Dodaj do ulubionych

The new guy. ;)

10.10.09, 14:56
Witam! Jestem tu pierwszy raz. Chciałem się na wstępie bardzo serdecznie ze wszystkimi przywitać. A także opowiedzieć w skrócie swoją historię. Może kogoś ona zainteresuje.
Otóż siedzę całymi dniami przed komputerem, nie mam praktycznie żadnych przyjaciół, mam za to (po 4 próbach samobójczych, niestety nieskutecznych) zdiagnozowane zaburzenie osobowości typu borderline (jestem DDA, z którego powstało borderline). Nienawidzę siebie, nienawidzę swojego życia, brzydzę się jego każdą sekundą, nienawidzę innych ludzi (w szczególności za to, że potrafią cieszyć się życiem i być szczęśliwymi ludźmi), nienawidzę swoich rodziców i swojego brata.

Brzydzę się nimi. Brzydzę się sobą. Jedyne co potrafię odczuwać, to albo skrajna nienawiść do siebie i innych, albo bezgraniczna deprechę.
Mój ojciec jest alkoholikiem, matka to pozbawiona empatii kobieta współuzależniona. W dzieciństwie, jak to się mądrze mówi, potrzeby emocjonalne członków rodziny nigdy nie były zaspokajane. Ba! Były wręcz wyszydzane.
Tak w ogóle z dzieciństwa pamiętam tylko bezkresną nienawiść, bezustanne kłótnie.

Wszyscy kłócili się ze wszystkimi, np. mama z babcią [(bo mieszkam na wsi w biedzie, w rodzinie wielopokoleniowej), po czym babcia napuszczała ojca na mamę i ten najczęściej przybiegał i ją bił (zawsze bardziej cenił sobie względy matki, niż swojej żony...)], mama z ojcem, dziadkowie z ojcem, rodzice z moim bratem.. itd.. itp.. W każdym razie mnie jako najmłodszemu i najwrażliwszemu członkowi rodziny obrywało się najbardziej.

Powiem jeszcze raz: z dzieciństwa pamiętam tylko kłótnie, nieustającą nienawiść i paniczny lęk przed gniewem ojca (w gniewie był nieobliczalny).

Nienawidzę siebie, nienawidzę swojego życia. Nie chcę żyć tak dalej. Bo i po co?

Nigdzie nie wychodzę (boję się ludzi), nie mam pracy (zresztą do pracy się nie nadaję), nikt mnie nie kocha (i pewnie nigdy już nie pokocha), mam straszliwe huśtawki nastrojów i w ogóle czuję się nikomu (nawet sobie) nie potrzebny.
A najgorsze jest, że w godzinie mej zguby, gdy będę leżał już na łożu śmierci i próbował podsumować swe życie, dojdę do wniosku... ,że nie żyłem. Nawet przez chwilę..

:(((

Ale jak to powiedział Riddick w Assault on the Dark Athena:
"For those who get used to living hard, death comes easily."
Obserwuj wątek
    • mykolina88 Re: The new guy. ;) 10.10.09, 21:18
      Witaj :)

      ja jestem po dwoch probach samobojczych, jestem gorsza :P

      jak chcesz pogadac pisz 9283906

      ale niew iem, czy mnie tez nie znienawidzisz, skoro moge byc podobna do ciebie,
      a sam siebie jak twierdzisz nienawidzisz...

      zapraszam i trzymam kciku za ciebie :*
      • jgpk2 Re: The new guy. ;) 10.10.09, 21:50
        myślę że większość z nas mam tu na myśli borderów i dda jest po
        jakiś próbach samobójczach. Ja wiem jedno-żałuję że mnie
        odratowywali.

        Ale powiem Wam, że dobrze jest jak rozmawiamy ze sobą, przynajmniej
        mi to chociaż na małą chwilkę pozwala zapomniec o moich jazdach.

        Jesteśmy z Tobą- jak poczujesz chęć pisania postów to pisz -czasami
        daje to ulge jak coś sie wywali z własnego wnętrza. Pozdrawiam :)
        • exross Re: The new guy. ;) 10.10.09, 22:12
          A czy jest na tym forum w ogóle ktoś, kto nie żałuje, że go odratowali?

