. Dumny, że żyję w Polsce! Przykre tylko dla mnie jest to, że nie wszyscy szanują Ojczyznę! Że dla swoich partykularnych interesów gotowi są pożary na nowo rozniecać, szubienice stawiać albo krzyże!