Dodaj do ulubionych

PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko

    • Gość: czytelnik debata - SZKOLNICTWO WYŻSZE IP: *.autocom.pl 19.08.04, 20:47
      free.p4u.pl/f/102/n_viewtopic.php?forum=f905&dz_id=1&id=115&lps=
    • Gość: czytelnik Niedoszli doktorzy pod sąd - co wy na to ? IP: *.autocom.pl 20.08.04, 17:47
      www.dziennik.lodz.pl/
      Niedoszli doktorzy pod sąd
      Uniwersytet Łódzki pozwał do sądu pięciu byłych doktorantów, którzy nie
      obronili prac doktorskich lub przerwali studia. Ponieważ nie zgodzili się na
      zwrot pobranych stypendiów, uczelnia postanowiła skierować sprawy na drogę
      sądową. W każdym przypadku chodzi przeciętnie o kilkanaście tysięcy złotych.


      Niewykluczone, że przed oblicze Temidy trafi wkrótce więcej niedoszłych
      doktorów, gdyż siedemnastu osobom termin zwrotu pieniędzy mija we wrześniu i
      grudniu.


      Sąd grozi także jedenastu byłym doktorantom Politechniki Łódzkiej, którzy -
      mimo ponagleń uczelni - nie kwapią się do oddania pieniędzy. Spośród 27 osób,
      które nie obroniły prac doktorskich, siedem już spłaciło zadłużenie, czterem
      rozłożono spłatę na raty, a pięciu umorzono po odwołaniu do rektora. Podstawą
      umorzenia były m.in.: kontynuacja działalności naukowej za granicą, publikacje
      i odbyte zajęcia dydaktyczne.


      - Najczęstszą przyczyną przerwania studiów doktoranckich jest znalezienie
      stałej pracy, a wśród kobiet - macierzyństwo. Doktoranci zakładają rodziny i
      nie mogą ich utrzymać za 900 lub 1000 złotych stypendium doktoranckiego -
      wyjaśnia Joanna Sołtysiak z działu spraw studiów doktoranckich Politechniki
      Łódzkiej.

      Na Uniwersytecie Medycznym co roku rezygnuje ze studium doktoranckiego kilka
      osób. Z reguły albo oddają od razu pieniądze, albo spłacają je w ratach. I
      tutaj najczęstszą przyczyną przerwania studiów jest znalezienie stałej pracy.


      Dochodzenie zwrotu wypłaconego stypendium umożliwia uchwalona w marcu ubiegłego
      roku ustawa o stopniach naukowych.

      Data publikacji: 17.08.2004

      • khmara Kuriozum na skalę światową 20.08.04, 18:52
        To jest głęboko przemyślane posunięcie reformatorskie. Następnym razem wszyscy
        będą wiedzieli, że trzeba szybko jakiegoś gniota napisać. Najlepiej przepisać od
        kogoś (ale własnymi słowami, żeby nie było plagiatu). I wszyscy to zgodnie
        przyklepią, bo przecież nikt nie będzie chciał biednego doktoranata narażać na
        koszta. I prezydencki ekspert do spraw reformy, prof. Woźnicki, twierdzi w
        parlamencie, że ta ustawa o stopniach naukowych jest tak doskonała, że pod
        żadnym pozorem nie wolno jej zmieniać! Kuriozum na skalę światową!!! A mnie się
        wydawało, że już tragiczniej być nie może!
        • Gość: jw Re: Kuriozum na skalę światową IP: *.autocom.pl 20.08.04, 20:02
          Kilka pytań
          Dlaczego ustawy nie umozliwiają ( w praktyce) dochodzenia zwrotu wypłacanych
          kwot :
          - za fikcyjne etaty
          - za fikcyjne godziny 'dydaktyczne'
          - ze fikcyjne ( lub niekompetentne) promotorstwa ( przepuszczane plagiaty,
          beznadziejne mgr, dr, hab , prof )
          - na 'poszukwianie prawdy' poprzez zamykanie jest w sejfach
          - na walke w nieuczciwością poprzez jej promowanie
          - na niszczenie nauczycieli akademickich i ich warsztatów pracy
          - na aparture zamykana przed zainteresowanymi badaniami

          itd itp

          Po niedzieli zaczyna pracę Sejm - i kolejna ustawa - tym razem o
          finansowaniu nauki. Na te i podobne pytania w tym projekcie nie znalazłem
          odpowiedzi:
          www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos82p.htm
          • khmara Kolejna ustawa 20.08.04, 21:28
            Gość portalu: jw napisał(a):

            > Po niedzieli zaczyna pracę Sejm - i kolejna ustawa - tym razem o
            > finansowaniu nauki. Na te i podobne pytania w tym projekcie nie znalazłem
            > odpowiedzi:
            > www.sejm.gov.pl/prace/2004r/pos82p.htm

            Ten projekt, który niedługo będzie ustawą, faktycznie niczego nie zmienia. Kto
            będzie decydował o sposobie wydatkowania środków na badania własne i statutowe?
            Kto chce i kto jest bliżej koryta. Według jakich kryteriów organy kontrolne będą
            kontrolowały zasadność wydatkowania środków przez kontrolowaną jednostkę? W
            przypadku badań własnych i statutowych według kryteriów ustalonych przez tę
            jednostkę, czyli patrz jak wyżej. Całość tych środków będzie można przeznaczyć
            na turystyczne wojaże jednej osoby.
          • Gość: mały Re: Kuriozum na skalę światową IP: *.zwm.punkt.pl / *.zwm.punkt.pl 22.08.04, 11:07
            Takie jest prawo, trudno więc winić uczelnię, że stara się "pozyskać"
            pieniądze. Pozyskuje tam, gdzie łatwo to zrobić. Problemem są natomiast saame
            przepisy dotyczące doktorantów, ich nieokreślony i niekorzystny status. Studia
            doktoranckie to zwykle bardzo wytężony okres działalności naukowej, czyli
            PRACY. Za pracę należy się zapłata, a nie stypendium!
            • khmara Re: Kuriozum na skalę światową 22.08.04, 13:10
              A czy ktoś zna drugi kraj, w którym za studia doktoranckie trzeba płacić? Bo ja
              nie, ale moja wiedza może być niepełna. Nawet w Ameryce za doktorat się nie płaci.
        • Gość: xyz Re: Kuriozum na skalę światową IP: *.internetdsl.tpnet.pl 21.08.04, 17:31
          To jest faktycznie curiosum, bo jeszcze do tego mozna oddać pracę niewykończoną
          i dostać recenzje za dwa tygodnie - z przyczyn finansowych oczywiście, a co
          jest w rzeczonej pracy i tak nikogo nie interesuje. Ogólnie rzecz biorąc
          zalecane jest pisanie doktoratów bez uzwzględnienia aktualnego stanu badań,
          poniewaz zapoznanie się z literaturą przedmiotu zabiera zbyt wiele czasu, więc
          nie sposób stwierdzić, w jakim stopniu praca w ogóle wnosi coś nowego.
      • m_i Niedoszli doktorzy 04.01.05, 19:20
        Bardzo chetnie skontaktowalabym sie z innymi niedoszlymi doktorami, gdyz sama
        mam takie problemy.
        Magi

        m_i@NOSPAM.gazeta.pl
        • Gość: kontest Re: Niedoszli doktorzy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.01.05, 09:33
          ttp://www.nauka-edukacja.p4u.pl/index.php

          Nowy portal internetowy poświęcony działaniom na rzecz nauki i edukacji w Polsce.
          Niezależne opinie o kondycji nauki i edukacji, o uwarunkowanych systemowo
          patologiach , o możliwościach zmiany obecnego, osobliwego systemu nauki i
          edukacji w Polsce.


          W portalu można zamieszczać swoje opinie na forach. Równiez forum dla studentów
          i doktorantów

    • Gość: jw Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 21.08.04, 17:22
      www.kontrateksty.pl

      KONTRATEKSTY. NIEZALEŻNY MAGAZYN PUBLICYSTÓW

      Cenzurę prewencyjną zlikwidowano w 1990 roku. Od 14 lat media są wolne. Dziś
      jednak wiele tytułów, redakcji, zespołów dziennikarskich jest poddanych presji
      wydawcy, jego działów marketingu, albo po prostu – właścicieli, którzy nie
      dopuszczają do publikacji artykułów, mogących – ich zdaniem – zaszkodzić
      interesom. Obok zapisów finansowych czy handlowych są też ograniczenia
      salonowe. Cenzura zatem wciąż istnieje, choć może nie jest tak widoczna, jak za
      ancien regime’u. W efekcie spora grupa autorów nie ma gdzie publikować.
      Uznaliśmy, że czas pomóc tym wszystkim, którym uniemożliwiają to lokalne
      władze, chciwi wydawcy, niechętni znajomi. Udostępniamy im łamy „Kontratekstów”
      pod dwoma warunkami: teksty mają być dobre i nie mogą naruszać niczyjej
      godności.
      Opublikowane przez nas materiały mogą być wykorzystane, pod warunkiem wszakże
      uzyskania zgody redakcji lub autora. Z autorami też należy negocjować
      honoraria.
      Prosimy o powiadomienie przyjaciół, znajomych i wrogów o istnieniu naszej
      internetowej gazety.
      Jej istnienie zawdzięczamy autorom oprogramowania i grafiki z Montowni
      Pomysłów, którzy społecznie opracowali "Kontrateksty".

      Stefan Bratkowski
      Krzysztof Łoziński klozinski@poczta.onet.pl
      Andrzej W. Pawluczuk awpawluczuk@wp.pl
      Piotr Rachtan piotr.rachtan@wp.pl

      Hity numeru
      www.kontrateksty.pl/index.php?action=show&type=news&newsgroup=3&id=257

      Polska nauka w cenie?

      Józef Wieczorek, Cezary Wójcik :: Polska :: 18 sierpnia 2004, 23:59
      Mylący jest tytuł "Polska nauka w cenie" - artykułu omawiającego ranking nauki
      w czasopiśmie NATURE (Gazeta Wyborcza 15.07.2004
      serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34148,2181974.html).
      Ani tekst w Nature, ani nawet tekst w GW, nie usprawiedliwia takiego tytułu,
      który jest wykorzystywany w mediach do niezbyt rzetelnego przedstawiania stanu
      nauki w Polsce.

      Wypada się zastanowić, dla kogo polska nauka jest w cenie? Jeżeli chodzi o ogół
      obywateli to jest ona nie tyle "w cenie" ile jest kosztowna, a jej praktyczne
      zastosowania niestety, przynoszą niewspółmiernie mało zysków. Przemysł w Polsce
      w ogóle nie ceni sobie polskiej nauki i dlatego jej nie finansuje. Zresztą
      polskiego przemysłu prawie już nie ma, a zagraniczne firmy inwestujące w Polsce
      wolą opierać się na własnych zespołach badawczych w innych krajach. Wreszcie -
      czy świat ceni naukę polską? W cenie jest nie tyle polska nauka, ile polscy
      naukowcy, którzy wespół z Chińczykami, Hindusami i Rosjanami stanowią jedną z
      dużych grup najemników naukowych w bogatych laboratoriach USA. Sukcesy polskich
      naukowców poza krajem świadczą, że są oni cennymi nabytkami, ale pracującymi na
      korzyść innych krajów.

      Dziewiętnaste miejsce na światowej liście pod względem publikacji nie jest,
      naszym zdaniem, powodem do samozadowolenia, zwłaszcza że zapewne wiele z prac,
      które ujęto w tym opracowaniu jako dorobek "polskiej nauki" zostało w
      rzeczywistości wykonanych w zagranicznych laboratoriach przez goszczących tam
      polskich naukowców.

      Niestety, sytuacja w Polsce nie jest przyjazna dla naukowców, a to ze względu
      na niskie uposażenia, jak i rozwiązania systemowe nadal przyjazne dla
      negatywnej selekcji kadr akademickich.

      Pomimo tego mamy w Polsce przykłady naukowców pozbawionych finansowania, a
      jednak mających osiągnięcia, którymi można by obdarzyć niejeden finansowany
      zakład naukowy. Niestety, w Polsce nie finansuje się wybitnych naukowców, lecz
      instytucje, które pożerają ogromną część nakładów przy małych osiągnięciach.
      Sporą część kadry profesorskiej tworzą ludzie wykreowani w czasach PRL-u
      zgodnie z kryterium "mierny, bierny ale wierny" i ich ´lojaliści´. Ludzie ci w
      większości nie przystają do nowej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej.
      Wybitny naukowiec publikujący w czasopismach na światowym poziomie jest
      zagrożeniem dla ich status quo.

      Brak w Polsce rozwiązań systemowych, które by zmieniły obecny ustrój nauki i
      edukacji w Polsce. Prezydencki projekt ustawy o szkolnictwie wyższym lansowany
      przez media utrwala jedynie obecny patologiczny system.

      W artykule GW nie wspomniano nawet o rankingu uniwersytetów, o którym jest mowa
      w Nature. Ranking ten jest dla nas bardzo niekorzystny, bo naszych
      uniwersytetów nie ma w pierwszej setce uniwersytetów europejskich, a pojawiają
      się dopiero w 4 setce uniwersytetów światowych. To taki niechciany, "niecenny",
      wskaźnik rangi nauki polskiej. Rankingi zawsze są dyskusyjne, ale u nas wartość
      rankingów jest jasno rozumiana - jak w jakimś rankingu przy jakimś wybranym
      kryterium stoimy nieźle, to o tym rankingu trąbimy głośno, jeśli w rankingu
      stoimy źle - to cisza, jak makiem zasiał. Niestety, media nie dają prawdziwego
      obrazu nauki w Polsce na tle nauki światowej i najwyższy czas, aby to się
      zmieniło. Istnieje ogromny rozziew w opiniach na temat nauki w Polsce
      przedstawianej w mediach przed decydentów i prezentowanych przez niezależnych
      naukowców na otwartych forach internetowych.

      Kondycja nauki i edukacji w Polsce winna być znana rzetelnie, bo to ma wpływ na
      projekty reformowania tej sfery. Dobrze by było, aby w ramach tworzenia
      społeczeństwa obywatelskiego GW umożliwiła prezentowanie na swoich łamach
      niezależnych poglądów na temat stanu i przyszłości nauki i edukacji w Polsce.

      Józef Wieczorek, Kraków
      Cezary Wójcik, Dallas

      Tekst przesłany do Redakcji Gazety Wyborczej, ale nie został wydrukowany

    • Gość: czytelnik kara za zrobienie dyplomu IP: *.autocom.pl 23.08.04, 10:01
      dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/08.23/Kraj/10/10.html

      Kraj 23-08-2004

      Uczyć się, ale powoli

      Kto wcześniej obronił dyplom, nie dostanie pieniędzy


      (INF. WŁ.) Studenci studiów zaocznych, wieczorowych i eksternistycznych
      wszystkich typów szkół wyższych oraz studenci studiów dziennych szkół
      niepublicznych, którzy zaplanowali zakończenie studiów w tym roku akademickim,
      powinni poczekać przynajmniej do 30 września. W przeciwnym razie mogą stracić
      należną im pomoc materialną.


      • bum_cyk_cyk.hey czy tylko prawo? 24.08.04, 20:51
        Prawdziwym problemem jest nie tyle bylejakość prawa (np. sygnalizowane przez
        prof Turskiego zapisy by kontakty naukowe z zagranicą akceptowane musiały byc
        przez przełożonych), ale powszechne przyzwolenie na łamanie KAŻDEGO prawa. W
        uczelniach skandale pojawiają sie częsciej niż AIDS w afryce i nic sie nie
        dzieje. Tak mi sie przynajmniej wydaje. Ale moze ja sie myle i ktoś wyprowadzi
        mnie z błędu pokazując jak po każdym (ujawnionym, bo o tych utajnionych i tak
        nie ma co gadać) przekrecie czy naruszeniu różnych kodeksów etycznych winny
        ponosi kare i np. staje przed komisja dyscyplinarną. Ja strasznie lubię się
        mylić!! Pokazcie mi, proszę, że sie pomyliłem .
        • Gość: jw Re: czy tylko prawo? IP: *.autocom.pl 24.08.04, 21:24
          Zgodnie z moja znajomością rzeczy winny ujawnienia przekrętow w uczelni z reguły
          staje przed komisją dyscyplinarna i zostaje usunięty z uczelni oczywiście z
          powodow etycznych. np. w Akademickim Kodeksie Wartości UJ najwazniejsza
          wartością jest lojalnośc pracownika akademicka. Jesli pracownik ujawnia
          przekręty rektora w sposób oczywisty narusza ten ( albo inny) kodeks etyczny i
          traci prace gdyż postępuje nieetycznie. Tak się działo i przed AKW i to jest
          aprobowane przez tworcow AKW.
          Kodeksy etyczne maja znaczenie praktyczne i sluża trzymającym wladze do jej
          jak najdluzszego utrzymania.
    • Gość: jw dyskusja w Polityce IP: *.autocom.pl 25.08.04, 13:44
      Ostatnia Polityka opublikowala listy w sprawie artykułu - Cezary Wójcik i Józef
      Wieczorek . „Prof. dr hab. dożywotni” (nr 30) .
      Pełne wersje znajduja się w internecie, gdzie mozna nad nimi dyskutować !
      Artykuł został opublikowany w w okresie kanikuły stąd może nie wszyscy mogli z
      nim polemizować. Obecnie jest taka mozliwość, zarowno pod samym artykulem w
      archiwum Polityki polityka.onet.pl/162,1176405,1,0,2462-2004-
      30,artykul.html
      jak i pod poszczególnymi listami obecnie
      opublikowanymi.polityka.onet.pl/162,1181578,1,0,2467-2004-
      35,artykul.html Gorąco do tego zapraszamy i prosimy o jak najszersze
      poinformowanie innych
      • Gość: LK Re: dyskusja w Polityce IP: *.lib.unimelb.edu.au 27.08.04, 08:54
        Poniewaz nie ma czasu na zakladanie kont na "onecie", wiec publikuje ma
        odpwoiedz tutaj.
        Co mnie zdenerwowalo w dyskusji na ramach forum "polityki" to to, ze jakis tam
        stetryczaly prof (re)habilitowany napisal, iz profesor bez habilitacji to
        nieprawdziwy, albo gorszy profesor. A ja jestem wlasnie takim profesorem (AE w
        Krakowie) BEZ habilitacji (mam tylko MA i PhD uzyskane za granica - w Australii
        na tamtejszych czolowych uniwersytetach: Melbourne i Monash). Poczulem sie wiec
        dotkniety takimi uwagami. Ow profesor poczynil tzw. fallacy of composition,
        czyli osadzil WSZYSTKICH profesorow nie-habilitowanych na podstawie kilku
        znanych mu przypadkow. Uwazam, ze osoba popelniajac tak elementarny blad
        (wskazuje go studentom I roku) nie powinna sie w ogole zajmowac nauka.
        A co do habilitacji, to sluza one wylacznie do utrzymania kontroli nad kasa
        przez grupe stetryczalych profesorow, ktorzy uzyskali habilitacje albo w
        krajach b. ZSRR, albo na podstwie rozpraw typu "O wyzszosci rachunkowosci
        socjalistycznej nad burzuazyjna" (jeden z moch b. szefow na SGPiS, teraz SGH).
        Pozdr.
        LK, prof. dr. niehabilitowany
        • bum_cyk_cyk.hey Re: dyskusja w Polityce 27.08.04, 13:24
          Gość portalu: LK napisał(a):

          > Poniewaz nie ma czasu na zakladanie kont na "onecie", wiec publikuje ma
          > odpwoiedz tutaj.
          > Co mnie zdenerwowalo w dyskusji na ramach forum "polityki" to to, ze jakis
          tam
          >
          > stetryczaly prof (re)habilitowany napisal, iz profesor bez habilitacji to
          > nieprawdziwy, albo gorszy profesor. A ja jestem wlasnie takim profesorem (AE
          w
          > Krakowie) BEZ habilitacji (mam tylko MA i PhD uzyskane za granica - w
          Australii
          >
          > na tamtejszych czolowych uniwersytetach: Melbourne i Monash). Poczulem sie
          wiec
          >
          > dotkniety takimi uwagami. Ow profesor poczynil tzw. fallacy of composition,
          > czyli osadzil WSZYSTKICH profesorow nie-habilitowanych na podstawie kilku
          > znanych mu przypadkow. Uwazam, ze osoba popelniajac tak elementarny blad
          > (wskazuje go studentom I roku) nie powinna sie w ogole zajmowac nauka.
          > A co do habilitacji, to sluza one wylacznie do utrzymania kontroli nad kasa
          > przez grupe stetryczalych profesorow, ktorzy uzyskali habilitacje albo w
          > krajach b. ZSRR, albo na podstwie rozpraw typu "O wyzszosci rachunkowosci
          > socjalistycznej nad burzuazyjna" (jeden z moch b. szefow na SGPiS, teraz SGH).
          > Pozdr.
          > LK, prof. dr. niehabilitowany

          Warto przeczytac ponizszy tekst. To oczywiście nie jest zadna tytułomania ani
          megalomania ale obiektywna wypowiedż. Wiem, ze poszukiwane sa
          przedhabilitacyjne dziełła panaprofesoradoktorahabilitowanego Andrzeja Szplita.
          Jak dotad bez rezultatu. Samej habilitacji tez zobaczyc sie nie da. Byc moze
          gdyby prof. LK podobnie zadołował swoje prace i doktorat, to tez miałby szanse
          dołączyć do eksluzywnego grona podobnych profesorów i nikt by Mu niczego nie
          wytykał? Warto pomysleć.



          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=33&w=12624498&a=12624498
          Wybitna skromność profesora!
          Autor: bango6
          Data: 13.05.2004 17:06 + dodaj do ulubionych wątków

          + odpowiedz na list

          --------------------------------------------------------------------------------
          W ramach relaksu proponuję Wam ciekawą lekturę:
          Pochodzi z książki "Leksykon przedsiębiorczości" pod redakcją profesora
          Andrzeja Szplita. Pozycja nie jest z lat zamierzchłego PRL-u, lecz sprzed
          kilku lat

          cytuję fragment:
          Szplit Andrzej odgrywa poważną rolę wśród grona współczesnych ekonomistów i
          działaczy zajmujących się problematyką organizacji i zarządzania.
          Urodził się 3 listopada 1942 r. W Kielcach w rodzinie inteligenckiej. Tutaj
          wychowywał się i ukończył szkołę średnią.
          W 1960 roku rozpoczął studia w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu.
          Jego nauczycielem był Józef Kaleta, jeden ze zwolenników transformacji
          systemowej w Polsce, który wpajał mu nie tylko gruntowną wiedzę z ekonomii
          klasycznej, (J.A.Schumpetera, J. Burnhama, D. Bella i J.K. Galbraitha), ale i
          zasady funkcjonowania gospodarki wolnorynkowej.
          Wpływ Józefa Kalety na Andrzeja Szplita był bardzo znaczący, gdyż nie tylko –
          napisał pod jego kierunkiem pracę doktorską, ale i w pierwszym okresie swojej
          działalności naukowej przejął od swego mistrza poglądy na metodę badań i
          istotę zjawisk społeczno-gospodarczych.
          Uważa się za ucznia J. Kalety i jest zwolennikiem gospodarki rynkowej, szuka
          jednak dróg własnych.
          W 1967 r. Andrzej Szplit wrócił do Kielc. Przez 4 lata pracował jako
          nauczyciel ekonomii w szkole średniej, następnie awansował na stanowisko
          dyrektora przedsiębiorstwa produkcyjno-handlowego.
          W latach 1975-1980 pracował w służbach inwestycyjnych, pełniąc funkcję
          zastępcy dyrektora ds. ekonomicznych kieleckiego INWESTPROJEKTU. Pilnie
          obserwował życie gospodarcze i społeczne, dużo czytał, zapoznając się z
          dorobkiem światowej myśli ekonomicznej, filozoficznej i społecznej.
          Praca na stanowiskach kierowniczych w handlu i budownictwie stała się bodźcem
          do ukończenia Studium Podyplomowego z zakresu organizacji i zarządzania na
          Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.
          W 1980 r. Rozpoczął pracę w Politechnice Świętokrzyskiej, początkowo jako
          adiunkt w Instytucie Technologii i Organizacji Budownictwa, a następnie –
          zastępca dyrektora ds. dydaktycznych w instytucie Nauk Społecznych.
          W 1984 r. Odbył 5 miesięczny staż naukowy w Uniwersytecie w Lipsku, gdzie
          napisał „Studium o finansach w budownictwie”. Praca ta zrodziła się pod
          wpływem niedoskonałości zarządzania mieszkalnictwem w systemie nakazowo-
          rozdzielczym i była wstępem do przygotowywanej ogólnej teorii efektywności i
          rozwoju tego działu gospodarki.
          Dzięki znajomości języków obcych i dużemu dorobkowi naukowemu otrzymał
          stypendium habilitacyjne w Hochschule fuer Oekonomie w Berlinie, gdzie
          powstała obszerna praca habilitacyjna pod charakterystycznym dla tego okresu
          tytułem: „Porównywalne badania efektywności inwestycji mieszkalnictwa w
          krajach europejskich”. Był pierwszym Polakiem, który na tej berlińskiej
          uczelni zdobył tytuł doktora habilitowanego nauk ekonomicznych.
          Andrzej Szplit w pracy habilitacyjnej wykazał nie tylko ogrom erudycji i
          zdolności pisarskich, ale również dowiódł, że jest ekonomistą samodzielnym i
          zwolennikiem efektywnej gospodarki rynkowej. Przeciwstawiając się przeżytkom
          centralnego zarządzania i planowania opowiedział się za rozwojem własności
          prywatnej w budownictwie, zarówno w mieście jak i na wsi.
          W czasie pobytu na stażu i stypendium habilitacyjnym w Niemczech wykładał na
          Uniwersytecie w Lipsku, w Hochschule fuer Oekonomie w Berlinie i Hochschule
          fuer Technik und Wirtschaft w Mittweidzie.
          Po powrocie z Berlina w 1990 r. Był organizatorem dwóch zakładów w
          Politechnice Świętokrzyskiej: na Wydziale Budownictwa Lądowego –
          Samodzielnego Zakładu Ekonomiki i Marketingu w Budownictwie oraz
          Ogólnouczelnianego – Samodzielnego Zakładu Ekonomii, Zarządzania i
          Marketingu. W tym samym roku otrzymał nominacje na stanowisko profesora
          nadzwyczajnego i wychodząc naprzeciw potrzebom kształcenia ustawicznego
          utworzył w uczelni Szkołę Przedsiębiorczości i Biznesu. Doprowadził także do
          pomyślnego stanu kształcenie podyplomowe
          Jest jednym z inicjatorów opracowania założeń dydaktycznych i organizacyjno-
          finansowych kierunku studiów Zarządzanie i Marketing. Ostatnio spełnia
          statutowe obowiązki wynikające z zajmowanych stanowisk, m.in.: kierownika
          Samodzielnego Zakładu Ekonomii, Zarządzania i Marketingu; prodziekana
          Wydziału Mechanicznego, dyrektora Szkoły Przedsiębiorczości i Biznesu.
          Współpracuje z uczelniami krajowymi i zagranicznymi. Jest autorem wielu
          publikacji w opracowaniach krajowych i zagranicznych. Pełni funkcję
          przewodniczącego Zarządu Oddziału Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w
          Kielcach i jest członkiem Regionalnej Rady Naukowo – Gospodarczej przy
          Wojewodzie Kieleckim.
          Żonaty, ma dwoje dzieci, syn jest magistrem ekonomii, ukończył krakowską
          Akademię Ekonomiczną, córka kończy medycynę w Akademii Medycznej w Warszawie.
          Jest optymistą i ma duże poczucie humoru. Dla przedsiębiorczych rodaków w
          warunkach gospodarki rynkowej upatruje ogromne możliwości rozwoju.



          • Gość: KK Re: dyskusja w Polityce IP: 203.221.209.* 28.08.04, 09:59
            Poczytaj dokladnie: jaki ma sens robienie habiliatcji przez kogos, kto ma PhD,
            a wiec najwyzszy stopien naukowy nadawany a krajach anglosaskich (np. w USA i w
            W. Brytanii)?
        • Gość: jw Re: dyskusja w Polityce IP: *.autocom.pl 27.08.04, 13:25
          Czy są gdzieś badania nad poziomem prof hab i nie hab ?
          Niedawno mowiono w Sejmie orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf -


          Członek Forum Elektorów do Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego z grona doktorów
          Bogdan Dzierżawski : Chciałbym zwrócić uwagę na kilka kwestii, które są dla
          mnie niezrozumiałe szczególnie w projekcie prezydenckim. Jest tam piękne
          odniesienie do autonomii uczelni we wszystkich zakresach, po czym wprowadza się
          w ustawie 200 delegacji dla ministra, w których minister: zgadza się, określa,
          upoważnia, ustala, podejmuje. Uważam, że prowadzi to do sytuacji nieco
          kabaretowej. Jest to ustawa o autonomii ministra w szkolnictwie wyższym,
          ponieważ większość decydujących ustaleń podejmuje minister przy wstępnej
          deklaracji autonomii uczelni. Sprawa modelu kariery naukowej wydaje się
          istotna, ale jest tu bardzo wiele dodatkowych i powierzchownych odniesień czy
          określeń tego problemu. Chciałbym przypomnieć, że jednak w całej tradycji
          szkolnictwa wyższego - i tak jest na całym świecie tam, gdzie nauka się liczy -
          są trzy stopnie naukowe: bakałarz, magister i doktor. Instytucje wyższych
          stopni zostały wprowadzone w Polsce w roku 1951 przez ówczesny Sejm
          Rzeczypospolitej, bo wtedy nie było jeszcze PRL. Wtedy wprowadzono drugi
          stopień naukowy pod nazwą niższy kandydat nauk. Nie była to lokalna inicjatywa,
          ale od Łaby do Władywostoku we wszystkich państwach przyjęto dwustopniowy
          system doktoratu, doktora samodzielnego i niesamodzielnego. Do roku 1956 był to
          kandydat nauk jako niższy stopień i doktor jako wyższy stopień. Po 1956 roku w
          związku ze zmianą sytuacji politycznej i wprowadzeniem nazewnictwa narodowego w
          formie, a socjalistycznego w treści, zlikwidowano tytuł kandydata nauk i
          wprowadzono tytuł doktora jako niższy stopień i doktora habilitowanego jako
          wyższy stopień naukowy, odwołując się do procedury habilitacji przedwojennej,
          która znaczyła kompletnie co innego, to znaczy dopuszczanie w drodze wyjątku
          osób spoza uniwersytetu do jednorazowego wygłoszenia wykładu lub cyklu wykładów
          z możliwością prolongaty. I tak to regulowała ustawa z okresu międzywojennego.
          Nigdy nie był to stopień naukowy. Druga sprawa wiążąca się z tym to
          stwierdzenie, na ile te stopnie mają wpływ na realne efekty działania. Mniej
          więcej od 50 lat funkcjonują trzy systemy: anglosaski, który był kiedyś
          powszechny w Europie, ale zachował się już tylko w krajach anglosaskich,
          kontynentalny czyli europejski i wschodnioeuropejski. Jeżeli będziemy wyliczać
          nagrody Nobla z dziedziny nauki przyznane w okresie ostatnich 50 lat, to jest
          ich 250 z kręgu państw anglosaskich dla osób bez tytułów i bez habilitacji,
          jest 50 z kręgu krajów kontynentalnych, gdzie szkoły zostały upaństwowione i
          profesorowie są członkami służby państwowej nominowanymi przez władze
          publiczne. Oznacza to, że porównawczo przy podobnych potencjałach nauki,
          ludności i gospodarki efektywność nauki spada tam więc pięciokrotnie. Jest
          jeszcze zaścianek wschodnioeuropejski, gdzie w tym czasie uzyskano 10 nagród
          Nobla, czyli jest to współczynnik wyrażający zmniejszenie efektywności
          pięciokrotnie. Warto zaznaczyć, że wszystkie te 10 nagród Nobla jest związanych
          wyłącznie z budową bomby atomowej. Jeżeli proponujemy to, do czego omawiane
          ustawy przywiązują dużą wagę, okaże się, że w liczbie tytułów i habilitacji
          bijemy Amerykanów na głowę. Jest natomiast zupełnie odwrotna relacja niż
          relacja osiągnięć uczonych anglosaskich do osiągnięć naszych uczonych.

          Jest to zjawisko bardzo niebezpieczne wymagające bardzo poważnego zastanowienia
          się, co zrobić i jakie mechanizmy zastosować, aby to zmienić. Zwracamy uwagę,
          że mechanizm, jaki funkcjonuje w naszym systemie, prowadzi do tego, że w
          najbardziej czcigodnym Uniwersytecie Jagiellońskim i w Krakowie szwęda się
          kilku laureatów nagrody Nobla, którzy niestety nie mają habilitacji i nie mogą
          być profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, natomiast mogą być tak jak
          Czesław Miłosz przez 40 lat profesorami jednego z najlepszych uniwersytetów
          świata. On nie mógł być u nas profesorem, natomiast mógł być profesorem ktoś,
          kto ma stopień naukowy ale niczym się nie wyróżnia. I tacy profesorowie są
          podstawą prywatnych szkół wyższych np. zarządzania i ekonomii, którzy uzyskali
          doktorat w Kijowie z prac na temat wyższości gospodarki socjalistycznej nad
          gospodarką kapitalistyczną, a habilitację robili w Lipsku z nieuchronnego
          upadku kapitalizmu. Te doktoraty i habilitacje są nadal ważne i są podstawą
          funkcjonowania takich uczonych i nikt nie ma do nich pretensji. Jest to hańba
          naszej nauki. I jeszcze jedna sprawa dotycząca odpowiedzialności. Uważam, że w
          projekcie prezydenckim jest mnożenie bytów instytucjonalnych, ministrów, Rady
          Głównej Szkolnictwa Wyższego, Państwowej Komisji Akredytacyjnej, Konferencji
          Rektorów. To niezwykle rozmywa odpowiedzialność i pozwala na złe funkcjonowanie
          uczelni


    • Gość: adiunkt Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.chello.pl 27.08.04, 12:15
      Jestem adiunktem na jednej z państwowych uczelni.
      O przyznaniu habilitacji w większości przypadków decydują nie kompetencje,
      ale "wypracowany układ".Ponieważ wiem, że chce się zajmować nauką, a
      nie "wypracowywaniem układów", poprostu mam zamiar wyjechać. Z przerażeniem
      patrzę, jak "dożywotnie belwedery" czytają z notatek o wartości najwyżej
      historycznej - co prawda historia danej dziedziny też jest ważna, ale nie
      najważniejsza.
      To nie jest również normalne, by aby utrzymać siebie i rodzinę na jakimś
      poziomie, było konieczne łączenie pracy na co najmniej dwóch etatach - tym
      bardziej, że praca na uczelni prywatnej jest pracą dydaktyczną, a nie naukową.
      Wszelkie dyskusje nad ustawą taką, czy owaką są tylko dyskusjami. Lobby
      chroniące istniejący stan rzeczy jest poprostu zbyt silne (ministowie bardzo
      często i gęsto to przecież profesorzy- musza dbać o swój interes, gdy przestaną
      już być ministrami: profesorem się jest dożywotnio, a ministrem bywa).

      pozdrawiam wszystkich młodych adiuntków :-)
    • Gość: czytelnik projekt ustawy o finansowaniu nauki IP: *.autocom.pl 27.08.04, 18:28
      Sprawozdanie Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży oraz Komisji Finansów
      Publicznych o rządowym projekcie ustawy o finansowaniu nauki (druki nr 2794 i
      3124) - 5-minutowe oświadczenia klubów i kół
      - sprawozdawca poseł Krystyna Łybacka.


      ks.sejm.gov.pl:8009/search97cgi/vtopic

      • Gość: czytelnik Re: projekt ustawy o finansowaniu nauki IP: *.autocom.pl 28.08.04, 15:35
        PAP o ustawie:
        Przede wszystkim zwiększyć środki na naukę


        Ustawa o zasadach finansowania nauki jest niezbędna. Niewiele jednak zmieni,
        jeśli rząd nie zwiększy środków budżetowych na naukę, a sama ustawa nie
        zagwarantuje minimum dotacji z budżetu na ten cel - mówili 25 sierpnia w Sejmie
        posłowie.