          Właściwie, z tego co pamiętam, najszczęśliwszy byłem, gdy w szpitalu psychiatrycznym, po nieudanej próbie samobójczej, podali mi lek na uspokojenie myśli, którego w ciężkiej depresji podawać się nie powinno. O mało (właśnie szkoda, że "o mało") nie skończyło się to moim zejściem. Ale pamiętam, że wtedy naprawdę byłem szczęśliwy, gdy pomału, powolutku (powoli, acz sukcesywnie) traciłem kontakt z rzeczywistością. Wydawało mi się, że od teraz wszystkie problemy mogę mieć gdzieś... Wreszcie ucieknę od codziennej monotonii, samotności, chwiejnych nastrojów, itd. (Wam chyba tego nie muszę opisywać). Czułem, że oszukałem cały świat, oszukałem tych, co mi to zrobili... Czułem, że wreszcie ucieknę od obowiązku życia (w tym wypadku akurat tożsamego z cierpieniem).
          Niestety, banda samolubnych kretynów w białych fartuchach (co akurat srała w porty o swoje ciepłe posadki, wszak błędy lekarskie modne są w mediach) musiała wszystko popsuć.
          :((((

          PS: Dziękuję za miłe powitanie. :))
          • jgpk2 Re: The new guy. ;) 11.10.09, 21:23
            fajnie że jesteś z nami exross-ważne abyś pisał co się z Toba dzieje-
            to naprawdę czasami troche wymiecie trochę brudu z naszego wnętrza.
            Najważniejsze abys na terapii potrafił szczerze mówic o swoich
            odczuciach i może tutaj wspólnymi siłami jakoś uda nam się wszystkim
            pomóc Ci w Twojej sytuacji i zapędzi na terapiię. Także pisz ile
            wlezie- a w zasadzie ile wylezie z Ciebie. :*
    • annarchia Re: The new guy. ;) 11.10.09, 16:56
      Wygląda na to, że traktujesz siebie tak, jak traktowali Cię rodzice, rodzina. Na
      tym polega zaburzenie osobowości. Mimo, że świadomie nienawidzisz rodziców,
      to... jak na ironię jesteś wobec siebie taki, jacy oni wobec Ciebie. A to
      dlatego, że w rozwoju osobowości tak jest. Osoba kochana (w adekwatnym znaczeniu
      tego słowa) nie nienawidzi swojego życia, nie pyta obsesyjnie o sens swojego
      życia, osoba szanowana i kochana nie nienawidzi siebie i absolutnie nie czuje
      wstrętu do siebie. Dziecko nie rodzi się z poczuciem sensu, ani z poczuciem
      nienawiści do świata. A wręcz odwrotnie: dziecko jest ciekawe świata, siebie,
      spontanicznie się cieszy i spontanicznie smuci. Dotarła od mnie ostatnio
      refleksja, że - niebywałe - to stan szczęśliwości i niekończącej się ciekawości
      życiem, zachwytem jest NATURALNY. Dopiero wychowanie, doświadczenia powodują
      poczucie bezsensu, wstrętu do siebie. To nie świat jest taki. To nie wrażliwość
      powoduje depresję. Ale zranienia. Twoje przekonania na swój temat i siebie są
      błędne, nieprawdziwe, a co najważniejsze - PRZEJĘTE od rodziców. Nie widzisz
      siebie i życia takim, jaki jest (jak najbardziej zbliżone od prawdy), ale takim,
      jaki pryzmat podarowali Ci rodzice. Jak na ironię - nienawidzisz ich, a ciągle
      patrzysz na siebie ich oczami. Przerażające. Możesz dzięki terapii zobaczyć,
      jaki jesteś naprawdę i jakie jest życie w mniej skrzywionym, zaburzonym świetle.

      Buźka :*
      • annarchia Re: The new guy. ;) 11.10.09, 16:57
        annarchia napisała:


        > wstrętu do siebie. Dziecko nie rodzi się z poczuciem sensu,

        Poprawka: z poczuciem bezsensu.
        • aigala Re: The new guy. ;) 11.10.09, 17:58
          witaj:)

          Dobrze, ze sie odezwales, moze pisanie o swoich emocjach bedzie dla ciebie pomocne.

