kretowski
02.12.08, 20:22
A oto ku przestrodze, fragment "Lubiewa" Michała Witkowskiego, o
tym, jak Dżesika Masoni umierała na "EJDZ":
A ognia w tych historiach nie brakuje. Płoną świeczki na grobach
Dżesiki, Andżeliki,
Łucji. Co prawda ciągle gasną, bo jest zimna, późna jesień, raz po
raz pada deszcz ze
śniegiem i wieje wiatr. Mamy jednak w torbie także małe lampiony.
Teraz trzeba włożyć
zapałkę do środka i jeszcze się przy tym nie poparzyć. Świecą ogniki
papierosów w mroku.
Pali w gardle. Od tego zaczyna się zwykle umieranie. Nagle, jeszcze
w najwcześniejszej
fazie, wszystkie kolory stają się jakby szare, nie, nie szare, po
prostu wszystko zaczyna
wyglądać zupełnie inaczej. Pomarańcze przyniesione do szpitala
przyniesione do szpitala i
położone na białym stoliku z odłażącą emalią. Dżesika patrzy się na
nie i dziwi, że jeszcze są,
bo jej już właściwie nie ma i byt staje się czymś najbardziej obcym.
Na drugim brzegu jest
ciągły ból, tak jakby ciało miało zamiar zohydzić się Dżesice, żeby
już nie było żal się z nim
rozstawać. Dżesika boi się własnego ciała, bo już wie, że za kilka
miesięcy będzie cuchnęło.
Patrzy na swoje paznokcie i już widzi za nimi sine obwódki. Z dawnej
roboty dobrze zna
uroki rozkładu. Ach, jak chętnie by się pozbyła tego ciała! Ale
przecież właśnie o to chodzi,
żeby się nie dać. Nie chce tego ciała, które samo siebie niszczy i
nagle okazuje się tak trwałe
jak bańka mydlana, jak kropelka białka. Szczególnie gdy spojrzeć z
góry, a przecież ona
widzi wszystko jakby z Księżyca. Dopiero teraz widać w pełni, że
nigdy dotąd ani przez
chwilę nie wierzyła w możliwość własnej śmierci.
Nocne rozmowy z Telefonem Zaufania naprawdę uspokajają.
Umieranie Dżesiki trwało długo. Najpierw zakażenia gardła, szybko
wyleczone. Po
kilku dniach angina, wyleczona. I znowu grypa. Pytanie lekarza:
- Czy pan aby nie miał w ciągu ostatnich trzech miesięcy… - histeria
Dżesiki, Dżesika
wymiotuje do umywalki. Badania krwi, ale jeszcze nie na to, tylko
takie ot, na odporność,
której – okazuje się – nie ma. Norma 18, jest 22. Teraz prawdziwe
krwiodastwo, całych pięć
probówek do laboratorium, wyrok za tydzień. Przez ten czas Dżesika
ledwo że nie umarła, źle
leczona na zapalenie płuc. Pierwszy raz nie wygrywała z własnym
ciałem, każdy ból gardła
mijał po przyjęciu leków tylko na kilka godzin i wracał, wracał jak
niedogaszony pożar.
Podczas kolejnego badania krwi (panie wesołe, nie mają o niczym
pojęcia, żartują) w radio
leci najnowszy przebój Budki Suflera i Dżesika uważa to za nietakt.
W toalecie, gdzie sika,
patrzy na nalepkę z reklamą jakiejś firmy produkującej okna PCV i
wścieka się na nietakt. Bo
wokół huczy życie zupełnie nieświadome swojej ulotności!
- Niech się pan nie przejmuje, niech się pan nie przejmuje, niech
się pan przestanie
trząść – mówi lekarz, ale na konkretne pytania odpowiada z
przerażającą powagą i jest
podejrzanie przyjacielski. Ku..., on się pyta, czy może w czymś
pomóc, a to już najgorsze!
Znajomi pytają, czy mogą w czymś pomóc! Ta lepka atmosfera przyjaźni
i zrozumienia jest
potworna. Ktoś chce iść z nią po wyniki, bo „nie powinieneś być w
takiej chwili sam”, kto
inny proponuje podwieźć, bo przecież panuje późna jesień i nie można
chodzić po zimnie,
gdy się ma obniżoną odporność! Przecież w tramwaju ktoś może
nakaszleć! To wszystko
naraz zamienia się w lepką glajdrę, ta glajdra otacza Dżesikę i
przenika do je płuc. Lekarz
dyskretnie, żeby nie wzbudzać paniki, obmacuje jej węży chłonne –
szyja, pachy. Myje ręce,
pachy przecież śmierdzą potem, kto by się mył przy zapaleniu płuc?
Organizm był rozstrojony jak stare pianino, a na dodatek jakiś
ukryty wróg walił w
klawisze siekierą. I to suszenie – pić, w gardle szalał pożar, który
wsiąkał jak woda w piasek.
Nie pomagają nawet antybiotyki! Trzeba się przyznać. I to ona, która
zawsze miała tyle
swady, i dzióbek wyżej, koteczku, jak do mnie rozmawiasz, i torebką
po głowie, ona teraz
wstydzi się wymamrotać te dwa wyrazy: „grupa ryzyka”. Siedzi na
kozetce, gapi się w
oszkloną szafkę z lekami zamkniętą na kłódkę, skubie włosy i białymi
ustami mamrocze coś
niewyraźnie. Głos zaczyna jej się łamać, bo, bo to może być… Bo ja…
Bo ja może mam…
Gdy w końcu ląduje w szpitalu, przez cały czas żyje jakby w półśnie.
Najdziwniej się czuje,
gdy zaczyna się pocieszać, bo i co to są za pocieszenia… Przed
oczami stawały jej całe
korowody ludzi dawno umarłych. Umarli, no i co? Albo inaczej –
przecież niedługo, za kilka
26
tysięcy lat, a nawet jeśli za milion, to i co? Więc za jakiś czas i
tak nie będzie ani jednego
człowieka na Ziemi. Sama Ziemia nie jest przecież nieśmiertelna,
wszechświat nie jest
nieśmiertelny, a co dopiero ludzie. Ale teraz pojawiały się
wspomnienia z dzieciństwa, z
czasu, gdy się jeszcze nie wiedziało o tej smutnej konieczności.
Głowa mamy w modnej
wtedy rudej peruce poskręcanej w duże loki. Twarz jest młoda, jak na
wczesnych, białoczarnych
fotografiach o poszarpanych koronkowo brzegach. Zaraz po tym
następowała
potężna luka w pamięci, choć nadal Dżesika poruszała się w latach
sześćdziesiątych. Była w
ich nowym mieszkaniu, w świeżo oddanym do użytki bloku, siedziała w
kuchni, babcia
trzymała ją na rękach. Dżesika pokazuje „rączką” na ramę okna, która
na dole ma takie jakby
pokrętło czy wajchę do otwierania dwóch warstw szyb. Pyta: „co to” i
słyszy „a tam pan
piekarz piecze chlebek”. Jedna z nigdy nie wyjaśnionych zagadek jej
dzieciństwa, bo przecież
– sprawdzała to wielokrotnie – nawet za oknem nie było żadnej
piekarni. Od tamtej pory w
pomalowanym niechlujnie białą olejną, krostkowatym metalowym
pudełeczku
przyczepionym do starego typu okna pan piekarz cierpliwie piekł
chlebek i będzie tak piekł,
bo jedyna osoba zdolna odwołać zaklęcie dawno już nie żyje. Potem
weszła siostra i
podłączyła jej kroplówkę, ale Dżesi chciała już, żeby jak
najszybciej sobie poszła. W pewnym
momencie, gdy postanowiono podłączyć jej rurkę do gardła, żeby się
lepiej oddychało, ten
złudny spokój prysł i dostała strasznej histerii. Krzyczała na cały
oddział, najpierw obudziła
się w nocy, płakała po cichu, aby nikogo nie obudzić, potem
przestała przejmować się
innymi, wybiegła na korytarz. Biegła i upadła pod kaloryferem, obok
zabiegowego, darła
sobie włosy, rozdrapywała twarz. Przed oczami miała czerwone plamki,
tarła oczy i widziała
różnych ludzi, którzy szli w jej stronę i krzyczeli:
- Ściągaj spodnie, Dżesika! Wypnij tyłek, Dżesika!
- A uważaj, bo masz już tak rozjebany, ze ci się gó... wylewa!
Wszyscy się brzydzą
cię ru..., żeby się nie ubabrać tym twoim zaejdsionym gównem! –
zdawało jej się, że ktoś z
zimną, blaszaną latarką zagląda jej do odbytu.
- Wypnij się, wypnij, wszyscy popatrzymy na twoją dziurę! O, masz
też kutasa, jaki
sflaczały!
Niee! Drze się Dżesika na cały oddział, na cały olbrzymi szpital,
niee! drze się tak, żeby
od tego krzyku już umrzeć, wreszcie zdechnąć. Niee! Wyrywa się,
szarpie, charczy, pluje, bo
ktoś ją łapie, ściska. Dżesika gryzie, gryzie tego kogoś, do krwi,
dostaje w gębę, i już ten ktoś
kłuje ją w rękę, po całym ciele, od ręki po żyłach rozchodzi się
mrowiące gorąco, piecze,
chmurka musującego gorąca dopływa do mózgu, już nagle Dżesika widzi,
że leży z gołym
tyłkiem na zimnej posadzce, cała we krwi, w wydzielinach, a wokół
stoi tłum pacjentów w
szlafrokach, pielęgniarka i inne salowe, a lekarka dyżurująca każe
się rozejść. I jeden
staruszek szepce do siostry „jaka straszna choroba ta AIDS, atakuje
ponoć układ nerwowy i
mózg, ludzie wariują”. Dżesika zasypia, czuje jeszcze, że ktoś
niesie ją na rękach, gdzieś,
pewnie do wspólnej sali, albo może jeszcze gdzie indziej, gdzieś,
gdzie nie ma już nic?
I nie ma się