tadeuszx
18.07.06, 20:26
Krótki wstęp o grząskości tematu
Pan Marian nie ma wcale na imię Marian. W ogóle zależy mu na tym, aby jak
najbardziej ukryć się za zmienionymi okolicznościami. Temat - uważa - jest
grząski.
- Co, pan myśli, że dziś pan wpada na odkrywczy pomysł: zostanę właścicielem
bałaganu, jutro daje ogłoszenie "zatrudnię panie", pojutrze wynajmuje pan
lokal i już leci kaska?! To nie takie proste! Tu nad każdym jest jakaś góra,
każdy się komuś opłaca, kogoś prosi o pozwolenie, z kimś się układa, z jednym
żyje dobrze, z drugim drze koty. To gorsze kretowisko niż polityka!
- Co pan powie?!
- I o tym - ucina pan Marian - też mówić nie będziemy.
Musi nam zatem wystarczyć następująca wiedza: pan Marian skończył
czterdziestkę, ale jeszcze pewien czas pozostał mu do pięćdziesiątki. Już od
piętnastu lat jeździ nocami swoją taksówką. Zaczął pracować na trzecią zmianę,
bo miał żonę i dzieci. Żona studiowała a dzieci potrzebowały jeść. Teraz
jeździ nocami, bo nie ma już żony. W gruncie rzeczy nie ma żony, bo jeździł
nocami. - I koło się zamyka - pan Marian puszcza kierownicę, żeby rozłożyć
ręce w geście bezradności.
Kiedy pracujesz, to się nie lansujesz
- O czym jeszcze mówić nie będziemy? - na wszelki wypadek, a raczej mimo jego
braku, wracam do zarzuconego tematu.
- O tym z kim jeżdżę, w której korporacji, a może, że bez korporacji. Nie
porozmawiamy też o policji i o haraczach. Możemy za to pomówić o prezydencie
Kaczyńskim.
- Bardzo proszę...
- Niezły gość. Podoba mi się, że polikwidował agentury! Co to w końcu jest,
żeby w stolicy człowiek co krok natykał się, za przeproszeniem, na
prostytucję! O, niech pan zobaczy, tu na Placu Konstytucji jeszcze rok temu
były dwa bałagany...
- A teraz?
- Teraz są cztery!
- Wie pan, to tradycja. Już za Bieruta grzeczne dzieci deklamowały:
Jeśli masz oczy jak chabry
I pociąg do prostytucji
Wstąp pod kandelabry
Na plac Konstytucji.
- Otóż to! Ale serio, to trzeba przyznać, że się trochę uspokoiło. Dawniej
agentury żyć lokatorom nie dawały: wrzaski, ryki, mordobicia. Właśnie tu na
plac, rok temu, przyprowadziłem do bałaganu dwóch klientów. Wszystko niby
kulturalnie, dziewczyny prężą uszy, jedna tylko lansuje się z ochroniarzem. I
coś się takiego w gościach porobiło na zasadzie "płacę i wymagam", że akurat
tamtą chcieli...
- A ta się lansuje...
- ...lansuje i mówi: ja nieczynna. No to klienci, że jak to, że właśnie
czynna! To ona znowu, że nie...
- Uparta taka?
- Uparta. To wtedy oni ochroniarza za wszarz i w mordę!
- Domyślam się, że męska ambicja zagrała...
- Jakby pan tam był! Stłukli chłopaka na kwaśne jabłko. Rumor się narobił,
sąsiedzi przylecieli, wezwali policję. A goście honorowo: dwie stówy na stół,
do widzenia, dobranoc, dziękujemy... Jakoś się załagodziło, ale od tej pory
dziewczyny mają przykazane: kiedy pracujesz, to się nie lansujesz. A sen
sąsiadów to świętość.
Paloma, co została doktorową
Zdaniem pana Mariana swoje panta rhei Heraklit z Efezu mógłby śmiało
wykrzyknąć obserwując stołeczny rynek usług erotycznych.
- Nie ma nic stałego. Jeden bałagan się zamyka, drugi otwiera. Dziewczyny
wpadają w obieg i wypadają.
- Jak wypadają to upadają?
- Różnie bywa. Jedna taka była, powiedzmy - Paloma. Klienci ją sobie chwalili,
bo to i ucho czwóreczka, i tyłek na miejscu. Kiedyś ją zawiozłem do klienta, a
w powrotnej drodze mi się spowiadała: a że facetów nienawidzi, że wszystkim by
obcięła, no ogólnie, że życie jest do chrzanu. Mijają dwa lata, zajeżdżam na
stację benzynową i co widzę? Paloma siedzi w nowiuteńkim volvo: futro,
biżuteria, bajery. Już się chciałem witać, a tu do samochodu wsiada facet -
lekarz, Polak ze Szwajcarii, sam go do niej trzy razy woziłem! Chajtnęli się,
proszę pana! Teraz Paloma jest panią doktorową.
- Pogratulować ręki...
- Dziękuję. A inna historia: piętnaście lat temu w "Domu Chłopa" były dwie
Bożenki: blondynka z dużym uchem i brunetka z małym. Blondynce się
poszczęściło, odkładała pieniądze, odłożyła i znikła. A brunetka? O kurczę!
