balbinia
27.03.04, 16:02
Adam Luck
The Mail on Sunday, 14.05.2003
Nad wioską Ho Sun, położoną na peryferiach rozrastającego się miasta Foshan,
wstaje kolejny dzień. Spoglądam na okolicę, stojąc na konstrukcji składającej
się z pięćdziesięciu drucianych klatek, wypełnionych szczelnie tysiącami
gęsi, które zostaną wkrótce sprzedane na okolicznych targach, by stamtąd
powędrować wprost na restauracyjne stoły. Gęś chwyta się mocno za szyję i
uderza o ziemię. Operacji dokonuje się wśród obezwładniającego odoru
ekskrementów i fetoru stojącej wody.
Na całej linii horyzontu ciągną się zagrody dla zwierząt szczelnie wypełnione
świniami, drobiem, rybami hodowlanymi. Są oddzielone od siebie lichymi
betonowymi zabudowaniami. Panorama spowita jest oparami porannego upału i
warstwami ciepłego powietrza, które wprost roi się od much. Czuję, że jak
okiem sięgnąć, da się zaobserwować zderzenie trzech, pozornie całkowicie
wykluczających się światów, których jedynym wspólnym mianownikiem jest brak
higieny i okropny odór. To właśnie tutaj żyją prości wieśniacy w
prowizorycznie wykonanych, drewnianych chatach, do których prowadzą
zabłocone, nieutwardzone drogi. To tu jest piekło, w którym narodził się
zabójczy wirus odpowiedzialny za SARS (zespół ostrej niewydolności
oddechowej), który zabił 400 osób i zakaził 5 tysięcy.
Jestem pierwszym dziennikarzem z Zachodu, poznającym warunki panujące w
Foshan, epicentrum SARS. W tym nowoczesnym mieście w prowincji Guandong, w
którym mieszka 3,5 miliona osób, odnotowano pierwszy potwierdzony przypadek
choroby, a także pierwszy potwierdzony przypadek śmierci w jej wyniku.
Stopień lęku i przerażenia w mieście rośnie nie tylko z powodu obawy przed
zachorowaniem, lecz także w wyniku represyjnej działalności rządu, który chce
zahamować rozprzestrzenianie się choroby, wyrzucając zakażonych z pracy lub
grożąc aresztem tym, którzy ośmielą się wypowiedzieć słowo „ai Dian”, chiński
odpowiednik wirusa SARS.
Naukowcy uważają, że chorobę wywołuje nowa mutacja koronawirusa i czynniki
zbliżone do tych, które powodują typowe przeziębienie. Tego typu wirusy są w
stanie przekraczać bariery gatunkowe i często okazują się śmiertelne w
skutkach dla nowego żywiciela, który nie miał możliwości wzmocnić swojego
systemu odpornościowego. Według jednej z teorii wirus przeszedł ze zwierząt
na ludzi na tak zwanych „mokrych targach” w prowincji Guandong, gdzie
sprzedaje się żywe szczury, żółwie, węże i inne egzotyczne zwierzęta.
Na rynku w Shunde sprzedawca węży Cheng Sui-kan mówi: Pracując w tej okolicy
i w tym fachu, często podróżujemy po całej prowincji, sprzedając dzikie
zwierzęta ludziom, którzy zjadają je i traktują jako najwspanialszy kulinarny
rarytas.
Guandong słynie z zamiłowania do tego typu dań i restauracje zrobią tam
wszystko, aby postawić na swoich stołach egzotyczne okazy kobr, lampartów,
cywet (ssak z rodziny łoszowatych), małp, nietoperzy lub świnek morskich.
Piętnaście mil na północ od Foshan, w stolicy prowincji Guangzhou, dziesiątki
tysięcy żyjących lub prawie martwych zwierząt, upchanych ciasno w klatkach, w
kałużach własnych ekskrementów, wystawia się na sprzedaż na targu w Lo Chung
Way. Tuż obok siebie umieszcza się dzikie zwierzęta i zwierzęta hodowlane. To
miejsce cechują wymarzone warunki do rozwoju śmiercionośnych wirusów, ich
powstanie ułatwia prowadzona hodowla.
Mikrobiolodzy są przekonani, że co najmniej pandemie nękające świat miały
swój początek w prowincji Guandong. W ich skład wchodziła azjatycka grypa z
1957 r., jej odmiana, która powstała w Hongkongu w 1968 r. oraz
najprawdopodobniej także epidemia hiszpańskiej grypy – łącznie doprowadziły
one do śmierci 70 milionów osób.