Gość: czytelnik debata - SZKOLNICTWO WYŻSZE IP: *.autocom.pl 19.08.04, 20:47 free.p4u.pl/f/102/n_viewtopic.php?forum=f905&dz_id=1&id=115&lps= Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Niedoszli doktorzy pod sąd - co wy na to ? IP: *.autocom.pl 20.08.04, 17:47 www.dziennik.lodz.pl/ Niedoszli doktorzy pod sąd Uniwersytet Łódzki pozwał do sądu pięciu byłych doktorantów, którzy nie obronili prac doktorskich lub przerwali studia. Ponieważ nie zgodzili się na zwrot pobranych stypendiów, uczelnia postanowiła skierować sprawy na drogę sądową. W każdym przypadku chodzi przeciętnie o kilkanaście tysięcy złotych. Niewykluczone, że przed oblicze Temidy trafi wkrótce więcej niedoszłych doktorów, gdyż siedemnastu osobom termin zwrotu pieniędzy mija we wrześniu i grudniu. Sąd grozi także jedenastu byłym doktorantom Politechniki Łódzkiej, którzy - mimo ponagleń uczelni - nie kwapią się do oddania pieniędzy. Spośród 27 osób, które nie obroniły prac doktorskich, siedem już spłaciło zadłużenie, czterem rozłożono spłatę na raty, a pięciu umorzono po odwołaniu do rektora. Podstawą umorzenia były m.in.: kontynuacja działalności naukowej za granicą, publikacje i odbyte zajęcia dydaktyczne. - Najczęstszą przyczyną przerwania studiów doktoranckich jest znalezienie stałej pracy, a wśród kobiet - macierzyństwo. Doktoranci zakładają rodziny i nie mogą ich utrzymać za 900 lub 1000 złotych stypendium doktoranckiego - wyjaśnia Joanna Sołtysiak z działu spraw studiów doktoranckich Politechniki Łódzkiej. Na Uniwersytecie Medycznym co roku rezygnuje ze studium doktoranckiego kilka osób. Z reguły albo oddają od razu pieniądze, albo spłacają je w ratach. I tutaj najczęstszą przyczyną przerwania studiów jest znalezienie stałej pracy. Dochodzenie zwrotu wypłaconego stypendium umożliwia uchwalona w marcu ubiegłego roku ustawa o stopniach naukowych. Data publikacji: 17.08.2004 Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Kuriozum na skalę światową 20.08.04, 18:52 To jest głęboko przemyślane posunięcie reformatorskie. Następnym razem wszyscy będą wiedzieli, że trzeba szybko jakiegoś gniota napisać. Najlepiej przepisać od kogoś (ale własnymi słowami, żeby nie było plagiatu). I wszyscy to zgodnie przyklepią, bo przecież nikt nie będzie chciał biednego doktoranata narażać na koszta. I prezydencki ekspert do spraw reformy, prof. Woźnicki, twierdzi w parlamencie, że ta ustawa o stopniach naukowych jest tak doskonała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej zmieniać! Kuriozum na skalę światową!!! A mnie się wydawało, że już tragiczniej być nie może! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw Re: Kuriozum na skalę światową IP: *.autocom.pl 20.08.04, 20:02 Kilka pytań Dlaczego ustawy nie umozliwiają ( w praktyce) dochodzenia zwrotu wypłacanych kwot : - za fikcyjne etaty - za fikcyjne godziny 'dydaktyczne' - ze fikcyjne ( lub niekompetentne) promotorstwa ( przepuszczane plagiaty, beznadziejne mgr, dr, hab , prof ) - na 'poszukwianie prawdy' poprzez zamykanie jest w sejfach - na walke w nieuczciwością poprzez jej promowanie - na niszczenie nauczycieli akademickich i ich warsztatów pracy - na aparture zamykana przed zainteresowanymi badaniami itd itp Po niedzieli zaczyna pracę Sejm - i kolejna ustawa - tym razem o finansowaniu nauki. Na te i podobne pytania w tym projekcie nie znalazłem odpowiedzi: www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos82p.htm Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Kolejna ustawa 20.08.04, 21:28 Gość portalu: jw napisał(a): > Po niedzieli zaczyna pracę Sejm - i kolejna ustawa - tym razem o > finansowaniu nauki. Na te i podobne pytania w tym projekcie nie znalazłem > odpowiedzi: > www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos82p.htm Ten projekt, który niedługo będzie ustawą, faktycznie niczego nie zmienia. Kto będzie decydował o sposobie wydatkowania środków na badania własne i statutowe? Kto chce i kto jest bliżej koryta. Według jakich kryteriów organy kontrolne będą kontrolowały zasadność wydatkowania środków przez kontrolowaną jednostkę? W przypadku badań własnych i statutowych według kryteriów ustalonych przez tę jednostkę, czyli patrz jak wyżej. Całość tych środków będzie można przeznaczyć na turystyczne wojaże jednej osoby. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: mały Re: Kuriozum na skalę światową IP: *.zwm.punkt.pl / *.zwm.punkt.pl 22.08.04, 11:07 Takie jest prawo, trudno więc winić uczelnię, że stara się "pozyskać" pieniądze. Pozyskuje tam, gdzie łatwo to zrobić. Problemem są natomiast saame przepisy dotyczące doktorantów, ich nieokreślony i niekorzystny status. Studia doktoranckie to zwykle bardzo wytężony okres działalności naukowej, czyli PRACY. Za pracę należy się zapłata, a nie stypendium! Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Re: Kuriozum na skalę światową 22.08.04, 13:10 A czy ktoś zna drugi kraj, w którym za studia doktoranckie trzeba płacić? Bo ja nie, ale moja wiedza może być niepełna. Nawet w Ameryce za doktorat się nie płaci. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: xyz Re: Kuriozum na skalę światową IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.08.04, 17:31 To jest faktycznie curiosum, bo jeszcze do tego mozna oddać pracę niewykończoną i dostać recenzje za dwa tygodnie - z przyczyn finansowych oczywiście, a co jest w rzeczonej pracy i tak nikogo nie interesuje. Ogólnie rzecz biorąc zalecane jest pisanie doktoratów bez uzwzględnienia aktualnego stanu badań, poniewaz zapoznanie się z literaturą przedmiotu zabiera zbyt wiele czasu, więc nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu praca w ogóle wnosi coś nowego. Odpowiedz Link Zgłoś
m_i Niedoszli doktorzy 04.01.05, 19:20 Bardzo chetnie skontaktowalabym sie z innymi niedoszlymi doktorami, gdyz sama mam takie problemy. Magi m_i@NOSPAM.gazeta.pl Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kontest Re: Niedoszli doktorzy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.01.05, 09:33 ttp://www.nauka-edukacja.p4u.pl/index.php Nowy portal internetowy poświęcony działaniom na rzecz nauki i edukacji w Polsce. Niezależne opinie o kondycji nauki i edukacji, o uwarunkowanych systemowo patologiach , o możliwościach zmiany obecnego, osobliwego systemu nauki i edukacji w Polsce. W portalu można zamieszczać swoje opinie na forach. Równiez forum dla studentów i doktorantów Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 21.08.04, 17:22 www.kontrateksty.pl KONTRATEKSTY. NIEZALEŻNY MAGAZYN PUBLICYSTÓW Cenzurę prewencyjną zlikwidowano w 1990 roku. Od 14 lat media są wolne. Dziś jednak wiele tytułów, redakcji, zespołów dziennikarskich jest poddanych presji wydawcy, jego działów marketingu, albo po prostu – właścicieli, którzy nie dopuszczają do publikacji artykułów, mogących – ich zdaniem – zaszkodzić interesom. Obok zapisów finansowych czy handlowych są też ograniczenia salonowe. Cenzura zatem wciąż istnieje, choć może nie jest tak widoczna, jak za ancien regime’u. W efekcie spora grupa autorów nie ma gdzie publikować. Uznaliśmy, że czas pomóc tym wszystkim, którym uniemożliwiają to lokalne władze, chciwi wydawcy, niechętni znajomi. Udostępniamy im łamy „Kontratekstów” pod dwoma warunkami: teksty mają być dobre i nie mogą naruszać niczyjej godności. Opublikowane przez nas materiały mogą być wykorzystane, pod warunkiem wszakże uzyskania zgody redakcji lub autora. Z autorami też należy negocjować honoraria. Prosimy o powiadomienie przyjaciół, znajomych i wrogów o istnieniu naszej internetowej gazety. Jej istnienie zawdzięczamy autorom oprogramowania i grafiki z Montowni Pomysłów, którzy społecznie opracowali "Kontrateksty". Stefan Bratkowski Krzysztof Łoziński klozinski@poczta.onet.pl Andrzej W. Pawluczuk awpawluczuk@wp.pl Piotr Rachtan piotr.rachtan@wp.pl Hity numeru www.kontrateksty.pl/index.php?action=show&type=news&newsgroup=3&id=257 Polska nauka w cenie? Józef Wieczorek, Cezary Wójcik :: Polska :: 18 sierpnia 2004, 23:59 Mylący jest tytuł "Polska nauka w cenie" - artykułu omawiającego ranking nauki w czasopiśmie NATURE (Gazeta Wyborcza 15.07.2004 serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34148,2181974.html). Ani tekst w Nature, ani nawet tekst w GW, nie usprawiedliwia takiego tytułu, który jest wykorzystywany w mediach do niezbyt rzetelnego przedstawiania stanu nauki w Polsce. Wypada się zastanowić, dla kogo polska nauka jest w cenie? Jeżeli chodzi o ogół obywateli to jest ona nie tyle "w cenie" ile jest kosztowna, a jej praktyczne zastosowania niestety, przynoszą niewspółmiernie mało zysków. Przemysł w Polsce w ogóle nie ceni sobie polskiej nauki i dlatego jej nie finansuje. Zresztą polskiego przemysłu prawie już nie ma, a zagraniczne firmy inwestujące w Polsce wolą opierać się na własnych zespołach badawczych w innych krajach. Wreszcie - czy świat ceni naukę polską? W cenie jest nie tyle polska nauka, ile polscy naukowcy, którzy wespół z Chińczykami, Hindusami i Rosjanami stanowią jedną z dużych grup najemników naukowych w bogatych laboratoriach USA. Sukcesy polskich naukowców poza krajem świadczą, że są oni cennymi nabytkami, ale pracującymi na korzyść innych krajów. Dziewiętnaste miejsce na światowej liście pod względem publikacji nie jest, naszym zdaniem, powodem do samozadowolenia, zwłaszcza że zapewne wiele z prac, które ujęto w tym opracowaniu jako dorobek "polskiej nauki" zostało w rzeczywistości wykonanych w zagranicznych laboratoriach przez goszczących tam polskich naukowców. Niestety, sytuacja w Polsce nie jest przyjazna dla naukowców, a to ze względu na niskie uposażenia, jak i rozwiązania systemowe nadal przyjazne dla negatywnej selekcji kadr akademickich. Pomimo tego mamy w Polsce przykłady naukowców pozbawionych finansowania, a jednak mających osiągnięcia, którymi można by obdarzyć niejeden finansowany zakład naukowy. Niestety, w Polsce nie finansuje się wybitnych naukowców, lecz instytucje, które pożerają ogromną część nakładów przy małych osiągnięciach. Sporą część kadry profesorskiej tworzą ludzie wykreowani w czasach PRL-u zgodnie z kryterium "mierny, bierny ale wierny" i ich ´lojaliści´. Ludzie ci w większości nie przystają do nowej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej. Wybitny naukowiec publikujący w czasopismach na światowym poziomie jest zagrożeniem dla ich status quo. Brak w Polsce rozwiązań systemowych, które by zmieniły obecny ustrój nauki i edukacji w Polsce. Prezydencki projekt ustawy o szkolnictwie wyższym lansowany przez media utrwala jedynie obecny patologiczny system. W artykule GW nie wspomniano nawet o rankingu uniwersytetów, o którym jest mowa w Nature. Ranking ten jest dla nas bardzo niekorzystny, bo naszych uniwersytetów nie ma w pierwszej setce uniwersytetów europejskich, a pojawiają się dopiero w 4 setce uniwersytetów światowych. To taki niechciany, "niecenny", wskaźnik rangi nauki polskiej. Rankingi zawsze są dyskusyjne, ale u nas wartość rankingów jest jasno rozumiana - jak w jakimś rankingu przy jakimś wybranym kryterium stoimy nieźle, to o tym rankingu trąbimy głośno, jeśli w rankingu stoimy źle - to cisza, jak makiem zasiał. Niestety, media nie dają prawdziwego obrazu nauki w Polsce na tle nauki światowej i najwyższy czas, aby to się zmieniło. Istnieje ogromny rozziew w opiniach na temat nauki w Polsce przedstawianej w mediach przed decydentów i prezentowanych przez niezależnych naukowców na otwartych forach internetowych. Kondycja nauki i edukacji w Polsce winna być znana rzetelnie, bo to ma wpływ na projekty reformowania tej sfery. Dobrze by było, aby w ramach tworzenia społeczeństwa obywatelskiego GW umożliwiła prezentowanie na swoich łamach niezależnych poglądów na temat stanu i przyszłości nauki i edukacji w Polsce. Józef Wieczorek, Kraków Cezary Wójcik, Dallas Tekst przesłany do Redakcji Gazety Wyborczej, ale nie został wydrukowany Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik kara za zrobienie dyplomu IP: *.autocom.pl 23.08.04, 10:01 dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/08.23/Kraj/10/10.html Kraj 23-08-2004 Uczyć się, ale powoli Kto wcześniej obronił dyplom, nie dostanie pieniędzy (INF. WŁ.) Studenci studiów zaocznych, wieczorowych i eksternistycznych wszystkich typów szkół wyższych oraz studenci studiów dziennych szkół niepublicznych, którzy zaplanowali zakończenie studiów w tym roku akademickim, powinni poczekać przynajmniej do 30 września. W przeciwnym razie mogą stracić należną im pomoc materialną. Odpowiedz Link Zgłoś