Stoję kiedyś pod Halą Mirowską i patrzę jak stara babuleńka grzebie w
śmietniku: twarz pokancerowana, łachy na grzbiecie, ani jednego zęba... No
rozpacz! I ta kupka nieszczęścia woła do mnie: - Co ty, nie poznajesz?.
Poznałem. Aż mi ciarki przeleciały po plecach. Jak widać, różnie bywa...
- Ale raczej dobrze?
- Raczej źle.
Choroba wściekłych owiec
- Panie Marianie, wsiada do pana klient i każe się wieźć na panienki...
- Raczej mówi chcę się zabawić, ludzie nie są tak dosłowni...
- No i co dalej, wiezie pan go do pierwszego lepszego zamtuza?
- O nie! Klient nasz pan. Niech sam decyduje. Pytam, czy ma być agencja,
Pigalak czy może coś lepszego.
- Co lepszego?
- O, ja mam tutaj pomoce naukowe... - pan Marian wyciąga ze schowka gruby plik
folderów. Biusty i pośladki uwiecznionych tam pań zdają się wystawać poza kartkę.
- Sam pan nazbierał?
- Co pan?! Marketing działa. Zawsze gdy się otwiera nowy bałagan, taksówkarze
pierwsi dostają foldery.
- A ile tutaj kosztuje ta przyjemność? - wskazuję na prospekt klubu Rasputin
przy ulicy Wiertniczej. Na zdjęciu dziewczyna tak zapamiętała się w tańcu
wokół rury, że siła odśrodkowa uniosła jej piersi aż do podbródka.
- Trzy stówy.
- Tanio nie jest...
- Kwestia proporcji: są też bałagany po tysiąc złotych za godzinę. Ale
folderów nie wydają: że niby dla elity, dla wtajemniczonych.
- A taki zwykły, prawda, dom publiczny?
- Cena od lat stoi w miejscu. Stówa za godzinę.
- Ma pan stałych klientów?
- Jasne. Taki na przykład polityk partii niestety nie wygranej ostatnio. Raz w
tygodniu podjeżdżam po niego na Rozbrat. - No i co - pyta - jest jakiś nowy
bałaganik? - Coś się znajdzie, panie pośle. Bo gość lubi zmiany. Zawiozłem go
ostatnio do Maxima na Ursynów, wchodzimy, dziewczyny się wdzięczą, a on te
wszystkie gwiazdy omija i wyciąga z kąta taką szarą myszkę. Wiozę go potem do
domu. - Użył pan poseł na tym kaszalocie? - Bardzo sobie chwalę - on na to -
najlepsze są takie scichapęk. Wszystkie otwory mi udostępniła, fajna sprawa!.
- Świeżość doznań się liczy...
- Trafił pan w sedno! A kiedyś wiozę jednego dentystę do bałaganu przy
Chłodnej. Patrzę, a tam na zakopiańskich numerach stoi furgon "Krycie dachów
gontem". Mija moment, czterech juhasów wychodzi z agentury. No to, mówię w
duchu, poużywasz pan sobie, panie doktorze, żebyś tylko choroby wściekłych
owiec nie złapał!
Hałmacze i Panasoniki
- Luksusowe kluby - podkreśla pan Marian - są zwykle za miastem. No i masa
niespodzianek z tego wynika...
- Że taksometr bije?
- Dla tych, którzy jeżdżą do lokalu po czterysta dolarów za godzinę, taksometr
to nie problem. Inne są niewygody. Któregoś wieczora, już po północy wsiada
Hałmacz...
- Hałmacz?
- No Hałmacz, czyli zagraniczny klient posługujący się językiem angielskim. Bo
w tej kategorii są jeszcze Panasoniki, ale to wyższa szkoła jazdy...
- I co ten Hałmacz?
- Każe się wieźć do najlepszego bałaganu. Działała wtedy w Łomiankach Villa
Rosa, rzeczywiście niekiepski klubik! Jedziemy Wisłostradą, przy tablicy "2
strefa" Hałmacz robi się nerwowy. Na wysokości Lasku Młocińskiego widzę jak mu
pot ścieka po czole. W Burakowie wbił pazury w fotel i ryczy Come back! Come
back!. Co było robić - zawróciłem i odwiozłem go do hotelu. Grunt to poczucie
bezpieczeństwa!
- Co tu kryć.
- Albo za Białołęką, przy drodze na Jabłonnę, też był ekstra bałagan. I to
taki dla wtajemniczonych. Trzeba było podjechać, zamrugać trzy razy światłami,
otwierali pilotem bramę i dojeżdżało się przez ogród do sporej willi. W środku
sauna, drink bar, salonik. Godzina - cztery stówy. I kiedyś im się popsuł
siłownik od bramy. Przywożę w nocy jakichś przyjezdnych z hotelu, mrugam
światłami i nic. Znowu mrugam - zero reakcji. W końcu trąbię. Wychodzi
dwumetrowy dres, zupełny zanik szyi, w łapach ogromny młot, wali tym młotem w
bramę, otwiera kłódkę, zdejmuje wielki łańcuch, zapiera się, pcha bramę... A u
mnie w samochodzie klienci bladzi jak papier: Proszę pan