Jak każdego poranka wyszła na taras, żeby wypić kawę. Miała na sobie tylko
nocną koszulę z bawełny, ale nikt jej tu nie widział. Za tarasem rozciągał się
ogród, który przechodził w łagodnie opadającą łąkę, otoczoną z trzech stron
lasem. Las uparcie dążył do rozszerzenia swojego terytorium. Co roku wysyłał
na łąkę jak nie brzózkę, to sosenkę i myślał, że a nuż tym razem się
powiedzie. Ale Joanna nie mogła na to pozwolić, bo za dwa, trzy lata las
wchodziłby jej oknami i drzwiami do domu, a ona nie chciała, by cokolwiek
przysłaniało jej nieskończoność.
Na stoku już się pasło stadko kóz, które wyprowadziła o świcie. Kozy należały
do niej, a na pewno Mela – pierwsze zwierzę, które kupiła. Bo później wszystko
się pomieszało. Dzieci Meli przyszły na świat w oborze Marianowej, która też
hodowała kozy. Późną jesienią aż do wiosny Joanna oddawała stadko do zagrody
Żulińskich w Leszczynach – wiosce położonej za lasem, ponieważ często zimą
wyjeżdżała. Tak samo kury, kaczki. Marianowa za chodzenie wokół zwierząt miała
mleko, jajka dla całej rodziny, a co zbywało, mogła sprzedać.
Śmieli się z Joanny we wsi, gdy po zagospodarowaniu się powiedziała, że
chciałaby kozy hodować.
DOBRE?