bum_cyk_cyk.hey czy tylko prawo? 24.08.04, 20:51 Prawdziwym problemem jest nie tyle bylejakość prawa (np. sygnalizowane przez prof Turskiego zapisy by kontakty naukowe z zagranicą akceptowane musiały byc przez przełożonych), ale powszechne przyzwolenie na łamanie KAŻDEGO prawa. W uczelniach skandale pojawiają sie częsciej niż AIDS w afryce i nic sie nie dzieje. Tak mi sie przynajmniej wydaje. Ale moze ja sie myle i ktoś wyprowadzi mnie z błędu pokazując jak po każdym (ujawnionym, bo o tych utajnionych i tak nie ma co gadać) przekrecie czy naruszeniu różnych kodeksów etycznych winny ponosi kare i np. staje przed komisja dyscyplinarną. Ja strasznie lubię się mylić!! Pokazcie mi, proszę, że sie pomyliłem . Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw Re: czy tylko prawo? IP: *.autocom.pl 24.08.04, 21:24 Zgodnie z moja znajomością rzeczy winny ujawnienia przekrętow w uczelni z reguły staje przed komisją dyscyplinarna i zostaje usunięty z uczelni oczywiście z powodow etycznych. np. w Akademickim Kodeksie Wartości UJ najwazniejsza wartością jest lojalnośc pracownika akademicka. Jesli pracownik ujawnia przekręty rektora w sposób oczywisty narusza ten ( albo inny) kodeks etyczny i traci prace gdyż postępuje nieetycznie. Tak się działo i przed AKW i to jest aprobowane przez tworcow AKW. Kodeksy etyczne maja znaczenie praktyczne i sluża trzymającym wladze do jej jak najdluzszego utrzymania. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw dyskusja w Polityce IP: *.autocom.pl 25.08.04, 13:44 Ostatnia Polityka opublikowala listy w sprawie artykułu - Cezary Wójcik i Józef Wieczorek . „Prof. dr hab. dożywotni” (nr 30) . Pełne wersje znajduja się w internecie, gdzie mozna nad nimi dyskutować ! Artykuł został opublikowany w w okresie kanikuły stąd może nie wszyscy mogli z nim polemizować. Obecnie jest taka mozliwość, zarowno pod samym artykulem w archiwum Polityki polityka.onet.pl/162,1176405,1,0,2462-2004- 30,artykul.html jak i pod poszczególnymi listami obecnie opublikowanymi.polityka.onet.pl/162,1181578,1,0,2467-2004- 35,artykul.html Gorąco do tego zapraszamy i prosimy o jak najszersze poinformowanie innych Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: LK Re: dyskusja w Polityce IP: *.lib.unimelb.edu.au 27.08.04, 08:54 Poniewaz nie ma czasu na zakladanie kont na "onecie", wiec publikuje ma odpwoiedz tutaj. Co mnie zdenerwowalo w dyskusji na ramach forum "polityki" to to, ze jakis tam stetryczaly prof (re)habilitowany napisal, iz profesor bez habilitacji to nieprawdziwy, albo gorszy profesor. A ja jestem wlasnie takim profesorem (AE w Krakowie) BEZ habilitacji (mam tylko MA i PhD uzyskane za granica - w Australii na tamtejszych czolowych uniwersytetach: Melbourne i Monash). Poczulem sie wiec dotkniety takimi uwagami. Ow profesor poczynil tzw. fallacy of composition, czyli osadzil WSZYSTKICH profesorow nie-habilitowanych na podstawie kilku znanych mu przypadkow. Uwazam, ze osoba popelniajac tak elementarny blad (wskazuje go studentom I roku) nie powinna sie w ogole zajmowac nauka. A co do habilitacji, to sluza one wylacznie do utrzymania kontroli nad kasa przez grupe stetryczalych profesorow, ktorzy uzyskali habilitacje albo w krajach b. ZSRR, albo na podstwie rozpraw typu "O wyzszosci rachunkowosci socjalistycznej nad burzuazyjna" (jeden z moch b. szefow na SGPiS, teraz SGH). Pozdr. LK, prof. dr. niehabilitowany Odpowiedz Link Zgłoś
bum_cyk_cyk.hey Re: dyskusja w Polityce 27.08.04, 13:24 Gość portalu: LK napisał(a): > Poniewaz nie ma czasu na zakladanie kont na "onecie", wiec publikuje ma > odpwoiedz tutaj. > Co mnie zdenerwowalo w dyskusji na ramach forum "polityki" to to, ze jakis tam > > stetryczaly prof (re)habilitowany napisal, iz profesor bez habilitacji to > nieprawdziwy, albo gorszy profesor. A ja jestem wlasnie takim profesorem (AE w > Krakowie) BEZ habilitacji (mam tylko MA i PhD uzyskane za granica - w Australii > > na tamtejszych czolowych uniwersytetach: Melbourne i Monash). Poczulem sie wiec > > dotkniety takimi uwagami. Ow profesor poczynil tzw. fallacy of composition, > czyli osadzil WSZYSTKICH profesorow nie-habilitowanych na podstawie kilku > znanych mu przypadkow. Uwazam, ze osoba popelniajac tak elementarny blad > (wskazuje go studentom I roku) nie powinna sie w ogole zajmowac nauka. > A co do habilitacji, to sluza one wylacznie do utrzymania kontroli nad kasa > przez grupe stetryczalych profesorow, ktorzy uzyskali habilitacje albo w > krajach b. ZSRR, albo na podstwie rozpraw typu "O wyzszosci rachunkowosci > socjalistycznej nad burzuazyjna" (jeden z moch b. szefow na SGPiS, teraz SGH). > Pozdr. > LK, prof. dr. niehabilitowany Warto przeczytac ponizszy tekst. To oczywiście nie jest zadna tytułomania ani megalomania ale obiektywna wypowiedż. Wiem, ze poszukiwane sa przedhabilitacyjne dziełła panaprofesoradoktorahabilitowanego Andrzeja Szplita. Jak dotad bez rezultatu. Samej habilitacji tez zobaczyc sie nie da. Byc moze gdyby prof. LK podobnie zadołował swoje prace i doktorat, to tez miałby szanse dołączyć do eksluzywnego grona podobnych profesorów i nikt by Mu niczego nie wytykał? Warto pomysleć. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=33&w=12624498&a=12624498 Wybitna skromność profesora! Autor: bango6 Data: 13.05.2004 17:06 + dodaj do ulubionych wątków + odpowiedz na list -------------------------------------------------------------------------------- W ramach relaksu proponuję Wam ciekawą lekturę: Pochodzi z książki "Leksykon przedsiębiorczości" pod redakcją profesora Andrzeja Szplita. Pozycja nie jest z lat zamierzchłego PRL-u, lecz sprzed kilku lat cytuję fragment: Szplit Andrzej odgrywa poważną rolę wśród grona współczesnych ekonomistów i działaczy zajmujących się problematyką organizacji i zarządzania. Urodził się 3 listopada 1942 r. W Kielcach w rodzinie inteligenckiej. Tutaj wychowywał się i ukończył szkołę średnią. W 1960 roku rozpoczął studia w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Jego nauczycielem był Józef Kaleta, jeden ze zwolenników transformacji systemowej w Polsce, który wpajał mu nie tylko gruntowną wiedzę z ekonomii klasycznej, (J.A.Schumpetera, J. Burnhama, D. Bella i J.K. Galbraitha), ale i zasady funkcjonowania gospodarki wolnorynkowej. Wpływ Józefa Kalety na Andrzeja Szplita był bardzo znaczący, gdyż nie tylko – napisał pod jego kierunkiem pracę doktorską, ale i w pierwszym okresie swojej działalności naukowej przejął od swego mistrza poglądy na metodę badań i istotę zjawisk społeczno-gospodarczych. Uważa się za ucznia J. Kalety i jest zwolennikiem gospodarki rynkowej, szuka jednak dróg własnych. W 1967 r. Andrzej Szplit wrócił do Kielc. Przez 4 lata pracował jako nauczyciel ekonomii w szkole średniej, następnie awansował na stanowisko dyrektora przedsiębiorstwa produkcyjno-handlowego. W latach 1975-1980 pracował w służbach inwestycyjnych, pełniąc funkcję zastępcy dyrektora ds. ekonomicznych kieleckiego INWESTPROJEKTU. Pilnie obserwował życie gospodarcze i społeczne, dużo czytał, zapoznając się z dorobkiem światowej myśli ekonomicznej, filozoficznej i społecznej. Praca na stanowiskach kierowniczych w handlu i budownictwie stała się bodźcem do ukończenia Studium Podyplomowego z zakresu organizacji i zarządzania na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. W 1980 r. Rozpoczął pracę w Politechnice Świętokrzyskiej, początkowo jako adiunkt w Instytucie Technologii i Organizacji Budownictwa, a następnie – zastępca dyrektora ds. dydaktycznych w instytucie Nauk Społecznych. W 1984 r. Odbył 5 miesięczny staż naukowy w Uniwersytecie w Lipsku, gdzie napisał „Studium o finansach w budownictwie”. Praca ta zrodziła się pod wpływem niedoskonałości zarządzania mieszkalnictwem w systemie nakazowo- rozdzielczym i była wstępem do przygotowywanej ogólnej teorii efektywności i rozwoju tego działu gospodarki. Dzięki znajomości języków obcych i dużemu dorobkowi naukowemu otrzymał stypendium habilitacyjne w Hochschule fuer Oekonomie w Berlinie, gdzie powstała obszerna praca habilitacyjna pod charakterystycznym dla tego okresu tytułem: „Porównywalne badania efektywności inwestycji mieszkalnictwa w krajach europejskich”. Był pierwszym Polakiem, który na tej berlińskiej uczelni zdobył tytuł doktora habilitowanego nauk ekonomicznych. Andrzej Szplit w pracy habilitacyjnej wykazał nie tylko ogrom erudycji i zdolności pisarskich, ale również dowiódł, że jest ekonomistą samodzielnym i zwolennikiem efektywnej gospodarki rynkowej. Przeciwstawiając się przeżytkom centralnego zarządzania i planowania opowiedział się za rozwojem własności prywatnej w budownictwie, zarówno w mieście jak i na wsi. W czasie pobytu na stażu i stypendium habilitacyjnym w Niemczech wykładał na Uniwersytecie w Lipsku, w Hochschule fuer Oekonomie w Berlinie i Hochschule fuer Technik und Wirtschaft w Mittweidzie. Po powrocie z Berlina w 1990 r. Był organizatorem dwóch zakładów w Politechnice Świętokrzyskiej: na Wydziale Budownictwa Lądowego – Samodzielnego Zakładu Ekonomiki i Marketingu w Budownictwie oraz Ogólnouczelnianego – Samodzielnego Zakładu Ekonomii, Zarządzania i Marketingu. W tym samym roku otrzymał nominacje na stanowisko profesora nadzwyczajnego i wychodząc naprzeciw potrzebom kształcenia ustawicznego utworzył w uczelni Szkołę Przedsiębiorczości i Biznesu. Doprowadził także do pomyślnego stanu kształcenie podyplomowe Jest jednym z inicjatorów opracowania założeń dydaktycznych i organizacyjno- finansowych kierunku studiów Zarządzanie i Marketing. Ostatnio spełnia statutowe obowiązki wynikające z zajmowanych stanowisk, m.in.: kierownika Samodzielnego Zakładu Ekonomii, Zarządzania i Marketingu; prodziekana Wydziału Mechanicznego, dyrektora Szkoły Przedsiębiorczości i Biznesu. Współpracuje z uczelniami krajowymi i zagranicznymi. Jest autorem wielu publikacji w opracowaniach krajowych i zagranicznych. Pełni funkcję przewodniczącego Zarządu Oddziału Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w Kielcach i jest członkiem Regionalnej Rady Naukowo – Gospodarczej przy Wojewodzie Kieleckim. Żonaty, ma dwoje dzieci, syn jest magistrem ekonomii, ukończył krakowską Akademię Ekonomiczną, córka kończy medycynę w Akademii Medycznej w Warszawie. Jest optymistą i ma duże poczucie humoru. Dla przedsiębiorczych rodaków w warunkach gospodarki rynkowej upatruje ogromne możliwości rozwoju. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: KK Re: dyskusja w Polityce IP: 203.221.209.* 28.08.04, 09:59 Poczytaj dokladnie: jaki ma sens robienie habiliatcji przez kogos, kto ma PhD, a wiec najwyzszy stopien naukowy nadawany a krajach anglosaskich (np. w USA i w W. Brytanii)? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw Re: dyskusja w Polityce IP: *.autocom.pl 27.08.04, 13:25 Czy są gdzieś badania nad poziomem prof hab i nie hab ? Niedawno mowiono w Sejmie orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf - Członek Forum Elektorów do Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego z grona doktorów Bogdan Dzierżawski : Chciałbym zwrócić uwagę na kilka kwestii, które są dla mnie niezrozumiałe szczególnie w projekcie prezydenckim. Jest tam piękne odniesienie do autonomii uczelni we wszystkich zakresach, po czym wprowadza się w ustawie 200 delegacji dla ministra, w których minister: zgadza się, określa, upoważnia, ustala, podejmuje. Uważam, że prowadzi to do sytuacji nieco kabaretowej. Jest to ustawa o autonomii ministra w szkolnictwie wyższym, ponieważ większość decydujących ustaleń podejmuje minister przy wstępnej deklaracji autonomii uczelni. Sprawa modelu kariery naukowej wydaje się istotna, ale jest tu bardzo wiele dodatkowych i powierzchownych odniesień czy określeń tego problemu. Chciałbym przypomnieć, że jednak w całej tradycji szkolnictwa wyższego - i tak jest na całym świecie tam, gdzie nauka się liczy - są trzy stopnie naukowe: bakałarz, magister i doktor. Instytucje wyższych stopni zostały wprowadzone w Polsce w roku 1951 przez ówczesny Sejm Rzeczypospolitej, bo wtedy nie było jeszcze PRL. Wtedy wprowadzono drugi stopień naukowy pod nazwą niższy kandydat nauk. Nie była to lokalna inicjatywa, ale od Łaby do Władywostoku we wszystkich państwach przyjęto dwustopniowy system doktoratu, doktora samodzielnego i niesamodzielnego. Do roku 1956 był to kandydat nauk jako niższy stopień i doktor jako wyższy stopień. Po 1956 roku w związku ze zmianą sytuacji politycznej i wprowadzeniem nazewnictwa narodowego w formie, a socjalistycznego w treści, zlikwidowano tytuł kandydata nauk i wprowadzono tytuł doktora jako niższy stopień i doktora habilitowanego jako wyższy stopień naukowy, odwołując się do procedury habilitacji przedwojennej, która znaczyła kompletnie co innego, to znaczy dopuszczanie w drodze wyjątku osób spoza uniwersytetu do jednorazowego wygłoszenia wykładu lub cyklu wykładów z możliwością prolongaty. I tak to regulowała ustawa z okresu międzywojennego. Nigdy nie był to stopień naukowy. Druga sprawa wiążąca się z tym to stwierdzenie, na ile te stopnie mają wpływ na realne efekty działania. Mniej więcej od 50 lat funkcjonują trzy systemy: anglosaski, który był kiedyś powszechny w Europie, ale zachował się już tylko w krajach anglosaskich, kontynentalny czyli europejski i wschodnioeuropejski. Jeżeli będziemy wyliczać nagrody Nobla z dziedziny nauki przyznane w okresie ostatnich 50 lat, to jest ich 250 z kręgu państw anglosaskich dla osób bez tytułów i bez habilitacji, jest 50 z kręgu krajów kontynentalnych, gdzie szkoły zostały upaństwowione i profesorowie są członkami służby państwowej nominowanymi przez władze publiczne. Oznacza to, że porównawczo przy podobnych potencjałach nauki, ludności i gospodarki efektywność nauki spada tam więc pięciokrotnie. Jest jeszcze zaścianek wschodnioeuropejski, gdzie w tym czasie uzyskano 10 nagród Nobla, czyli jest to współczynnik wyrażający zmniejszenie efektywności pięciokrotnie. Warto zaznaczyć, że wszystkie te 10 nagród Nobla jest związanych wyłącznie z budową bomby atomowej. Jeżeli proponujemy to, do czego omawiane ustawy przywiązują dużą wagę, okaże się, że w liczbie tytułów i habilitacji bijemy Amerykanów na głowę. Jest natomiast zupełnie odwrotna relacja niż relacja osiągnięć uczonych anglosaskich do osiągnięć naszych uczonych. Jest to zjawisko bardzo niebezpieczne wymagające bardzo poważnego zastanowienia się, co zrobić i jakie mechanizmy zastosować, aby to zmienić. Zwracamy uwagę, że mechanizm, jaki funkcjonuje w naszym systemie, prowadzi do tego, że w najbardziej czcigodnym Uniwersytecie Jagiellońskim i w Krakowie szwęda się kilku laureatów nagrody Nobla, którzy niestety nie mają habilitacji i nie mogą być profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, natomiast mogą być tak jak Czesław Miłosz przez 40 lat profesorami jednego z najlepszych uniwersytetów świata. On nie mógł być u nas profesorem, natomiast mógł być profesorem ktoś, kto ma stopień naukowy ale niczym się nie wyróżnia. I tacy profesorowie są podstawą prywatnych szkół wyższych np. zarządzania i ekonomii, którzy uzyskali doktorat w Kijowie z prac na temat wyższości gospodarki socjalistycznej nad gospodarką kapitalistyczną, a habilitację robili w Lipsku z nieuchronnego upadku kapitalizmu. Te doktoraty i habilitacje są nadal ważne i są podstawą funkcjonowania takich uczonych i nikt nie ma do nich pretensji. Jest to hańba naszej nauki. I jeszcze jedna sprawa dotycząca odpowiedzialności. Uważam, że w projekcie prezydenckim jest mnożenie bytów instytucjonalnych, ministrów, Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, Państwowej Komisji Akredytacyjnej, Konferencji Rektorów. To niezwykle rozmywa odpowiedzialność i pozwala na złe funkcjonowanie uczelni Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: adiunkt Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.chello.pl 27.08.04, 12:15 Jestem adiunktem na jednej z państwowych uczelni. O przyznaniu habilitacji w większości przypadków decydują nie kompetencje, ale "wypracowany układ".Ponieważ wiem, że chce się zajmować nauką, a nie "wypracowywaniem układów", poprostu mam zamiar wyjechać. Z przerażeniem patrzę, jak "dożywotnie belwedery" czytają z notatek o wartości najwyżej historycznej - co prawda historia danej dziedziny też jest ważna, ale nie najważniejsza. To nie jest również normalne, by aby utrzymać siebie i rodzinę na jakimś poziomie, było konieczne łączenie pracy na co najmniej dwóch etatach - tym bardziej, że praca na uczelni prywatnej jest pracą dydaktyczną, a nie naukową. Wszelkie dyskusje nad ustawą taką, czy owaką są tylko dyskusjami. Lobby chroniące istniejący stan rzeczy jest poprostu zbyt silne (ministowie bardzo często i gęsto to przecież profesorzy- musza dbać o swój interes, gdy przestaną już być ministrami: profesorem się jest dożywotnio, a ministrem bywa). pozdrawiam wszystkich młodych adiuntków :-) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik projekt ustawy o finansowaniu nauki IP: *.autocom.pl 27.08.04, 18:28 Sprawozdanie Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży oraz Komisji Finansów Publicznych o rządowym projekcie ustawy o finansowaniu nauki (druki nr 2794 i 3124) - 5-minutowe oświadczenia klubów i kół - sprawozdawca poseł Krystyna Łybacka. ks.sejm.gov.pl:8009/search97cgi/vtopic Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Re: projekt ustawy o finansowaniu nauki IP: *.autocom.pl 28.08.04, 15:35 PAP o ustawie: Przede wszystkim zwiększyć środki na naukę Ustawa o zasadach finansowania nauki jest niezbędna. Niewiele jednak zmieni, jeśli rząd nie zwiększy środków budżetowych na naukę, a sama ustawa nie zagwarantuje minimum dotacji z budżetu na ten cel - mówili 25 sierpnia w Sejmie posłowie. Posłowie dyskutowali nad sprawozdaniem z prac sejmowych komisji: edukacji oraz finansów publicznych nad rządowym projektem ustawy o finansowaniu nauki. NAUKA W NOWYCH WARUNKACH Projekt dostosowuje sposób finansowania nauki do nowych warunków związanych m.in. z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Przewidziane w nim zmiany mają ułatwić wykorzystanie środków na badania i rozwój pochodzących z unijnych funduszy strukturalnych i funduszy spójności, inwestycji offsetowych i programów badawczych UE. Odpowiedzialność za decyzje o rozdzielaniu budżetowych środków na naukę projekt przekazuje Ministrowi Nauki i Informatyzacji. Obecnie decydują o tym zespoły Komitetu Badań Naukowych. Ich uchwały minister może jedynie wetować. Ustawa ma tworzyć warunki dla koncentracji środków na badaniach ważnych dla gospodarki. W tym celu minister ustali krajowe programy ramowe określające priorytetowe kierunki badań. O ZASADACH FINANSOWANIA Posłowie z komisji pracujących nad projektem zaproponowali kilka zmian. Zasadnicza dotyczy modyfikacji tytułu ustawy z "o finansowaniu nauki" na "o zasadach finansowania nauki". "Druga zmiana uwzględnia apele środowisk artystycznych i twórczych, aby także ich środowiska mogły korzystać z ustawy" - mówi poseł-sprawozdawca Krystyna Łybacka (SLD). Kolejna zmiana jest korzystna dla młodych pracowników nauki. Zaproponowano, by do finansowania projektów badawczych można było zgłaszać także projekty prac habilitacyjnych. Przedstawiciele większości klubów parlamentarnych uznali, że projekt ustawy jest bardzo potrzebny. CO Z GWARANCJĄ ŚRODKÓW Z BUDŻETU Sugerowano jednak, że brak w nim zapisu gwarantującego minimalny procent środków budżetowych na naukę. "Lata 90. doprowadziły do tego, że nauka polska utraciła około 50 proc. środków i do dziś nie może ich odzyskać" - przypomina Edward Wojtalik (SdPl). Apeluje, by parlamentarzyści zrobili wszystko, aby nakłady na naukę wzrosły choćby o jeden proc. PKB. "Zmieniono tytuł z +Ustawy o finansowaniu nauki+ na +Ustawę o zasadach finansowania nauki+, bo tego finansowania po prostu nie będzie. Minister będzie miał rozsądne zasady rozdziału środków na naukę, ale nie będzie miał środków" - obawia się Kazimierz Marcinkiewicz (PiS). OKREŚLIĆ MINIMALNE ŚRODKI Z wnioskiem o wpisanie w projekt ustawy "minimalnych nakładów na naukę" wystąpił Kazimierz Wójcik (Samoobrona), a Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz (LPR) zaproponował, by w ustawie znalazł się zapis zapobiegający obniżaniu tych nakładów. Posłowie zauważyli, że projekt nie gwarantuje podmiotom gospodarczym, które wspomagają rozwój nauki ulg podatkowych. "Brak jest mechanizmów zwiększania środków z gospodarki na naukę" - podkreśla Marcinkiewicz. Projekt ustawy został ponownie skierowany do prac w komisjach. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik opór starych struktur IP: *.autocom.pl 28.08.04, 20:25 www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=484 Prof. Aleksander Wolszczan, Katedra Radioastronomii UMK: - Młodzi polscy naukowcy nie powinni mieć absolutnie najmniejszych kompleksów - Polacy są całą pewnością przygotowani, żeby podejmować karierę zagranicą. Może nawet ,przynajmniej na jakiś okres, będzie lepiej, jeśli oni tam zostaną, wszakże pod warunkiem, że nie zerwą kontaktu z krajowymi placówkami naukowymi. Nie należy wykluczać, iż polska nauka będzie w stanie wykorzystać ich lepiej, gdy są tam, aniżeli gdyby byli tutaj. Oczywiście mam nadzieję, że ewolucja pójdzie w kierunku powrotów, choć - gdy się człowiek zakorzeni - wracać niełatwo. Byłaby to naprawdę rozpacz, gdyby stało się odwrotnie. Jeśli chodzi o powolne tempo kariery młodych polskich naukowców w kraju, to wydaje mi się, że ciągle jeszcze brak jest warunków, które by ten szybki awans powodowały. I to w bardzo szerokim sensie, bo oczywiście najłatwiej jest powiedzieć: - Trzeba nam więcej pieniędzy i wszystko będzie dobrze. - Każdy przecież wie, że to nie jest tak. To nie tylko brak funduszy. Potrzebne są dalsze, głębokie zmiany strukturalne w organizacji polskiej nauki i uczelni, ażeby do tego doszło. Chciałbym też powiedzieć, ryzykując może trochę własną głowę, że opór starych struktur wobec zmian jest kolosalny. To nie pozostaje bez znaczenia. Sam się o tym przekonałem i sam tę głowę o ów opór rozbiłem. Jest to na pewno sytuacja trudna. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Któż śmiał być tym drugim - konkursy na etaty IP: *.autocom.pl 28.08.04, 20:30 www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=484 Prof. Tadeusz Gadacz, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, laureat subwencji profesorskiej FnRNP: - Z obserwacji własnych wiem, że młodzi wracają. W Szkole Nauk Społecznych PAN otwieramy w br. kierunek filozofii. Ostatnio z prośbą o zatrudnienie zwróciły się osoby, które zrobiły doktoraty na Sorbonie, w Berlinie, w USA, w Canaberze, mają publikacje zagraniczne, nawet dorobek dydaktyczny na zagranicznych uniwersytetach. Niestety, z przykrością stwierdzam, że nie mają szans na zatrudnienie w polskim środowisku naukowym, także ze względu na mechanizmy negatywne, o których była mowa. Przytoczę anegdotę, dotyczącą pewnie nie wszystkich instytucji i instytutów, ale zapewne sporej ich liczby. Otóż, w radzie naukowej instytutu w państwowym uniwersytecie ogłoszono wyniki konkursu na adiunkta katedry logiki. Godzina była późna i większość członków rady instytutu zmogło zmęczenie, część być może lekko przysypiała. Aż nagle wszystkich zelektryzowała wiadomość, że oto na konkurs wpłynęły dwa podania. Wszyscy, jak jeden mąż, zapytali ze zdumieniem: "Któż śmiał być tym drugim?!". Dopóki tego typu anegdoty będą faktami, nie zaistnieją jasne reguły rozstrzygania konkursów (są różne w różnych krajach), dopóty przed młodymi ludźmi nie będzie absolutnie możliwości robienia kariery w Polsce. Szczególnie przed tymi, którzy zrobią doktoraty za granicą i zechcą wrócić do kraju. Wtedy jedyną ich wadą będzie to, że - o paradoksie! - nie są stąd. Pomimo że niejednokrotnie mogliby swoim dorobkiem przewyższyć swoich starszych kolegów Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 31.08.04, 14:33 serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52282,2245702.html Niepełnosprawni studenci bez stypendiów Magdalena Kula 24-08-2004, ostatnia aktualizacja 23-08-2004 20:23 Większość niepełnosprawnych studentów nie dostanie w tym roku żadnej pomocy od uczelni. To efekt krzywdzących zapisów w znowelizowanej ustawie o szkolnictwie wyższym Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 31.08.04, 14:35 serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52282,2258668.html Nie wszyscy studenci dostaną stypendium socjalne Katarzyna Kolska 30-08-2004, ostatnia aktualizacja 30-08-2004 17:51 Nie warto było wcześniej kończyć studiów i otrzymywać wysokich ocen - żali się były student, któremu przejdzie koło nosa przynajmniej kilkaset złotych. Sprawa dotyczy byłych studentów studiów zaocznych i wieczorowych w uczelniach państwowych oraz wszystkich studentów, którzy jeszcze w tym roku kształcili się w uczelniach niepaństwowych. Zgodnie ze znowelizowaną w maju tego roku ustawą o szkolnictwie wyższym wszystkie te osoby mają prawo do stypendium socjalnego (z wyrównaniem od stycznia 2004 r.), jeśli dochód na jednego członka w rodzinie nie przekracza 569 zł netto. To nowość, bo do tej pory stypendium socjalne dostawali jedynie studenci studiów dziennych w uczelniach państwowych. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw RANKING UNIWERSYTETÓW a ustawa IP: *.autocom.pl 02.09.04, 19:57 ed.sjtu.edu.cn/rank/2004/top500list.htm Top 500 World Universities Prace nad ustawą zdaje się mają utrwalić pozycję naszych uniwersytetów ( UW,UJ - 4 setka). Rektorzy nie chcą rewolucji - modelu amerykańskiego Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 04.09.04, 11:43 Jak się uchwali projekt prezydencki ( lub jego nieco zmodyfikowany klon) to nic się nie zmieni. To co się dzieje w środowiku decydentow naukowych to jest schizofrenia. Dajcie nam więcej pieniędzy a będziemy potęga. Nic podobnego. Na nauke trzeba łozyc wielokrotnie więcej niż obecnie ale łożenie na nauke to nie to samo co się pod tym obecnie rozumie To co się księguje po stronie wydatkow na nauke nierzadko nie ma nic z nauka wspólnego a ma wiele wspólnego z niszczceniem nauki i uprawiających nauke. Uczeni inaczej tego nie chca zmienić bo im z tym dobrze. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 05.09.04, 13:35 Dyrektorzy PAN piszą w: Apel dyrektorów instytutów Polskiej Akademii Nauk serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34148,2266886.html : 'Nie widzimy żadnej wyraźniejszej tendencji do tworzenia w naszym państwie systemu nastawionego na wykorzystanie osiągnięć nauki, na wykorzystanie kadry naszych naukowców.' To chyba jest słuszna ocena prezydenckiego (rektorskiego, profesorskiego) projektu ustawy 'Prawo o szkolnictwie wyzszym' ktorego prof są autorami i domagaja sie poparcia przez rząd i zatwierdzenia przez parlament. Czy nie należałoby zmienic tendencji prof do nietworzenia w naszym państwie systemu nastawionego na wykorzystanie osiągnięć nauki, na wykorzystanie kadry naszych naukowców' ? Jeśli prof taka tendencję zmienią i opracuja projekt wiodący w kierunku tworzenia w naszym państwie systemu nastawionego na wykorzystanie osiągnięć nauki, na wykorzystanie kadry naszych naukowców to wowczas i apel będzie zasadny i poparcie środowiska akademickiego zapewnione. Póki co to jest schizofrenia Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik PLAGI POLSKIE IP: *.autocom.pl 09.09.04, 18:48 PLAGI POLSKIE Cholera w Sejmie ( tekst Łukasza Turskiego - tygodnikWprost 32 www.wprost.pl/ar/?O=64288&C=57 ), dżuma w służbie zdrowia, trąd w pałacu sprawiedliwości oraz w pałacu nauki i edukacji - to tylko część z plag, które spadły na III RP. Co gorsza niektóre plagi utrwalane są ustawowo w ramach przeprowadzanych ‘reform’ m.in. w prezydenckim projekcie ‘Prawo o szkolnictwie wyższym’. Z ‘kwiatków’ w tym projekcie można by ułożyć spory pierwszomajowy bukiet dla przystrojenia tego PRL-owskiego skansenu jaki stanowi system nauki i edukacji w Polsce. Na cale szczęście Sejm jeszcze tego prawa nie uchwalił, a z dwóch ortogonalnych projektów ustawy komisja ma zrobić jeden. Nie wiadomo czy wyjdzie z tego projekt pentagonalny czy heksagonalny, ale jedno jest pewne, że nie wyjdzie z tego żaden projekt, który by uzdrowił polskie szkolnictwo wyższe. Niedobrze by było aby ta ustawa była ostatnim tchnieniem konającego sejmu czego jednak domagają się rektorzy grożąc czarną procesją.Ten sejm nie jest w stanie ‘zdemontować korby do zatrutej akademickiej studni’. Prof. Turski słusznie proponuje likwidację bubla konstytucyjnego w postaci artykułu o bezpłatnych studiach. Trzeba by jednak stworzyć fundusz stypendialny dla naprawdę chcących się kształcić studentów. Stypendia na ogół funduje przemysł lub filantropijni bogacze. W Polsce jednak przemysłu prawie już nie ma, a żadna ustawa nie zmusi naszych milionerów do zmiany orientacji filantropijnej.Fundusz mógłby powstać z odpisów podatkowych, a także ze środków obecnie księgowanych co prawda po stronie wydatków na naukę ale marnowanych w m.in. w jednostkach badawczo- rozwojowych nie wykazujących ani skłonności do badań ani rozwoju czy w wielu bezwartościowych jednostkach PAN- owskich. Do przeprowadzenia takich zmian potrzebny jest jednak sejm bardziej zatroskany o losy kraju, niż o swoje własne. Józef Wieczorek, Kraków, e-mail: jozef.wieczorek@interia.pl Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 10.09.04, 21:21 www.niniwa2.cad.pl/BI.HTM Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Polemika z prof. Samsonowiczem 10.09.04, 23:21 Gość portalu: czytelnik napisał(a): > www.niniwa2.cad.pl/BI.HTM Świetny tekst i bardzo aktualny, niestety. Jedynie z głosem profesora Samsonowicza trudno się zgodzić. "- Czuję się odpowiedzialny za ustawę o szkolnictwie wyższym z 1990 roku - stwierdza profesor Samsonowicz - i widzę jej niedostatki. Ustawa była reakcją na restrykcyjną ustawę poprzednią, na brak samorządności, na brak demokracji ustrojowej. Głód samorządności zaspokoiła i teraz najwyższy czas poddać ją rewizji. W nauce demokracja się nie sprawdza, w nauce nie ma racji większość, tam rację mają lepsi. Według nowej ustawy wiele spraw jest w gestii rad wydziału, a są to ciała liczące i ponad sto osób, z istoty swej niezdolne do podejmowania właściwych decyzji." Prawda. Bardzo celna analiza. "Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że w nauce sprawdza się najlepiej system absolutyzmu oświeconego, wystarczyłoby ograniczenie, żeby władza nie była dziedziczna." Niestety, wniosek nie przystaje do sytuacji zastanej. Chętnych do sprawowania władzy absolutnej nie brakuje, ale tylko znikomy procent tych potencjalnych tyranów sprawowałoby władzę w sposób oświecony. Propozycja prof. Samsonowicza to przykład naiwnego konserwatyzmu, który to kierunek myślenia reprezentują skądinąd znakomici uczeni starszej generacji. Analiza Anny Bikont wykazuje dobitnie, że potencjalnym kandydatom na władców absolutnych nauki polskiej najczęściej tej właśnie iskry oświecenia brakuje najbardziej. Skutecznie zdusiła ją pogoń za mamoną na pięciu etatach. Przejawem naiwnego konserwatyzmu, reprezentowanego przez prof. Samsonowicza, jest błędne założenie, że osoba z tytułem profesora jest wzorem cnót wszelkich. Nie w czasach, kiedy tytuł przyznawany jest automatycznie, bez względu na jakość dorobku naukowego. Wystarczą właściwe koneksje i układy personalne. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik kolejny bubel legislacyjny IP: *.autocom.pl 13.09.04, 12:22 www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040913/prawo/prawo_a_2.html 13.09.04 Nr 215 Świadczenia społeczne Niepełnosprawni studenci bez stypendiów Rzecznik praw obywatelskich postuluje przywrócenie stypendiów specjalnych dla studentów niepełnosprawnych, które zniknęły po nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym. Interweniuje w tej sprawie u ministra edukacji narodowej i sportu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik finansowanie nauki IP: *.autocom.pl 14.09.04, 19:03 orka.sejm.gov.pl/opinie.nsf/nazwa/2794_u/$file/2794_u.pdf Tekst ustawy przekazany do Senatu zgodnie z art. 52 regulaminu Sejmu USTAWA z dnia 10 września 2004 r. o zasadach finansowania nauki orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/glosowania?OpenAgent&4&83&42 WYNIKI GŁOSOWANIA Nr 42 - POSIEDZENIE 83 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 15.09.04, 10:28 dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/09.15/Nauka/01/01.html Dziennik akademicki 14-09-2004 Dwie propozycje Rozmowa z prof. Franciszkiem ZiejkĄ, rektorem UJ - Panie Rektorze, rząd przekazał do Sejmu projekt ustawy o szkolnictwie wyższym. Czy to znaczy, że wreszcie są szanse na jej uchwalenie, a potem realizacje? - W moim głębokim przekonaniu - tak. Jeśli przetrwa ten Sejm, to jest szansa na to, aby ustawa o szkolnictwie wyższym była uchwalona w tej kadencji sejmowej. Z dotychczas docierających do mnie informacji wynika, że taka nadzieja jest bardzo realna. Oczywiście, wszystko na to wskazuje, że sejmowa Komisja Edukacji, Młodzieży i Sportu będzie pracować na dwóch dokumentach, ale ja wciąż mam nadzieję, że wiodącym dokumentem będzie projekt prezydencki. Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Rozmowa z F. Ziejką 15.09.04, 14:44 > dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/09.15/Nauka/01/01.html Dwie propozycje Rozmowa z prof. Franciszkiem ZiejkA, rektorem UJ FZ: ...zamiar zlikwidowania habilitacji. To jest podstawowy problem rozniacy te dwa projekty. Mysle, ze tutaj znajdzie sie jakis kompromis, bo za wczesnie jest likwidowac swego rodzaju sito w momencie, gdy rocznie przybywa nam okolo 5 tys. doktorow rocznie. Musi istniec sposob ich weryfikacji, zanim przejma opieke nad innymi pracownikami naukowymi. To Pan Rektor nie wie, że nie wszyscy z tych doktorów są zatrudniani na uczelni? Że to jest bardzo dobry moment na ustawienie tego sita właśnie tutaj? Że wystarczy jasno określić, jakie wymagania ma spełniać doktor, żeby go zatrudnić na uczelni? Że zamiast spełniać postulaty kolegów-profesorów dotyczące zatrudnienia, wystarczy zrobić rzeczywisty konkurs i przyjąć najlepszego kandydata? No, ale to by wymagało kontroli jakości doktoratów, a to oznaczałoby dodatkowe, całkiem wysokie wymagania wobec kolegów-profesorów. I żadnych krewnych nie można by w ten sposób zatrudnić. FZ: Trzeba tez pamietac o tym, iz habilitacja ma tradycje europejska, uksztaltowana zostala w pierwszej polowie XIX wieku i sprawdza sie. Twierdzenie o tym, ze habilitacja ogranicza rozwoj naukowy jest absolutnie nieprawdziwe, bo mlody czlowiek rozwija sie przygotowujac okreslona rozprawe. Młody człowiek? Ludzie naprawdę młodzi to nieznaczny procent wszystkich habilitantów. Chyba, że pan profesor wymyślił cudowny sposób na przedłużenie młodości. Pan profesor uważa chyba, że trzeba się uczyć dwadzieścia lat, żeby zostać habilitowanym naukowcem, a potem to już pewnie nie trzeba. A mnie się wydaje, że trzeba się uczyć całe życie, będąc naukowcem i niepotrzebna habilitacja, żeby to potwierdzić. Wystarczy regularna, okresowa ocena dorobku naukowego. Ale dla obecnej profesury to znowu może być uciążliwe, przecież ich już nikt dawno nie oceniał jako naukowców. FZ: Nastepna sprawa nas rozniaca jest stosunek do procesu bolonskiego. Projekt prezydencki konsumuje wszelkie zalozenia procesu bolonskiego, wynikajace z dokumentow przyjetych przez ministerstwa edukacji 40 panstw, podczas gdy projekt poselski wlasciwie tylko margines tych spraw zalatwia. Konsumuje całkiem bezkrytycznie. Np. po co komu licencjat z biologii, chemii czy fizyki? Przecież absolwent z takim papierkiem żadnej pracy nie znajdzie. FZ: Istotna sprawa jest takze kwestia zatrudnienia nauczycieli akademickich. Wedlug projektu poselskiego mianowani maja byc pracownicy na wszystkich stanowiskach nauczycieli akademickich, poczawszy od asystenta. Natomiast projekt prezydencki proponuje, aby z mianowania byl zatrudniany tylko profesor, a pozostale osoby zatrudniane na zasadzie kontraktow. Ściema. Projekt prezydencki pozwala również na zatrudnianie profesorów bez mianowania, a wiadomo, że niemianowany nie może pełnić żadnych funkcji, nie będzie też członkiem senatu czy rady wydziału. Tu chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby chronić dostęp do władzy na uczelniach dla dotychczasowych elit i nie dopuścić do wykształcenia się nowych. FZ: Chodzi po prostu o inne pojecie rozumienia zawodu nauczyciela akademickiego. To nie jest zawod zwyczajny, to jest powolanie. Konkurencja jest wpisana w ten zawod. Osoby, ktore sie nie sprawdza, musza odejsc. Natomiast projekt poselski zaklada pelne mianowanie, a wiec w konsekwencji obnizenie poziomu rozwoju nauki w Polsce. Bo jak sie ma rozwijac nauka, jesli trudno bedzie zwolnic slabego pracownika. To zasadnicze linie rozniace. Tu nie chodzi o to, KTO SIĘ NIE SPRAWDZA, tylko o to, KTO SPRAWDZA. Warto przypomnieć opisywany kilka miesięcy temu przez GW przypadek zwolnienia z uczelni medycznej w Gdańsku adiunkta, którego dorobek naukowy był wart 250 punktów wg zasad KBN. Oficjalnym powodem wystawienia przez przełożonego dwukrotnej oceny negatywnej, będącej podstawą zwolnienia, było to, że ten adiunkt śmiał publikować poza macierzystą jednostką wyniki badań prowadzonych razem z zagranicznymi współpracownikami. To też umożliwia projekt prezydencki - zwalnianie pracowników, którzy są za dobrzy dla macierzystych jednostek. FZ: ...likwidacja habilitacji oznacza, ze profesury beda zatwierdzane bez posrednictwa Centralnej Komisji do spraw Stopni Naukowych. Bylaby to likwidacja bariery, ktora sprawdza kompetencje kandydata do profesury. Kazda uczelnia moglaby wowczas mnozyc profesorow, ale czy kazdy profesor bylby madry... A teraz każdy jest mądry? FZ: Chodzi o stworzenie normalnego rynku edukacyjnego. Jesli nie stworzymy okreslonych zasad, pozbedziemy sie wszelkich rygorow, to wowczas byc moze komitety zakladowe okreslonego zwiazku zawodowego beda decydowaly o tym, komu dac profesure a komu nie. Zlikwidowanie habilitacji NIE OZNACZA pozbycia się wszelkich rygorów. Chodzi o to, żeby stworzyć sensowne rygory w miejsce likwidowanych, a nie uprawiać demagogię, powtarzając w kółko to samo każdemu, kto chce słuchać. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: itakdalej Wolszczan głupi, Żylicz głupi -tylko Ziejka mądry! IP: *.chello.pl 16.09.04, 00:00 > Zasadnicza różnica leży w tym, że projekt prezydencki zamierza uregulować > zasady szkolnictwa wyższego, nie zajmując się sprawą tytułów i stopni > naukowych, ponieważ pół roku temu Sejm znowelizował ustawę ich dotyczącą. > Natomiast projekt poselski jest projektem, który miesza te dwie sprawy - I bardzo źle, że sprawy nauki i szkolnictwa wyższego nie były potraktowane łącznie. Że nie powstało spójne prawo. A może taki był właśnie zamysł "supercwaniaków"? Wszak oni się uważają za mistrzów m.in. manipulacji. > za wcześnie jest likwidować swego rodzaju sito w momencie, gdy rocznie > przybywa nam około 5 tys. doktorów rocznie. Musi istnieć sposób ich > weryfikacji, zanim przejmą opiekę nad innymi pracownikami naukowymi. Nie ma lepszej weryfikacji niż publikacje w dobrych, recenzowanych czasopismach, czytanych przez naukowców całego świata. To co my proponujemy przy awansowaniu jest znacznie trudniejsze niż napisanie gniota zrecenzowanego przez zaprzyjaźnionego profesora i ocenionego na podstawie występu, głównie za walory pozamerytoryczne. Awansować będzie dużo trudniej - połowa obecnych hab. nie podołałaby tej próbie. Niech JM nie rżnie głupa. > Trzeba też pamiętać o tym, iż habilitacja ma tradycję europejską, > ukształtowana została w pierwszej połowie XIX wieku i sprawdza się Dla nas jest to raczej tradycja azjatycka. Przyszła do nas z kraju dzikiego i wrogiego. A ci którzy ją kiedyś w Europie wprowadzili, doszli do wniosku, że jest to jeden z powodów, że nauka europejska pozostaje w tyle i już wycofują się z niej tak szybko jak to jest możliwe. Poza tym liderem nauki europejskiej jest Wielka Brytania, gdzie habilitacji nie ma i nigdy nie było. > Twierdzenie o tym, że habilitacja ogranicza rozwój naukowy jest absolutnie > nieprawdziwe, bo młody człowiek rozwija się przygotowując określoną rozprawę. G. prawda. Jest to zawracanie głowy i strata czasu, w którym można by przeprowadzić wiele ciekawych badań i napisać kilka dobrych artykułów. Większość osób które piszą tego gniota mówi, że im zbiera na wymioty jak to robią. > Osoby, które się nie sprawdzą, muszą odejść. ... > likwidacja habilitacji oznacza, że profesury będą zatwierdzane bez > pośrednictwa Centralnej Komisji do spraw Stopni Naukowych. Byłaby to > likwidacja bariery, która sprawdza kompetencje kandydata do profesury. To jest bezczelność, gdy mówi coś takiego Rektor uczelni z której wywalono dra Wieczorka. Jak JM ocenia czy ktoś się sprawdził? Tym jak nisko się kłania i z jaką gorliwością przytakuje władzy? Rozumiem, że zdaniem JM Rektora UJ Pana Profesora dr hab. zw. tyt. Franciszka Ziejki Profesorowie doktorzy habilitowani: Łapiński, Owoc, Jarosz, Potępa, Dolata, Płachta i inni "bohaterowie" tego wątku sprawdzili się. To tylko pogratulować dobrego samopoczucia! Ale jednocześnie przerażenie człowieka ogarnia, jak pomyśli że najstarszą uczelnią w kraju kieruje osoba bez kontaktu z rzeczywistością. Ten system awansowania jest zły, a u nas doprowadził do selekcji negatywnej. Mądrzy profesorowie światowej sławy np. ci wymienieni w tytule postu (nie sądzę, żeby Ziejkę ktoś znał poza Polską, na pewno nie ma sławy ani pozycji tamtych) mówią to wyraźnie. Czy to tak trudno zrozumieć? > Chodzi o stworzenie normalnego rynku edukacyjnego. > Jeśli nie stworzymy określonych zasad, pozbędziemy się wszelkich rygorów, > to wówczas być może komitety zakładowe określonego związku zawodowego będą > decydowały o tym, komu dać profesurę a komu nie. To taka prymitywna, a przy tym kompletnie niecelna, uszczypliwość. Przecież my chcemy wprowadzić najbardziej konkurencyjny i rynkowy system amerykański. Rygory będą jasne, obiektywne i takie jak tam. W USA związki zawodowe nie mają żadnego znaczenia. A dzięki temu związkowi, którego Ziejka tak nie lubi, upadła komuna i mamy w Polsce wolność, należymy do NATO i UE. Możliwe, że prof. zw. tyt. dr hab. Franciszek Ziejka nie zauważył tych zmian... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: itakdalej Errata IP: *.chello.pl 16.09.04, 00:23 Gość portalu: itakdalej napisał(a): > Rozumiem, że zdaniem JM Rektora UJ Pana Profesora dr hab. zw. tyt. Franciszka > Ziejki Profesorowie doktorzy habilitowani: Łapiński, Owoc, Jarosz, Potępa, > Dolata, Płachta i inni "bohaterowie" tego wątku sprawdzili się. Przepraszam, chodziło mi oczywiście o wątek: LIST OTWARTY W SPRAWIE PATOLOGII W NAUCE !!! forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752 Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 moje skromne zdanie 21.10.04, 10:44 Jeśli chodzi o habilitację, to więcej argumentów przemawia za jej zniesieniem. Zastanawiam się jednak, czy we wszystkich dziedzinach. O ile w naukach ścisłych habilitacja może być z powodzeniem zastąpiona kompleksowa oceną dorobku naukowca, o tyle w naukach humanistycznych i społecznych (w tym ekonomicznych i prawnych) skutek mógłby być odwrotny do zamierzonego. Nagle w różnych prowincjonalnych półuczelniach ujrzelibyśmy profesorów, których dorobek ograniczałby się do słabiutkiego doktoratu w 100 egzeplarzach i dwóch wtórnych tekstów w Zeszytach Naukowych Szkoły Gotowania na Gazie. Prowincjonalne szkoły potrzebują kadry (choćby do "minimum kadrowego") i ujrzelibyśmy wiele takich "szybkich karier". Jeśli chodzi o powszechność mianowania, to jest to przesada. Mianowanie powinno dotyczyć profesorów, a i to "strategicznych" dla uczelni, o wielkim, niekwestionowanym dorobku. Jeśli chodzi o młodszą kadrę, to byłoby to utrwalanie obecnych patologii. Trzeba zresztą zauważyć, że już dziś art. 92 ustawy daje możliwość omijania wymogu nominacji (niestety) - można wiele razy zatrudniac na umowę czasową osobę, która spełnia warunki do mianowania, a nawet - w skrajnym przypadku - wygrała konkurs na stanowisko adiunkta (tak było np. na uczelni właśnie przez F.Ziejkę kierowanej...), ale z jakichś powodów nie chce się jej trwale zatrudnić. Jest to oczywiście praktyka wysoce naganna (choć moraliście F.Ziejce jakoś nie przeszkadza). Chodzi mi o to, ze powinny istnieć jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, po których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a ludzie naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sposób. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Szczepan Re: moje skromne zdanie IP: *.crowley.pl 21.10.04, 17:28 Pozwalam sobie zwrócić się do "mn7" (autorki/autora postu: "moje skromne zdanie"). Bardzo cenię spokojny ton wypowiedzi i dlatego - czując bratnią duszę - pozwalam sobie polecić mój tekst, który dotyczy tych samych lub pokrewnych tematów. Chodzi o tekst zamieszczony w "Głosie Uczelni" Akademii Rolniczej we Wrocławiu, numery 81 i 82 z roku 2000. Można je znalezć na stronach internetowych w/w uczelni. Dodam jeszcze, że w tamtym kraju, jest się profesorem danej uczelni i to ona sama dbając o swoją reputację pozwala nazywać się tak tylko tym, którzy na to - jej i tylko jej zdaniem - zasługują. A jeśli uczelnia "zejdzie na psy" to przecież jej programy nie dostaną akredytacji, absolwenci nie znajdą pracy itd. itp. Tamtejszy "belweder" nie ma nic do stopni i tytułów. To jest zapewne jakieś "asekuranctwo" z ich strony: no bo co wart jest Pan Prezydent, który "nadał" stopnie czy tytuły, jeśli "namaszczeni" są słabi itd. Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 Re: moje skromne zdanie 23.10.04, 16:30 Zaraz tam zajrzę i chętnie odpowiem. Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Mianowanie - za i przeciw 24.10.04, 12:14 mn7 napisała: > Jeśli chodzi o habilitację, to więcej argumentów przemawia za jej zniesieniem. > Zastanawiam się jednak, czy we wszystkich dziedzinach. O ile w naukach > ścisłych habilitacja może być z powodzeniem zastąpiona kompleksowa oceną > dorobku naukowca, o tyle w naukach humanistycznych i społecznych (w tym > ekonomicznych i > prawnych) skutek mógłby być odwrotny do zamierzonego. Nagle w różnych > prowincjonalnych półuczelniach ujrzelibyśmy profesorów, których dorobek > ograniczałby się do słabiutkiego doktoratu w 100 egzeplarzach i dwóch wtórnych > tekstów w Zeszytach Naukowych Szkoły Gotowania na Gazie. Przecież takie habilitacje też już mamy: słabiutki gniot w nakładzie 60 egz. w wydawnictwie ReklamaPress i parę artykułów przyczynkowych w Zeszytach Naukowych Wyższej Szkoły Obróbki Termicznej Żywności. Ocena dorobku jest częścią przewodu habilitacyjnego. Specjalne traktowanie nauk humanistycznych/społecznych nie jest w żaden sposób umotywowane, po prostu brak (w miarę) obiektywnych warunków oceny dorobku. Chodzi o to, żeby pisanie gniota nie było obowiązkowe, a jak ktoś czuje nieodpartą potrzebę pisania książki, to niech pisze, ale z własnej nieprzymuszonej woli. > Jeśli chodzi o powszechność mianowania, to jest to przesada. Mianowanie > powinno dotyczyć profesorów, a i to "strategicznych" dla uczelni, o wielkim, > niekwestionowanym dorobku. Jeśli chodzi o młodszą kadrę, to byłoby to > utrwalanie obecnych patologii. Mianowanie to temat zastępczy. Młodsza kadra jest mianowana na czas nieokreślony, ale z obowiązkiem zrobienia habilitacji w określonym terminie jako warunkiem przedłużenia zatrudnienia. Samo w sobie mianowanie nie jest źródłem żadnych patologii, natomiast daje namiastkę ochrony przed samowolą przełożonych. Patologia jest dopiero wtedy, kiedy adiunktem można być przez 20 lat, ale do tego niektóre uczelnie wręcz zachęcały jakiś czas temu i trudno winić o to tych "przeterminowanych" adiunktów. > Trzeba zresztą zauważyć, że już dziś art. 92 > ustawy daje możliwość omijania wymogu nominacji (niestety) - można wiele razy > zatrudniac na umowę czasową osobę, która spełnia warunki do mianowania, a > nawet - w skrajnym przypadku - wygrała konkurs na stanowisko adiunkta (tak > było np. na uczelni właśnie przez F.Ziejkę kierowanej...), ale z jakichś > powodów nie chce się jej trwale zatrudnić. BEZPRAWIE. Art. 85 ust. 1. Stosunek pracy z nauczycielem akademickim nawiązuje się na podstawie mianowania, chyba że przepisy ustawy stanowią inaczej. Art. 92. Nawiązanie stosunku pracy z nauczycielem akademickim, który ma być zatrudniony w uczelni jako dodatkowym miejscu pracy, w niepełnym wymiarze czasu pracy albo też dla wykonania określonych zadań, następuje w drodze umowy o pracę. Zapis dotyczący wykonania określonych zadań jest niezbyt precyzyjny, ale nie daje podstaw do zatrudnienia osoby spełniającej wymagania na podstawie umowy o pracę ZAMIAST mianowania. Tzn. osoba zatrudniona w ten sposób nie może mieć obowiązków identycznych z osobą zatrudnioną na podstawie mianowania. > Chodzi mi o to, ze powinny istnieć > jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, po > których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno > badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a ludzie > naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sposób. No właśnie. Terminowe kontrakty i okresowa ocena dorobku dla wszystkich, nie tylko dla adiunktów. Zatrudnienie i awans tylko w drodze rzeczywistego konkursu z możliwością unieważnienia konkursu, jeżeli zgłosi się za mało kandydatów. Brak rzeczywistych konkursów to fundament feudalnych zależności i całkowitej uznaniowości w polityce kadrowej. Terminowe kontrakty - tak, ale pod warunkiem wprowadzenia rzeczywistych, a nie fikcyjnych konkursów. Obecnie, jeżeli jesteś adiunktem i szef ci nie odpowiada, to możesz zmienić zawód, bo zmiana miejsca pracy praktycznie nie wchodzi w rachubę. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ekostar Jasne reguły oraz ocena wszystkich pracowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.04, 14:43 Chodzi mi o to, ze powinny istnieć > jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, po > których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno > badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a ludzie > naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sposób. No właśnie. Terminowe kontrakty i okresowa ocena dorobku dla wszystkich, nie tylko dla adiunktów. Sprawdź czy jesteś dobrym kierownikiem zakładu naukowego? 1. Czy wszyscy Twoi pracownicy czytają publikacje naukowe w języku angielskim? Tak Nie 2. Czy zatrudniasz przynajmniej jednego pracownika, który jest z Tobą spokrewniony, bądź jest dzieckiem Twoich znajomych, kwestora uczelni lub innych osób od których w jakiś sposób jesteś lub możesz być w przyszłości uzależniony, a jednocześnie możesz mieć do niego zaufanie? Tak Nie 3. Czy urządzasz regularnie (zlecając zastępstwo prowadzenia zebrania komu innemu jeśli nie możesz w nim uczestniczyć), raz w tygodniu zebrania naukowe zakładu, na których kolejni pracownicy prezentują zarówno postęp swoich badań jak też przeglądu literatury zawiązanej z tematem zagadnienia? Tak Nie 4. Czy rezerwujesz sobie odpowiednią ilość czasu w tygodniu, na indywidualne, nawet niezaplanowane rozmowy naukowe z Twoimi pracownikami? Tak Nie 5. Czy o Twojej decyzji zatrudnienia młodego kandydata przesądzają jego stopnie w indeksie, wyniki konkursów oraz opinie ewentualnych pracodawców? Tak Nie 6. Czy rezerwujesz sobie kilka godzin w miesiącu na spotkania czysto towarzyskie ze swoimi pracownikami? Tak Nie 7. Czy chronisz starszych pracowników naukowych przed krytycznymi uwagami młodszych pracowników? Tak Nie 8. Czy urządzasz regularnie (zlecając zastępstwo prowadzenia zebrania komu innemu jeśli nie możesz w nim uczestniczyć), raz w tygodniu zebrania klubowe, na których kolejni pracownicy prezentują według uznania ciekawą, nową lub starszą publikację naukową, która w jakiś sposób prezentuje problemy badawcze waszego zakładu i wspólnie przeprowadzacie krytyczną analizę tej publikacji? Tak Nie 9. Czy sympatia oraz dostrzeżenie w kandydacie potencjału na pracownika nauki pozostają bez wpływu na Twoją decyzję zatrudnienia? Tak Nie 10. Czy zapewniasz Twoim pracownikom nieograniczony dostęp do Internetu, telefonów oraz korzystania z biblioteki naukowej (nawet w sytuacji kiedy jest ona zlokalizowana w miejscach odległych od zakładu) w godzinach pracy? Tak Nie 11. Czy jesteś jedyną osobą w zakładzie, która w ciągu ostatnich trzech lat wyjechała na zagraniczna konferencję naukową? Tak Nie 12.Czy udostępniasz swoim pracownikom ogólne informacje dotyczące możliwości stypendialnych w formie broszur, ulotek, adresów internetowych? Tak Nie Odpowiedzi prawidłowe: 1. tak 2. nie 3. tak 4. tak 5. nie 6. tak 7. nie 8. tak 9. nie 10. tak 11. nie 12. tak Opracowanie testu: dr n. Ewa Kostarczyk Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 recenzja 24.10.04, 15:46 Drugie pytanie jest sformułowane nieprawidłowo. natomiast w pierwszym chyba Pani przeoczyła, że naprawdę nie w kazdej nauce język angielski jest lingua franca, więc powinno być raczej "w językach obcych, w którzych odbywa się miedzynarodowa wymiana myśli w danej nauce" Poza tym OK. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ekostar Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.04, 08:55 Sprawdź czy jesteś dobrym kierownikiem zakładu naukowego? 1. Czy wszyscy Twoi pracownicy czytają publikacje naukowe w języku angielskim? Pani przeoczyła, że naprawdę nie w kazdej nauce język angielski jest lingua > franca, więc powinno być raczej "w językach obcych, w którzych odbywa się > miedzynarodowa wymiana myśli w danej nauce" Nie wiem jaki język miedzynarodowej wymiany myśli, ma Pan na myśli? Czy Pan uważa, że na przykład iberysta zwolniony jest ze znajomości jezyka angielskiego? Specyfiką współczesnej nauki jest jej interdyscyplinarność. Jest to nieuniknione i dotyczy nawet nauk, w których interdyscyplinarność nie jest jeszcze widoczna. Do nauk uznawanych kiedyś za wybitnie humanistyczne przedzierają się nauki przyrodnicze. Podstawowym językiem wymiany myśli naukowej, jest współcześnie język angielski i nikt tego nie kwestionuje. > Drugie pytanie jest sformułowane nieprawidłowo. Dziekuje, za uwagę. Proponuje zmianę: 2. Czy zatrudniasz przynajmniej jednego pracownika do którego możesz mieć do zaufanie (jest z Tobą spokrewniony, jest dzieckiem Twoich znajomych, kwestora uczelni lub innych znaczących dla Ciebie osób? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ekostar akademicki chów wsobny IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.04, 09:03 Cytuję wypowiedź z polityki/onet: polityka.onet.pl/1,1,8,8067927,24075951,1255947,0,forum.html akademicki chów wsobny "'Piękne' przykłady takiego stanu rzeczy mamy w szkolnictwie wyższym. Konkursy ustawiane pod kandydata z kryteriami tak wybranymi aby tylko on je spełniał najlepiej. Kto ma większe osiagnięcia nie ma szans bo warunki spelnia gorzej !!! Rektorzy biadola, że nie mozna wprowadzić u nas systemu amerykańskiego bo tam na 1 miejsce i 100 lub nawet więcej kandydatow, oczywiście nie informuja, ze u nas wlaśnie tylko na 1 kandydata rozpisali konkurs o którym inni zainteresowani na ogól nie moga się dowiedziec. Monstrualna hipokryzja. Cały system zresztą ustawiony na wchow wsobny - wychowywanie swoich dla siebie i rozpaczliwa walka aby tak zostało jak najdłużej. Ustawy ten stan rzeczy petryfikują bo tym ktorzy je układają to odpowiada. naukowcy@op.pl" DODAM TYLKO, ZE KAŻDY CHÓW WSOBNY PROWADZI DO POWAŻNYCH DEWIACJI NA POZIOMIE GENETYCZNYM!!! Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników 25.10.04, 20:52 Gość portalu: ekostar napisał(a): > Sprawdź czy jesteś dobrym kierownikiem zakładu naukowego? > > 1. Czy wszyscy Twoi pracownicy czytają publikacje naukowe w języku angielskim? > > Pani przeoczyła, że naprawdę nie w kazdej nauce język angielski jest lingua > > franca, więc powinno być raczej "w językach obcych, w którzych odbywa się > > miedzynarodowa wymiana myśli w danej nauce" > > Nie wiem jaki język miedzynarodowej wymiany myśli, ma Pan na myśli? > Czy Pan uważa, że na przykład iberysta zwolniony jest ze znajomości jezyka > angielskiego? Nie wypowiadam się tu na temat tego kto jest z czego zwolniony, stwierdzam tylko fakt, że nie w kazdej szczegółowej dyscyplinie język angielski jest językiem podstawowym w wymianie międzynarodowej. Jeśli Pani tego nie wie - przykro mi. > > > > Drugie pytanie jest sformułowane nieprawidłowo. > > Dziekuje, za uwagę. Proponuje zmianę: > > 2. Czy zatrudniasz przynajmniej jednego pracownika do którego możesz mieć do > zaufanie (jest z Tobą spokrewniony, jest dzieckiem Twoich znajomych, kwestora > uczelni lub innych znaczących dla Ciebie osób? Dalej źle. Przeciez nie chodzi Pani o sytuację, że ma się zafanie do pracownika (co przecież powinno być regułą) ale o sytuację, że to zaufanie ma się DLATEGO, że jest to "swoisty" pracownik (co jest patologią). Pozostaję z szacunkiem Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ekostar Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.04, 08:54 mn7 napisała: że nie w kazdej szczegółowej dyscyplinie język angielski jest > językiem podstawowym w wymianie międzynarodowej. Jeśli Pani tego nie wie - > przykro mi. > MÓWIMY O OGÓNEJ MIEDZYNARODOWEJ WYMIANIE MYSLI W INTERDYSCYPLINARNIE ROZWUJAJACEJ SIE NAUCE - i pojmując nauke w ten sposób nie ma wyboru. Nie mówimy tu o "... w każdej szczegółowej dyscyplinie..." tylko o przejściu z tej szczegółowości na poziom otwartego dyskursu we wszystkich kierunkach, które umozliwiaja tej dziedzinie rozwój. Dalej źle. Przeciez nie chodzi Pani o sytuację, że ma się zafanie do pracownika > > (co przecież powinno być regułą) ale o sytuację, że to zaufanie ma się DLATEGO, > > że jest to "swoisty" pracownik (co jest patologią). Chodzi o to, żeby wypełniajacego ankietę zaplątać i aby odpowiedział TAK dając wyraz swojemu nepotyzmowi. Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników 26.10.04, 10:54 Gość portalu: ekostar napisał(a): > mn7 napisała: > że nie w kazdej szczegółowej dyscyplinie język angielski jest > > językiem podstawowym w wymianie międzynarodowej. Jeśli Pani tego nie wie > - > > przykro mi. > > > MÓWIMY O OGÓNEJ MIEDZYNARODOWEJ WYMIANIE MYSLI W INTERDYSCYPLINARNIE > ROZWUJAJACEJ SIE NAUCE - i pojmując nauke w ten sposób nie ma wyboru. Nie > mówimy tu o "... w każdej szczegółowej dyscyplinie..." tylko o przejściu z tej > szczegółowości na poziom otwartego dyskursu we wszystkich kierunkach, które > umozliwiaja tej dziedzinie rozwój. Ja to doskonale rozumiem, co jednak nie zmienia faktu, że w niektórych dyscyplinach podsatwowym językiem wymiany jest inny język niż angielski. Jaki jest stopień miarodajności pytania o teksty anglojęzyczne w sytuacji, gdy naukowiec zajmujący się nauką X ma 85% piśmiennictwa w języku Y? Mądry szef nie skłania ich do czytania akurat po angielsku, lecz właśnie w języku Y. > > Dalej źle. Przeciez nie chodzi Pani o sytuację, że ma się zafanie do pracownik > a > > > > (co przecież powinno być regułą) ale o sytuację, że to zaufanie ma się > DLATEGO, > > > > że jest to "swoisty" pracownik (co jest patologią). > > Chodzi o to, żeby wypełniajacego ankietę zaplątać i aby odpowiedział TAK dając > wyraz swojemu nepotyzmowi. Otóż to, mnie chodzi o dokładnie to samo, w związku z tym pytanie powinno być tak sformułowane, żeby odpowiedź TAK wskazywała na nepotyzm odpowiadającego a nie na przykład na to, że ma do kogoś zaufanie, albo że syna kwestora "zastał" obejmując zespół i do tej pory go nie wyrzucił z roboty (choć Pani zdaniem powinien to był zrobić pierwszego dnia). Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ekostar Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.04, 14:45 mn7 napisała: Jaki > jest stopień miarodajności pytania o teksty anglojęzyczne w sytuacji, gdy > naukowiec zajmujący się nauką X ma 85% piśmiennictwa w języku Y? Mądry szef nie > > skłania ich do czytania akurat po angielsku, lecz właśnie w języku Y. > TAKI, ŻE POZOSTEŁE 25% PISMIENNICTWA POWINIEN ŁATWO PRZYSWAJAĆ W JEZYKU ANGIELSKIM ABY NIE POPAŚĆ W STUDNIĘ HERMETYCZNEH SPECJALIZACJI nie na przykład na to, że ma do kogoś zaufanie, albo że syna kwestora "zastał" > obejmując zespół i do tej pory go nie wyrzucił z roboty (choć Pani zdaniem > powinien to był zrobić pierwszego dnia). DOBRY KIEROWNIK ZAKŁADU NIE MA DO NIKOGO ZAUFANIA, JEDYNIE MOZE JE DYPLOMATYCZNIE UDAWAĆ DLA ZACHETY. A co do syna kwestora, to najpierw bym go przetestowała... Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników 26.10.04, 14:56 Gość portalu: ekostar napisał(a): > mn7 napisał: > Jaki > > jest stopień miarodajności pytania o teksty anglojęzyczne w sytuacji, gdy > > > naukowiec zajmujący się nauką X ma 85% piśmiennictwa w języku Y? Mądry sz > ef > nie > > > > skłania ich do czytania akurat po angielsku, lecz właśnie w języku Y. > > > > TAKI, ŻE POZOSTEŁE 25% PISMIENNICTWA POWINIEN ŁATWO PRZYSWAJAĆ W JEZYKU > ANGIELSKIM ABY NIE POPAŚĆ W STUDNIĘ HERMETYCZNEH SPECJALIZACJI A kto mówi że nie? Ja na pewno niczego takiego nie pisałem. Zgadzam się natomiast z Panią w całej rozciagłości, że w czytaniu obcej literatury trzeba wyrabiać 110% normy (85% + 25 % daje 110 %). > > nie na przykład na to, że ma do kogoś zaufanie, albo że syna kwestora "zastał" > > > obejmując zespół i do tej pory go nie wyrzucił z roboty (choć Pani zdanie > m > > powinien to był zrobić pierwszego dnia). > > DOBRY KIEROWNIK ZAKŁADU NIE MA DO NIKOGO ZAUFANIA, JEDYNIE MOZE JE > DYPLOMATYCZNIE UDAWAĆ DLA ZACHETY. Naprawdę? A ja naiwnie sadziłem, że właśnie powinien mieć do wszystkich, chyba ze ktoś nie zasługuje... A może Pani w jakiś niestandardowy sposób rozumie słowo "zaufanie"? > A co do syna kwestora, to najpierw bym go przetestowała... Uuu... Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 PS - "co do zaufania" 27.10.04, 17:12 W historii o wyrzuceniu z pracy znakomitego adiunkta (pisałem powyżej w wymianie z khmarą i bezpośrednio poniżej) jedynym uzasadnieniam ze strony kierownika jednostki - mobbera było, że "utracił zaufanie". Traktował więc jednostkę jako swój prywatny folwark a pracowników - jako swą służbę. Jeżeli mówiąc o zaufaniu miała Pani na myśli coś takiego, to rozumiem i zgadzam się. Ja miałem na myśli zaufanie w zdrowym, nieskażonym komunizmem znaczeniu tego słowa. Odpowiedz Link Zgłoś
mn7 Re: Mianowanie - za i przeciw 24.10.04, 15:43 khmara napisał: > mn7 napisał: > > > Nagle w różnych > > prowincjonalnych półuczelniach ujrzelibyśmy profesorów, których dorobek > > ograniczałby się do słabiutkiego doktoratu w 100 egzeplarzach i dwóch wtó > rnych > > tekstów w Zeszytach Naukowych Szkoły Gotowania na Gazie. > > Przecież takie habilitacje też już mamy: słabiutki gniot w nakładzie 60 egz. w > wydawnictwie ReklamaPress i parę artykułów przyczynkowych w Zeszytach Naukowych > Wyższej Szkoły Obróbki Termicznej Żywności. Ocena dorobku jest częścią przewodu > habilitacyjnego. Specjalne traktowanie nauk humanistycznych/społecznych nie jest > w żaden sposób umotywowane, po prostu brak (w miarę) obiektywnych warunków oceny > dorobku. Chodzi o to, żeby pisanie gniota nie było obowiązkowe, a jak ktoś czuje > nieodpartą potrzebę pisania książki, to niech pisze, ale z własnej > nieprzymuszonej woli. Zgoda, nie zmienia to jednak faktu, że odpowiedni próg musi istnieć, jeśli nie będzie oficjalnie przewidziany, może się ukształtować w sposób nieoficjalny. > Mianowanie to temat zastępczy. Młodsza kadra jest mianowana na czas > nieokreślony, ale z obowiązkiem zrobienia habilitacji w określonym terminie jako > warunkiem przedłużenia zatrudnienia. Samo w sobie mianowanie nie jest źródłem > żadnych patologii, natomiast daje namiastkę ochrony przed samowolą przełożonych Jeśli się to mianowanie ma - zob. poniżej. > > Trzeba zresztą zauważyć, że już dziś art. 92 > > ustawy daje możliwość omijania wymogu nominacji (niestety) - można wiele > razy > > zatrudniac na umowę czasową osobę, która spełnia warunki do mianowania, a > > > nawet - w skrajnym przypadku - wygrała konkurs na stanowisko adiunkta (ta > k > > było np. na uczelni właśnie przez F.Ziejkę kierowanej...), ale z jakichś > > powodów nie chce się jej trwale zatrudnić. > > BEZPRAWIE. > Art. 85 ust. 1. Stosunek pracy z nauczycielem akademickim nawiązuje się na > podstawie mianowania, chyba że przepisy ustawy stanowią inaczej. > Art. 92. Nawiązanie stosunku pracy z nauczycielem akademickim, który ma być > zatrudniony w uczelni jako dodatkowym miejscu pracy, w niepełnym wymiarze czasu > pracy albo też dla wykonania określonych zadań, następuje w drodze umowy o pracę. Bóg zapłać za zacytowanie odpowiednich przepisów. Ja te przepisy akurat znam, ale może rzeczywiście innym uczestnikom tej dyskusji się one przydadzą. > Zapis dotyczący wykonania określonych zadań jest niezbyt precyzyjny, ale nie > daje podstaw do zatrudnienia osoby spełniającej wymagania na podstawie umowy o > pracę ZAMIAST mianowania. Tzn. osoba zatrudniona w ten sposób nie może mieć > obowiązków identycznych z osobą zatrudnioną na podstawie mianowania. To absolutnie oczywiste. W przypadku, o którym wspomniałem osoba ta miała zakres obowiązków najzupełniej normalny, łącznie z prowadzeniem proseminariów, seminariów i egzaminowaniem. Nie była emerytem, było to jej pierwsze (i jedyne) miejsce etatowej pracy, zatrudnienie było w pełnym wymiarze (+ mnóstwo godzin nadliczbowych). Przez kilka lat dopominała się ta osoba co roku o należne mianowanie, na co słyszała, że się dziekan sprzeciwia (!?), co nie było prawdą. Gdy w końcu wydębiła ta osoba rozpisanie konkursu, konkurs ten wygrała, ale szef zablokował mianowanie a następnie wyrzucił tę osobę z pracy. Z prawnego punktu widzenia sprawa jest oczywista. I co z tego? > > Chodzi mi o to, ze powinny istnieć > > jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, > po > > których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno > > badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a lud > zie > > naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sp > osób. > > No właśnie. Terminowe kontrakty i okresowa ocena dorobku dla wszystkich, nie > tylko dla adiunktów. Ewentualnie prawie wszystkich, ale ogólnie nie ma między nami sporu. > Zatrudnienie i awans tylko w drodze rzeczywistego konkursu > z możliwością unieważnienia konkursu, jeżeli zgłosi się za mało kandydatów. Możliwością, nie koniecznością, bo może być jaden kandydat, ale świetny. > Brak > rzeczywistych konkursów to fundament feudalnych zależności i całkowitej > uznaniowości w polityce kadrowej. Terminowe kontrakty - tak, ale pod warunkiem > wprowadzenia rzeczywistych, a nie fikcyjnych konkursów. Obecnie, jeżeli jesteś > adiunktem i szef ci nie odpowiada, to możesz zmienić zawód, bo zmiana miejsca > pracy praktycznie nie wchodzi w rachubę. W przypadku o którym pisałem osoba ta była wystarczająco wybitna, żeby znaleźć następnego dnia pracę "u konkurencji", ale rzeczywiście zmiana miejsca pracy jest niezwykle trudna, co zresztą wiąże się z ogólnie małą mobilnością kadr i jest "częścią większej całości". Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Re: Manipulacja 16.09.04, 10:00 Gość portalu: itakdalej napisał(a): > > Zasadnicza różnica leży w tym, że projekt prezydencki zamierza uregulować > > zasady szkolnictwa wyższego, nie zajmując się sprawą tytułów i stopni > > naukowych, ponieważ pół roku temu Sejm znowelizował ustawę ich dotyczącą. > > Natomiast projekt poselski jest projektem, który miesza te dwie sprawy - > > I bardzo źle, że sprawy nauki i szkolnictwa wyższego nie były potraktowane > łącznie. Że nie powstało spójne prawo. A może taki był właśnie > zamysł "supercwaniaków"? Wszak oni się uważają za mistrzów m.in. manipulacji. > Manipulacja to bardzo dobre określenie. Cała nowelizacja ustawy o tytule i stopniach naukowych sprowadza się dododania tytułu i stopnia w zakresie sztuki, nic poza tym się nie zmieniło. Ziejka rżnie głupa na całego. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: nieprzekonany Re: Manipulacja IP: *.autocom.pl 16.09.04, 11:17 'Ziejka rżnie głupa na całego.' A czy naprawdę musi ? Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Re: Manipulacja 16.09.04, 16:32 Ja nie wiem, czy on musi. Może na przykład nie miał czasu przeczytać tej nowej ustawy o tytule i stopniach (nie jest długa). Ale jak nie wie, o co chodzi, to lepiej niech się publicznie nie wypowiada. Wtedy na pewno nikt go nie posądzi o celową dezinformację. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: nieprzekonany Re: Manipulacja IP: *.autocom.pl 16.09.04, 16:35 Chyba nie zostałem zrozumiany. Głup nie musi rżnąć głupa, bo nim jest i cała w tym filozofia. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne? IP: *.autocom.pl 17.09.04, 13:40 tygodnik.onet.pl/1547,1188412,1,dzial.html Nim dostaniemy Nobla Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne? Wiele lat temu, gdy studiowaliśmy fizykę na Uniwersytetach Jagiellońskim i Warszawskim, żyliśmy w radosnym przekonaniu, że nasze uczelnie należą do najlepszych w Europie, a polska nauka reprezentuje światowy poziom. Po ponad 25 latach akademickich doświadczeń okazuje się, że były to poglądy naiwne. Aleksander Wittlin, Karol Życzkowski /2004-09-19 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik prawo o szkołach wyższym przyjazne kryminalistom IP: *.autocom.pl 18.09.04, 11:36 kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1189077&KAT=241 Szkoła kryminalisty Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu twierdzi, że uczelnię założyć może każdy, nawet kryminalista, byleby spełnił formalne warunki. 'obecnie trwają prace w komisjach sejmowych nad nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym. Być może dopiero w niej znajdą się zapisy zabraniające przestępcom uruchamiania szkół wyższych' Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne IP: *.autocom.pl 19.09.04, 12:31 tygodnik.onet.pl/1547,1188412,1,dzial.html Nim dostaniemy Nobla Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne? ------------ burzliwa dyskusja !!! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.autocom.pl 20.09.04, 13:40 www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=opinie&name=23 prof. Józef Kalisz Po co nam tyle uczelni? Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 'Trzeba jak najszybciej zrezygnować z 'belwederskich' tytułów profesorskich i habilitacji. Trzeba również rozwiązać niepotrzebną 'Centralną Komisję' do spraw tytułów naukowych. Są to przestarzałe i absolutnie zbędne procedury, niestosowane ani w innych krajach europejskich, ani w USA. Profesorowie powinni być nominowani wyłącznie przez wyższe uczelnie (senaty), a więc w żadnych innych jednostkach naukowych. Trzeba przywrócić właściwy sens słowu 'profesor', które oznacza nauczyciela. Warkoczyki tytułów (prof. zw. dr hab. inż.) są zbędne i odbierane już jako nieco śmieszne. Wystarczy albo profesor (który, rzecz prosta, musi mieć doktorat), albo doktor. Aby uniknąć masowego powoływania profesorów (których powinno być dwa lub trzy stopnie), wystarczy wprowadzić ostre kryteria w postaci zarządzenia do ustawy, np. minimum pięć artykułów z LF z nazwiskiem kandydata jako głównego autora (na pierwszym miejscu), aby wyeliminować efekty 'dopisywania'. Ponadto w odniesieniu do najwyższego stopnia (profesora zwyczajnego) powinny być niezbędne pozytywne rekomendacje od dwóch profesorów z uczelni zagranicznych. Habilitacje stanowią historyczny przeżytek. W Polsce oznacza to niekiedy demoralizującą stratę czasu, gdy „osiągnięcia” opisywane w rozprawie habilitacyjnej nie nadają się do publikacji w prestiżowych czasopismach naukowych, a 'dorobek' jest naciągany. Nie mówiąc o fikcji w nierzadko spotykanych 'rytualnych' recenzjach od zaprzyjaźnionych recenzentów. Uchwalona w 2003 r. 'nowa' ustawa o stopniach naukowych i tytule naukowym i projekt 'prawa o szkolnictwie wyższym' niestety petryfikują stare zasady, umacniając Centralną Komisję i w pewnej mierze promując dalszy rozwój naukowego pozoranctwa. Oczywiście, jest w Polsce wielu bardzo dobrych naukowców, ale ilu ich jest w stosunku do pozostałych? Dobrze zorganizowany ranking ludzi nauki odsłoniłby prawdę. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Stary Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.zwm.punkt.pl / *.zwm.punkt.pl 20.09.04, 18:51 Opinie prof. Kalisza na ogół podzielam, zaś stawiane przez niego wymagania uważam za bardzo niewygórowane. Odnoszę jednak wrażenie, że można je zastosować do tej części nauki, którą anglosasi określają mianem "science". A co z "arts"? Za niepotrzebny uważam też wtręt o poziomie nauki w Rosji. Może choć próba większego obiektywizmu. Rosja to być duży kraj i uczelnie są tam też bardzo różne. Zwracam uwagę, że Uniwersytet Moskiewski znalazł się w pierwszej setce opublikowanego niedawno rankingu, a wię znaaacznie wyżej od najlepszego polskiego uniwersytetu. Powtórzę swą starą śpiewkę: nie możemy twierdzić, że co rosyjskie to be, ale już na przykład litewskie, łotewskie czy estońskie (kraje UE) - cacy. Co do marnotrawstwa czasu na habilitację i niezbędności jej zniesienia - absolutna zgoda. Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 20.09.04, 19:51 Gość portalu: Stary napisał(a): > Opinie prof. Kalisza na ogół podzielam, zaś stawiane przez niego wymagania > uważam za bardzo niewygórowane. Odnoszę jednak wrażenie, że można je > zastosować do tej części nauki, którą anglosasi określają mianem "science". A > co z "arts"? A po co komu stopień doktora habilitowanego w dziedzinie sztuki? Wielkim artystą albo się jest, albo nie, i prof. zw. dr hab. tego nie zmieni. A poloniści mogą wybrać spośród siebie najwybitniejszego uczonego choćby w plebiscycie. Z resztą tzw. "humanities" problem będzie mniejszy. Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 23.09.04, 23:26 Zamieszczam tekst Ewy Kostarczyk. Życiorys w bardzo obrazowy sposób egzemplfikuje wszyskie systemowe patologie obecnego stanu nauki w Polsce. Na takie marnotrawstwo potencjału ludzkiego i finansowego pozwala obecny stan prawny. Tekst zasługuje na rozpowszechnienie. https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=15945573&a=16032975 MOJE TRZY POWROTY DO KRAJU Ewa Kostarczyk Czy w Polsce można zrobić karierę naukową? to kwestia definicji. Pojęcie kariery (z francuskiego carriѐre, czyli tor wyścigowy; bieg) posiada dwa znaczenia. Pierwsze – to szybkie zdobywanie coraz wyższych stanowisk w działalności zawodowej, naukowej i społecznej, czyli po prostu osiągniecie tzw. dobrej pozycji życiowej. Drugie – to zawód, fach. Kultura anglosaska jest nowożytną kolebką nauk, a szczególnie nauk ścisłych oraz eksperymentalnych. Kultura polska jest cudownie żyzną glebą dla karierowiczów, czyli tych, których celem nadrzędnym jest zrobienie kariery w omówionym powyżej, pierwszym znaczeniu słowa carriѐre. Dodam, za słownikiem wyrazów obcych (PWN 1977), że karierowicz do sukcesów życiowych dąży bez skrupułów. Nie ulega wątpliwości, że w Polsce można zrobić karierę naukową przełożoną na: estymę w rodzinie, promowanie przez wąskie środowisko, całkiem zadawalające finanse, status gwiazdy w środowisku polskiej nauki (np. można zaistnieć w którymś z polskich słowników uczonych (choćby na przykład takim internetowym publikowanym przez Gazetę), ilość uzyskiwanych stypendiów naukowych a w najgorszym razie dyrektorski etat jakiegoś naukowego instytutu. Nauka jest jednak nie sprawą kariery lecz ogólnoświatowym dobrem i albo spełnia jego kryteria albo nie. Nauka polska te kryteria spełnia rzadko. Polskie konfabulacje naukowe były niejednokrotnie bohaterem skandali na łamach tak renomowanych czasopism jak Science czy Nature. Czystość polskich badań naukowych pozostawia wiele do życzenia: za małe próbki populacyjne, nieodpowiednia aparatura, brak wiarygodności zapisu badań, nieodpowiednie warunki przeprowadzania badań, „mnożenie” danych. To nie jest efekt niskich nakładów finansowych na naukę. Zazwyczaj jest to wynik lenistwa. To nie jest fenomen specyficznie polski. Takie zjawiska występują na całym świecie. Od kilku miesięcy jesteśmy bombardowani coraz nowszymi doniesieniami związanymi z aferą pogłębiających stany depresyjne antydepresantów. To tylko przykład groźnych w wymiarze ludzkim konsekwencji do jakich prowadzi najoględniej mówiąc lenistwo naukowców. . Powrót pierwszy Jestem naukowcem. Jestem być może wyposażona w to najnowsze odkrycie genetyki jakim są genomy wzorców zachowań. Nauką, bowiem zajmowali się nie tylko moi rodzice lecz również dziadek, choć w innych niż moja specjalnościach. Jestem absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Na psychologię przeniosłam się na drugim roku studiów medycznych – wiedziałam, że mózg i ludzkie zachowanie interesuje mnie bardziej niż perspektywa zostania lekarzem. Studia kliniczne w zakresie psychopatologii pogłębiałam na Uniwersytecie Kartezjusza w Paryżu, gdzie w latach siedemdziesiątych studiowałam psychoanalizę oraz techniki terapii behawioralnych. I w tym sensie należę do pionierów tak psychoanalizy jak i psychoterapii behawioralnej w Polsce. Nie miałam stypendium, nie utrzymywała mnie też rodzina. Pracowałam: na recepcji w hotelu, pilnując dzieci, czasem nawet sprzątając. Kiedy jesienią 1976 roku wróciłam do Polski z moją rzeczywiście mało konkurencyjną wówczas wiedzą oraz dyplomem moje środowisko zawodowe sugerowało mi, że lepiej zrobię jak załatwię sobie pracę w charakterze sekretarki w Ambasadzie Francuskiej. Kiedy mówiłam o terapii, o możliwości leczenia pacjentów, o aparaturze do biofeedbacku - oczekiwano ode mnie badań poziomu inteligencji pacjenta albo z wyższością demonstrowano brak zainteresowania. Nie rozumiano o czym mówię. Nie chciałam dobrze zarabiać w Ambasadzie Francuskiej. Chciałam wykorzystać moją nowo zdobytą, bezkonkurencyjną, fachową wiedzę. Nie chciałam też być pomocą dla leczącego psychiatry. Wiedziałam, że posiadam znaczną wiedzę na temat anatomo- fizjologicznych mechanizmów zachowania oraz że również potrafię leczyć. Znalazłam jednak wyjście na stabilizację oraz dalszy rozwój naukowy. Doktorat w zakresie neurofizjologii w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Nenckiego PAN w Warszawie. To było niewątpliwie nadzwyczajne rozwiązanie mojej sytuacji. Mechanizmy ludzkiego zachowania mogłam wziąć pod lupę na przykładzie zachowań psów lub szczurów. Z klimatu języka francuskiego szybko przerzuciłam się w strefę anglojęzyczną. Umiałam się porozumieć z uczonymi wielkiej klasy, którzy wizytowali Instytut Nenckiego w ramach naukowej współpracy. Traktowali mnie jak partnera – dawali mi szansę. To było cudowne otwarcie możliwości, jak na ówczesne czasy. Byłam zbyt skupiona na samorealizacji by koncentrować się wtedy na czynnikach negatywnych (niechęć, zawiść, brak współpracy), które niewątpliwie były zauważalne. Życzę każdemu młodemu człowiekowi, żeby przeżył właśnie owo intensywne przeżycie własnego potencjału współgrające z realnymi możliwościami: dobrze zaopatrzona biblioteka naukowa, nieograniczone możliwości korespondencji naukowej, indywidualna organizacja czasu pracy, otwarci na pomysły przełożeni, częste spotkania naukowe. Bardzo szybko zrealizowałam również moje skryte postanowienie, powzięte jeszcze w Paryżu podczas obsługiwania w recepcji hotelu przybyłych na międzynarodową konferencję niemieckich psychologów. Nie trudno się domyślić, że marzeniem tym był oczywiście wyjazd na międzynarodową konferencję naukową. Moje szczęśliwe wyjazdy naukowe zapoczątkował wyjazd do Brighton w Anglii gdzie stojąc przed posterem dumnie prezentowałam moją pracę. Nauczyłam się sama zdobywać stypendia, nie czekając aż ktoś mnie wypromuje. Nie miałam na to szans – promowano zawsze innych, miałam tego bolesną świadomość. Powrót drugi Powrót z mojego dwuletniego stażu na Uniwersytecie w Cambridge w Anglii, na który wyjechałam po doktoracie, trwał długo i graniczył ze skandalem. Trwał stan wojenny. Posiadałam paszport służbowy, który nie uprawniał mnie do podróżowania poza Wielką Brytanię. Przez dwa lata pobytu w Cambridge nie odwiedziłam nawet Oxfordu. Z perspektywy lat nie mogę tego odżałować. Byłam jednak stypendystką dwóch prestiżowych organizacji: Europejskiej Fundacji Naukowej oraz The Wellcome Trust, a to zobowiązywało. Nie zobowiązywało to jednak Polskiej Akademii Nauk oraz mojego macierzystego Instytutu do niczego: na kilkutygodniowy naukowy wyjazd do Bostonu (USA) w ramach pracy w Cambridge nie uzyskałam zgody. Nikt również nie chciał mi ułatwić kontaktów w Polsce, które pomogłyby mi rozwinąć po powrocie temat badawczy, w który zagłębiłam się w Cambridge. Żądano po prostu powrotu, który przeciągałam. Mogłam też nie wrócić, tak jak to uczyniło w tym okresie wielu moich znajomych, miałam przecież w kieszeni kontrakt na wyjazd do USA i wystarczyło wtedy podjęcie decyzji o emigracji. Bilet powrotny Londyn-Warszawa zarezerwowałam w odpowiedzi na telefon mojej prawie 90-letniej Babci. Nie słyszałam jej głosu przez 2 lata. To właśnie na jej adres wysłano informację o moim zwolnieniu z pracy. Telefonowała od szewca z dołu, bo sama nie miała telefonu. To było nie do przebicia. Znajomi powitali mnie zgryźliwie na lotnisku: Wróciłaś żeby zrobić tu Nobla! Po powrocie, przez 6 miesięcy w pracowni zajmującej kilka pomieszczeń nie znaleziono dla mnie stałego biurka. Znalazłam miejsce na szerokim parapecie okna. Południowe słońce podnosiło mi nieco nastrój. O kontynuowaniu tematyki badań które dotyczyły innej, nowo powstającej, fascynującej dziedziny: psychoneuroendokrynologii, nie było mowy. Powtórzyła się sytuacja z powrotu pierwszego: choć ponownie byłam mało konkurencyjną specjalistką, to moim zadaniem było uczestniczenie w aktualnym programie pracown Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 23.09.04, 23:29 Ciąg dalszy: Powtórzyła się sytuacja z powrotu pierwszego: choć ponownie byłam mało konkurencyjną specjalistką, to moim zadaniem było uczestniczenie w aktualnym programie pracowni oraz pomaganie w pisaniu, poprawianiu najnowszej książki profesora. W miesiąc po powrocie miałam świadomość klęski, powzięcia błędnej decyzji oraz zmarnowania szansy. 10 lat do tyłu. Nie zaadoptowałam się przez następnych 7 lat. Pracowałam sama w mojej słonecznej niszy, zaczęłam pocieszać się dydaktyką, podtrzymywałam kontakty, dużo pisałam i ciągle udawało mi się publikować w czasopismach naukowych o randze międzynarodowej. Zapraszano mnie do wymiany myśli na łamach dyskusji problemowych, a nawet zaproszono do napisania rozdziału książki wydawanej przez prestiżowe wydawnictwo naukowe. To były moje sukcesy i tylko one dawały mi napęd. Mój ukochany Instytut, którego wciąż czułam się dzieckiem w niczym nie przypominał tego z końca lat 70-tych i bardzo niemile wspominam ten okres, który przecież był tak znaczący dla budowania naszej demokracji. Na szczęście zakochałam się, a potem uciekłam w macierzyństwo, co niewątpliwie wypełniło mi pustkę, brak intensywnych, prawdziwych kontaktów naukowych, do których przywykłam w Cambridge. Po odchowaniu dziecka problem jednak wrócił, więc czym prędzej wyjechałam na tzw. wymianę naukową z Uniwersytetem Stanu Minnesota w USA. Wyjeżdżając, wstrzymałam moją habilitację, na którą i tak krzywo spoglądano – byli inni desygnowani, którzy przecież powinni zrobić habilitację przede mną, by uzyskać odpowiednie stanowisko. Czy warto było wtedy walczyć? Wolałam się nauczyć czegoś nowego, poznać nową metodykę badań. Tęskniłam do ludzi, których praca naukowa fascynuje i wypełnia im życie, do tematów badań, które odzwierciedlają aktualne problemy nauki, do ludzi podróżujących po świecie a nie kurczowo trzymających się stołków i awansujących przez eliminację potencjalnych przeciwników. Powrót trzeci I znowu, weszłam w nadzwyczaj ciekawe środowisko naukowe, poznałam nową dla mnie metodykę badawczą i stałam się specjalistką w mało rozpowszechnionej w Polsce dziedzinie. Za datę graniczną powrotu uznałam możliwość podjęcia nauki w polskiej szkole przez moje dziecko. Istnieje taki czas przełomu, którego nie należy przekraczać, bo po nim, powrót będzie bardzo, bardzo trudny, prawie niemożliwy. Poszukiwanie odpowiedniego dla moich kwalifikacji miejsca pracy w Polsce podjęłam na dwa lata przed planowanym powrotem. Oznaczało to dużą ilość poważnych listów oraz spotkań podczas moich wakacyjnych pobytów. Nie chciałam spudłować. Znałam już złą stronę powrotów. Moje przykre doświadczenia drugiego powrotu zniechęcały mnie jednak do powrotu do macierzystego Instytutu PAN i w końcu podpisałam umowę o pracę z Akademią Medyczną w Poznaniu, z którą korespondowałam przez ponad rok. Wszystko wyglądało poważnie, nawet zaproszono mnie do wygłoszenia gościnnie wykładu. Do tej decyzji zachęciła mnie perspektywa prowadzenia dydaktyki w języku angielskim na tamtejszej Akademii Medycznej. Poznań, z perspektywy moich wakacyjnych przyjazdów do Polski wydawał mi się bardziej cywilizowany niż rodzinne Kraków i Warszawa. Europejski. W mediach szczycił się czystością ekologiczną, wydawał się łatwiejszy do życia dla dziecka, które nigdy nie korzystało ze środków komunikacji miejskiej w wielkim mieście. Zatrudniona zostałam na etacie asystenta (choć z Polski wyjechałam jako kilkuletni adiunkt PAN) i już w ciągu pierwszych trzech miesięcy okazało się, że nie tylko nie odpowiada ono moim kwalifikacjom (pracę asystenta podejmują często studenci wyższych lat AM), lecz również nie daje możliwości do kontynuowania mojej pracy badawczej. Profesorowie, którzy mnie zapraszali i obdarzali hojnie epistolarnymi komplementami, na miejscu okazali całkowity brak zainteresowania sprawą współpracy. Zapraszano mnie natomiast na charytatywne koncerty gdzie byłam witana z puszką na datki na rozwój instytucji. Pomimo iż moje małe projekty badawcze zostały zatwierdzone przez AM i uzyskałam nawet drobne fundusze na badania, przez dwa lata nie zostałam wpuszczona do laboratorium, ani też nie udostępniono mi materiału badawczego. Rozmowy przenoszono na dalsze terminy. Mój duży, autorski projekt badawczy rozpisany na kilka zakładów AM bardzo spodobał się Komitetowi Badań Naukowych. Polecono jednak rewizję kosztorysu oraz redukcję osób, które miały w projekcie uczestniczyć, a te sprawy nie zależały już ode mnie. Zrezygnowałam widząc jak mój projekt rozmienia się na pazerność osób, które po prostu chcą dostać dodatkowe pieniądze, a ja nadal nie jestem wpuszczana do laboratorium. Po dwóch latach zdecydowałam się zawierzyć szefowi innej pracowni, który zaoferował mi całkowicie nie odpowiadające mojemu wykształceniu stanowisko pracy (starszy specjalista naukowo-techniczny czyli tak naprawdę laborant) w zamian za możliwość pracy badawczej oraz ułatwienie zrealizowania mojego wymarzonego celu dydaktycznego (wprowadzenie przeze mnie na AM wykładów z dziedziny, którą aktualnie reprezentowałam). Pracownię znałam z publikacji w renomowanych czasopismach naukowych, ponieważ posługiwano się podobną metodyką badań. To było ryzykowne, ale profesor odchodził za kilka miesięcy na emeryturę, w związku z czym w sposób oczywisty zwalniał się etat, na którym mogłabym być zatrudniona. Ta logika szybko jednak okazała się błędna, ja miałam po prostu być pomocą techniczną dla następcy szefa oraz jego doktorantki, dostarczać informacji naukowych, opracowywać projekty naukowe na ich konto, bez prawa głosu do uwag krytycznych co do funkcjonowania pracowni i aparatury, które całkowicie nie nadawały się do prowadzenia wiarygodnych badań naukowych. O mojej habilitacji nie było już oczywiście mowy – zostałam z „własnego wyboru” laborantką. Próby otwarcia przewodu habilitacyjnego poza AM spełzły na niczym. Mój dawny Instytut PAN, który mnie ukształtował naukowo, odesłał moją aplikację z sugestią żebym otworzyła przewód w uczelni macierzystej, ponieważ mają kolejki! To była kpina. Z innej instytucji do której wysłałam dokumentację zatelefonowano prosząc o jej wycofanie. Nie zgodziłam się. Nie po to od lat 10 starałam się zostać niezależnym pracownikiem naukowym, żebym ją miała wycofywać. Po kilku miesiącach odesłano mi rozprawę habilitacyjną stwierdzając, że nie spełnia ona wymogów, a szczególnym zaś zarzutem było, że tytuł nie odpowiada treści. Moi pracodawcy uznali, że skoro mam ambicje i nie będę im służyć wypędzą mnie mobbingiem, który choć był groteskowy, to kosztował mnie zdrowie. Dzięki interwencji oraz naciskom z zewnątrz, zostałam jednak zatrudniona w Szpitalu Klinicznym AM na stanowisku psychologa. Ten etat już nic nie miał wspólnego z pracą naukową, miał jednak dostarczyć mi dalszej dawki mobbingu żebym wreszcie zrezygnowała. Nie dałam za wygraną, dysponowałam przecież możliwościami mojego prywatnego warsztatu psychologicznego. Szpital zaskoczony faktem pojawiania się pod moim gabinetem kolejek pacjentów rozwiązał ze mną umowę biorąc na siebie winę braku pieniędzy na finansowanie etatu. Interwencje Zespołu do spraw Etyki Komitetu Badań Naukowych PAN w mojej sprawie, a nawet uciekanie się do autorytetu Ministra Nauki okazały się śmiesznie bezskuteczne wobec paragrafów oraz moich podpisów pod precyzyjnymi acz niezrozumiałymi dla mnie w chwili ich podpisywania umów o pracę. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ekostar Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.09.04, 07:48 Dziękuję, właśnie po to go napisałam. A oto, mój trzeci odcinek. Epilog: Czy przestałam być naukowcem? Nie przestałam. Piszę, publikuję. Wydałam książkę. Piszę następną. Zajmuję się dydaktyką. Zrealizowałam swoje marzenie wprowadzenia mojej tematyki do cyklu nauczania uniwersyteckiego. Podtrzymuję kontakty naukowe. Jestem nadal członkiem zorganizowanego środowiska międzynarodowego, które doceniając mój wkład w dziedzinę opłaca mi dostęp do specjalistycznej wiedzy. Nie rozmieniłam na drobne moich wymagań w stosunku do pracownika nauki. Nie sprzedałam się. Z mojego punktu widzenia odniosłam więcej sukcesów naukowych niż ci, którzy codziennie nie muszą liczyć swoich wydatków, których nazwiska pojawiają się wśród autorów publikacji, z którymi nic nigdy nie mieli do czynienia. Nie muszę siedzieć na przerwach pomiędzy zajęciami z koleżankami czytającymi prasę kobiecą oraz kolegami opowiadającymi niewybredne kawały. Nie muszę też wstydzić się mojego autorstwa w miałkich publikacjach. Nie muszę podpisywać anachronicznych list obecności, ani też drżeć tak jak inni przed szefem z powodu 10 minutowego spóźnienia. Nie muszę też robić „coś za coś”. Moje dziecko czuje się w Polsce lepiej niż ja Fantastycznie funkcjonuje w kilku różnych środowiskach, jest „zakorzenione” i czuje się Polakiem. Twierdzi, że ma przyjaciół i choć jest z dziada pradziada rodem z Warszawy, nie chce wyjeżdżać z Poznania. Co więcej, wbrew mojej nieukrywanej niechęci do polskich uczelni chce studiować w Polsce. Przyznam się, że sprawia mi to satysfakcję, do tego właściwie dążyłam. Choruję Uczulenie na człowieka. Bunt układu odpornościowego, autoagresja. Typowa reakcja na przewlekły stres. W sumie lepszy bunt niż depresja, bo jeśli walka to zawsze jakiś cel. Klepię biedę Jest to bolesne. Walka o każde 50 PLN zajmuje dużo czasu, pochłania sporo intelektualnej energii. Na szczęście pozostałam osobą kreatywną. Organizatorzy koncertów charytatywnych, na które chętnie zapraszają światowych gości mają małe pojęcie o tym, że naukowcy na całym świecie zarabiają całkiem średnio. Nie mogą oszczędzić, jeśli samotnie wychowują dziecko nie na tekturowych paczkach tylko na kanapie, kształcą je dodatkowo artystycznie, wysyłają na wakacje do kraju by je wychować na Polaka, a przede wszystkim zapewniają babysittera podczas długich, bardzo długich godzin pracy doświadczalnej. Wróciłam więc bez oszczędności – lecz błędnie sądziłam, że z kapitałem, którego nikt mi nie jest w stanie odebrać. A jednak trochę zabrali dopóki się nie zorientowałam. Moje 10 lat pracy i studiów za granicą wypadły całkowicie z mojego ZUS- owskiego dorobku pomimo, że znacznie przekraczały standardy intensywności pracy do jakiej wszyscy są tutaj przyzwyczajeni. Niestety, nie zostałam nigdy poinformowana jakie są konsekwencje nie płacenia składek. Obciążam więc swoją osobą państwo – bo przecież ktoś musi mnie i moje dziecko utrzymać przy życiu, jeśli jestem tak totalnie nieprzydatna zawodowo! Cierpię Bieda lub doświadczenie intensywnego bólu niekoniecznie wywołują cierpienie. Według definicji z cierpieniem mamy do czynienia wtedy, kiedy sytuacja zagraża osobie człowieka, jego samorealizacji. Mam jednak więcej czasu na zadumę Mieszkam w bardzo pięknej architektonicznie lecz zniszczonej i zamieszkałej przez lumpenproletariat dzielnicy Poznania. Ludność wędrująca z siatkami butelek po piwie do Żabki i z powrotem, albo z łokciami opartymi na poduszkach (sic!) wyglądająca przez okno. I tak jak ja bez perspektyw, na zasiłkach państwa. Mogę też wrócić do ulubionych lektur. Ostatnio zdjęłam z półki „Wielki Świat” profesora Kozieleckiego, który przed laty wzbudził we mnie marzenie doświadczenia pracy w Stanach. Pocieszyły mnie pewne tytuły jego refleksji: Tyrania hierarchii, O tych skazanych za wybitność, Ta totalna, dręcząca niepewność… Zachęcam do lektury, to dobre intelektualne pendant do moich zbyt konkretnych i osobistych zwierzeń. Kto tak naprawdę stracił? ? Powrót czwarty Będzie z całą pewnością. Jestem specjalistką w realizacji marzeń. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ewa Kostarczyk Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.04, 09:49 Wśród wykazu dokumentów do otwarcia przewodu habilitacyjnego punkt wieńczący zasługi dotyczy oświadczenia o pokrycie kosztów przewodu – oczywiście nie gwarantując jego pozytywne zakończenie. Koszty na rok 2003 dla osób z zewnątrz instytucji, przedstawiały się następująco: 3 recenzje po 1620 PLN każda plus około 200 PLN na dojazd recenzenta = 5460 PLN. Na czysto. Bez bombonier, butelek oraz prywatnych dojazdów delikwenta na konsultacje. Od kilku lat najczęściej (przynajmniej dotyczy to mojej dziedziny) habilitują się osoby, które siedzą od lat za granicą i nie potrzebują żadnych habilitacji. Po co to robią? 1. dla własnych ambicji, no bo jednak jak się już tam zostanie to można świetnie funkcjonować ale trochę z KOMPLEKSAMI 2. mają kasę 3. chcą na wszelki wypadek przygotować sobie grunt do odwrotu 4. mają furtkę otwartą: nie zagrażają bowiem decydentom bezpośrednio 5. decydenci mogą się w dodatku wykazać ilością przeprowadzonych przewodów habilitacyjnych Odpowiedz Link Zgłoś
khmara Habilitacja ogranicza rozwój nauki 25.09.04, 13:26 Gość portalu: Ewa Kostarczyk napisał(a): > Koszty na rok 2003 dla osób z zewnątrz instytucji, przedstawiały się > następująco: > 3 recenzje po 1620 PLN każda plus około 200 PLN na dojazd recenzenta = 5460 > PLN. I tu jest klucz do odpowiedzi, dlaczego Twoja habilitacja przepadła. Koszty te pokrywa instytucja zatrudniająca habilitanta. 1. Jeżeli Twoja uczelnia nie chciała Twojej habilitacji, wystarczył telefon do dziekana z "przyjmującego" wydziału z informacją o problemach z finansowaniem. 2. Jeżeli nie uzyskałaś zapewnienia o finansowaniu ze swojej uczelni i zobowiązałaś się zapłacić z własnej kieszeni, to uczelnia "przyjmująca" już wiedziała, że koledzy sobie tej habilitacji nie życzą. Dlatego Twój przypadek jest klasycznym przykładem na to, w jaki sposób habilitacja faktycznie ogranicza rozwój nauki, wspiera zaś kumoterstwo uprzywilejowanych naukowców. Doktorat może zrobić każdy, habilitację jedynie osoba, której pozwolą na to przełożeni. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ewa Kostarczyk Re: Habilitacja ogranicza rozwój nauki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.04, 15:31 I dlatego od 1991 jestem przeciwko - bo wtedy własnie, po raz pierwszy rzucono projekt zniesienia u nas habilitacji. I właśnie, dlatego, że taki projekt wówczas zaistniał, tak łatwo mi było machnąć ręką na tę pierwszą habilitację i wyjechać. PODOBNYCH, NIEZREALIZOWANYCH PROJEKTÓW z tego okresu niestety mamy sporo. W Europie, habilitacje istnieją tylko (mogę się tu mylić) w Niemczech. Podczas mojego 7 letniego pobytu w Stanach spotkałam wielu młodych ludzi z mojej branży, często, a może przeważnie lekarzy, którzy wogóle nie mieli szans na pracę w Niemczech. U niektórych decyzja o zostaniu w Stanach trwała latami. Jechali, wracali z podobnymi odczuciami o których tutaj mówimy. Problem ograniczeń nie jest więc wynikający z naszej polskiej nieprzyjaznej sukcesowi natury lecz z samego ponadnarodowego fenomenu ograniczeń. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ewa Kostarczyk Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.04, 09:59 A co do dobrze zorganizowanych rankingów... Sytuacja, którą opisałam w moim trzecim, ostatnim powrocie miała miejsce na uczelni, która w taki a nie inny sposób prezentuje się w mediach: Akademia Medyczna im. Karola Marcinkowskiego Nasze strony dostępne również przez WAP - wap.amp.edu.pl Akademia Medyczna im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu to legitymującą się ponad 80-letnią historią, jedna z największych tego typu uczelni w kraju. Stanowi liczący się ośrodek edukacyjny, naukowy i leczniczy. Kształci lekarzy, stomatologów, farmaceutów i analityków medycznych, a także specjalistów z zakresu pielęgniarstwa, położnictwa, zdrowia publicznego i fizjoterapii. Kolejny rok z rzędu nasza Uczelnia została wybrana Najlepszą Uczelnią Medyczną w Polsce w rankingach Wprost w latach 2003 i 2004 oraz Rzeczpospolitej i Perspektyw w latach 2002 i 2003. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: czytelnik mediator niepotrzebny IP: *.autocom.pl 24.09.04, 17:46 www.gazetaprawna.pl/dzialy/6.html?numer=1297&dok=1297.6.3.2.1.1.0.1.htm Dialog spoŁeczny. RozwiĄzywanie sporów zbiorowych Mediatorzy na bruk? 'Przed 156 mediatorami, których lista leży w Ministerstwie Gospodarki i Pracy, stanęło widmo bezrobocia. Nie dlatego, że w Polsce brak konfliktów i sporów między pracodawcami i pracownikami. Tych raczej przybywa. W Europie mediacja, arbitraż są najpopularniejszymi sposobami rozładowywania napięć społecznych, u nas coraz rzadziej sięga się po tę metodę.' Komentarze czytelników józef.wieczorek@interia.pl: No cóż. W sejmie mamy nowy bubel ' Prawo o szkolnictwie wyższym' w którym nie ma nawet mowy o instytucji mediatora akademickiego. W uczelniach amerykańskich i wielu europejskich istnieja biura 'University Ombudsman'. Przykłady na stronach internetowych: ombudsman.binghamton.edu/ www.umanitoba.ca/staff/ombudsman/details.shtml www.virginia.edu/eop/ombudsman.html www.sc.colostate.edu/ombudsman/frequently.htm www.wmich.edu/bernhard/ombudsman.html www.wsu.edu/~ombuds/faq.html www3.niu.edu/u_council/annualreports/ombudsman.html www.ku.edu/% 7Eombuds/questions.htm web.cornell.edu/Ombudsman/questions.htm www.ua.es/en/servicios/defensor/defensor.htm www.ua.es/es/servicios/defensor/otros-defensores.html Zadaniem takiego mediatora (i zespołu) jest rozwiazywanie konfliktów wsród społecznosci akademickiej, prowadzenie mediacji, zapobieganie mobbingowi itd. U nas takich biur nie ma. Sa powoływane niekiedy komisje etyczne, ale te prezentuja raczej interesy rzadzacych i w najlepszym razie nie mieszaja się do konfliktów między władzami a podwładnymi - pracownikami najemnymi w uczelniach. Niekiedy te komisje tworza Dobre Obyczaje, których same nie maja zamiaru przestrzegać. Niekiedy te przepisy mające regulować etyczną stronę uczelni służa jedynie dla umocnienia władzy rządzących i zamykania ust nonkonformistom Niewatpliwie w naszych uczelniach potrzebni sa mediatorzy (rzecznicy) akademiccy niezależni od władz uczelnianych a umocowani np. przy Państwowej Inspekcji Pracy czy przy urzędzie Rzecznika Praw Obywatelskich, lecz nie ma woli tworzących prawo aby takie instytucje powołać. Trudno się temu dziwić. Prezydencki projekt ustawy 'Prawo o szkolnictwie wyższym' opracowali rektorzy, którzy nie są zainteresowani ograniczeniem swojej absolutnej i niekontrolowanej władzy. Co więcej rektorzy idąc w ślady swojego'profesora' - Leppera grożą, ze jak sejm tego bubla nie uchwali to pójdą na Warszawę. Tak się u nas tworzy prawo aby było wygodne dla tych, którzy go stanowią. Gdzies czytałem,ze jesteśmy w Unii Europejskiej, ale nie wiem czy to nie była kaczka dziennikarska. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: itakdalej Zmniejszenie pola do nadużyć przy rekrutacji IP: *.chello.pl 25.09.04, 15:28 W związku z nadużyciami na Wydziale Prawa UG: wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2303879.html wnioskuję o zapisanie explicite w nowej ustawie, że wyniki odwołań muszą być ujawnione wraz z uzasadnieniem. Dzięki temu, nawet jeżeli nadal będą uczelnie za statutami pozwalającymi na przyjmowanie słabo zdających dzieci znajomych (tak jak teraz UG), to będzie wiadomo gdzie tak jest. Fragmenty starej pozwalające na falandyzację i przyjmowanie kogo się chce poprzez odwołania są w moim poście: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752&a=16107850 Odpowiedz Link Zgłoś