katarzyna303030
15.01.17, 01:29
Po krótce- lat 30, średniej wielkości miasto na Śląsku, wykształcenie techniczne, dzieci brak. Od 3 lat w ukrywanym i sekretnym związku ze starszym/żonatym, który kocha ale żony nie zostawi bo kredyt, zobowiązania, przywiązania, tyle lat i tak dalej. Bratnia dusza, najpiękniejsze momenty w życiu. Rozstania i powroty, trochę syndrom sztokholmski, trochę nadzieja, że coś się w końcu zmieni. Miesiąc za miesiącem w stagnacji, wyczekiwaniu, z całym bagażem długiego romansu.
Na to wszystko przyszła mi oferta pracy z zagranicy - pozycja zgodna z wykształceniem, kraj i nowe miasto interesujące, zarobki całkiem całkiem... ale do Polski sporo ponad tysiąc kilometrów w linii prostej. Decyzję o wyjeździe muszę podjąć w ciągu kilku tygodni. Sytuacja rodzinno-ogólno-organizacyjna pozwala mi na wyjazd, mogę dosłownie spakować walizę i ruszać w świat, w "nowym" kraju mam kilku dalszych znajomych - nie zginę i nie zgniję tam raczej.
Jedynie kwestia uczuciowa blokuje moją decyzję- sytuacja jest patowa, zostając wiem, że nie ruszę nic i będę się tak ukrywać przez kolejne miesiące/lata, nie młodniejąc i gorzkniejąc. Ale wyjeżdzając stracę wszystko. Przez 3 lata wkładałam cały mój wolny czas, energię, siłę i cierpliwość w utrzymanie relacji. Jest to z mojej strony miłość mojego życia, najlepszy kumpel i ktoś z kim chcę spędzić ile tylko czasu się da, kosztem wszystkiego innego. Drugiego takiego już nie spotkam. I sama sobie odetnę jakąś ostatnią, mglistą szansę ułożenia tego wszystkiego. Z mojej winy, przez moje wyjazdowe fanaberie, dokładanie kilometrów i rozstrajanie sytuacji. Czuję, że powinnam tu siedzieć i czekać, bo może coś się odmieni w końcu, ale czasem jestem tak wściekła, że mam ochotę zniknąć. W zapewnienia "będę przyjeżdżał" wierzę średnio, bo wiem jak ciężko dopasować się "do grafiku" żonatego mieszkając w tym samym mieście, a co dopiero organizować coś przez całą Europę. Technicznie niemożliwe do przeprowadzenia.
Więc, cholera, nie wiem co robić...