          Widze, ze wiele przeszedles, chyba jak kazdy z nas...
          Chodzisz do lekarza? Mi leki bardzo pomogly, po ponad polrocznej nieobecnosci
          wrocilam na studia, chce mi sie zyc, mam ochote wypelniac rozne zadania w ciagu
          dnia, a wiosna tego roku nie bylam w stanie podniesc sie z lozka, ubrac sie. A
          jedyne o czym marzylam to to, zeby ten bol zycia sie skonczyl...

          Walcz o siebie.
          I odzywaj sie zawsze, gdy czujesz taka potrzebe. Mysle, ze zawsze znajdzie sie
          ktos, kto postara sie podniesc ciebie na duchu





          • exross Re: The new guy. ;) 12.10.09, 00:48
            Dziękuje za miłe powitanie. :))) I za odzew wszelaki. :))) Miło mi, że ktoś się mną zainteresował (i nade mną zlitował). To takie dla mnie niezwykłe (niezmiernie inne od tego, co spotyka mnie na co dzień). Naprawdę bardzo wiele to dla mnie znaczy. :)

            Byłem u lekarza i to niejednokrotnie. Ale nigdy nie przynosiło mi to żadnej ulgi. Zawsze czułem się olewany i zbywany. Wizyta nigdy nie trwała dłużej niż 5 - 10 minut. Tylko rytualne: "Jak się czujesz, Tomek?", jakaś próba podniesienia na duchu "na odczepnego" w wypadku niezbyt pozytywnej odpowiedzi, wypisanie recepty (Asertin 50 + Depakine Chrono) i "Do widzenia." (Do tego facetka w recepcji zawsze patrzyła się na mnie jakby chciała mnie zabić - ciekawe dlaczego?)
            Byłem też parę razy u psycholog, ale stwierdziła, że ze mną sobie nie poradzi i chciała mnie wepchnąć do jakiejś tam kliniki, ale jak przyszło co do czego, to wszystko kazała mi załatwić sobie samemu. Nie miałem do tego siły, więc się poddałem.
            Leków od dawna już nie biorę. Asertin nawet mi pomagał, ale nie mogłem po nim spać i pociłem się jak świnia (naprawdę czułem się obrzydliwie), a po Depakinie bolała mnie wątroba i ogólnie bałem się skutków ubocznych, więc też przestałem brać. Zresztą na zaburzenie osobowości, z tego co mi ordynator w szpitalu w Sochaczewie powiedziała, nie pomoże chyba żaden lek.
    • exross Re: The new guy. ;) 12.10.09, 01:13
      Wy to i tak macie dobrze. Żyjecie wśród ludzi, nawiązujecie znajomości, potraficie znaleźć sobie partnerów/partnerki, chodzicie do pracy albo na studia. A ja potrafię tylko siedzieć i gnić w domu. Nic innego. Nawet nie potrafię na nikogo nakrzyczeć, choć tyle we mnie nienawiści i wściekłości.
      Nawet nie mogę narzekać, że zmarnowałem związek, bo nigdy w związku nie byłem. Nigdy nie potrafiłem podejść do dziewczyny i zagadać, choćby była to najpiękniejsza dziewczyna jaką dane mi było zobaczyć i choćby uśmiechała się do mnie najserdeczniej jak tylko potrafiła... Nic. Nienawidzę siebie. Dupa ze mnie nie facet. :(( Do niczego się nie nadaję.
      Nic nie potrafię w życiu zrobić dobrze. Studia mnie przerosły. Tyle nauki, tyle ludzi dookoła. Wszyscy mają jakieś zajęcie, wszyscy dokądś zmierzają, tylko ja stoję w miejscu. Stoję w miejscu cały czas. I w przeciwieństwie do innych nie potrafię choć odrobinę skorzystać z życia. Nienawidzę siebie za to. Tak bardzo siebie nienawidzę...
      Z pierwszej pracy (a raczej stażu) zwolniłem się po trzech dniach. Denerwowałem się non-stop, że coś zrobię źle i przez to ktoś na mnie nakrzyczy. Że nie dam rady, że jestem nie dość dobry. Że zawiodę tych, którzy we mnie wierzą. Nie mogłem spać po nocach. Kładłem się spać o 10 wieczorem, budziłem się o 3 rano. Nie mogłem wytrzymać. Do tego nienawidziłem siebie. Nienawidziłem siebie, za to że nie dawałem sobie rady.

      Do niczego się nie nadaję. Jestem żałosny.

      Nawet gdyby udało mi się zdobyć kiedykolwiek względy jakiejś dziewczyny, czy chciałaby być z tak żałosnym człowiekiem jak ja?? Nie wierzę...

      Nie wierzę, że gdziekolwiek na tym świecie jest miejsce dla tak żałosnych ludzi jak ja...
      • jgpk2 Re: The new guy. ;) 12.10.09, 07:45
        Tomek nie możesz sie poddawać. Niestety w Polsce jest tak naprawdę
        mało specjalistów od bordera. Spróbuj iść na jakąś terapie-ale
        musisz się trochę wysilić na poszukanie dobrego specjalisty.

        Poza tym w Krakowie w Szpitalu im. Babińskiego jest oddział leczenia
        zaburzen osobowości popularnie nazywany 7F i trzeba mieć do niego
        skierowanie od swojego psychiatry. Skoro masz zdiagnozowanego
        bordera to myslę że nie byłoby problemu z dostaniem sie na
        konsultacje lub diagnozę jezeli do kraka masz daleko. A potem oni
        stwierdzą czy sa w stanie Tobie pomóc i leczyć Cię-pracować z Tobą.
        Może weź to pod uwagę-skoro nie pracujesz to co Ci zalezy spróbować.

        Pozdrawiam i trzymaj się chłopie :*
        • exross Re: The new guy. ;) 13.10.09, 17:40
          Byłem wczoraj u mojej psychoterapeutki. Nawet fajnie było. Stwierdziła, że musi coś zrobić, żebym zaczął wychodzić z domu.

          Co do tego Krakowa to nie ma mowy. Ja mam ogromny problem, żeby do Urzędu Pracy pojechać się odhaczyć, a co dopiero jechać prawie przez całą Polskę i tam próbować coś załatwić.. :((( Zresztą czytałem dużo opinii tutaj na tym forum, że ten oddział 7F nie jest zbyt dobry... Ciekawe jak jest w praktyce.
          • jgpk2 Re: The new guy. ;) 14.10.09, 17:24
            exross napisał:

            > Byłem wczoraj u mojej psychoterapeutki. Nawet fajnie było.
            Stwierdziła, że musi
            > coś zrobić, żebym zaczął wychodzić z domu.


            Fajnie że udałeś się do terapeutki-może pomoże Ci sie trochę
            pozbierać. Był ze mna chłopak na 7F, który miał podobne jazdy jak Ty-
            nigdzie nie wychodził, ale dzięki farmakologi jego nastrój na tyle
            się poprawił, że zaczął w miarę normalnie funkcjonować. W trakcie 6
            miesięcy pobytu na 7F naprawdę widziała jak się zmienia, jak wraca
            do ludzi. To było naprawdę fajne-widzieć że terapeuci mu pomagają i
            my wszyscy, którzy z nim byliśmy i rozmawialiśmy. Może za jakiś
            czas, gdy Ci się polepszy to podejmiesz inną może właściwą dla
            siebie decyzję :)


            Zresztą czytałem dużo opinii tutaj na tym forum, że te
            > n oddział 7F nie jest zbyt dobry... Ciekawe jak jest w praktyce.

            Wszystko zależy jak spojrzysz na ten problem. Zawsze znajda się
            tacy, którym nic nie pomaga, ale jest tez wiele takich osób, którym
            to naprawdę pomogło "7F" a przynajmniej nastawiło na inne spojrzenie
            swojego problemu. Chociaż może być tez tak, że całkowicie Cię
            rozwalą, i nie zdążą poukładac- w końcu nikt nie jest doskonały ale
            warto próbować i chwytac się czasami nawet brzytwy jak tonący.
            Pozdrawiam i życzę powodzenia w terapii :)
    • kkkkota Re: The new guy. ;) 06.12.09, 21:28
      Witaj! Mam i miałam identycznie , oprócz alkoholizmu w rodzinie.
      Pozdrawiam Cię mocno! Odzywaj się na forum.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka