Znalazłam w internecie ciekawy tekst z 1997roku. Pewien Albańczyk
opisuje w nim swój kraj,swoje wspomnienia z dzieciństwa,okresu
dorastania, pokazuje czym był reżim komunistyczny dla żyjących w
tamtym okresie w Albanii ludzi. Przedstawia swoją drogę ku
Zachodowi, drogę emigracji rozpoczynającą się we Włoszech a kończącą
w ...Polsce. Wklejać będę częściami. Uwaga zaczynam. Miłej lektury
Albania 21-4-1997
1. Dzieciństwo
Pamiętam dobrze kolor i smak mojego miasta, leżącego u stóp morza o
niezwykłej barwie. Błękit głęboki tak, że człowiek czuje jakby niebo
zeszło na chwilę na ziemię i położyło się blisko traw i piasku.
Kolor spokoju, spięty, leniwy szum fal kryjących w swoich głębiach
niezwykle bogactwo, tętniące życiem i spokojem.
Jako dziecko tylko tutaj lubiłem bawić się z kolegami. Piaszczyste
wybrzeże miało wiele niespodzianek. Wystarczyło tylko zamknąć oczy,
aby przenieść się na bezludną wyspę. Często wchodziliśmy na strome
skały. Nawet z tak dużej odległości widać było dno morza. Wodorosty,
zielone i soczyste, a wśród nich pojawiające się i znikające
kolorowe kształty. Można było wtedy pomyśleć, że to słońce kąpie się
w wodzie nadając im wspaniałe świetlne refleksy. Tymczasem było to
morskie życie - meduzy, te duże i małe; bezbarwne, złote i te
najpiękniejsze pomarańczowe i czerwone ale i najniebezpieczniejsze.
Prawie zawsze po takich zabawach długo smarowała mi babcia ręce
zimnym mlekiem, bo te meduzy łatwo było dotknąć, ale potem bolało to
okropnie. Parzyły, w ten sposób broniąc się - były gorące jak ogień.
Zabawa wśród skał na plaży wymagała dużej zręczności, by biegać
szybko równocześnie omijając te wszystkie morskie istoty wychodzące
na ląd: kraby, małże, ślimaki.
Piasek miał kolor słońca, był ciepły, a wieczorem tak gorący, że
trzeba było chodzić po nim w butach. Miał silny zapach i w dotyku
przypominał aksamit - bardzo delikatny materiał. Gdy znudziła nam
się zabawa na piaszczystej plaży, szliśmy trochę dalej. Tu morze
zmieniało barwę z niebieskiego i stawało się zielone - jak szmaragdy
i palmy rosnące wzdłuż każdej ulicy w Albanii (zwłaszcza na południu
kraju). Piasek zamieniał się w ostre kamienie, duże i drobne. Te
magiczne miejsce tuż za Vlore (moje miasto) było punktem spotkania
Morza Adriatyckiego i Jońskiego, a granica była tak wyraźna jakby
ktoś narysował linię.
Wtedy, kiedy miałem 5, może 7 lat Albania była dla mnie zaczarowanym
krajem, krainą z bajek, rajskim ogrodem. Dni płynęły leniwie i
spokojnie. Cały świat to pola drzew oliwnych i kwitnących
pomarańczy. Noc pachniała bliskim słońcem i odgłosem dalekich zabaw
i głośną rozmową sąsiadów.
Niebo nad Albania zawsze wtedy było pełne gwiazd, a poranek budził
zapachem świeżej kawy, mleka i owczego sera. Zaczynał się nowy
dzień, podobny do poprzedniego i taki sam jak następny.
Teraz zamykam oczy i czuję niepowtarzalny zapach albańskiej herbaty
porastającej soczyste i rozległe pole. Ten obraz jest w samym sercu,
tym bardziej drogi, ukochany, bo świat, który przedstawia już nie
wróci. Tak samo, jak do nikogo z nas nie wróci już nasze
dzieciństwo - najszczęśliwszy okres w moim życiu, pełen słońca ,
zabawy, radości.