obs2
26.04.09, 18:35
wyborcza.pl/1,76842,6539739,Smierc_w_handlu_nie_przeszkadza.html?as=2&ias=2&startsz=x
> Kilka pracownic pobiegło do pobliskiej przychodni, prosiły
> lekarza,
> żeby przyszedł. Z tego, co wiem, nikt z tej przychodni nie
> pofatygował się na miejsce. Na szczęście przyjechało pogotowie
ale o co chodzi?
Dlaczego z pobliskiej (co to znaczy pobliskiej?) przychodni ktoś miał się
"fatygować"? Dlaczego lekarz miał "przyjść".
Dlaczego pogotowie przyjechało "na szczęście"?
Nie rozumiem chyba tego języka. Maturę zdałem, studia skończyłem,
specjalizację mam. Z ludźmi gadam, powieści i wiersze po polsku czytam, filmy
polskie oglądam.
A języka którym posługują się Polacy nie rozumiem.
Bo tak jak ja rozumiem kontekst i znaczenie użytych tu słów, to w życiu nie
było tu kwestii "pofatygowania się" i karetka na pewno ani "na szczęście" nie
miała przyjechać.
Po prostu - nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia pacjenta w sklepie -
przyjechało pogotowie, a błędnie wzywany lekarz z przychodni nie przyszedł.
Jedyne co smutne, to że sklepu nie zamknięto do czasu zabrania zwłok.
Reszta- niepojęta.
Na pewno po polsku jest ten artykuł? Powiedzcie mi jak długo jeszcze można
informować od czego są przychodnie a od czego ratownictwo, a od czego SORy.