        Posłowie dyskutowali nad sprawozdaniem z prac sejmowych komisji: edukacji oraz
        finansów publicznych nad rządowym projektem ustawy o finansowaniu nauki.

        NAUKA W NOWYCH WARUNKACH

        Projekt dostosowuje sposób finansowania nauki do nowych warunków związanych
        m.in. z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej.

        Przewidziane w nim zmiany mają ułatwić wykorzystanie środków na badania i
        rozwój pochodzących z unijnych funduszy strukturalnych i funduszy spójności,
        inwestycji offsetowych i programów badawczych UE.

        Odpowiedzialność za decyzje o rozdzielaniu budżetowych środków na naukę projekt
        przekazuje Ministrowi Nauki i Informatyzacji.

        Obecnie decydują o tym zespoły Komitetu Badań Naukowych. Ich uchwały minister
        może jedynie wetować.

        Ustawa ma tworzyć warunki dla koncentracji środków na badaniach ważnych dla
        gospodarki.

        W tym celu minister ustali krajowe programy ramowe określające priorytetowe
        kierunki badań.

        O ZASADACH FINANSOWANIA

        Posłowie z komisji pracujących nad projektem zaproponowali kilka zmian.

        Zasadnicza dotyczy modyfikacji tytułu ustawy z "o finansowaniu nauki" na "o
        zasadach finansowania nauki".

        "Druga zmiana uwzględnia apele środowisk artystycznych i twórczych, aby także
        ich środowiska mogły korzystać z ustawy" - mówi poseł-sprawozdawca Krystyna
        Łybacka (SLD).

        Kolejna zmiana jest korzystna dla młodych pracowników nauki. Zaproponowano, by
        do finansowania projektów badawczych można było zgłaszać także projekty prac
        habilitacyjnych.

        Przedstawiciele większości klubów parlamentarnych uznali, że projekt ustawy
        jest bardzo potrzebny.

        CO Z GWARANCJĄ ŚRODKÓW Z BUDŻETU

        Sugerowano jednak, że brak w nim zapisu gwarantującego minimalny procent
        środków budżetowych na naukę.

        "Lata 90. doprowadziły do tego, że nauka polska utraciła około 50 proc. środków
        i do dziś nie może ich odzyskać" - przypomina Edward Wojtalik (SdPl).

        Apeluje, by parlamentarzyści zrobili wszystko, aby nakłady na naukę wzrosły
        choćby o jeden proc. PKB.

        "Zmieniono tytuł z +Ustawy o finansowaniu nauki+ na +Ustawę o zasadach
        finansowania nauki+, bo tego finansowania po prostu nie będzie. Minister będzie
        miał rozsądne zasady rozdziału środków na naukę, ale nie będzie miał środków" -
        obawia się Kazimierz Marcinkiewicz (PiS).

        OKREŚLIĆ MINIMALNE ŚRODKI

        Z wnioskiem o wpisanie w projekt ustawy "minimalnych nakładów na naukę"
        wystąpił Kazimierz Wójcik (Samoobrona), a Zbigniew Jacyna-Onyszkiewicz (LPR)
        zaproponował, by w ustawie znalazł się zapis zapobiegający obniżaniu tych
        nakładów.

        Posłowie zauważyli, że projekt nie gwarantuje podmiotom gospodarczym, które
        wspomagają rozwój nauki ulg podatkowych.

        "Brak jest mechanizmów zwiększania środków z gospodarki na naukę" - podkreśla
        Marcinkiewicz.

        Projekt ustawy został ponownie skierowany do prac w komisjach.

    • Gość: czytelnik opór starych struktur IP: *.autocom.pl 28.08.04, 20:25
      www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=484
      Prof. Aleksander Wolszczan, Katedra Radioastronomii UMK:
      - Młodzi polscy naukowcy nie powinni mieć absolutnie najmniejszych kompleksów -
      Polacy są całą pewnością przygotowani, żeby podejmować karierę zagranicą. Może
      nawet ,przynajmniej na jakiś okres, będzie lepiej, jeśli oni tam zostaną,
      wszakże pod warunkiem, że nie zerwą kontaktu z krajowymi placówkami naukowymi.
      Nie należy wykluczać, iż polska nauka będzie w stanie wykorzystać ich lepiej,
      gdy są tam, aniżeli gdyby byli tutaj. Oczywiście mam nadzieję, że ewolucja
      pójdzie w kierunku powrotów, choć - gdy się człowiek zakorzeni - wracać
      niełatwo. Byłaby to naprawdę rozpacz, gdyby stało się odwrotnie. Jeśli chodzi o
      powolne tempo kariery młodych polskich naukowców w kraju, to wydaje mi się, że
      ciągle jeszcze brak jest warunków, które by ten szybki awans powodowały. I to w
      bardzo szerokim sensie, bo oczywiście najłatwiej jest powiedzieć: - Trzeba nam
      więcej pieniędzy i wszystko będzie dobrze. - Każdy przecież wie, że to nie jest
      tak. To nie tylko brak funduszy. Potrzebne są dalsze, głębokie zmiany
      strukturalne w organizacji polskiej nauki i uczelni, ażeby do tego doszło.
      Chciałbym też powiedzieć, ryzykując może trochę własną głowę, że opór starych
      struktur wobec zmian jest kolosalny. To nie pozostaje bez znaczenia. Sam się o
      tym przekonałem i sam tę głowę o ów opór rozbiłem. Jest to na pewno sytuacja
      trudna.

    • Gość: czytelnik Któż śmiał być tym drugim - konkursy na etaty IP: *.autocom.pl 28.08.04, 20:30
      www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=484
      Prof. Tadeusz Gadacz, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, laureat subwencji
      profesorskiej FnRNP:
      - Z obserwacji własnych wiem, że młodzi wracają. W Szkole Nauk Społecznych PAN
      otwieramy w br. kierunek filozofii. Ostatnio z prośbą o zatrudnienie zwróciły
      się osoby, które zrobiły doktoraty na Sorbonie, w Berlinie, w USA, w Canaberze,
      mają publikacje zagraniczne, nawet dorobek dydaktyczny na zagranicznych
      uniwersytetach. Niestety, z przykrością stwierdzam, że nie mają szans na
      zatrudnienie w polskim środowisku naukowym, także ze względu na mechanizmy
      negatywne, o których była mowa. Przytoczę anegdotę, dotyczącą pewnie nie
      wszystkich instytucji i instytutów, ale zapewne sporej ich liczby. Otóż, w
      radzie naukowej instytutu w państwowym uniwersytecie ogłoszono wyniki konkursu
      na adiunkta katedry logiki. Godzina była późna i większość członków rady
      instytutu zmogło zmęczenie, część być może lekko przysypiała. Aż nagle
      wszystkich zelektryzowała wiadomość, że oto na konkurs wpłynęły dwa podania.
      Wszyscy, jak jeden mąż, zapytali ze zdumieniem: "Któż śmiał być tym drugim?!".
      Dopóki tego typu anegdoty będą faktami, nie zaistnieją jasne reguły
      rozstrzygania konkursów (są różne w różnych krajach), dopóty przed młodymi
      ludźmi nie będzie absolutnie możliwości robienia kariery w Polsce. Szczególnie
      przed tymi, którzy zrobią doktoraty za granicą i zechcą wrócić do kraju. Wtedy
      jedyną ich wadą będzie to, że - o paradoksie! - nie są stąd. Pomimo że
      niejednokrotnie mogliby swoim dorobkiem przewyższyć swoich starszych kolegów
    • Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 31.08.04, 14:33
      serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52282,2245702.html

      Niepełnosprawni studenci bez stypendiów


      Magdalena Kula 24-08-2004, ostatnia aktualizacja 23-08-2004 20:23

      Większość niepełnosprawnych studentów nie dostanie w tym roku żadnej pomocy od
      uczelni.

      To efekt krzywdzących zapisów w znowelizowanej ustawie o szkolnictwie wyższym
    • Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 31.08.04, 14:35

      serwisy.gazeta.pl/edukacja/1,52282,2258668.html

      Nie wszyscy studenci dostaną stypendium socjalne
      Katarzyna Kolska 30-08-2004, ostatnia aktualizacja 30-08-2004 17:51

      Nie warto było wcześniej kończyć studiów i otrzymywać wysokich ocen - żali się
      były student, któremu przejdzie koło nosa przynajmniej kilkaset złotych.

      Sprawa dotyczy byłych studentów studiów zaocznych i wieczorowych w uczelniach
      państwowych oraz wszystkich studentów, którzy jeszcze w tym roku kształcili się
      w uczelniach niepaństwowych. Zgodnie ze znowelizowaną w maju tego roku ustawą o
      szkolnictwie wyższym wszystkie te osoby mają prawo do stypendium socjalnego (z
      wyrównaniem od stycznia 2004 r.), jeśli dochód na jednego członka w rodzinie
      nie przekracza 569 zł netto. To nowość, bo do tej pory stypendium socjalne
      dostawali jedynie studenci studiów dziennych w uczelniach państwowych.

    • Gość: jw RANKING UNIWERSYTETÓW a ustawa IP: *.autocom.pl 02.09.04, 19:57
      ed.sjtu.edu.cn/rank/2004/top500list.htm
      Top 500 World Universities

      Prace nad ustawą zdaje się mają utrwalić pozycję naszych uniwersytetów ( UW,UJ -
      4 setka). Rektorzy nie chcą rewolucji - modelu amerykańskiego
    • Gość: jw Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 04.09.04, 11:43
      Jak się uchwali projekt prezydencki ( lub jego nieco zmodyfikowany klon) to nic
      się nie zmieni. To co się dzieje w środowiku decydentow naukowych to jest
      schizofrenia. Dajcie nam więcej pieniędzy a będziemy potęga. Nic podobnego. Na
      nauke trzeba łozyc wielokrotnie więcej niż obecnie ale łożenie na nauke to nie
      to samo co się pod tym obecnie rozumie To co się księguje po stronie wydatkow
      na nauke nierzadko nie ma nic z nauka wspólnego a ma wiele wspólnego z
      niszczceniem nauki i uprawiających nauke. Uczeni inaczej tego nie chca zmienić
      bo im z tym dobrze.
    • Gość: jw Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 05.09.04, 13:35
      Dyrektorzy PAN piszą w: Apel dyrektorów instytutów Polskiej Akademii Nauk
      serwisy.gazeta.pl/nauka/1,34148,2266886.html
      : 'Nie widzimy żadnej wyraźniejszej tendencji do tworzenia w naszym państwie
      systemu nastawionego na wykorzystanie osiągnięć nauki, na wykorzystanie kadry
      naszych naukowców.'

      To chyba jest słuszna ocena prezydenckiego (rektorskiego, profesorskiego)
      projektu ustawy 'Prawo o szkolnictwie wyzszym' ktorego prof są autorami i
      domagaja sie poparcia przez rząd i zatwierdzenia przez parlament. Czy nie
      należałoby zmienic tendencji prof do nietworzenia w naszym państwie systemu
      nastawionego na wykorzystanie osiągnięć nauki, na wykorzystanie kadry naszych
      naukowców' ? Jeśli prof taka tendencję zmienią i opracuja projekt wiodący w
      kierunku tworzenia w naszym państwie systemu nastawionego na wykorzystanie
      osiągnięć nauki, na wykorzystanie kadry naszych naukowców to wowczas i apel
      będzie zasadny i poparcie środowiska akademickiego zapewnione.
      Póki co to jest schizofrenia
    • Gość: czytelnik PLAGI POLSKIE IP: *.autocom.pl 09.09.04, 18:48
      PLAGI POLSKIE

      Cholera w Sejmie ( tekst Łukasza Turskiego - tygodnikWprost 32
      www.wprost.pl/ar/?O=64288&C=57 ), dżuma w służbie zdrowia, trąd w
      pałacu sprawiedliwości oraz w pałacu nauki i edukacji - to tylko część z plag,
      które spadły na III RP. Co gorsza niektóre plagi utrwalane są ustawowo w
      ramach przeprowadzanych ‘reform’ m.in. w prezydenckim projekcie ‘Prawo o
      szkolnictwie wyższym’. Z ‘kwiatków’ w tym projekcie można by ułożyć spory
      pierwszomajowy bukiet dla przystrojenia tego PRL-owskiego skansenu jaki
      stanowi system nauki i edukacji w Polsce. Na cale szczęście Sejm jeszcze tego
      prawa nie uchwalił, a z dwóch ortogonalnych projektów ustawy komisja ma zrobić
      jeden. Nie wiadomo czy wyjdzie z tego projekt pentagonalny czy heksagonalny,
      ale jedno jest pewne, że nie wyjdzie z tego żaden projekt, który by uzdrowił
      polskie szkolnictwo wyższe. Niedobrze by było aby ta ustawa była ostatnim
      tchnieniem konającego sejmu czego jednak domagają się rektorzy grożąc czarną
      procesją.Ten sejm nie jest w stanie ‘zdemontować korby do zatrutej akademickiej
      studni’.

      Prof. Turski słusznie proponuje likwidację bubla konstytucyjnego w postaci
      artykułu o bezpłatnych studiach. Trzeba by jednak stworzyć fundusz stypendialny
      dla naprawdę chcących się kształcić studentów. Stypendia na ogół funduje
      przemysł lub filantropijni bogacze. W Polsce jednak przemysłu prawie już nie
      ma, a żadna ustawa nie zmusi naszych milionerów do zmiany orientacji
      filantropijnej.Fundusz mógłby powstać z odpisów podatkowych, a także ze
      środków obecnie księgowanych co prawda po stronie wydatków na naukę ale
      marnowanych w m.in. w jednostkach badawczo- rozwojowych nie wykazujących ani
      skłonności do badań ani rozwoju czy w wielu bezwartościowych jednostkach PAN-
      owskich. Do przeprowadzenia takich zmian potrzebny jest jednak sejm bardziej
      zatroskany o losy kraju, niż o swoje własne.

      Józef Wieczorek, Kraków, e-mail: jozef.wieczorek@interia.pl




    • Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 10.09.04, 21:21
      www.niniwa2.cad.pl/BI.HTM
      • khmara Polemika z prof. Samsonowiczem 10.09.04, 23:21
        Gość portalu: czytelnik napisał(a):

        > www.niniwa2.cad.pl/BI.HTM

        Świetny tekst i bardzo aktualny, niestety. Jedynie z głosem profesora
        Samsonowicza trudno się zgodzić.

        "- Czuję się odpowiedzialny za ustawę o szkolnictwie wyższym z 1990 roku -
        stwierdza profesor Samsonowicz - i widzę jej niedostatki. Ustawa była reakcją na
        restrykcyjną ustawę poprzednią, na brak samorządności, na brak demokracji
        ustrojowej. Głód samorządności zaspokoiła i teraz najwyższy czas poddać ją
        rewizji. W nauce demokracja się nie sprawdza, w nauce nie ma racji większość,
        tam rację mają lepsi. Według nowej ustawy wiele spraw jest w gestii rad
        wydziału, a są to ciała liczące i ponad sto osób, z istoty swej niezdolne do
        podejmowania właściwych decyzji."

        Prawda. Bardzo celna analiza.

        "Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że w nauce sprawdza się najlepiej system
        absolutyzmu oświeconego, wystarczyłoby ograniczenie, żeby władza nie była
        dziedziczna."

        Niestety, wniosek nie przystaje do sytuacji zastanej. Chętnych do sprawowania
        władzy absolutnej nie brakuje, ale tylko znikomy procent tych potencjalnych
        tyranów sprawowałoby władzę w sposób oświecony. Propozycja prof. Samsonowicza to
        przykład naiwnego konserwatyzmu, który to kierunek myślenia reprezentują
        skądinąd znakomici uczeni starszej generacji. Analiza Anny Bikont wykazuje
        dobitnie, że potencjalnym kandydatom na władców absolutnych nauki polskiej
        najczęściej tej właśnie iskry oświecenia brakuje najbardziej. Skutecznie zdusiła
        ją pogoń za mamoną na pięciu etatach. Przejawem naiwnego konserwatyzmu,
        reprezentowanego przez prof. Samsonowicza, jest błędne założenie, że osoba z
        tytułem profesora jest wzorem cnót wszelkich. Nie w czasach, kiedy tytuł
        przyznawany jest automatycznie, bez względu na jakość dorobku naukowego.
        Wystarczą właściwe koneksje i układy personalne.
    • Gość: czytelnik kolejny bubel legislacyjny IP: *.autocom.pl 13.09.04, 12:22

      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040913/prawo/prawo_a_2.html

      13.09.04 Nr 215

      Świadczenia społeczne
      Niepełnosprawni studenci bez stypendiów

      Rzecznik praw obywatelskich postuluje przywrócenie stypendiów specjalnych dla
      studentów niepełnosprawnych, które zniknęły po nowelizacji ustawy o
      szkolnictwie wyższym. Interweniuje w tej sprawie u ministra edukacji narodowej
      i sportu.


    • Gość: czytelnik finansowanie nauki IP: *.autocom.pl 14.09.04, 19:03

      orka.sejm.gov.pl/opinie.nsf/nazwa/2794_u/$file/2794_u.pdf

      Tekst ustawy przekazany do Senatu zgodnie z art. 52 regulaminu Sejmu

      USTAWA z dnia 10 września 2004 r.

      o zasadach finansowania nauki

      orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/glosowania?OpenAgent&4&83&42


      WYNIKI GŁOSOWANIA Nr 42 - POSIEDZENIE 83


    • Gość: czytelnik Re: PRAWO O SZKOLNICTWIE WYŻSZYM - stanowisko IP: *.autocom.pl 15.09.04, 10:28
      dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/09.15/Nauka/01/01.html

      Dziennik akademicki 14-09-2004

      Dwie propozycje


      Rozmowa z prof. Franciszkiem ZiejkĄ, rektorem UJ


      - Panie Rektorze, rząd przekazał do Sejmu projekt ustawy o szkolnictwie
      wyższym. Czy to znaczy, że wreszcie są szanse na jej uchwalenie, a potem
      realizacje?

      - W moim głębokim przekonaniu - tak. Jeśli przetrwa ten Sejm, to jest szansa na
      to, aby ustawa o szkolnictwie wyższym była uchwalona w tej kadencji sejmowej. Z
      dotychczas docierających do mnie informacji wynika, że taka nadzieja jest
      bardzo realna. Oczywiście, wszystko na to wskazuje, że sejmowa Komisja
      Edukacji, Młodzieży i Sportu będzie pracować na dwóch dokumentach, ale ja wciąż
      mam nadzieję, że wiodącym dokumentem będzie projekt prezydencki.


      • khmara Rozmowa z F. Ziejką 15.09.04, 14:44
        > dzis.dziennik.krakow.pl/?2004/09.15/Nauka/01/01.html

        Dwie propozycje

        Rozmowa z prof. Franciszkiem ZiejkA, rektorem UJ

        FZ: ...zamiar zlikwidowania habilitacji. To jest podstawowy problem rozniacy te
        dwa projekty. Mysle, ze tutaj znajdzie sie jakis kompromis, bo za wczesnie jest
        likwidowac swego rodzaju sito w momencie, gdy rocznie przybywa nam okolo 5 tys.
        doktorow rocznie. Musi istniec sposob ich weryfikacji, zanim przejma opieke nad
        innymi pracownikami naukowymi.

        To Pan Rektor nie wie, że nie wszyscy z tych doktorów są zatrudniani na uczelni?
        Że to jest bardzo dobry moment na ustawienie tego sita właśnie tutaj? Że
        wystarczy jasno określić, jakie wymagania ma spełniać doktor, żeby go zatrudnić
        na uczelni? Że zamiast spełniać postulaty kolegów-profesorów dotyczące
        zatrudnienia, wystarczy zrobić rzeczywisty konkurs i przyjąć najlepszego
        kandydata? No, ale to by wymagało kontroli jakości doktoratów, a to oznaczałoby
        dodatkowe, całkiem wysokie wymagania wobec kolegów-profesorów. I żadnych
        krewnych nie można by w ten sposób zatrudnić.

        FZ: Trzeba tez pamietac o tym, iz habilitacja ma tradycje europejska,
        uksztaltowana zostala w pierwszej polowie XIX wieku i sprawdza sie. Twierdzenie
        o tym, ze habilitacja ogranicza rozwoj naukowy jest absolutnie nieprawdziwe, bo
        mlody czlowiek rozwija sie przygotowujac okreslona rozprawe.

        Młody człowiek? Ludzie naprawdę młodzi to nieznaczny procent wszystkich
        habilitantów. Chyba, że pan profesor wymyślił cudowny sposób na przedłużenie
        młodości. Pan profesor uważa chyba, że trzeba się uczyć dwadzieścia lat, żeby
        zostać habilitowanym naukowcem, a potem to już pewnie nie trzeba. A mnie się
        wydaje, że trzeba się uczyć całe życie, będąc naukowcem i niepotrzebna
        habilitacja, żeby to potwierdzić. Wystarczy regularna, okresowa ocena dorobku
        naukowego. Ale dla obecnej profesury to znowu może być uciążliwe, przecież ich
        już nikt dawno nie oceniał jako naukowców.

        FZ: Nastepna sprawa nas rozniaca jest stosunek do procesu bolonskiego. Projekt
        prezydencki konsumuje wszelkie zalozenia procesu bolonskiego, wynikajace z
        dokumentow przyjetych przez ministerstwa edukacji 40 panstw, podczas gdy projekt
        poselski wlasciwie tylko margines tych spraw zalatwia.

        Konsumuje całkiem bezkrytycznie. Np. po co komu licencjat z biologii, chemii czy
        fizyki? Przecież absolwent z takim papierkiem żadnej pracy nie znajdzie.

        FZ: Istotna sprawa jest takze kwestia zatrudnienia nauczycieli akademickich.
        Wedlug projektu poselskiego mianowani maja byc pracownicy na wszystkich
        stanowiskach nauczycieli akademickich, poczawszy od asystenta. Natomiast projekt
        prezydencki proponuje, aby z mianowania byl zatrudniany tylko profesor, a
        pozostale osoby zatrudniane na zasadzie kontraktow.

        Ściema. Projekt prezydencki pozwala również na zatrudnianie profesorów bez
        mianowania, a wiadomo, że niemianowany nie może pełnić żadnych funkcji, nie
        będzie też członkiem senatu czy rady wydziału. Tu chodzi tylko i wyłącznie o to,
        żeby chronić dostęp do władzy na uczelniach dla dotychczasowych elit i nie
        dopuścić do wykształcenia się nowych.

        FZ: Chodzi po prostu o inne pojecie rozumienia zawodu nauczyciela akademickiego.
        To nie jest zawod zwyczajny, to jest powolanie. Konkurencja jest wpisana w ten
        zawod. Osoby, ktore sie nie sprawdza, musza odejsc. Natomiast projekt poselski
        zaklada pelne mianowanie, a wiec w konsekwencji obnizenie poziomu rozwoju nauki
        w Polsce. Bo jak sie ma rozwijac nauka, jesli trudno bedzie zwolnic slabego
        pracownika. To zasadnicze linie rozniace.

        Tu nie chodzi o to, KTO SIĘ NIE SPRAWDZA, tylko o to, KTO SPRAWDZA. Warto
        przypomnieć opisywany kilka miesięcy temu przez GW przypadek zwolnienia z
        uczelni medycznej w Gdańsku adiunkta, którego dorobek naukowy był wart 250
        punktów wg zasad KBN. Oficjalnym powodem wystawienia przez przełożonego
        dwukrotnej oceny negatywnej, będącej podstawą zwolnienia, było to, że ten
        adiunkt śmiał publikować poza macierzystą jednostką wyniki badań prowadzonych
        razem z zagranicznymi współpracownikami. To też umożliwia projekt prezydencki -
        zwalnianie pracowników, którzy są za dobrzy dla macierzystych jednostek.

        FZ: ...likwidacja habilitacji oznacza, ze profesury beda zatwierdzane bez
        posrednictwa Centralnej Komisji do spraw Stopni Naukowych. Bylaby to likwidacja
        bariery, ktora sprawdza kompetencje kandydata do profesury. Kazda uczelnia
        moglaby wowczas mnozyc profesorow, ale czy kazdy profesor bylby madry...

        A teraz każdy jest mądry?

        FZ: Chodzi o stworzenie normalnego rynku edukacyjnego. Jesli nie stworzymy
        okreslonych zasad, pozbedziemy sie wszelkich rygorow, to wowczas byc moze
        komitety zakladowe okreslonego zwiazku zawodowego beda decydowaly o tym, komu
        dac profesure a komu nie.

        Zlikwidowanie habilitacji NIE OZNACZA pozbycia się wszelkich rygorów. Chodzi o
        to, żeby stworzyć sensowne rygory w miejsce likwidowanych, a nie uprawiać
        demagogię, powtarzając w kółko to samo każdemu, kto chce słuchać.
      • Gość: itakdalej Wolszczan głupi, Żylicz głupi -tylko Ziejka mądry! IP: *.chello.pl 16.09.04, 00:00
        > Zasadnicza różnica leży w tym, że projekt prezydencki zamierza uregulować
        > zasady szkolnictwa wyższego, nie zajmując się sprawą tytułów i stopni
        > naukowych, ponieważ pół roku temu Sejm znowelizował ustawę ich dotyczącą.
        > Natomiast projekt poselski jest projektem, który miesza te dwie sprawy -

        I bardzo źle, że sprawy nauki i szkolnictwa wyższego nie były potraktowane
        łącznie. Że nie powstało spójne prawo. A może taki był właśnie
        zamysł "supercwaniaków"? Wszak oni się uważają za mistrzów m.in. manipulacji.

        > za wcześnie jest likwidować swego rodzaju sito w momencie, gdy rocznie
        > przybywa nam około 5 tys. doktorów rocznie. Musi istnieć sposób ich
        > weryfikacji, zanim przejmą opiekę nad innymi pracownikami naukowymi.

        Nie ma lepszej weryfikacji niż publikacje w dobrych, recenzowanych
        czasopismach, czytanych przez naukowców całego świata. To co my proponujemy
        przy awansowaniu jest znacznie trudniejsze niż napisanie gniota zrecenzowanego
        przez zaprzyjaźnionego profesora i ocenionego na podstawie występu, głównie za
        walory pozamerytoryczne. Awansować będzie dużo trudniej - połowa obecnych hab.
        nie podołałaby tej próbie. Niech JM nie rżnie głupa.

        > Trzeba też pamiętać o tym, iż habilitacja ma tradycję europejską,
        > ukształtowana została w pierwszej połowie XIX wieku i sprawdza się

        Dla nas jest to raczej tradycja azjatycka. Przyszła do nas z kraju dzikiego i
        wrogiego. A ci którzy ją kiedyś w Europie wprowadzili, doszli do wniosku, że
        jest to jeden z powodów, że nauka europejska pozostaje w tyle i już wycofują
        się z niej tak szybko jak to jest możliwe.
        Poza tym liderem nauki europejskiej jest Wielka Brytania, gdzie habilitacji nie
        ma i nigdy nie było.

        > Twierdzenie o tym, że habilitacja ogranicza rozwój naukowy jest absolutnie
        > nieprawdziwe, bo młody człowiek rozwija się przygotowując określoną rozprawę.

        G. prawda. Jest to zawracanie głowy i strata czasu, w którym można by
        przeprowadzić wiele ciekawych badań i napisać kilka dobrych artykułów.
        Większość osób które piszą tego gniota mówi, że im zbiera na wymioty jak to
        robią.

        > Osoby, które się nie sprawdzą, muszą odejść.
        ...
        > likwidacja habilitacji oznacza, że profesury będą zatwierdzane bez
        > pośrednictwa Centralnej Komisji do spraw Stopni Naukowych. Byłaby to
        > likwidacja bariery, która sprawdza kompetencje kandydata do profesury.

        To jest bezczelność, gdy mówi coś takiego Rektor uczelni z której wywalono dra
        Wieczorka. Jak JM ocenia czy ktoś się sprawdził? Tym jak nisko się kłania i z
        jaką gorliwością przytakuje władzy?
        Rozumiem, że zdaniem JM Rektora UJ Pana Profesora dr hab. zw. tyt. Franciszka
        Ziejki Profesorowie doktorzy habilitowani: Łapiński, Owoc, Jarosz, Potępa,
        Dolata, Płachta i inni "bohaterowie" tego wątku sprawdzili się.
        To tylko pogratulować dobrego samopoczucia! Ale jednocześnie przerażenie
        człowieka ogarnia, jak pomyśli że najstarszą uczelnią w kraju kieruje osoba bez
        kontaktu z rzeczywistością.

        Ten system awansowania jest zły, a u nas doprowadził do selekcji negatywnej.
        Mądrzy profesorowie światowej sławy np. ci wymienieni w tytule postu (nie
        sądzę, żeby Ziejkę ktoś znał poza Polską, na pewno nie ma sławy ani pozycji
        tamtych) mówią to wyraźnie. Czy to tak trudno zrozumieć?

        > Chodzi o stworzenie normalnego rynku edukacyjnego.
        > Jeśli nie stworzymy określonych zasad, pozbędziemy się wszelkich rygorów,
        > to wówczas być może komitety zakładowe określonego związku zawodowego będą
        > decydowały o tym, komu dać profesurę a komu nie.

        To taka prymitywna, a przy tym kompletnie niecelna, uszczypliwość. Przecież my
        chcemy wprowadzić najbardziej konkurencyjny i rynkowy system amerykański.
        Rygory będą jasne, obiektywne i takie jak tam. W USA związki zawodowe nie mają
        żadnego znaczenia. A dzięki temu związkowi, którego Ziejka tak nie lubi, upadła
        komuna i mamy w Polsce wolność, należymy do NATO i UE.
        Możliwe, że prof. zw. tyt. dr hab. Franciszek Ziejka nie zauważył tych zmian...

        • Gość: itakdalej Errata IP: *.chello.pl 16.09.04, 00:23
          Gość portalu: itakdalej napisał(a):

          > Rozumiem, że zdaniem JM Rektora UJ Pana Profesora dr hab. zw. tyt. Franciszka
          > Ziejki Profesorowie doktorzy habilitowani: Łapiński, Owoc, Jarosz, Potępa,
          > Dolata, Płachta i inni "bohaterowie" tego wątku sprawdzili się.

          Przepraszam, chodziło mi oczywiście o wątek:

          LIST OTWARTY W SPRAWIE PATOLOGII W NAUCE !!!

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752
          • mn7 moje skromne zdanie 21.10.04, 10:44
            Jeśli chodzi o habilitację, to więcej argumentów przemawia za jej zniesieniem.
            Zastanawiam się jednak, czy we wszystkich dziedzinach. O ile w naukach ścisłych
            habilitacja może być z powodzeniem zastąpiona kompleksowa oceną dorobku
            naukowca, o tyle w naukach humanistycznych i społecznych (w tym ekonomicznych i
            prawnych) skutek mógłby być odwrotny do zamierzonego. Nagle w różnych
            prowincjonalnych półuczelniach ujrzelibyśmy profesorów, których dorobek
            ograniczałby się do słabiutkiego doktoratu w 100 egzeplarzach i dwóch wtórnych
            tekstów w Zeszytach Naukowych Szkoły Gotowania na Gazie. Prowincjonalne szkoły
            potrzebują kadry (choćby do "minimum kadrowego") i ujrzelibyśmy wiele
            takich "szybkich karier".
            Jeśli chodzi o powszechność mianowania, to jest to przesada. Mianowanie powinno
            dotyczyć profesorów, a i to "strategicznych" dla uczelni, o wielkim,
            niekwestionowanym dorobku. Jeśli chodzi o młodszą kadrę, to byłoby to
            utrwalanie obecnych patologii. Trzeba zresztą zauważyć, że już dziś art. 92
            ustawy daje możliwość omijania wymogu nominacji (niestety) - można wiele razy
            zatrudniac na umowę czasową osobę, która spełnia warunki do mianowania, a
            nawet - w skrajnym przypadku - wygrała konkurs na stanowisko adiunkta (tak było
            np. na uczelni właśnie przez F.Ziejkę kierowanej...), ale z jakichś powodów nie
            chce się jej trwale zatrudnić. Jest to oczywiście praktyka wysoce naganna (choć
            moraliście F.Ziejce jakoś nie przeszkadza). Chodzi mi o to, ze powinny istnieć
            jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, po
            których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno
            badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a ludzie
            naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sposób.
            • Gość: Szczepan Re: moje skromne zdanie IP: *.crowley.pl 21.10.04, 17:28
              Pozwalam sobie zwrócić się do "mn7" (autorki/autora postu: "moje skromne
              zdanie").
              Bardzo cenię spokojny ton wypowiedzi i dlatego - czując bratnią duszę -
              pozwalam sobie polecić mój tekst, który dotyczy tych samych lub pokrewnych
              tematów. Chodzi o tekst zamieszczony w "Głosie Uczelni" Akademii Rolniczej we
              Wrocławiu, numery 81 i 82 z roku 2000. Można je znalezć na stronach
              internetowych w/w uczelni.
              Dodam jeszcze, że w tamtym kraju, jest się profesorem danej uczelni i to ona
              sama dbając o swoją reputację pozwala nazywać się tak tylko tym, którzy na to -
              jej i tylko jej zdaniem - zasługują. A jeśli uczelnia "zejdzie na psy" to
              przecież jej programy nie dostaną akredytacji, absolwenci nie znajdą pracy itd.
              itp. Tamtejszy "belweder" nie ma nic do stopni i tytułów. To jest zapewne
              jakieś "asekuranctwo" z ich strony: no bo co wart jest Pan Prezydent,
              który "nadał" stopnie czy tytuły, jeśli "namaszczeni" są słabi itd.
              • mn7 Re: moje skromne zdanie 23.10.04, 16:30
                Zaraz tam zajrzę i chętnie odpowiem.
            • khmara Mianowanie - za i przeciw 24.10.04, 12:14
              mn7 napisała:

              > Jeśli chodzi o habilitację, to więcej argumentów przemawia za jej zniesieniem.
              > Zastanawiam się jednak, czy we wszystkich dziedzinach. O ile w naukach
              > ścisłych habilitacja może być z powodzeniem zastąpiona kompleksowa oceną
              > dorobku naukowca, o tyle w naukach humanistycznych i społecznych (w tym
              > ekonomicznych i
              > prawnych) skutek mógłby być odwrotny do zamierzonego. Nagle w różnych
              > prowincjonalnych półuczelniach ujrzelibyśmy profesorów, których dorobek
              > ograniczałby się do słabiutkiego doktoratu w 100 egzeplarzach i dwóch wtórnych
              > tekstów w Zeszytach Naukowych Szkoły Gotowania na Gazie.

              Przecież takie habilitacje też już mamy: słabiutki gniot w nakładzie 60 egz. w
              wydawnictwie ReklamaPress i parę artykułów przyczynkowych w Zeszytach Naukowych
              Wyższej Szkoły Obróbki Termicznej Żywności. Ocena dorobku jest częścią przewodu
              habilitacyjnego. Specjalne traktowanie nauk humanistycznych/społecznych nie jest
              w żaden sposób umotywowane, po prostu brak (w miarę) obiektywnych warunków oceny
              dorobku. Chodzi o to, żeby pisanie gniota nie było obowiązkowe, a jak ktoś czuje
              nieodpartą potrzebę pisania książki, to niech pisze, ale z własnej
              nieprzymuszonej woli.

              > Jeśli chodzi o powszechność mianowania, to jest to przesada. Mianowanie
              > powinno dotyczyć profesorów, a i to "strategicznych" dla uczelni, o wielkim,
              > niekwestionowanym dorobku. Jeśli chodzi o młodszą kadrę, to byłoby to
              > utrwalanie obecnych patologii.

              Mianowanie to temat zastępczy. Młodsza kadra jest mianowana na czas
              nieokreślony, ale z obowiązkiem zrobienia habilitacji w określonym terminie jako
              warunkiem przedłużenia zatrudnienia. Samo w sobie mianowanie nie jest źródłem
              żadnych patologii, natomiast daje namiastkę ochrony przed samowolą przełożonych.
              Patologia jest dopiero wtedy, kiedy adiunktem można być przez 20 lat, ale do
              tego niektóre uczelnie wręcz zachęcały jakiś czas temu i trudno winić o to tych
              "przeterminowanych" adiunktów.

              > Trzeba zresztą zauważyć, że już dziś art. 92
              > ustawy daje możliwość omijania wymogu nominacji (niestety) - można wiele razy
              > zatrudniac na umowę czasową osobę, która spełnia warunki do mianowania, a
              > nawet - w skrajnym przypadku - wygrała konkurs na stanowisko adiunkta (tak
              > było np. na uczelni właśnie przez F.Ziejkę kierowanej...), ale z jakichś
              > powodów nie chce się jej trwale zatrudnić.

              BEZPRAWIE.
              Art. 85 ust. 1. Stosunek pracy z nauczycielem akademickim nawiązuje się na
              podstawie mianowania, chyba że przepisy ustawy stanowią inaczej.
              Art. 92. Nawiązanie stosunku pracy z nauczycielem akademickim, który ma być
              zatrudniony w uczelni jako dodatkowym miejscu pracy, w niepełnym wymiarze czasu
              pracy albo też dla wykonania określonych zadań, następuje w drodze umowy o pracę.
              Zapis dotyczący wykonania określonych zadań jest niezbyt precyzyjny, ale nie
              daje podstaw do zatrudnienia osoby spełniającej wymagania na podstawie umowy o
              pracę ZAMIAST mianowania. Tzn. osoba zatrudniona w ten sposób nie może mieć
              obowiązków identycznych z osobą zatrudnioną na podstawie mianowania.

              > Chodzi mi o to, ze powinny istnieć
              > jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, po
              > których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno
              > badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a ludzie
              > naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sposób.

              No właśnie. Terminowe kontrakty i okresowa ocena dorobku dla wszystkich, nie
              tylko dla adiunktów. Zatrudnienie i awans tylko w drodze rzeczywistego konkursu
              z możliwością unieważnienia konkursu, jeżeli zgłosi się za mało kandydatów. Brak
              rzeczywistych konkursów to fundament feudalnych zależności i całkowitej
              uznaniowości w polityce kadrowej. Terminowe kontrakty - tak, ale pod warunkiem
              wprowadzenia rzeczywistych, a nie fikcyjnych konkursów. Obecnie, jeżeli jesteś
              adiunktem i szef ci nie odpowiada, to możesz zmienić zawód, bo zmiana miejsca
              pracy praktycznie nie wchodzi w rachubę.
              • Gość: ekostar Jasne reguły oraz ocena wszystkich pracowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.10.04, 14:43
                Chodzi mi o to, ze powinny istnieć
                > jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty, po
                > których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno
                > badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a ludzie
                > naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający
                sposób.

                No właśnie. Terminowe kontrakty i okresowa ocena dorobku dla wszystkich, nie
                tylko dla adiunktów.

                Sprawdź czy jesteś dobrym kierownikiem zakładu naukowego?

                1. Czy wszyscy Twoi pracownicy czytają publikacje naukowe w języku angielskim?

                Tak Nie

                2. Czy zatrudniasz przynajmniej jednego pracownika, który jest z Tobą
                spokrewniony, bądź jest dzieckiem Twoich znajomych, kwestora uczelni lub innych
                osób od których w jakiś sposób jesteś lub możesz być w przyszłości
                uzależniony, a jednocześnie możesz mieć do niego zaufanie?

                Tak Nie

                3. Czy urządzasz regularnie (zlecając zastępstwo prowadzenia zebrania komu
                innemu jeśli nie możesz w nim uczestniczyć), raz w tygodniu zebrania naukowe
                zakładu, na których kolejni pracownicy prezentują zarówno postęp swoich badań
                jak też przeglądu literatury zawiązanej z tematem zagadnienia?

                Tak Nie

                4. Czy rezerwujesz sobie odpowiednią ilość czasu w tygodniu, na indywidualne,
                nawet niezaplanowane rozmowy naukowe z Twoimi pracownikami?

                Tak Nie

                5. Czy o Twojej decyzji zatrudnienia młodego kandydata przesądzają jego stopnie
                w indeksie, wyniki konkursów oraz opinie ewentualnych pracodawców?

                Tak Nie


                6. Czy rezerwujesz sobie kilka godzin w miesiącu na spotkania czysto
                towarzyskie ze swoimi pracownikami?

                Tak Nie

                7. Czy chronisz starszych pracowników naukowych przed krytycznymi uwagami
                młodszych pracowników?

                Tak Nie

                8. Czy urządzasz regularnie (zlecając zastępstwo prowadzenia zebrania komu
                innemu jeśli nie możesz w nim uczestniczyć), raz w tygodniu zebrania klubowe,
                na których kolejni pracownicy prezentują według uznania ciekawą, nową lub
                starszą publikację naukową, która w jakiś sposób prezentuje problemy badawcze
                waszego zakładu i wspólnie przeprowadzacie krytyczną analizę tej publikacji?

                Tak Nie

                9. Czy sympatia oraz dostrzeżenie w kandydacie potencjału na pracownika nauki
                pozostają bez wpływu na Twoją decyzję zatrudnienia?

                Tak Nie

                10. Czy zapewniasz Twoim pracownikom nieograniczony dostęp do Internetu,
                telefonów oraz korzystania z biblioteki naukowej (nawet w sytuacji kiedy jest
                ona zlokalizowana w miejscach odległych od zakładu) w godzinach pracy?

                Tak Nie

                11. Czy jesteś jedyną osobą w zakładzie, która w ciągu ostatnich trzech lat
                wyjechała na zagraniczna konferencję naukową?

                Tak Nie

                12.Czy udostępniasz swoim pracownikom ogólne informacje dotyczące możliwości
                stypendialnych w formie broszur, ulotek, adresów internetowych?

                Tak Nie


                Odpowiedzi prawidłowe:
                1. tak 2. nie 3. tak 4. tak 5. nie
                6. tak

                7. nie 8. tak 9. nie 10. tak 11. nie 12. tak

                Opracowanie testu: dr n. Ewa Kostarczyk
                • mn7 recenzja 24.10.04, 15:46
                  Drugie pytanie jest sformułowane nieprawidłowo. natomiast w pierwszym chyba
                  Pani przeoczyła, że naprawdę nie w kazdej nauce język angielski jest lingua
                  franca, więc powinno być raczej "w językach obcych, w którzych odbywa się
                  miedzynarodowa wymiana myśli w danej nauce"
                  Poza tym OK.
                  • Gość: ekostar Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.04, 08:55
                    Sprawdź czy jesteś dobrym kierownikiem zakładu naukowego?

                    1. Czy wszyscy Twoi pracownicy czytają publikacje naukowe w języku angielskim?

                    Pani przeoczyła, że naprawdę nie w kazdej nauce język angielski jest lingua
                    > franca, więc powinno być raczej "w językach obcych, w którzych odbywa się
                    > miedzynarodowa wymiana myśli w danej nauce"

                    Nie wiem jaki język miedzynarodowej wymiany myśli, ma Pan na myśli?
                    Czy Pan uważa, że na przykład iberysta zwolniony jest ze znajomości jezyka
                    angielskiego?

                    Specyfiką współczesnej nauki jest jej interdyscyplinarność. Jest to
                    nieuniknione i dotyczy nawet nauk, w których interdyscyplinarność nie jest
                    jeszcze widoczna. Do nauk uznawanych kiedyś za wybitnie humanistyczne
                    przedzierają się nauki przyrodnicze.
                    Podstawowym językiem wymiany myśli naukowej, jest współcześnie język angielski
                    i nikt tego nie kwestionuje.


                    > Drugie pytanie jest sformułowane nieprawidłowo.

                    Dziekuje, za uwagę. Proponuje zmianę:

                    2. Czy zatrudniasz przynajmniej jednego pracownika do którego możesz mieć do
                    zaufanie (jest z Tobą spokrewniony, jest dzieckiem Twoich znajomych, kwestora
                    uczelni lub innych znaczących dla Ciebie osób?

                    • Gość: ekostar akademicki chów wsobny IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.04, 09:03
                      Cytuję wypowiedź z polityki/onet:


                      polityka.onet.pl/1,1,8,8067927,24075951,1255947,0,forum.html
                      akademicki chów wsobny

                      "'Piękne' przykłady takiego stanu rzeczy mamy w szkolnictwie wyższym. Konkursy
                      ustawiane pod kandydata z kryteriami tak wybranymi aby tylko on je spełniał
                      najlepiej. Kto ma większe osiagnięcia nie ma szans bo warunki spelnia
                      gorzej !!! Rektorzy biadola, że nie mozna wprowadzić u nas systemu
                      amerykańskiego bo tam na 1 miejsce i 100 lub nawet więcej kandydatow,
                      oczywiście nie informuja, ze u nas wlaśnie tylko na 1 kandydata rozpisali
                      konkurs o którym inni zainteresowani na ogól nie moga się dowiedziec.
                      Monstrualna hipokryzja. Cały system zresztą ustawiony na wchow wsobny -
                      wychowywanie swoich dla siebie i rozpaczliwa walka aby tak zostało jak
                      najdłużej. Ustawy ten stan rzeczy petryfikują bo tym ktorzy je układają to
                      odpowiada.

                      naukowcy@op.pl"

                      DODAM TYLKO, ZE KAŻDY CHÓW WSOBNY PROWADZI DO POWAŻNYCH DEWIACJI NA POZIOMIE
                      GENETYCZNYM!!!
                    • mn7 Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników 25.10.04, 20:52
                      Gość portalu: ekostar napisał(a):

                      > Sprawdź czy jesteś dobrym kierownikiem zakładu naukowego?
                      >
                      > 1. Czy wszyscy Twoi pracownicy czytają publikacje naukowe w języku
                      angielskim?
                      >
                      > Pani przeoczyła, że naprawdę nie w kazdej nauce język angielski jest lingua
                      > > franca, więc powinno być raczej "w językach obcych, w którzych odbywa się
                      > > miedzynarodowa wymiana myśli w danej nauce"
                      >
                      > Nie wiem jaki język miedzynarodowej wymiany myśli, ma Pan na myśli?
                      > Czy Pan uważa, że na przykład iberysta zwolniony jest ze znajomości jezyka
                      > angielskiego?

                      Nie wypowiadam się tu na temat tego kto jest z czego zwolniony, stwierdzam
                      tylko fakt, że nie w kazdej szczegółowej dyscyplinie język angielski jest
                      językiem podstawowym w wymianie międzynarodowej. Jeśli Pani tego nie wie -
                      przykro mi.


                      >
                      >
                      > > Drugie pytanie jest sformułowane nieprawidłowo.
                      >
                      > Dziekuje, za uwagę. Proponuje zmianę:
                      >
                      > 2. Czy zatrudniasz przynajmniej jednego pracownika do którego możesz mieć do
                      > zaufanie (jest z Tobą spokrewniony, jest dzieckiem Twoich znajomych, kwestora
                      > uczelni lub innych znaczących dla Ciebie osób?

                      Dalej źle. Przeciez nie chodzi Pani o sytuację, że ma się zafanie do pracownika
                      (co przecież powinno być regułą) ale o sytuację, że to zaufanie ma się DLATEGO,
                      że jest to "swoisty" pracownik (co jest patologią).
                      Pozostaję z szacunkiem
                      • Gość: ekostar Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.04, 08:54
                        mn7 napisała:
                        że nie w kazdej szczegółowej dyscyplinie język angielski jest
                        > językiem podstawowym w wymianie międzynarodowej. Jeśli Pani tego nie wie -
                        > przykro mi.
                        >
                        MÓWIMY O OGÓNEJ MIEDZYNARODOWEJ WYMIANIE MYSLI W INTERDYSCYPLINARNIE
                        ROZWUJAJACEJ SIE NAUCE - i pojmując nauke w ten sposób nie ma wyboru. Nie
                        mówimy tu o "... w każdej szczegółowej dyscyplinie..." tylko o przejściu z tej
                        szczegółowości na poziom otwartego dyskursu we wszystkich kierunkach, które
                        umozliwiaja tej dziedzinie rozwój.

                        Dalej źle. Przeciez nie chodzi Pani o sytuację, że ma się zafanie do pracownika
                        >
                        > (co przecież powinno być regułą) ale o sytuację, że to zaufanie ma się
                        DLATEGO,
                        >
                        > że jest to "swoisty" pracownik (co jest patologią).

                        Chodzi o to, żeby wypełniajacego ankietę zaplątać i aby odpowiedział TAK dając
                        wyraz swojemu nepotyzmowi.
                        • mn7 Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników 26.10.04, 10:54
                          Gość portalu: ekostar napisał(a):

                          > mn7 napisała:
                          > że nie w kazdej szczegółowej dyscyplinie język angielski jest
                          > > językiem podstawowym w wymianie międzynarodowej. Jeśli Pani tego nie wie
                          > -
                          > > przykro mi.
                          > >
                          > MÓWIMY O OGÓNEJ MIEDZYNARODOWEJ WYMIANIE MYSLI W INTERDYSCYPLINARNIE
                          > ROZWUJAJACEJ SIE NAUCE - i pojmując nauke w ten sposób nie ma wyboru. Nie
                          > mówimy tu o "... w każdej szczegółowej dyscyplinie..." tylko o przejściu z
                          tej
                          > szczegółowości na poziom otwartego dyskursu we wszystkich kierunkach, które
                          > umozliwiaja tej dziedzinie rozwój.

                          Ja to doskonale rozumiem, co jednak nie zmienia faktu, że w niektórych
                          dyscyplinach podsatwowym językiem wymiany jest inny język niż angielski. Jaki
                          jest stopień miarodajności pytania o teksty anglojęzyczne w sytuacji, gdy
                          naukowiec zajmujący się nauką X ma 85% piśmiennictwa w języku Y? Mądry szef nie
                          skłania ich do czytania akurat po angielsku, lecz właśnie w języku Y.


                          >
                          > Dalej źle. Przeciez nie chodzi Pani o sytuację, że ma się zafanie do
                          pracownik
                          > a
                          > >
                          > > (co przecież powinno być regułą) ale o sytuację, że to zaufanie ma się
                          > DLATEGO,
                          > >
                          > > że jest to "swoisty" pracownik (co jest patologią).
                          >
                          > Chodzi o to, żeby wypełniajacego ankietę zaplątać i aby odpowiedział TAK
                          dając
                          > wyraz swojemu nepotyzmowi.

                          Otóż to, mnie chodzi o dokładnie to samo, w związku z tym pytanie powinno być
                          tak sformułowane, żeby odpowiedź TAK wskazywała na nepotyzm odpowiadającego a
                          nie na przykład na to, że ma do kogoś zaufanie, albo że syna kwestora "zastał"
                          obejmując zespół i do tej pory go nie wyrzucił z roboty (choć Pani zdaniem
                          powinien to był zrobić pierwszego dnia).
                          • Gość: ekostar Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.04, 14:45
                            mn7 napisała:
                            Jaki
                            > jest stopień miarodajności pytania o teksty anglojęzyczne w sytuacji, gdy
                            > naukowiec zajmujący się nauką X ma 85% piśmiennictwa w języku Y? Mądry szef
                            nie
                            >
                            > skłania ich do czytania akurat po angielsku, lecz właśnie w języku Y.
                            >

                            TAKI, ŻE POZOSTEŁE 25% PISMIENNICTWA POWINIEN ŁATWO PRZYSWAJAĆ W JEZYKU
                            ANGIELSKIM ABY NIE POPAŚĆ W STUDNIĘ HERMETYCZNEH SPECJALIZACJI

                            nie na przykład na to, że ma do kogoś zaufanie, albo że syna kwestora "zastał"
                            > obejmując zespół i do tej pory go nie wyrzucił z roboty (choć Pani zdaniem
                            > powinien to był zrobić pierwszego dnia).

                            DOBRY KIEROWNIK ZAKŁADU NIE MA DO NIKOGO ZAUFANIA, JEDYNIE MOZE JE
                            DYPLOMATYCZNIE UDAWAĆ DLA ZACHETY.
                            A co do syna kwestora, to najpierw bym go przetestowała...
                            • mn7 Re: recenzja -poprawki testu dla kierowników 26.10.04, 14:56
                              Gość portalu: ekostar napisał(a):

                              > mn7 napisał:
                              > Jaki
                              > > jest stopień miarodajności pytania o teksty anglojęzyczne w sytuacji, gdy
                              >
                              > > naukowiec zajmujący się nauką X ma 85% piśmiennictwa w języku Y? Mądry sz
                              > ef
                              > nie
                              > >
                              > > skłania ich do czytania akurat po angielsku, lecz właśnie w języku Y.
                              > >
                              >
                              > TAKI, ŻE POZOSTEŁE 25% PISMIENNICTWA POWINIEN ŁATWO PRZYSWAJAĆ W JEZYKU
                              > ANGIELSKIM ABY NIE POPAŚĆ W STUDNIĘ HERMETYCZNEH SPECJALIZACJI

                              A kto mówi że nie? Ja na pewno niczego takiego nie pisałem.
                              Zgadzam się natomiast z Panią w całej rozciagłości, że w czytaniu obcej
                              literatury trzeba wyrabiać 110% normy (85% + 25 % daje 110 %).

                              >
                              > nie na przykład na to, że ma do kogoś zaufanie, albo że syna
                              kwestora "zastał"
                              >
                              > > obejmując zespół i do tej pory go nie wyrzucił z roboty (choć Pani zdanie
                              > m
                              > > powinien to był zrobić pierwszego dnia).
                              >
                              > DOBRY KIEROWNIK ZAKŁADU NIE MA DO NIKOGO ZAUFANIA, JEDYNIE MOZE JE
                              > DYPLOMATYCZNIE UDAWAĆ DLA ZACHETY.

                              Naprawdę? A ja naiwnie sadziłem, że właśnie powinien mieć do wszystkich, chyba
                              ze ktoś nie zasługuje... A może Pani w jakiś niestandardowy sposób rozumie
                              słowo "zaufanie"?

                              > A co do syna kwestora, to najpierw bym go przetestowała...

                              Uuu...
                              • mn7 PS - "co do zaufania" 27.10.04, 17:12

                                W historii o wyrzuceniu z pracy znakomitego adiunkta (pisałem powyżej w
                                wymianie z khmarą i bezpośrednio poniżej) jedynym uzasadnieniam ze strony
                                kierownika jednostki - mobbera było, że "utracił zaufanie". Traktował więc
                                jednostkę jako swój prywatny folwark a pracowników - jako swą służbę. Jeżeli
                                mówiąc o zaufaniu miała Pani na myśli coś takiego, to rozumiem i zgadzam się.
                                Ja miałem na myśli zaufanie w zdrowym, nieskażonym komunizmem znaczeniu tego
                                słowa.
              • mn7 Re: Mianowanie - za i przeciw 24.10.04, 15:43
                khmara napisał:

                > mn7 napisał:
                >
                > > Nagle w różnych
                > > prowincjonalnych półuczelniach ujrzelibyśmy profesorów, których dorobek
                > > ograniczałby się do słabiutkiego doktoratu w 100 egzeplarzach i dwóch wtó
                > rnych
                > > tekstów w Zeszytach Naukowych Szkoły Gotowania na Gazie.
                >
                > Przecież takie habilitacje też już mamy: słabiutki gniot w nakładzie 60 egz. w
                > wydawnictwie ReklamaPress i parę artykułów przyczynkowych w Zeszytach
                Naukowych
                > Wyższej Szkoły Obróbki Termicznej Żywności. Ocena dorobku jest częścią
                przewodu
                > habilitacyjnego. Specjalne traktowanie nauk humanistycznych/społecznych nie
                jest
                > w żaden sposób umotywowane, po prostu brak (w miarę) obiektywnych warunków
                oceny
                > dorobku. Chodzi o to, żeby pisanie gniota nie było obowiązkowe, a jak ktoś
                czuje
                > nieodpartą potrzebę pisania książki, to niech pisze, ale z własnej
                > nieprzymuszonej woli.

                Zgoda, nie zmienia to jednak faktu, że odpowiedni próg musi istnieć, jeśli nie
                będzie oficjalnie przewidziany, może się ukształtować w sposób nieoficjalny.


                > Mianowanie to temat zastępczy. Młodsza kadra jest mianowana na czas
                > nieokreślony, ale z obowiązkiem zrobienia habilitacji w określonym terminie
                jako
                > warunkiem przedłużenia zatrudnienia. Samo w sobie mianowanie nie jest źródłem
                > żadnych patologii, natomiast daje namiastkę ochrony przed samowolą
                przełożonych

                Jeśli się to mianowanie ma - zob. poniżej.



                > > Trzeba zresztą zauważyć, że już dziś art. 92
                > > ustawy daje możliwość omijania wymogu nominacji (niestety) - można wiele
                > razy
                > > zatrudniac na umowę czasową osobę, która spełnia warunki do mianowania, a
                >
                > > nawet - w skrajnym przypadku - wygrała konkurs na stanowisko adiunkta (ta
                > k
                > > było np. na uczelni właśnie przez F.Ziejkę kierowanej...), ale z jakichś
                > > powodów nie chce się jej trwale zatrudnić.
                >
                > BEZPRAWIE.
                > Art. 85 ust. 1. Stosunek pracy z nauczycielem akademickim nawiązuje się na
                > podstawie mianowania, chyba że przepisy ustawy stanowią inaczej.
                > Art. 92. Nawiązanie stosunku pracy z nauczycielem akademickim, który ma być
                > zatrudniony w uczelni jako dodatkowym miejscu pracy, w niepełnym wymiarze
                czasu
                > pracy albo też dla wykonania określonych zadań, następuje w drodze umowy o
                pracę.

                Bóg zapłać za zacytowanie odpowiednich przepisów. Ja te przepisy akurat znam,
                ale może rzeczywiście innym uczestnikom tej dyskusji się one przydadzą.

                > Zapis dotyczący wykonania określonych zadań jest niezbyt precyzyjny, ale nie
                > daje podstaw do zatrudnienia osoby spełniającej wymagania na podstawie umowy o
                > pracę ZAMIAST mianowania. Tzn. osoba zatrudniona w ten sposób nie może mieć
                > obowiązków identycznych z osobą zatrudnioną na podstawie mianowania.

                To absolutnie oczywiste.
                W przypadku, o którym wspomniałem osoba ta miała zakres obowiązków najzupełniej
                normalny, łącznie z prowadzeniem proseminariów, seminariów i egzaminowaniem.
                Nie była emerytem, było to jej pierwsze (i jedyne) miejsce etatowej pracy,
                zatrudnienie było w pełnym wymiarze (+ mnóstwo godzin nadliczbowych). Przez
                kilka lat dopominała się ta osoba co roku o należne mianowanie, na co słyszała,
                że się dziekan sprzeciwia (!?), co nie było prawdą. Gdy w końcu wydębiła ta
                osoba rozpisanie konkursu, konkurs ten wygrała, ale szef zablokował mianowanie
                a następnie wyrzucił tę osobę z pracy.
                Z prawnego punktu widzenia sprawa jest oczywista. I co z tego?

                > > Chodzi mi o to, ze powinny istnieć
                > > jasne reguły gry - prawdziwe konkursy i terminowe (3-4 lata?) kontrakty,
                > po
                > > których pracownik byłby po prostu rozliczany ze swoich postępów, zarówno
                > > badawczych jak i dydaktycznych. W tej chwili miernot nikt nie rusza a lud
                > zie
                > > naprawdę wybitni w swej dziedzinie są traktowani niekiedy w oburzający sp
                > osób.
                >
                > No właśnie. Terminowe kontrakty i okresowa ocena dorobku dla wszystkich, nie
                > tylko dla adiunktów.

                Ewentualnie prawie wszystkich, ale ogólnie nie ma między nami sporu.

                > Zatrudnienie i awans tylko w drodze rzeczywistego konkursu
                > z możliwością unieważnienia konkursu, jeżeli zgłosi się za mało kandydatów.

                Możliwością, nie koniecznością, bo może być jaden kandydat, ale świetny.

                > Brak
                > rzeczywistych konkursów to fundament feudalnych zależności i całkowitej
                > uznaniowości w polityce kadrowej. Terminowe kontrakty - tak, ale pod warunkiem
                > wprowadzenia rzeczywistych, a nie fikcyjnych konkursów. Obecnie, jeżeli jesteś
                > adiunktem i szef ci nie odpowiada, to możesz zmienić zawód, bo zmiana miejsca
                > pracy praktycznie nie wchodzi w rachubę.

                W przypadku o którym pisałem osoba ta była wystarczająco wybitna, żeby znaleźć
                następnego dnia pracę "u konkurencji", ale rzeczywiście zmiana miejsca pracy
                jest niezwykle trudna, co zresztą wiąże się z ogólnie małą mobilnością kadr i
                jest "częścią większej całości".

        • khmara Re: Manipulacja 16.09.04, 10:00
          Gość portalu: itakdalej napisał(a):

          > > Zasadnicza różnica leży w tym, że projekt prezydencki zamierza uregulować
          > > zasady szkolnictwa wyższego, nie zajmując się sprawą tytułów i stopni
          > > naukowych, ponieważ pół roku temu Sejm znowelizował ustawę ich dotyczącą.
          > > Natomiast projekt poselski jest projektem, który miesza te dwie sprawy -
          >
          > I bardzo źle, że sprawy nauki i szkolnictwa wyższego nie były potraktowane
          > łącznie. Że nie powstało spójne prawo. A może taki był właśnie
          > zamysł "supercwaniaków"? Wszak oni się uważają za mistrzów m.in. manipulacji.
          >
          Manipulacja to bardzo dobre określenie. Cała nowelizacja ustawy o tytule i
          stopniach naukowych sprowadza się dododania tytułu i stopnia w zakresie sztuki,
          nic poza tym się nie zmieniło. Ziejka rżnie głupa na całego.
          • Gość: nieprzekonany Re: Manipulacja IP: *.autocom.pl 16.09.04, 11:17
            'Ziejka rżnie głupa na całego.' A czy naprawdę musi ?


            • khmara Re: Manipulacja 16.09.04, 16:32
              Ja nie wiem, czy on musi. Może na przykład nie miał czasu przeczytać tej nowej
              ustawy o tytule i stopniach (nie jest długa). Ale jak nie wie, o co chodzi, to
              lepiej niech się publicznie nie wypowiada. Wtedy na pewno nikt go nie posądzi o
              celową dezinformację.
              • Gość: nieprzekonany Re: Manipulacja IP: *.autocom.pl 16.09.04, 16:35
                Chyba nie zostałem zrozumiany. Głup nie musi rżnąć głupa, bo nim jest i cała w
                tym filozofia.
    • Gość: czytelnik Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne? IP: *.autocom.pl 17.09.04, 13:40
      tygodnik.onet.pl/1547,1188412,1,dzial.html


      Nim dostaniemy Nobla

      Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne?

      Wiele lat temu, gdy studiowaliśmy fizykę na Uniwersytetach Jagiellońskim i
      Warszawskim, żyliśmy w radosnym przekonaniu, że nasze uczelnie należą do
      najlepszych w Europie, a polska nauka reprezentuje światowy poziom. Po ponad 25
      latach akademickich doświadczeń okazuje się, że były to poglądy naiwne.

      Aleksander Wittlin, Karol Życzkowski /2004-09-19

    • Gość: czytelnik prawo o szkołach wyższym przyjazne kryminalistom IP: *.autocom.pl 18.09.04, 11:36

      kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1189077&KAT=241

      Szkoła kryminalisty

      Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu twierdzi, że uczelnię założyć może
      każdy, nawet kryminalista, byleby spełnił formalne warunki.

      'obecnie trwają prace w komisjach sejmowych nad nowelizacją ustawy o
      szkolnictwie wyższym. Być może dopiero w niej znajdą się zapisy zabraniające
      przestępcom uruchamiania szkół wyższych'
    • Gość: czytelnik Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne IP: *.autocom.pl 19.09.04, 12:31
      tygodnik.onet.pl/1547,1188412,1,dzial.html
      Nim dostaniemy Nobla

      Nauka polska - jakie zmiany są jej potrzebne?
      ------------
      burzliwa dyskusja !!!
    • Gość: czytelnik Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.autocom.pl 20.09.04, 13:40
      www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=opinie&name=23
      prof. Józef Kalisz

      Po co nam tyle uczelni?


      Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje

      'Trzeba jak najszybciej zrezygnować z 'belwederskich' tytułów profesorskich i
      habilitacji. Trzeba również rozwiązać niepotrzebną 'Centralną Komisję' do spraw
      tytułów naukowych. Są to przestarzałe i absolutnie zbędne procedury,
      niestosowane ani w innych krajach europejskich, ani w USA. Profesorowie powinni
      być nominowani wyłącznie przez wyższe uczelnie (senaty), a więc w żadnych
      innych jednostkach naukowych. Trzeba przywrócić właściwy sens słowu 'profesor',
      które oznacza nauczyciela. Warkoczyki tytułów (prof. zw. dr hab. inż.) są
      zbędne i odbierane już jako nieco śmieszne. Wystarczy albo profesor (który,
      rzecz prosta, musi mieć doktorat), albo doktor. Aby uniknąć masowego
      powoływania profesorów (których powinno być dwa lub trzy stopnie), wystarczy
      wprowadzić ostre kryteria w postaci zarządzenia do ustawy, np. minimum pięć
      artykułów z LF z nazwiskiem kandydata jako głównego autora (na pierwszym
      miejscu), aby wyeliminować efekty 'dopisywania'. Ponadto w odniesieniu do
      najwyższego stopnia (profesora zwyczajnego) powinny być niezbędne pozytywne
      rekomendacje od dwóch profesorów z uczelni zagranicznych. Habilitacje stanowią
      historyczny przeżytek. W Polsce oznacza to niekiedy demoralizującą stratę
      czasu, gdy „osiągnięcia” opisywane w rozprawie habilitacyjnej nie nadają się do
      publikacji w prestiżowych czasopismach naukowych, a 'dorobek' jest naciągany.
      Nie mówiąc o fikcji w nierzadko spotykanych 'rytualnych' recenzjach od
      zaprzyjaźnionych recenzentów. Uchwalona w 2003 r. 'nowa' ustawa o stopniach
      naukowych i tytule naukowym i projekt 'prawa o szkolnictwie wyższym' niestety
      petryfikują stare zasady, umacniając Centralną Komisję i w pewnej mierze
      promując dalszy rozwój naukowego pozoranctwa. Oczywiście, jest w Polsce wielu
      bardzo dobrych naukowców, ale ilu ich jest w stosunku do pozostałych? Dobrze
      zorganizowany ranking ludzi nauki odsłoniłby prawdę.


      • Gość: Stary Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.zwm.punkt.pl / *.zwm.punkt.pl 20.09.04, 18:51
        Opinie prof. Kalisza na ogół podzielam, zaś stawiane przez niego wymagania
        uważam za bardzo niewygórowane. Odnoszę jednak wrażenie, że można je zastosować
        do tej części nauki, którą anglosasi określają mianem "science". A co z "arts"?
        Za niepotrzebny uważam też wtręt o poziomie nauki w Rosji. Może choć próba
        większego obiektywizmu. Rosja to być duży kraj i uczelnie są tam też bardzo
        różne. Zwracam uwagę, że Uniwersytet Moskiewski znalazł się w pierwszej setce
        opublikowanego niedawno rankingu, a wię znaaacznie wyżej od najlepszego
        polskiego uniwersytetu. Powtórzę swą starą śpiewkę: nie możemy twierdzić, że co
        rosyjskie to be, ale już na przykład litewskie, łotewskie czy estońskie (kraje
        UE) - cacy. Co do marnotrawstwa czasu na habilitację i niezbędności jej
        zniesienia - absolutna zgoda.
        • khmara Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 20.09.04, 19:51
          Gość portalu: Stary napisał(a):

          > Opinie prof. Kalisza na ogół podzielam, zaś stawiane przez niego wymagania
          > uważam za bardzo niewygórowane. Odnoszę jednak wrażenie, że można je
          > zastosować do tej części nauki, którą anglosasi określają mianem "science". A
          > co z "arts"?

          A po co komu stopień doktora habilitowanego w dziedzinie sztuki? Wielkim artystą
          albo się jest, albo nie, i prof. zw. dr hab. tego nie zmieni. A poloniści mogą
          wybrać spośród siebie najwybitniejszego uczonego choćby w plebiscycie. Z resztą
          tzw. "humanities" problem będzie mniejszy.
      • khmara Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 23.09.04, 23:26
        Zamieszczam tekst Ewy Kostarczyk. Życiorys w bardzo obrazowy sposób
        egzemplfikuje wszyskie systemowe patologie obecnego stanu nauki w Polsce. Na
        takie marnotrawstwo potencjału ludzkiego i finansowego pozwala obecny stan
        prawny. Tekst zasługuje na rozpowszechnienie.
        https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=15945573&a=16032975

        MOJE TRZY POWROTY DO KRAJU

        Ewa Kostarczyk

        Czy w Polsce można zrobić karierę naukową? to kwestia definicji.
        Pojęcie kariery (z francuskiego carriѐre, czyli tor wyścigowy; bieg) posiada
        dwa znaczenia. Pierwsze – to szybkie zdobywanie coraz wyższych stanowisk w
        działalności zawodowej, naukowej i społecznej, czyli po prostu osiągniecie tzw.
        dobrej pozycji życiowej. Drugie – to zawód, fach.
        Kultura anglosaska jest nowożytną kolebką nauk, a szczególnie nauk ścisłych
        oraz eksperymentalnych. Kultura polska jest cudownie żyzną glebą dla
        karierowiczów, czyli tych, których celem nadrzędnym jest zrobienie kariery w
        omówionym powyżej, pierwszym znaczeniu słowa carriѐre. Dodam, za słownikiem
        wyrazów obcych (PWN 1977), że karierowicz do sukcesów życiowych dąży bez
        skrupułów.

        Nie ulega wątpliwości, że w Polsce można zrobić karierę naukową przełożoną na:
        estymę w rodzinie, promowanie przez wąskie środowisko, całkiem zadawalające
        finanse, status gwiazdy w środowisku polskiej nauki (np. można zaistnieć w
        którymś z polskich słowników uczonych (choćby na przykład takim internetowym
        publikowanym przez Gazetę), ilość uzyskiwanych stypendiów naukowych a w
        najgorszym razie dyrektorski etat jakiegoś naukowego instytutu.
        Nauka jest jednak nie sprawą kariery lecz ogólnoświatowym dobrem i albo spełnia
        jego kryteria albo nie.
        Nauka polska te kryteria spełnia rzadko. Polskie konfabulacje naukowe były
        niejednokrotnie bohaterem skandali na łamach tak renomowanych czasopism jak
        Science czy Nature. Czystość polskich badań naukowych pozostawia wiele do
        życzenia: za małe próbki populacyjne, nieodpowiednia aparatura, brak
        wiarygodności zapisu badań, nieodpowiednie warunki przeprowadzania
        badań, „mnożenie” danych. To nie jest efekt niskich nakładów finansowych na
        naukę. Zazwyczaj jest to wynik lenistwa. To nie jest fenomen specyficznie
        polski. Takie zjawiska występują na całym świecie. Od kilku miesięcy jesteśmy
        bombardowani coraz nowszymi doniesieniami związanymi z aferą pogłębiających
        stany depresyjne antydepresantów. To tylko przykład groźnych w wymiarze
        ludzkim konsekwencji do jakich prowadzi najoględniej mówiąc lenistwo naukowców.
        .
        Powrót pierwszy

        Jestem naukowcem. Jestem być może wyposażona w to najnowsze odkrycie genetyki
        jakim są genomy wzorców zachowań. Nauką, bowiem zajmowali się nie tylko moi
        rodzice lecz również dziadek, choć w innych niż moja specjalnościach. Jestem
        absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Na psychologię przeniosłam
        się na drugim roku studiów medycznych – wiedziałam, że mózg i ludzkie
        zachowanie interesuje mnie bardziej niż perspektywa zostania lekarzem. Studia
        kliniczne w zakresie psychopatologii pogłębiałam na Uniwersytecie Kartezjusza w
        Paryżu, gdzie w latach siedemdziesiątych studiowałam psychoanalizę oraz
        techniki terapii behawioralnych. I w tym sensie należę do pionierów tak
        psychoanalizy jak i psychoterapii behawioralnej w Polsce. Nie miałam
        stypendium, nie utrzymywała mnie też rodzina. Pracowałam: na recepcji w hotelu,
        pilnując dzieci, czasem nawet sprzątając. Kiedy jesienią 1976 roku wróciłam do
        Polski z moją rzeczywiście mało konkurencyjną wówczas wiedzą oraz dyplomem moje
        środowisko zawodowe sugerowało mi, że lepiej zrobię jak załatwię sobie pracę w
        charakterze sekretarki w Ambasadzie Francuskiej. Kiedy mówiłam o terapii, o
        możliwości leczenia pacjentów, o aparaturze do biofeedbacku - oczekiwano ode
        mnie badań poziomu inteligencji pacjenta albo z wyższością demonstrowano brak
        zainteresowania. Nie rozumiano o czym mówię. Nie chciałam dobrze zarabiać w
        Ambasadzie Francuskiej. Chciałam wykorzystać moją nowo zdobytą,
        bezkonkurencyjną, fachową wiedzę. Nie chciałam też być pomocą dla leczącego
        psychiatry. Wiedziałam, że posiadam znaczną wiedzę na temat anatomo-
        fizjologicznych mechanizmów zachowania oraz że również potrafię leczyć.
        Znalazłam jednak wyjście na stabilizację oraz dalszy rozwój naukowy. Doktorat w
        zakresie neurofizjologii w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. Nenckiego
        PAN w Warszawie. To było niewątpliwie nadzwyczajne rozwiązanie mojej sytuacji.
        Mechanizmy ludzkiego zachowania mogłam wziąć pod lupę na przykładzie zachowań
        psów lub szczurów. Z klimatu języka francuskiego szybko przerzuciłam się w
        strefę anglojęzyczną. Umiałam się porozumieć z uczonymi wielkiej klasy, którzy
        wizytowali Instytut Nenckiego w ramach naukowej współpracy. Traktowali mnie jak
        partnera – dawali mi szansę. To było cudowne otwarcie możliwości, jak na
        ówczesne czasy. Byłam zbyt skupiona na samorealizacji by koncentrować się wtedy
        na czynnikach negatywnych (niechęć, zawiść, brak współpracy), które
        niewątpliwie były zauważalne. Życzę każdemu młodemu człowiekowi, żeby przeżył
        właśnie owo intensywne przeżycie własnego potencjału współgrające z realnymi
        możliwościami: dobrze zaopatrzona biblioteka naukowa, nieograniczone możliwości
        korespondencji naukowej, indywidualna organizacja czasu pracy, otwarci na
        pomysły przełożeni, częste spotkania naukowe.
        Bardzo szybko zrealizowałam również moje skryte postanowienie, powzięte jeszcze
        w Paryżu podczas obsługiwania w recepcji hotelu przybyłych na międzynarodową
        konferencję niemieckich psychologów. Nie trudno się domyślić, że marzeniem tym
        był oczywiście wyjazd na międzynarodową konferencję naukową. Moje szczęśliwe
        wyjazdy naukowe zapoczątkował wyjazd do Brighton w Anglii gdzie stojąc przed
        posterem dumnie prezentowałam moją pracę. Nauczyłam się sama zdobywać
        stypendia, nie czekając aż ktoś mnie wypromuje. Nie miałam na to szans –
        promowano zawsze innych, miałam tego bolesną świadomość.

        Powrót drugi

        Powrót z mojego dwuletniego stażu na Uniwersytecie w Cambridge w Anglii, na
        który wyjechałam po doktoracie, trwał długo i graniczył ze skandalem. Trwał
        stan wojenny. Posiadałam paszport służbowy, który nie uprawniał mnie do
        podróżowania poza Wielką Brytanię. Przez dwa lata pobytu w Cambridge nie
        odwiedziłam nawet Oxfordu. Z perspektywy lat nie mogę tego odżałować. Byłam
        jednak stypendystką dwóch prestiżowych organizacji: Europejskiej Fundacji
        Naukowej oraz The Wellcome Trust, a to zobowiązywało.
        Nie zobowiązywało to jednak Polskiej Akademii Nauk oraz mojego macierzystego
        Instytutu do niczego: na kilkutygodniowy naukowy wyjazd do Bostonu (USA) w
        ramach pracy w Cambridge nie uzyskałam zgody. Nikt również nie chciał mi
        ułatwić kontaktów w Polsce, które pomogłyby mi rozwinąć po powrocie temat
        badawczy, w który zagłębiłam się w Cambridge. Żądano po prostu powrotu, który
        przeciągałam. Mogłam też nie wrócić, tak jak to uczyniło w tym okresie wielu
        moich znajomych, miałam przecież w kieszeni kontrakt na wyjazd do USA i
        wystarczyło wtedy podjęcie decyzji o emigracji. Bilet powrotny Londyn-Warszawa
        zarezerwowałam w odpowiedzi na telefon mojej prawie 90-letniej Babci. Nie
        słyszałam jej głosu przez 2 lata. To właśnie na jej adres wysłano informację o
        moim zwolnieniu z pracy. Telefonowała od szewca z dołu, bo sama nie miała
        telefonu. To było nie do przebicia. Znajomi powitali mnie zgryźliwie na
        lotnisku: Wróciłaś żeby zrobić tu Nobla!
        Po powrocie, przez 6 miesięcy w pracowni zajmującej kilka pomieszczeń nie
        znaleziono dla mnie stałego biurka. Znalazłam miejsce na szerokim parapecie
        okna. Południowe słońce podnosiło mi nieco nastrój. O kontynuowaniu tematyki
        badań które dotyczyły innej, nowo powstającej, fascynującej dziedziny:
        psychoneuroendokrynologii, nie było mowy. Powtórzyła się sytuacja z powrotu
        pierwszego: choć ponownie byłam mało konkurencyjną specjalistką, to moim
        zadaniem było uczestniczenie w aktualnym programie pracown
        • khmara Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje 23.09.04, 23:29
          Ciąg dalszy:

          Powtórzyła się sytuacja z powrotu pierwszego: choć ponownie byłam mało
          konkurencyjną specjalistką, to moim zadaniem było uczestniczenie w aktualnym
          programie pracowni oraz pomaganie w pisaniu, poprawianiu najnowszej książki
          profesora.
          W miesiąc po powrocie miałam świadomość klęski, powzięcia błędnej decyzji oraz
          zmarnowania szansy. 10 lat do tyłu. Nie zaadoptowałam się przez następnych 7
          lat. Pracowałam sama w mojej
          słonecznej niszy, zaczęłam pocieszać się dydaktyką, podtrzymywałam kontakty,
          dużo pisałam i ciągle udawało mi się publikować w czasopismach naukowych o
          randze międzynarodowej. Zapraszano mnie do wymiany myśli na łamach dyskusji
          problemowych, a nawet zaproszono do napisania rozdziału książki wydawanej przez
          prestiżowe wydawnictwo naukowe. To były moje sukcesy i tylko one dawały mi
          napęd. Mój ukochany Instytut, którego wciąż czułam się dzieckiem w niczym nie
          przypominał tego z końca lat 70-tych i bardzo niemile wspominam ten okres,
          który przecież był tak znaczący dla budowania naszej demokracji. Na szczęście
          zakochałam się, a potem uciekłam w macierzyństwo, co niewątpliwie wypełniło mi
          pustkę, brak intensywnych, prawdziwych kontaktów naukowych, do których
          przywykłam w Cambridge. Po odchowaniu dziecka problem jednak wrócił, więc czym
          prędzej wyjechałam na tzw. wymianę naukową z Uniwersytetem Stanu Minnesota w
          USA. Wyjeżdżając, wstrzymałam moją habilitację, na którą i tak krzywo
          spoglądano – byli inni desygnowani, którzy przecież powinni zrobić habilitację
          przede mną, by uzyskać odpowiednie stanowisko. Czy warto było wtedy walczyć?
          Wolałam się nauczyć czegoś nowego, poznać nową metodykę badań. Tęskniłam do
          ludzi, których praca naukowa fascynuje i wypełnia im życie, do tematów badań,
          które odzwierciedlają aktualne problemy nauki, do ludzi podróżujących po
          świecie a nie kurczowo trzymających się stołków i awansujących przez eliminację
          potencjalnych przeciwników.

          Powrót trzeci

          I znowu, weszłam w nadzwyczaj ciekawe środowisko naukowe, poznałam nową dla
          mnie metodykę badawczą i stałam się specjalistką w mało rozpowszechnionej w
          Polsce dziedzinie. Za datę graniczną powrotu uznałam możliwość podjęcia nauki w
          polskiej szkole przez moje dziecko. Istnieje taki czas przełomu, którego nie
          należy przekraczać, bo po nim, powrót będzie bardzo, bardzo trudny, prawie
          niemożliwy. Poszukiwanie odpowiedniego dla moich kwalifikacji miejsca pracy w
          Polsce podjęłam na dwa lata przed planowanym powrotem. Oznaczało to dużą ilość
          poważnych listów oraz spotkań podczas moich wakacyjnych pobytów. Nie chciałam
          spudłować. Znałam już złą stronę powrotów. Moje przykre doświadczenia drugiego
          powrotu zniechęcały mnie jednak do powrotu do macierzystego Instytutu PAN i w
          końcu podpisałam umowę o pracę z Akademią Medyczną w Poznaniu, z którą
          korespondowałam przez ponad rok. Wszystko wyglądało poważnie, nawet zaproszono
          mnie do wygłoszenia gościnnie wykładu. Do tej decyzji zachęciła mnie
          perspektywa prowadzenia dydaktyki w języku angielskim na tamtejszej Akademii
          Medycznej. Poznań, z perspektywy moich wakacyjnych przyjazdów do Polski wydawał
          mi się bardziej cywilizowany niż rodzinne Kraków i Warszawa. Europejski. W
          mediach szczycił się czystością ekologiczną, wydawał się łatwiejszy do życia
          dla dziecka, które nigdy nie korzystało ze środków komunikacji miejskiej w
          wielkim mieście.
          Zatrudniona zostałam na etacie asystenta (choć z Polski wyjechałam jako
          kilkuletni adiunkt PAN) i już w ciągu pierwszych trzech miesięcy okazało się,
          że nie tylko nie odpowiada ono moim kwalifikacjom (pracę asystenta podejmują
          często studenci wyższych lat AM), lecz również nie daje możliwości do
          kontynuowania mojej pracy badawczej. Profesorowie, którzy mnie zapraszali i
          obdarzali hojnie epistolarnymi komplementami, na miejscu okazali całkowity
          brak zainteresowania sprawą współpracy. Zapraszano mnie natomiast na
          charytatywne koncerty gdzie byłam witana z puszką na datki na rozwój
          instytucji. Pomimo iż moje małe projekty badawcze zostały zatwierdzone przez AM
          i uzyskałam nawet drobne fundusze na badania, przez dwa lata nie zostałam
          wpuszczona do laboratorium, ani też nie udostępniono mi materiału badawczego.
          Rozmowy przenoszono na dalsze terminy. Mój duży, autorski projekt badawczy
          rozpisany na kilka zakładów AM bardzo spodobał się Komitetowi Badań Naukowych.
          Polecono jednak rewizję kosztorysu oraz redukcję osób, które miały w projekcie
          uczestniczyć, a te sprawy nie zależały już ode mnie. Zrezygnowałam widząc jak
          mój projekt rozmienia się na pazerność osób, które po prostu chcą dostać
          dodatkowe pieniądze, a ja nadal nie jestem wpuszczana do laboratorium.
          Po dwóch latach zdecydowałam się zawierzyć szefowi innej pracowni, który
          zaoferował mi całkowicie nie odpowiadające mojemu wykształceniu stanowisko
          pracy (starszy specjalista naukowo-techniczny czyli tak naprawdę laborant) w
          zamian za możliwość pracy badawczej oraz ułatwienie zrealizowania mojego
          wymarzonego celu dydaktycznego (wprowadzenie przeze mnie na AM wykładów z
          dziedziny, którą aktualnie reprezentowałam). Pracownię znałam z publikacji w
          renomowanych czasopismach naukowych, ponieważ posługiwano się podobną metodyką
          badań. To było ryzykowne, ale profesor odchodził za kilka miesięcy na
          emeryturę, w związku z czym w sposób oczywisty zwalniał się etat, na którym
          mogłabym być zatrudniona. Ta logika szybko jednak okazała się błędna, ja miałam
          po prostu być pomocą techniczną dla następcy szefa oraz jego doktorantki,
          dostarczać informacji naukowych, opracowywać projekty naukowe na ich konto, bez
          prawa głosu do uwag krytycznych co do funkcjonowania pracowni i aparatury,
          które całkowicie nie nadawały się do prowadzenia wiarygodnych badań naukowych.
          O mojej habilitacji nie było już oczywiście mowy – zostałam z „własnego wyboru”
          laborantką. Próby otwarcia przewodu habilitacyjnego poza AM spełzły na niczym.
          Mój dawny Instytut PAN, który mnie ukształtował naukowo, odesłał moją aplikację
          z sugestią żebym otworzyła przewód w uczelni macierzystej, ponieważ mają
          kolejki! To była kpina. Z innej instytucji do której wysłałam dokumentację
          zatelefonowano prosząc o jej wycofanie. Nie zgodziłam się. Nie po to od lat 10
          starałam się zostać niezależnym pracownikiem naukowym, żebym ją miała
          wycofywać. Po kilku miesiącach odesłano mi rozprawę habilitacyjną stwierdzając,
          że nie spełnia ona wymogów, a szczególnym zaś zarzutem było, że tytuł nie
          odpowiada treści. Moi pracodawcy uznali, że skoro mam ambicje i nie będę im
          służyć wypędzą mnie mobbingiem, który choć był groteskowy, to kosztował mnie
          zdrowie.
          Dzięki interwencji oraz naciskom z zewnątrz, zostałam jednak zatrudniona w
          Szpitalu Klinicznym AM na stanowisku psychologa. Ten etat już nic nie miał
          wspólnego z pracą naukową, miał jednak dostarczyć mi dalszej dawki mobbingu
          żebym wreszcie zrezygnowała. Nie dałam za wygraną, dysponowałam przecież
          możliwościami mojego prywatnego warsztatu psychologicznego. Szpital zaskoczony
          faktem pojawiania się pod moim gabinetem kolejek pacjentów rozwiązał ze mną
          umowę biorąc na siebie winę braku pieniędzy na finansowanie etatu.
          Interwencje Zespołu do spraw Etyki Komitetu Badań Naukowych PAN w mojej
          sprawie, a nawet uciekanie się do autorytetu Ministra Nauki okazały się
          śmiesznie bezskuteczne wobec paragrafów oraz moich podpisów pod precyzyjnymi
          acz niezrozumiałymi dla mnie w chwili ich podpisywania umów o pracę.
        • Gość: ekostar Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.09.04, 07:48
          Dziękuję, właśnie po to go napisałam. A oto, mój trzeci odcinek. Epilog:

          Czy przestałam być naukowcem?

          Nie przestałam. Piszę, publikuję. Wydałam książkę. Piszę następną. Zajmuję się
          dydaktyką. Zrealizowałam swoje marzenie wprowadzenia mojej tematyki do cyklu
          nauczania uniwersyteckiego. Podtrzymuję kontakty naukowe. Jestem nadal
          członkiem zorganizowanego środowiska międzynarodowego, które doceniając mój
          wkład w dziedzinę opłaca mi dostęp do specjalistycznej wiedzy. Nie rozmieniłam
          na drobne moich wymagań w stosunku do pracownika nauki. Nie sprzedałam się. Z
          mojego punktu widzenia odniosłam więcej sukcesów naukowych niż ci, którzy
          codziennie nie muszą liczyć swoich wydatków, których nazwiska pojawiają się
          wśród autorów publikacji, z którymi nic nigdy nie mieli do czynienia. Nie muszę
          siedzieć na przerwach pomiędzy zajęciami z koleżankami czytającymi prasę
          kobiecą oraz kolegami opowiadającymi niewybredne kawały. Nie muszę też wstydzić
          się mojego autorstwa w miałkich publikacjach. Nie muszę podpisywać
          anachronicznych list obecności, ani też drżeć tak jak inni przed szefem z
          powodu 10 minutowego spóźnienia. Nie muszę też robić „coś za coś”.

          Moje dziecko czuje się w Polsce lepiej niż ja

          Fantastycznie funkcjonuje w kilku różnych środowiskach, jest „zakorzenione” i
          czuje się Polakiem. Twierdzi, że ma przyjaciół i choć jest z dziada pradziada
          rodem z Warszawy, nie chce wyjeżdżać z Poznania. Co więcej, wbrew mojej
          nieukrywanej niechęci do polskich uczelni chce studiować w Polsce. Przyznam
          się, że sprawia mi to satysfakcję, do tego właściwie dążyłam.

          Choruję

          Uczulenie na człowieka. Bunt układu odpornościowego, autoagresja. Typowa
          reakcja na przewlekły stres. W sumie lepszy bunt niż depresja, bo jeśli walka
          to zawsze jakiś cel.

          Klepię biedę

          Jest to bolesne. Walka o każde 50 PLN zajmuje dużo czasu, pochłania sporo
          intelektualnej energii. Na szczęście pozostałam osobą kreatywną. Organizatorzy
          koncertów charytatywnych, na które chętnie zapraszają światowych gości mają
          małe pojęcie o tym, że naukowcy na całym świecie zarabiają całkiem średnio. Nie
          mogą oszczędzić, jeśli samotnie wychowują dziecko nie na tekturowych paczkach
          tylko na kanapie, kształcą je dodatkowo artystycznie, wysyłają na wakacje do
          kraju by je wychować na Polaka, a przede wszystkim zapewniają babysittera
          podczas długich, bardzo długich godzin pracy doświadczalnej. Wróciłam więc bez
          oszczędności – lecz błędnie sądziłam, że z kapitałem, którego nikt mi nie jest
          w stanie odebrać. A jednak trochę zabrali dopóki się nie zorientowałam.
          Moje 10 lat pracy i studiów za granicą wypadły całkowicie z mojego ZUS-
          owskiego dorobku pomimo, że znacznie przekraczały standardy intensywności pracy
          do jakiej wszyscy są tutaj przyzwyczajeni. Niestety, nie zostałam nigdy
          poinformowana jakie są konsekwencje nie płacenia składek. Obciążam więc swoją
          osobą państwo – bo przecież ktoś musi mnie i moje dziecko utrzymać przy życiu,
          jeśli jestem tak totalnie nieprzydatna zawodowo!

          Cierpię

          Bieda lub doświadczenie intensywnego bólu niekoniecznie wywołują cierpienie.
          Według definicji z cierpieniem mamy do czynienia wtedy, kiedy sytuacja zagraża
          osobie człowieka, jego samorealizacji.

          Mam jednak więcej czasu na zadumę

          Mieszkam w bardzo pięknej architektonicznie lecz zniszczonej i zamieszkałej
          przez lumpenproletariat dzielnicy Poznania. Ludność wędrująca z siatkami
          butelek po piwie do Żabki i z powrotem, albo z łokciami opartymi na poduszkach
          (sic!) wyglądająca przez okno. I tak jak ja bez perspektyw, na zasiłkach
          państwa.
          Mogę też wrócić do ulubionych lektur. Ostatnio zdjęłam z półki „Wielki Świat”
          profesora Kozieleckiego, który przed laty wzbudził we mnie marzenie
          doświadczenia pracy w Stanach. Pocieszyły mnie pewne tytuły jego refleksji:
          Tyrania hierarchii, O tych skazanych za wybitność, Ta totalna, dręcząca
          niepewność… Zachęcam do lektury, to dobre intelektualne pendant do moich zbyt
          konkretnych i osobistych zwierzeń.

          Kto tak naprawdę stracił?

          ?

          Powrót czwarty

          Będzie z całą pewnością. Jestem specjalistką w realizacji marzeń.

      • Gość: Ewa Kostarczyk Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.04, 09:49
        Wśród wykazu dokumentów do otwarcia przewodu habilitacyjnego punkt wieńczący
        zasługi dotyczy oświadczenia o pokrycie kosztów przewodu – oczywiście nie
        gwarantując jego pozytywne zakończenie.
        Koszty na rok 2003 dla osób z zewnątrz instytucji, przedstawiały się
        następująco:
        3 recenzje po 1620 PLN każda plus około 200 PLN na dojazd recenzenta = 5460
        PLN. Na czysto. Bez bombonier, butelek oraz prywatnych dojazdów delikwenta na
        konsultacje.
        Od kilku lat najczęściej (przynajmniej dotyczy to mojej dziedziny) habilitują
        się osoby, które siedzą od lat za granicą i nie potrzebują żadnych habilitacji.
        Po co to robią?
        1. dla własnych ambicji, no bo jednak jak się już tam zostanie to można
        świetnie funkcjonować ale trochę z KOMPLEKSAMI
        2. mają kasę
        3. chcą na wszelki wypadek przygotować sobie grunt do odwrotu
        4. mają furtkę otwartą: nie zagrażają bowiem decydentom bezpośrednio
        5. decydenci mogą się w dodatku wykazać ilością przeprowadzonych przewodów
        habilitacyjnych
        • khmara Habilitacja ogranicza rozwój nauki 25.09.04, 13:26
          Gość portalu: Ewa Kostarczyk napisał(a):

          > Koszty na rok 2003 dla osób z zewnątrz instytucji, przedstawiały się
          > następująco:
          > 3 recenzje po 1620 PLN każda plus około 200 PLN na dojazd recenzenta = 5460
          > PLN.

          I tu jest klucz do odpowiedzi, dlaczego Twoja habilitacja przepadła. Koszty te
          pokrywa instytucja zatrudniająca habilitanta.
          1. Jeżeli Twoja uczelnia nie chciała Twojej habilitacji, wystarczył telefon do
          dziekana z "przyjmującego" wydziału z informacją o problemach z finansowaniem.
          2. Jeżeli nie uzyskałaś zapewnienia o finansowaniu ze swojej uczelni i
          zobowiązałaś się zapłacić z własnej kieszeni, to uczelnia "przyjmująca" już
          wiedziała, że koledzy sobie tej habilitacji nie życzą.

          Dlatego Twój przypadek jest klasycznym przykładem na to, w jaki sposób
          habilitacja faktycznie ogranicza rozwój nauki, wspiera zaś kumoterstwo
          uprzywilejowanych naukowców. Doktorat może zrobić każdy, habilitację jedynie
          osoba, której pozwolą na to przełożeni.
          • Gość: Ewa Kostarczyk Re: Habilitacja ogranicza rozwój nauki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.04, 15:31
            I dlatego od 1991 jestem przeciwko - bo wtedy własnie, po raz pierwszy rzucono
            projekt zniesienia u nas habilitacji. I właśnie, dlatego, że taki projekt
            wówczas zaistniał, tak łatwo mi było machnąć ręką na tę pierwszą habilitację i
            wyjechać. PODOBNYCH, NIEZREALIZOWANYCH PROJEKTÓW z tego okresu niestety mamy
            sporo.
            W Europie, habilitacje istnieją tylko (mogę się tu mylić) w Niemczech.
            Podczas mojego 7 letniego pobytu w Stanach spotkałam wielu młodych ludzi z
            mojej branży, często, a może przeważnie lekarzy, którzy wogóle nie mieli szans
            na pracę w Niemczech. U niektórych decyzja o zostaniu w Stanach trwała latami.
            Jechali, wracali z podobnymi odczuciami o których tutaj mówimy.
            Problem ograniczeń nie jest więc wynikający z naszej polskiej nieprzyjaznej
            sukcesowi natury lecz z samego ponadnarodowego fenomenu ograniczeń.
      • Gość: Ewa Kostarczyk Re: Zbędne tytuły 'belwederskie' i habilitacje IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.09.04, 09:59
        A co do dobrze zorganizowanych rankingów...
        Sytuacja, którą opisałam w moim trzecim, ostatnim powrocie miała miejsce na
        uczelni, która w taki a nie inny sposób prezentuje się w mediach:

        Akademia Medyczna im. Karola Marcinkowskiego
        Nasze strony dostępne również przez WAP - wap.amp.edu.pl

        Akademia Medyczna im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu to legitymującą się
        ponad 80-letnią historią, jedna z największych tego typu uczelni w kraju.
        Stanowi liczący się ośrodek edukacyjny, naukowy i leczniczy. Kształci lekarzy,
        stomatologów, farmaceutów i analityków medycznych, a także specjalistów z
        zakresu pielęgniarstwa, położnictwa, zdrowia publicznego i fizjoterapii.


        Kolejny rok z rzędu nasza Uczelnia została wybrana Najlepszą Uczelnią Medyczną
        w Polsce w rankingach Wprost w latach 2003 i 2004 oraz Rzeczpospolitej i
        Perspektyw w latach 2002 i 2003.
    • Gość: czytelnik mediator niepotrzebny IP: *.autocom.pl 24.09.04, 17:46
      www.gazetaprawna.pl/dzialy/6.html?numer=1297&dok=1297.6.3.2.1.1.0.1.htm

      Dialog spoŁeczny. RozwiĄzywanie sporów zbiorowych
      Mediatorzy na bruk?

      'Przed 156 mediatorami, których lista leży w Ministerstwie Gospodarki i Pracy,
      stanęło widmo bezrobocia. Nie dlatego, że w Polsce brak konfliktów i sporów
      między pracodawcami i pracownikami. Tych raczej przybywa.
      W Europie mediacja, arbitraż są najpopularniejszymi sposobami rozładowywania
      napięć społecznych, u nas coraz rzadziej sięga się po tę metodę.'

      Komentarze czytelników

      józef.wieczorek@interia.pl:
      No cóż. W sejmie mamy nowy bubel ' Prawo o szkolnictwie wyższym' w którym nie
      ma nawet mowy o instytucji mediatora akademickiego. W uczelniach amerykańskich
      i wielu europejskich istnieja biura 'University Ombudsman'. Przykłady na
      stronach internetowych: ombudsman.binghamton.edu/
      www.umanitoba.ca/staff/ombudsman/details.shtml
      www.virginia.edu/eop/ombudsman.html
      www.sc.colostate.edu/ombudsman/frequently.htm
      www.wmich.edu/bernhard/ombudsman.html
      www.wsu.edu/~ombuds/faq.html
      www3.niu.edu/u_council/annualreports/ombudsman.html www.ku.edu/%
      7Eombuds/questions.htm web.cornell.edu/Ombudsman/questions.htm
      www.ua.es/en/servicios/defensor/defensor.htm
      www.ua.es/es/servicios/defensor/otros-defensores.html

      Zadaniem takiego mediatora (i zespołu) jest rozwiazywanie konfliktów wsród
      społecznosci akademickiej, prowadzenie mediacji, zapobieganie mobbingowi itd. U
      nas takich biur nie ma. Sa powoływane niekiedy komisje etyczne, ale te
      prezentuja raczej interesy rzadzacych i w najlepszym razie nie mieszaja się do
      konfliktów między władzami a podwładnymi - pracownikami najemnymi w uczelniach.
      Niekiedy te komisje tworza Dobre Obyczaje, których same nie maja zamiaru
      przestrzegać. Niekiedy te przepisy mające regulować etyczną stronę uczelni
      służa jedynie dla umocnienia władzy rządzących i zamykania ust nonkonformistom
      Niewatpliwie w naszych uczelniach potrzebni sa mediatorzy (rzecznicy)
      akademiccy niezależni od władz uczelnianych a umocowani np. przy Państwowej
      Inspekcji Pracy czy przy urzędzie Rzecznika Praw Obywatelskich, lecz nie ma
      woli tworzących prawo aby takie instytucje powołać. Trudno się temu dziwić.
      Prezydencki projekt ustawy 'Prawo o szkolnictwie wyższym' opracowali rektorzy,
      którzy nie są zainteresowani ograniczeniem swojej absolutnej i niekontrolowanej
      władzy. Co więcej rektorzy idąc w ślady swojego'profesora' - Leppera grożą, ze
      jak sejm tego bubla nie uchwali to pójdą na Warszawę. Tak się u nas tworzy
      prawo aby było wygodne dla tych, którzy go stanowią. Gdzies czytałem,ze
      jesteśmy w Unii Europejskiej, ale nie wiem czy to nie była kaczka
      dziennikarska.

    • Gość: itakdalej Zmniejszenie pola do nadużyć przy rekrutacji IP: *.chello.pl 25.09.04, 15:28
      W związku z nadużyciami na Wydziale Prawa UG:
      wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2303879.html
      wnioskuję o zapisanie explicite w nowej ustawie, że wyniki odwołań muszą być
      ujawnione wraz z uzasadnieniem. Dzięki temu, nawet jeżeli nadal będą uczelnie
      za statutami pozwalającymi na przyjmowanie słabo zdających dzieci znajomych
      (tak jak teraz UG), to będzie wiadomo gdzie tak jest.
      Fragmenty starej pozwalające na falandyzację i przyjmowanie kogo się chce
      poprzez odwołania są w moim poście:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=32&w=12951752&a=16107850



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka