Dodaj do ulubionych

25 X 1983. Lecimy po studentów!

25.10.04, 09:07
"Wzgórze rozdartych serc" z Clintem Estwoodem- wypisz wymaluj...:-)
Obserwuj wątek
    • Gość: qaz [...] IP: *.lublin.mm.pl 25.10.04, 13:54
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • Gość: Admiral Uwaga do Ferbego IP: *.k.mcnet.pl 26.10.04, 20:41
        Bardzo dobrze i bardzo celnie wypunktowale wszystkie "niescislosc" red.
        Kalickiego.
        Pozostaje mi tylko uscislic i dopowiedziec 2 sprawy;
        - smiglowce mialy przewiezc rangersow po studentow, a plk Marines odmowil,
        poniewaz chcial, aby ich odbicia dokonali zolnierze Korpusu, tyle, ze
        znajdowali sie oni po drugiej stronie wyspy. Pisze o tym bodajze Shwarzkopf w
        swojej autobiografi "Nie trzeba bohatera". Zreszta, w trakcie calej operacji
        doszlo do szeregu absurdalnych incydentow (zo zreszta jest dowodem na jej
        pospieszne przygotowywanie). Np. juz po rozpoczeciu calej operacji Glowny
        Ksiegowy US Navy przyslal do dowodzacego nia admirala pismo, w ktorym zakazywal
        wydawania paliwa smiglowcom US Army, poniewaz nie uzgodniono z Departamentem
        Armii zasad roliczen finasowych.
        - warto rowniez dodac, ze spora czesc owych "uzbrojonych robotnikow" dziwnym
        trafem byla ubrana w mundury Armii Kubanskiej.
        Nie moge rowniez do konca zgodzic sie z Twoim ostatnim zdaniem; operacja
        Market - Garden i 8000 chlopakow z brytyjskiej 1 Powietrznodesantowej mi na to
        nie pozwala;-(
        Ale poza tym wszystko super!
        • Gość: Fereby Re: Uwaga do Ferbego IP: *.cyberczad.pl 03.11.04, 16:21
          ) Pozostaje mi tylko uscislic i dopowiedziec 2 sprawy;
          ) - smiglowce mialy przewiezc rangersow po studentow, a plk Marines odmowil,
          ) poniewaz chcial, aby ich odbicia dokonali zolnierze Korpusu, tyle, ze
          ) znajdowali sie oni po drugiej stronie wyspy.

          Rzeczywiście tak przedstawia sprawę część źródeł. Jest to wcale
          prawdopodobne, choć oczywiście US Navy Proceendings dwa lata
          później (1985 rok) przedstawia sprawy inaczej niż Shwarzkopf (np.
          duży akcent na działania Seals). Rywalizacja między rodzajami sił
          zbrojnych zawsze była silna, scalenie Departamentu Wojny
          i Departementu Marynarki w Departament Obrony za Trumana, wcale
          jej nie zmniejszyło (zwłaszcza że doszło Lotnictwo - w końcu
          trzeba było uchwały Kongresu ustalającej w co kto może się uzbroić;
          w rezultacie zmontowanie grupy bojowej śmigłowców szturmowych
          i myśliwców wielozadaniowych poprzedzone jest negocjacjami
          między rodzajami sił zbrojnych).

          ) Zreszta, w trakcie calej operacji
          ) doszlo do szeregu absurdalnych incydentow (zo zreszta jest dowodem na jej
          ) pospieszne przygotowywanie).

          Jak podczas II wojny światowej - na Pacyfiku takie kuriozalne incydenty
          występowały nawet i podczas starannie planowanych operacji. Po prostu mapy
          były często sporządzane jeszcze w XIX wieku i niedokładne, a wyspy podobne
          więc np. podczas przygotowań do lądowania na Kwajalein oddział rozpoznawczy
          zabrał się za zdobywanie wyspy na której miano rozmieścić artylerię
          korpusu. W trakcie twardej walki z Japończykami, Marines otrzymali sygnał
          że wylądowali nie na tej wyspie co trzeba i mają wracać. Potem wszakże Gehh
          zdecydowano się zdobyć - jak to określa Flisowski - "nadprogramowym
          desantem", co okazało się strzałem w dziesiątkę - po walce znaleziono
          bardzo dokładne japońskie mapy, ułatwiające kolejne operacje.

          ) Np. juz po rozpoczeciu calej operacji Glowny
          ) Ksiegowy US Navy przyslal do dowodzacego nia admirala pismo, w ktorym
          ) zakazywalwydawania paliwa smiglowcom US Army, poniewaz nie uzgodniono z
          ) Departamentem Armii zasad roliczen finasowych.

          To by mnie nie zdziwiło, od Guadalcanal żarcie się o zaopatrzenie było
          normą. Właściwie zawsze Marynarka i Armia utrzymywały oddzielne "ogony
          logistyczne" - w rezultacie czołgi M4 Armii jeździły na benzynie lotniczej,
          zaś M4 Marynarki na oleju napędowym. Sprawę miano dopiero ostatecznie
          załatwić modelem M4A6 z silnikiem akceptującym oba te rodzaje paliw, ale
          akurat wtedy pojawił się M26, a wkrótce potem skończyła wojna. Żołnierze
          obu Armii i Piechoty Morskiej prowadzili więc ze sobą swoisty handel
          wymienny - ci pierwsi pożądali noży "Kabar", drudzy armijnych skarpetek
          (to ostatnie opisuje Sledge, który zdobył swoje za tabliczkę czekolady).
          Racje żywnościowe - gorące "C" i zimne "K" były wszakże podobne w obu
          formacjach (ku pewnej frustracji).

          ) - warto rowniez dodac, ze spora czesc owych "uzbrojonych robotnikow"
          ) dziwnym trafem byla ubrana w mundury Armii Kubanskiej.

          Castro utworzył takie oddziały "zawodowych rewolucjonistów" znacznie
          wcześniej na podstawie doświadczeń Północnych Wietnamczyków, którzy
          po klęsce Ofensywy Tet i praktycznym końcu Vietcongu (40 tysięcy
          zabitych, 5 tysięcy wziętych do niewoli, 120 tysięcy "dezereterów"
          którzy skorzystali z programu "otwartych rąk" i przeszli na stronę
          Aliantów, co najmniej 10 tysięcy "dezercji neutralnych"), stworzyli
          oddziały "Vietcongu" w których ponad 90% żołnierzy stanowili...
          poborowi z Demokratycznej Republiki Wietnamu. Takie odziały
          "Vietcongu" służyły w roli niejako figowego listka, kryjącego
          dominującą rolę w "partyzantce ludowowyzwoleńczej" wojsk
          północnowietnamskich. Kubańczycy stosowali podobną taktykę np.
          w Angoli. Budujący lotnisko byli w rzeczywistości jednostkami
          inżynieryjnymi armii kubańskiej, udającymi cywilnych specjalistów.
          Nawiasem mówiąc, Castro oficjalnie odmówił komunistycznym
          spiskowcom poparcia, nieoficjalnie zaś nakazał "uzbrojonym
          robotnikom" zbrojne wsparcie miejscowych sił. Co ciekawe,
          amerykański wywiad (najprawdopodobniej nie do końca wyzwolony
          jeszcze z odprężeniowego otępienia) zakładał iż Kubańczycy...
          powstrzymają się od walki (wiara w prawdomówność Castro?).

          ) Nie moge rowniez do konca zgodzic sie z Twoim ostatnim zdaniem; operacja
          ) Market - Garden i 8000 chlopakow z brytyjskiej 1 Powietrznodesantowej mi na
          ) to nie pozwala;-(

          Dlatego pisałem "często" - nie zawsze się to sprawdza. Natomiast dobrym
          przykładem potwierdzającym tę maksymę jest porównanie zdobycia Trewiru
          i przejścia przez Ren wojsk Pattona, z zakrojoną na wielką skalę operacją
          przejścia przez tę rzekę, jaką przygotował Montgomery.

          ***

          Zajmijmy się ponownie artykułem - autor pisze o desance Marines 25
          października "Przez całą noc aż do południa następnego dnia trwają
          utarczki, ale najsilniejsza armia świata nie potrafi pokonać garstki
          uzbrojonych w kałasznikowy żołnierzy pospolitego ruszenia.". Problem
          w tym że znane mi źródła uparcie twierdzą, że desant przebiegł bez
          przeszkód, do 23:00 zajęto podstawy wyjściowe do ataku na wzgórza,
          po czym żołnierze okopali się na noc. Natarcie wznowiono o świcie
          i wtedy napotkano pierwszy opór. Natarcie rozwijało się w ślimaczym
          tempie - jednak o 10:00 pozycje przeciwnika zostały ostatecznie
          przełamane i Marines wyszli na przedmieścia miasta, co daje czas
          rzędu pięć godzin, nie pozwalając na wystawianie jakiś laurek obrońcom
          (oddziały Vietcongu potrafiły zdecydowanie bardziej opóźniać
          działania US Army, choć w miarę wykruszania się weteranów poprzednich
          kampanii, ich zdolności w tej mierze sukcesywnie spadały i w 1968 roku
          były jedynie cieniem dawnych czasów), wszak teren niezwykle sprzyjał
          zażartej obronie (Japonczycy potrafili dłużej się utrzymać w podobnych
          warunkach pod bombami napalmowymi i ogniem czołgowych miotaczy płomieni).
          Rzeczywiście po 10:00 pozostało kilka grup okrążonych niedobitków, które
          metodycznie eliminowano - tyle że te poniosły klęskę w chwili przełamania
          ich linii o dziesiątej, trudno więc mówić o "niemożności pokonania".

          Co do amerykańskich oficerów, "szkolonych do walki z kolumnami sowieckich
          czołgów", to chyba znalazłem źródło (książeczka wydawnictwa Altair).
          Wydaje mi się to celowym eufemizmem amerykańskich historyków - dokładnie
          tak samo walczyła 27 dywizja piechoty na Saipanie. Prawdopodobnie nie szło
          o szkolenie, tylko po prostu brak przebojowości i umiejętności improwizacji.
          Oficer "szkolony do walki z kolumnami czołgów" prawdopodobnie usiłowałby
          zająć wzgórza jak najszybciej za wszelką cenę (znakomite pozycje do odparcia
          ewentualnego kontraataku), natomiast obserwowane tam zachowania,
          (okopanie się i rezygnacja z działań nocnych, czekanie aż artyleria
          i lotnictwo wszystko załatwią), są właśnie rutynowym postępowaniem
          względem oddziałów nieregularnych oraz ich pozycji obronnych.

          Zasadę wymarszu o świcie, ataku w dzień, okopania się o zmierzchu,
          obrony w nocy wypracowano jeszcze na Guadalcanal i stosowano przez
          całą II wojnę, a potem w Korei i Wietnamie. Problem w tym, że Japończycy
          szybko się dostosowali do tak zrutynizowanych działań (co zaprezentowali
          na Marianach) - zajmowali swe pozycje obronne pół godziny przed świtem,
          wiedząć że Amerykanie nie zaatakują w nocy. Parę razy się na tym sparzyli
          - niekiedy dowódcy amerykańscy decydowali się na nocny atak i zdobywali
          opuszczone pozycje (Corregidor, Iwo Jima, Okinawa). Gdyby na Grenadzie
          miast okopania, zdecydowano się na nocny atak na wzgórza, to
          prawdopodobnie zajęto by je znacznie szybciej - Amerykanie dysponowali
          zdecydowanie lepszym sprzętem noktowizyjnym, a większość obrońców
          prawdopodobnie nie zajęła jeszcze swych pozycji.

          "Przed czterema laty lewicujący Ruch Nowego Diamentu dokonał bezkrwawego
          zamachu stanu. Na czele państwa stanął umiarkowanie lewicowy polityk Maurice
          Bishop. Waszyngton od początku patrzył na jego rządy krzywo.". Problem
          w tym, że W
          • Gość: Fereby Re: Uwaga do Ferbego IP: *.cyberczad.pl 03.11.04, 16:24
            "Przed czterema laty lewicujący Ruch Nowego Diamentu dokonał bezkrwawego
            zamachu stanu. Na czele państwa stanął umiarkowanie lewicowy polityk Maurice
            Bishop. Waszyngton od początku patrzył na jego rządy krzywo.". Problem
            w tym, że Waszyngton (administracje G. Forda i J. Cartera) "patrzyły
            krzywo" już na poprzednika Bishopa. Gaire (szef Partii Pracy), był nawet
            bardziej lewicowy od Bishopa i również dbał o dobre stosunki z państwami
            "demokracji ludowej", ale w dobie "Detente" to akurat nie wzbudzało
            niepokoju. Szkopuł w tym, że Gaire od 1974 roku przekształcał Grenadę
            w jednoosobową dyktaturę o profilu coraz bardziej lewicowym (etapu kultu
            jednostki osiągnąć już nie zdążył). Nawiasem mówiąc Ronald Reagan
            krytykował totalitaryzm Gairego i bierną politykę USA względem niego
            (choć nie tak ostro jak np. "bohatera walki antykolonialnej" Mobutu
            Sese Seko, którego - ku oburzeniu lewicowców i działaczy Partii
            Demokratycznej - nazwał bodaj "zbrodniczym dyktatorem, za nic mającym
            demokrację i ludzkie życie").

            Na zakończenie, warto zauważyć iż wszelkie taktyczne błędy Amerykanów,
            zostały aż nadto zniwelowane kompletną beztroską nowych, komunistycznych
            włodarzy wyspy. Negliżowali oni zagrożenie atakiem w takim stopniu, że
            nie przygotowali (nawet pobieżnego) planu obrony wyspy! Autentycznie
            wierzyli iż w razie ataku co dopiero spacyfikowana karabinowymi kulami
            ludność stanie po ich stronie i będzie "walczyć z najeźdźcą do ostatniej
            kropli krwi" - gdy doszło co do czego miejscowi owszem ochoczo
            współpracowali... z Amerykanami, wskazując pozycje obrońców i służąc
            za przewodników! Przykłady możnaby mnożyć. Tak to już na ogół bywa, że
            błędy na poziomie strategicznym, miewają zdecydowanie większą wagę
            niźli niedoróbki taktyczne.
    • Gość: Fereby Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.cyberczad.pl 25.10.04, 18:03
      Przyznam że nie spodziewałem się po GW profesjonalnych artykułów na tematy
      historyczne - zwłaszcza już po przesławnym "pancerniku Robin Hood" - ale to już
      są szczyty. Artykuł tonie w błędach, wykazując dziwne podobieństwo do pewnego
      dokumentu telewizji "Planete".

      Jedźmy więc po kolei. Autor stwierdza "Administracja Ronalda Reagana miała
      związane ręce. Brakowało pretekstu do interwencji." po czym
      "Waszyngton błyskawicznie, w ciągu czterech dni, przygotował plan
      interwencji.". To kompletnie nie trzyma się kupy - gdyby Reagan tak pragnął
      interwencji i intensynie szukał doń przetekstu, to kilka alterantywnych planów
      interwencji zostałoby przygotowane na całe miesiące wcześniej. Wystarczyłoby
      jedynie nieco zmodyfikować któryś z nich. Modyfikowanie planu rozpoczętoby
      natychmiast po przewrocie - dwa tygodnie, nie zaś cztery dni przed "godziną
      zero". W ogóle cała teza jest najpewniej typowym wytworem sowieckiej
      propagandy, który szybko przeniknął do lewicującej części prasy w USA, a
      następnie został użyty podczas kampanii Mondale'a 1984 roku, dla
      wykazania "nieczystych intencji" Reagana (to samo robiono zresztą te
      dwadzieścia pięc lat wcześniej administracji Johnsona). Niestety do dziś
      pokutuje on w części literatury historycznej, mimo kompletnego braku dowodów na
      poparcie tej tezy.

      "W Grenadzie - zaraza. Komunistyczna." - zastanawiam się czy to cytat z dzieła
      jakiegoś historyka "zaangażowanego, czy też twór własny autora. Główną
      przyczyną interwencji było zapobieżenie dalszym masakrom ludności cywilnej,
      przywrócenie porządku konstytucyjnego (część działaczy Partii Demokratycznej
      oraz prasy oskarżała Reagana o bezczynność i "nowy Iran"; pojawiły się nawet
      głosy, że Reagan wyznaje względem Grenady zasadę "niech komuniści się
      powyrzynają między sobą"). Wystarczy zapoznać się z relacjami ze spotkania
      przywódców państw regionu - większość sąsiadów Grenady domaga się od USA
      radykalnych kroków w celu rozwiązania kryzysu. Zaprezentowane na konferencji
      stanowisko Reagana jest tu zdecydowanie bardziej wyważone.

      Odrębną sprawą było uniemożliwienie uczynienia z amerykańskich studentów
      zakładników. Reagan świetnie pamiętał co spotkało Cartera, nie miał zamiaru
      słuchać w telewizji - "Jest 1 stycznia 1984 - już sześćdziesiąty dzień
      amerykańscy zakładnicy są przetrzymywani na Grenadzie". Ryzyko że przywódcy
      wojskowego zamachu stanu uczynią ze studentów narzędzie gróźb rosło z każdym
      dniem. Ludzie którzy zabili co najmniej pięćdziesiąt, w większości
      przypadkowych i najzupełniej niewinnych osób (to liczba szacunkowa - na co
      najmniej tyle oceniali ilość ofiar uczestnicy demonstracji, prawdopodobnie jest
      ona wyższa), rozstrzelali prezydenta pod zupełnie bzdurnymi zarzutami (miał być
      rzekomo zdrajcą i... agentem amerykańskim!), nie mieliby specjalnych oporów
      przed wzięciem zakładników, w celu zdobycia międzynarodowego rozgłosu i
      zagwarantowania sobie władzy. Nie należy też zapominać o Sowietach - ci
      zrobiliby autentycznie wszystko, by tylko pozbyć się Reagana z Białego Domu. W
      ogóle zakładnicy na Grenadzie dawaliby im wielki atut propagandowy -
      wystarczyło zaoferować pośrednictwo w negocjacjach. Reagan mógłby się zgodzić
      lub nie - w pierwszym przypadku musiałby dokonać sporych przewartościowań w
      swej polityce zagranicznej, w drugim oberwałby "w imię antykomunistycznej
      krucjaty naraża niewinnych". W obu przypadkach prezydent USA straciłby na
      prestiżu, a ZSRS zyskał.

      "Siły zbrojne Grenady liczą przecież raptem 2100 marnie wyszkolonych żołnierzy
      wyposażonych w broń strzelecką, trzy przestarzałe transportery opancerzone
      radzieckiej produkcji i tuzin leciwych radzieckich działek przeciwlotniczych" -
      jest to dalekie od prawdy. Poziom wyszkolenia obrońców był zupełnie niezły,
      duża część została przeszkolona przez kubańskich intruktorów, wielu oficerów
      przeszło przeszkolenie na Kubie (szkolili ich również instruktorzy sowieccy).
      Jeszcze lepiej wyszkoleni byli kubańscy "uzbrojeni robotnicy" (przynajmniej
      teraz wiem, że ich amerykański odpowiednik - zwany "Morskie Pszczoły" -
      to "uzbrojeni robotnicy"), z których część przeszła już próbę walki w lokalnych
      konfliktach w Afryce.

      Oczywiście byli to żołnierze co najmniej o klasę gorsi od desantowanych
      oddziałów amerykańskich, ale lepsi np od większości wojaków Castro podczas
      rewolucji, a "uzbrojeni robotnicy" charakteryzowali się ogólnie rzecz biorąc
      zdecydowanie lepszym wyszkoleniem niż żołnierze odziałów obrony lokalnej
      Vietcongu.

      "Amerykańscy planiści nie przewidzieli, że na utwardzonych pasach startowych
      spadochroniarze nie mogą się okopać i są widoczni jak kaczki na stawie."
      Amerykańscy planiści to akurat przewidzieli - problem w tym, że nie bardzo
      mogli na to coś poradzić. Desantowanie się na pasach startowych lotnisk, jest
      bardzo wygodne i często spotykane, zwłaszcza w terenach gęsto zalesionych, bądź
      na wyspach, przykładowo z trzech desantów powietrznych wojny na Pacyfiku -
      Nadzab, Noemfor, Corregidor - tylko ten ostatni nie odbył się na pasach
      startowych lotniska.

      Utwardzone pasy startowe mają tylko jedną zasadniczą wadę - twarda nawierzchnia
      sprzyja "twardym lądowaniom" (złamania!), uniemożliwia także okopanie się.
      Amerykańscy sztabowcy nie zapomnieli o tak podstawowej sprawie - po prostu z
      desantowania się na pasach startowych, płynęły spore korzyści strategiczne i
      logistyczne.

      "Żołnierze grenadzcy i Kubańczycy zaszyli się na obrzeżach płyty lotniska i
      bezkarnie grzeją do rangersów tkwiących na środku pasów startowych." Typowe
      wishful thinking - amerykańscy sztabowcy nie zakładali specjalnego oporu na
      lotnisku, uważając iż Kubańczycy pomni komunistycznych doświadczeń z Wietnamu,
      nie postawią na tak bezsensowne rozwiązanie. W II wojnie indochińskiej
      dowiedziono dobitnie, iż z obroną lotniska przed desantem, jest podobnie jak
      obroną plaży. Tak samo jak niegdyś Japończykom nigdy nie udało się zniszczyć
      lądującej piechoty na plażach, podobnie nikomu nie udało się zniszczyć
      atakujących z powietrza jednostek w powietrzu i bezpośrednio w miejscu
      lądowania (patrz atak japońskiej jednostki "Giretsu" na Okinawie).

      Vietcong i Północni Wietnamczycy próbujący kilka razy tej sztuki, stwierdzili
      iż od razu mają na karku klasyczne wsparcie powietrzne oraz "Gunshipy", co
      owocuje kompletnie bezsensowną masakrą własnych żołnierzy, wystarczająco dobrze
      widocznych z góry i kompletnie bezbronnych przed atakiem z powietrza. Dlatego
      też rychło zmienili taktykę - pozwalali Amerykanom wylądować, po czym wciągali
      ich w zasadzkę i przeprowadzali kontratak odcinający od strefy lądowania.

      Kubański dowódca najwidoczniej o tych smutnych doświadczeniach Północnych
      Wietnamczyków nie wiedział, zdając się kompletnie nie rozumieć, że jego
      przeciwnik dysponuje absolutną przewagą w powietrzu, znakomitą łącznością i
      dopracowywanymi przez niemal pół wieku procedurami wsparcia powietrznego,
      podjął kompletnie bezsensowną decyzję o obsadzeniu pozycji tuż przy pasach. W
      pierwszej chwili, jego taktyka zdawała się skutkować, Rangersi zostali
      przyciśnieci do płyty lotniska i zmuszeni do ukrycia za porzuconym sprzętem
      budowlanym.

      W chwilę jednak potem, nastąpiła zwyczajowa już powtórka z Pacyfiku, Zachodniej
      Europy, Korei, Wietnamu - znajdujący się na ziemii oficerowie łączności z
      lotnictwem, błyskawicznie ustalili stanowiska przeciwnika po pociskach
      smugowych i wybłyskach broni, po czym przekazali koordynaty
      krążącym "gunshipom". Te, dzięki dopracowanym w Wietnamie systemom, bez trudu
      odnajdują cele dla swych działek i automatycznych granatników, metodycznie
      eliminują kolejne stanowiska obrońców, śledzą z powietrza każdy ruch, niwecząc
      wszelkie próby przegrupowania - to zwykła rzeź, a nie walka.

      Kubański dowódca rozumie swój błąd - podwładnym, którzy jeszcze nie padli
      ofiarą tysięcy pocisków wystrzeliwanych przez "gunshipy", nakazuje wycof
      • Gość: Fereby Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.cyberczad.pl 25.10.04, 18:07
        Kubański dowódca rozumie swój błąd - podwładnym, którzy jeszcze nie padli
        ofiarą tysięcy pocisków wystrzeliwanych przez "gunshipy", nakazuje wycofanie
        się na drugą linię i przejście do działań opóźniających. Tę decyzję uznać
        należy za słuszną - szanse na zniszczenie rangersów na płycie lotniska od
        początku były skazane na niepowodzenie, walka natomiast w trudnym terenie daje
        niemałe szanse powstrzymania Amerykanów i zadania im wymiernych strat. Tak
        nawiasem mówiąc, Kubańczycy mieli naprawdę wiele szczęścia - te ćwierć wieku
        wcześniej, oprócz "gunshipów" mieliby na karku całą watahę A-1 "Skyrider",
        zrzucających hektolitry napalmu, w rezultacie czego zdecydowanie niewielu
        dożyłoby następnej godziny.

        Oddziały kubańskie nadal mają wysokie morale, nie idą w rozsypke (część
        miejscowych - przerażona masakrą urządzoną przez AC-130 - już zdezerterowała),
        prowadzą z pewnym powodzeniem działnia opóźniające - ich kolejnie obronne
        pozycje nie są jednak w stanie na dłużej powstrzymać nacierających Amerykanów,
        którzy po prostu obchodzą je skrzydłami, lub nacierają na słabe punkty linii
        Kubańczyków, korzystając ze wsparcia powietrznego. Kubańczycy cofają się na
        kolejne pozycje - jest ich coraz mniej i zwolna kończy im się amunicja, ale
        wciąż bronią się zacięcie. Liczą na posiłki, ale to płonna nadzieja - w Moskwie
        i Hawanie nie spodziewano się, że Amerykanie zdołają przeprowadzić tak szybko
        atak na tak wielką skalę.

        Jeśli idzie o desant na siedzibę gubernatora, to paradoksalnie okazał się on
        dla Amerykanów bardzo szczęśliwy. Początkowo dowodzący miejscowymi żołnierzami,
        kompletnie nie docenił SEALS i rzucił swych ludzi do gwałtownego ataku. SEALS
        podpuścili ich blisko i starannie mierzonym, oszczędnym ogniem, wystrzelali
        większość nacierających na otwartej przestrzenii ogrodu rezydencji. Reszta
        spanikowała i uciekła. Dowódca atakujących podjął wtedy wyjątkowo głupią
        decyzję - postanowił sciągnąć posiłki i wziąć Amerykanów długotrwałym szturmem.
        Na jego szczęsie SEALS nie mieli początkowo łaczności z samolotami wsparcia.
        Potem wszakże dodzwonili się poprzez cywilną sieć telefoniczną do dowództwa (co
        zakrawa już na kompletny idiotyzm, oblegający nawet nie pomyśleli o jej
        zerwaniu) i żołnierze armii Grenady zaczeli obrywać ciężkie razy z powietrza.
        Do tej chwili pod rezydencję ściągnięto około stu żołnierzy i transporter
        opancerzony, trwoniąc bezsensownie środki, które bez wątpienia byłyby bardziej
        przydatne toczącym ciężkie walki Kubańczykom.

        "Sprawy idą dla Amerykanów kiepsko." - chyba ich własnym (?) zdaniem. Obrońcy
        są w sytuacji nieporównanie gorszej - walczą w kilku odrębnych grupach, nie
        mogących specjalnie współdziałać, ze względu na niemal kompletny brak łączności
        i amerykańskie panowanie w powietrzu, nie wiedzą zbytnio jaka jest liczebność
        przeciwnika, gdzie się znajduje, wciąż obawiają że podczas kolejnego odwrotu
        natkną się na przeważające siły amerykańskie, otacza ich pamiętająca ostatnią
        masakrę, nastawiona nieprzyjaźnie ludność.

        "Amerykańscy generałowie tracą cierpliwość i zarządzają lądowanie piechoty
        morskiej z ciężkim sprzętem." Nie stracili cierpliwości (choć oczywiście któryś
        z dowódców mógł to tak przedstawiać "ku własnej chwale"), to było starannie
        skalkulowane przedsięwzięcie. Wykorzystanie tej częsci sił było uzależnione od
        rozwoju sytuacji. Ze strategicznego punktu widzenia okazało się bardzo udanym
        posunięciem, angażując ostatnie rezerwy przeciwnika - od tej chwili bardzo
        trudne położenie obrońców, stało się już kompletnie beznadziejne.

        "O 19 na plażach desantują się setki marines z ciężkimi haubicami,
        transporterami, czołgami. Amerykańscy oficerowie, szkoleni do walki z kolumnami
        sowieckich czołgów, nie dają sobie rady ze świetnie znającymi teren niedużymi
        grupkami obrońców.". Tak się składa, że w wypadku marines największy nacisk w
        szkoleniu kładziono nie na walkę "z kolumnami sowieckich czołgów", a własnie na
        działania desantowe, partyzanckie i przeciwpartyzanckie - było tak co najmniej
        od czasów Johna F. Kennedy'ego. Owszem - piechoty morskiej użyto (ze sporym
        powodzeniem) na frontach I wojny światowej, ale tego doświadczenia nikt nie
        zamierzał powtarzać (Marynarka uważała ten aspekt walk za domenę Armii)!

        Poszło w rzeczywistości o coś zupełnie innego - obrońcom sprzyjał teren,
        uniemożliwiający wykorzystanie na większą skalę czołgów i lotnictwa. Zwanie
        ich "pospolitym ruszeniem", jest uzasadnione mniej więcej w tym samym stopniu,
        jak względem tworzonych przed wojną, sowieckich oddziałów partyzanckich. Wielu
        z nich było wyszkolonymi do działań partyzanckich w Ameryce Środkowej
        specjalistami. Owszem było tam trochę nieostrzelanych i niewyszkolonych cywili,
        wcielonych do armii często przymusem, ale ci akurat w dużej części po prostu
        uciekli, bywało nim ujrzeli pierwszego Amerykanina, wyznając najwidoczniej
        zasadę - lepiej być żywym tchórzem, niż martwym bohaterem.

        Ci którzy wyznawali poglądy odwrotne, bronili się w różnych niedostępnych
        miejscach, po ich oskrzydleniu natychmiast się wycofując na kolejne, jeszcze
        bardziej niedostępne pozycje. Kilka szaleńczych kontraataków, nie dało żadnych
        efektów - piechota morska była lepiej wyszkolona i dysponowała zbyt wielką siłą
        ognia oraz wsparciem powietrznym. Ten etap walk trudno oceniać jednoznacznie -
        z jednej strony obrońcy bardzo opóźniali marsz Amerykanów, drugiej jednak
        strony tracono wyszkolonych w działaniach nieregularnych ludzi, którzy w
        pierwotnych założeniach mieli stać się rdzeniem antyamerykańskiej partyzantki
        na wyspie.

        "Przez całą noc aż do południa następnego dnia trwają utarczki, ale
        najsilniejsza armia świata nie potrafi pokonać garstki uzbrojonych w
        kałasznikowy żołnierzy pospolitego ruszenia." - nie wiem co w tym takiego
        dziwnego. Dobrze znający teren i korzystający z przygotowanych pozycji obrońcy
        potrafią na jakiś czas zatrzymać doborowe jednostki. Przykładowo, paruset słabo
        wyszkolonych i niedożywionych obrońców Betio (atol Tarawa) potrafiło na
        naprędce zbudowanych z pni palmowych i pustych beczek po paliwie, zatrzymać w
        drodze na plaże cały pułk 2 Dywizji Piechoty Morskiej - zaprawionych w bojach
        weteranów z Guadalcanalu, którzy uprzednio mimo koszmarnych warunków, braku
        amunicji i wody pokonali doborowe jednostki japońskie podczas walk o
        oczyszczenie Guadalcanal. Cały - parutysięczny garnizon - wiązał siły całej
        dywizji naprawdę sporo czasu.

        Słynna "Wieka Czerwona Jedynka" została zatrzymana na całe tygodnie przez słabo
        wyszkolonych żołnierzy Volkssturmu (części żołnierzy brakowało palców u rąk,
        wielu nie miało nóg, słabo widzieli, chorowali na atmę, mieli po siedemdziesiąt
        lat), obsadzających bunkry Linii Zygfryda, charakteryzujące się ogólnie
        niespecjalną jakością.

        Uzbrojeni wyłącznie w granaty ręczne i miny cywile na Ie Shima, potrafili
        całymi dniami powstrzymać wzmocniony pułk doświadczonej 77 dywizji piechoty
        dysponujący czołgowymi miotaczami ognia (którymi na Grenadzie nie dysponowano) -
        co więcej, rzucając się pod amerykańskie czołgi obwiązani materiałami
        wybuchowymi w samobójczych atakach znisczyli dwa "Shermany" i zmusili
        Amerykanów do opuszczenia z takim trudem zdobytego terenu. W tym kontekście
        dwudziestoczterogodninną epopeję pospolitego ruszenia z Grenady, trudno oceniać
        jako specjalne osiągnięcie.

        "Na pokładzie USS "Guam" rangersi szykują się do lotu helikopterami na pomoc
        uwięzionym studentom. Ale pułkownik piechoty morskiej odpowiedzialny za
        śmigłowce odmawia wpuszczenia rangersów." - podobny incydent miał miejsce,
        jednak literatura przedmiotu uparcie twierdzi, że chodziło o transport rannych
        żołnierzy Armii, nie zaś studentów.

        Tak na zakończenie - zadziwia niesłychany wprost podziw bijący z artykułu
        dla "sił zbrojnych Grenady". Jeśli rozważać całą rzecz na chłodno, okaże się iż
        jedyną częścią tych wojsk walczącą naprawdę
        • Gość: Fereby Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.cyberczad.pl 25.10.04, 18:09
          Tak na zakończenie - zadziwia niesłychany wprost podziw bijący z artykułu
          dla "sił zbrojnych Grenady". Jeśli rozważać całą rzecz na chłodno, okaże się iż
          jedyną częścią tych wojsk walczącą naprawdę dobrze i sensownie byli...
          Kubańczycy. Dowodzący nimi oficer, podjął właściwie tylko jedną, kiepską
          decyzję - zajęcia pozycji obronnych wokół lotniska. Jego późniejsze działania
          (walki odwrotowe) ocenić należy jako prowadzone umiejętnie i z wielkim
          wyczuciem sytuacji. Ostatecznie jego północnowietnamscy odpowiednicy potrafili
          w analogicznej sytuacji rzucać swe oddziały do szaleńczego ataku na znajdujące
          się na lądowisku śmigłowców oddziały, licząc iż w zwarciu Amerykanie nie będą
          mogli korzystać ze wsparcia artyleryjskiego i powietrznego - kończyło się to na
          ogół dokumentnym wystrzelaniem atakujących, przy niewielkich stratach własnych
          Amerykanów.

          Przy całkowitej pewności dysponowania przez przeciwnika przewagą powietrzną,
          należało pozostawić lotnisko nie bronione, szpikując jego otoczenie pułapkami,
          przygotować szereg umocnionych, zamaskowanych pozycji na drodze
          przypuszczalnego marszu Amerykanów (jak czynili to Japończycy i Wietnamczycy).
          Jeśli już koniecznie chciano bronić lotniska, nalezało zbudować szereg ziemnych
          bunkrów z miejscowych materiałów, które szachowałyby pasy startowe ogniem,
          bedąc zdecydowanie trudniejszymi do wykrycia i zniszczenia przez lotnictwo
          (Japończycy czynili tak nagminnie na wyspach Pacyfiku). Prócz tego, takie
          bunkry angażowałyby mniejsze siły obrońców, niż pozycje odkryte, dając szanse
          stworzenia dodatkowych odwodów, których Kubańczykom później zabrakło.

          Próby rozprawienia się kilkunastoma SEALS w rezydencji gubernatora, trudno
          uznać za sensowne - jej ewentualne odbicie i eliminacja SEALS nie miałaby i tak
          większego znaczenia strategicznego. Rezydencję należało zablokować niewielkim
          odziałkiem z pewną ilością snajperów, prowadzących ostrzał nękający, a
          uwolnione siły skierować na zagrożone kierunki.

          Tak po prawdzie, podjęcie decyzji o ataku na Grenadę w błyskawicznym czasie i
          jej zaplanowanie w jeszcze krótszym, zniwelowało większość błędów Amerykanów,
          dając im w rezultacie przekonujące zwycięstwo. Choć nie udało się osiągnąć
          taktycznego zaskoczenia, uzyskano zdecydowanie cenniejsze zaskoczenie na
          poziomie strategicznym - zarówno Moskwa, jak Hawana spodziewały się
          amerykańskiej akcji na wyspie, ale zakładały że bedzie ona wyglądać podobnie
          do "Miski Ryżu" (próba odbicia zakładników w Iranie), toteż szeregu oczywistych
          działań wzmacniających obronę (budowa umocnień na zagrożonych kierunkach, pól
          minowych, przeszkód podwodnych, itp.) nie podjęto, aż było za późno. Można
          jednak być pewnym, że gdyby Amerykanie zaatakowali np. dopiero w styczniu,
          natknęliby się na bardziej skonsolidowaną obronę.

          Trudno nie snuć tu porównać z działaniami Halseya na Filipinach. W rezultacie
          szeregu jego błędów, bitwa pod Leyte była wyjątkowo chaotyczna i toczona w
          trudnych warunkach, jednak przyśpieszenie terminu lądowania na Leyte o parę
          miesięcy sprawiło, iż Japończycy nie mogli wystawić większej liczby
          wyszkolonych pilotów oraz skonsolidować obrony kluczowych wysp - w rezultacie
          operacja filipińska zakończyła się przekonującym zwycięstwem Amerykanów. Tak to
          juz na wojnie bywa, że pośpiesznie przygotowana, przeprowadzona wcześniej
          operacja okazuje się często zdecydowanie skuteczniejsza od akcji zaplanowanej w
          każdym szczególe, lecz przeprowadzonej później...
          • Gość: Tom Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.sub-70-212-128.myvzw.com 29.10.04, 01:40
            Swietny tekst, Fereby- przeczytalem go z duza wieksza przyjemnoscia, niz ten
            wyjatkowo niekompetentny i pelny bzdur artykul. W przeciwienstwie do autora z
            GW wiesz, o czym piszesz.

            Dzieki!
            • Gość: lech Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.devs.futuro.pl 31.10.04, 12:44
              Zgadzam się z poprzednikami. Fereby pisz częściej. Swoją drogą skąd masz takie
              wiadomości?
              • Gość: Fereby Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.cyberczad.pl 03.11.04, 16:33
                Ponad dwadzieścia lat studiowania różnych konfliktów (głównie
                II wojna na Pacyfiku), dość dobra pamięć, co pozwala na znajdywanie
                często zaskakujące analogie. Oprócz tego brat - jeden z największych
                znawców okrętów II wojny światowej w tym kraju, koledzy specjalizujący
                się w innych aspektach wojen.
                • Gość: vile Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: 213.226.188.* 08.11.04, 10:45
                  Mimo to sa pewne logiczne bledy (niescislosci) takze w twoich komentarzach ? raz piszesz iz grenadzkie sily zbrojne wcale nie byly ?marnie wyszkolone?, jednak z dalszej czesci komentarzy wynika, ze jednak tak bylo: wiekszosc Grenadczykow zdezerterowala, nonsensowna proba szturmu palacu gubernatorskiego. Kubańczycy ? według ciebie doświadczeni i wyszkoleni w wojnach postkolonialnych ? tez podejmuja bezsensowna decyzje obrony lotniska. Wydaje mi się ze te nieliczne bledy wynikly chyba z pośpiechu i checi udowodnienia z gory zalozonej tezy (tylko jakiej? ze Amerykanie stoczyli bohaterska walke z 2 czy 3 tysiacami komunistow? niekwestionuje potrzeby tej interwencji, kwestionuje jej "bohaterski" charakter). Zdarza się. Mimo wszystko komentarze sa lepsze od tekstu. Gratuluje.
                  • Gość: Fereby Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.cyberczad.pl 09.11.04, 16:10
                    > Mimo to sa pewne logiczne bledy (niescislosci) takze w twoich komentarzach ?
                    > raz piszesz iz grenadzkie sily zbrojne wcale nie byly
                    > ?marnie wyszkolone?, jednak z dalszej czesci komentarzy wynika, ze jednak tak
                    > bylo: wiekszosc Grenadczykow zdezerterowala,

                    Żołnierze północnowietnamscy byli wyszkoleni zdecydowanie lepiej, a w pewnych
                    okresach nawet 1/4 dezerterowała po przejściu "Szlakiem Ho Chi Minha", nie
                    wytrzymując nerwowo amerykańskich bombardowań. Z Vietcongu do 1968 roku rocznie
                    dezerterowało nawet 20% żołnierzy (do Tet 108 tysięcy przeszło na stronę rządu,
                    nie wiadomo ile wybrało "dezercję neutralną", zdezerterowawszy z Vietcongu, ale
                    nie korzystając z "otwartych ramion"). Wyszkolenie ma pewien wpływ na liczbę
                    dezercji, ale zdecydowanie większy ma poczucie sensu stawiania oporu,
                    kalkulacja możliwości skutecznego powstrzymania przeciwnika i zadania mu strat.
                    Istotne jest też doświadczenie bojowe - świetnie wyszkolony oddział nowicjuszy,
                    któremu ogień artyleryjski zada poważne straty, może się załamac szybciej, niż
                    słabo wyszkolony, który już wielkrotnie był pod ogniem. Wielu dezerterów na
                    Grenadzie po prostu nie wytrzymało psychicznie huraganowego ognia "gunsipów",
                    Północni Wietnamczycy też miewali tu poważne problemy, względnie nie widziało
                    możliwości stawiania skutecznego oporu przy tej przewadze przeciwnika.

                    > nonsensowna proba szturmu palacu gubernatorskiego.

                    Broni się obiektów o znaczeniu strategicznym - ewentualne zdobycie pałacu
                    gubernatora nie miałoby praktycznie żadnego znaczenia dla obrońców wyspy,
                    zwłaszcza przy omalże pewności poniesienia nieadekwatnie wysokich strat od
                    ataków lotnictwa i kul obrońców.

                    > Kubańczycy ? według ciebie
                    > doświadczeni i wyszkoleni w wojnach postkolonialnych
                    > tez podejmuja bezsensowna decyzje obrony lotniska.

                    Podejmuje ją ich dowódca - najwidoczniej nie znał doświadczeń II wojny
                    indochińskiej. Japończycy też nigdy nie bronili w ten sposób lotnisk -
                    na ogół (Peleliu), pozwalali zając Amerykanom jego płytę, ciężkim ogniem ze
                    starannie zamaskowanych bunkrów na sąsiadujących wzgórzach, uniemożliwiając
                    jego wykorzystanie. Kubańczycy nie podjęli szeregu oczywistych przygotowań
                    obronnych - prawdopodobnie nie otrzymali odpowiednich instrukcji z Hawany.

                    > Wydaje mi się ze te nieliczne bledy wynikly chyba z pośpiechu i checi
                    > udowodnienia z gory zalozonej tezy (tylko jakiej? ze Amerykanie stoczyli
                    > bohaterska walke z 2 czy 3 tysiacami komunistow?
                    > niekwestionuje potrzeby tej interwencji, kwestionuje jej "bohaterski"
                    > charakter).

                    Błędy obrońców wynikły z kompletnej niefrasobliwości (brak planu obrony wyspy),
                    rozdrabniania sił do obrony obiektów nie majacych znaczenia strategicznego,
                    hurraoptymistycznego założenia o pełnym poparciu ludności. Błędy atakujących
                    wynikły z ogromnego pośpiechu, braku zgrania, złej oceny sił przeciwnika
                    (uważano że żołnierze kubańscy pozostaną neutralni, ponieważ Castro nie
                    udzielił oficjalnego poparcia nowym władzom Grenady, zakładano że do walki
                    stanie kilkuset obrońców, a reszta nie będzie chciała ginąć w imię przegranej
                    sprawy), braku inicjatywy i przebojowości części dowódców, niedostatków sprzętu
                    (choćby brak ciężkich jednostek wsparcia - pancerniki dopiero miano
                    reaktywować). Owszem, przy okazji tej operacji miano pokazać, że USA będzie
                    zdecydowanie odpowiadać na działania ZSRS i państw bloku, ale nie chodziło
                    o "bohaterstwo", a skuteczność. To założenie udało się zrealizować - wyspę
                    zajęto szybko i bez większych strat własnych. Pewne błędy nie okazały się
                    decydujące - większe popełniano podczas II wojny.

                    Wysłanie doborowych jednostek i wielokrotna przewaga liczebna w oczywisty
                    sposób wypływały już z doświadczeń desantów lat 1942-45. Nikt nie chciał
                    powtórzyć doświadczeń z Biaku, gdzie kilka tysięcy żołnierzy cesarskich,
                    tygodniami broniło lotniska (zwyczajowo jego teren znajdował się w rękach
                    Amerykanów, ale ogień z bunkrów i jaskiń uniemożliwiał nie tylko korzystanie z
                    pasów startowych przez samoloty, ale nawet jakikolwiek ruch piechoty).

                    Podobnie jak rajdy na Wake w 1943, operacja miała również znaczenie
                    szkoleniowe. Sprawdzono sprzęt, nowinki taktyczne, współdziałanie. W rezultacie
                    podczas zdecydowanie trudniejszej operacji w Panamie 5 lat później, popełniono
                    zdecydowanie mniej błędów.
    • Gość: arci Do Ferbyego IP: *.pam.szczecin.pl 29.10.04, 19:45
      Musisz częsciej komentować stary.
      • Gość: Fereby Re: Do Ferbyego IP: *.cyberczad.pl 03.11.04, 16:40
        Spróbuję, choć mam mało czasu - w zasadzie to piszę w nieco
        innych tematach (japoński komiks i animacja - wiąże się to
        zresztą z moim zainteresowaniem II wojną światową na Pacyfiku,
        starałem się zgłębić psychologię Japończyków poprzez ich
        kulturę masową, w końcu zaproponowano mi pisanie tekstów
        historycznych i recenzji).
    • Gość: zenek Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.thinprint.de / 145.253.119.* 05.11.04, 15:03
      Smierc amerykanskim wladzom i zolnierzom!!!
      • Gość: Fereby Re: 25 X 1983. Lecimy po studentów! IP: *.cyberczad.pl 06.11.04, 14:00
        Niezłe! Można się co najwyżej zastanawiać, czy to jakiś "bohaterski partyzant
        ludowowyzwoleńczy" z Grenady, który zwiał gdy tylko usłyszał pierwsze strzały
        Amerykanów i po 20. latach wylazł ze swej nory, grając wielkiego,
        antyimperialistycznego herosa, czy też raczej kolejny rodzimy biedaczek, gotowy
        walczyć z Amerykanami do ostatniego Irakijczyka. Rachunek prawdopodobieństwa i
        znajomość języka polskiego wskazują na to drugie.

        Tacy na ogół myślą że na wojna to zabawa, na której powystrzelają sobie
        Amerykanów do woli. Wyobrażają sobie że to jakieś "Czterech Pancernych", gdzie
        wrogowie są głupi i przyślepawi (rzadko w coś trafiają). A gdy już na wojnę
        trafiają, przerażeniem odkrywają, że nim udaje się dotrzeć do amerykańskich
        pozycji większa część oddziału ginie lub zostaje ranna wskutek bomb i ognia
        artylerii, kule nie robią małych "filmowych" ranek dających się łatwo zakryć
        plasterkiem, a wystrzeliwują gigantyczne dziury, urywają palce, wyrzucają na
        zewnątrz zawartość czaszki. Stwierdzają, że wojna to wielogodzinne krycie się
        za niskim murkiem, chroniącym przed kulami karabinu maszynowego, ale nie przed
        palącym słońcem i nawałami moździeży, wdychając smród zaczynającego już gnić
        ciała kolegi z oddziału, który poprzedniego dnia pozwolił sobie nieostrożnie
        wyjrzeć zza kamienia i kula snajpera trafiła go prosto w czoło, zaś żołnierzy
        amerykańskich trudno jest dostać, można wystrzelać kilkanaście magazynków i nie
        mieć pewności że się kogokolwiek trafiło. Na koniec doświadczają na własnej
        skórze, że śmierć rzadko bywa szybka i bezbolesna, często cierpi się godzinami,
        zanim inni żółnierze z oddziału, którzy uprzednio uznali "jemu nic już nie
        pomoże", postanawiają skończyć sprawę przy pomocy pojedynczej, starannie
        mierzonej kuli. Niektórzy wtedy, na progu śmierci, zdają sobie sprawę że ich
        decyzja o wyruszeniu na "wojnę z amerykańskim imperializmem", była kompletną
        głupotą - tyle że wtedy dla antyamerykanisty-naiwniaka jest już stanowczo za
        późno.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka