sally_74
16.11.11, 12:59
Znalazłam to forum rok temu, czytam i porównuję. Chcę prosić o pomoc osoby z BPD – powiedzcie proszę, czy Waszym zdaniem człowiek, z którym się związałam jest chory na BPD, moim zdaniem na 100 %, symptomy i reakcje opisane na forum zgadzają się co do joty, ale są też inne. Jesteśmy razem dwa lata, on jest obcokrajowcem, nie leczy się i absolutnie neguje, że coś może z nim być nie tak, zniszczył swoje wieloletnie małżeństwo, bo – jak mi w przypływie szczerości, która zdarzyła się raz jeden w ciągu tego czasu powiedział, żona postawiła warunek, żeby się leczył i sprowadziła do domu psychologa, a on nie miał zamiaru „ogłupiać się lekami” (myślę, że panicznie boi się spadku formy seksualnej, ale o tym później), ma ponad czterdzieści lat.
Po totalnym niszczeniu, ubliżaniu, psychicznym torturowaniu mnie przez kilka godzin, w trakcie którego mam wrażenie, że nie słyszy w ogóle tego, co do niego mówię (nic nie dociera, przysięgam, myślę, że w tym momencie byłby w stanie zabić własną matkę) – żąda, żebym to JA PRZEPROSIŁA JEGO. W trakcie tego ataku, który jest w stanie wywołać cokolwiek, solniczka postawiona nie w tym miejscu, w którym by sobie życzył – nie cofa się przed niczym. Wrzeszczy, że „będzie mnie ciągnął za uszy po całej trasie, żeby mi pokazać odległośc od miejsca a do miejsca b”, nazywa mnie totalnym gównem, prostytutką, drwi, że nie mam pracy, szydzi, że płaczę („och, znowu ten teatr! Matka Teresa zaczyna lać łzy bólu”), itd. Taki atak następuje z reguły wieczorem, trwa przez kilka godzin, potem on idzie spać, rano wydzwania jakby nic się nie stało, i nigdy nie przeprasza, wina jest zawsze moja, mam wrażenie, że NIE PAMIĘTA co powiedział, że to totalnie…wyparł.
Pytanie : czy dzień po, pamiętacie dokładnie to, co powiedzieliście w trakcie ataku złości ? Czy, chociaż usiłujecie zrzucić winę na drugą osobę, macie wyrzuty sumienia ? Czy to was w ogóle obchodzi ?
Wszystkie potworne uczynki, których się w swoim życiu dopuścił w stosunku do własnej żony, innych kobiet, mnie, a które w momencie, gdy odkryłam i udowodniłam mu zdradę , panicznie bał się , że go zostawię, i jeden jedyny raz wszystko potwierdził, ale w kolejnych rozmowach neguje. Nie pamięta, co mi powiedział kilka miesięcy temu, które kłamstwo zdementował, ma nieprawdopodobnie krótką pamięć dotyczącą tego, co zrobił, mam wrażenie, że po jakimś czasie w jego mózgu zaciera się kompletnie granica między prawdą a kłamstwem albo jego psychika w ten sposób broni się przed jakąkolwiek refleksją, analizą. Mnie to przeraża, obawiam się, że nie uczy się na własnych błędach, że wypycha i wypiera wszystko.
Pytanie : Czy Wy też macie taką krótką pamięć, kłopoty z pamięcią, nie przypominacie sobie co się zdarzyło 3-6 miesięcy wcześniej, nawet jeśli te wydarzenia były dla was w jakiś sposób traumatyczne ? Jesteście w stanie je wyprzeć, zapomnieć, gdzieś zepchnąć ?
Kłamie chronicznie, nawet w malutkich, nieistotnych sprawach, typu: za ile ktoś chce kupić jego samochód, zazwyczaj te kłamstwa mają go postawić w „lepszym świetle”. Na początku znajomości wymyślił połowę swego życia i – przede wszystkim – posiadanego majątku, opowiadał o mieszkaniach i pieniądzach, których nie miał, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że średnio inteligentna osoba będzie to w stanie „na oko oszacować”, widząc wyposażenie mieszkania, ubrania, samochód, etc. Takie rzeczy się widzi i już, a on – osoba szalenie inteligentna – co zadziwiające, w ogóle tego nie przeanalizował.
Nie znosi mówić o sobie, podaje minimum szczegółów, nigdy nie mówi o emocjach, których doświadcza. Nie ma przyjaciela, który byłby w stanie cokolwiek więcej o nim powiedzieć, nawet osoby, które przyjaciółmi nazywa niewiele o jego prywatnym życiu wiedzą, właściwie go nie znają, nie bywają w mieszkaniu, w którym mieszka (z matką).
Poza opowiadaniem pięknych romantycznych, barokowych bajek o miłości i „kochania słowami” – nie wywiązuje się z żadnych obietnic, nie ma dla niego nigdy żadnego sacrum.
Panienki, które podrywał, niemal wyłącznie Polki, ochoczo ciągnął do kościoła (jemu się ciągle wydaje, że jesteśmy ultrakatoliccy) i przed Bogiem uroczyście przysięgał małżeństwo, wierność i uczciwość aż do śmierci + pierścionek zaręczynowy, oczywiście.
Przysięga na wszystko. Na matkę staruszkę, którą kocha chorobliwą miłością, na grób ojca, na Boga. I dosłownie po pięciu minutach tę przysięgę łamie, tak jakby jej nigdy nie wypowiedział, jakby już zdążył zapomnieć. Nie istnieje dla niego absolutnie żadne sacrum, żadna nieprzekraczalna granica.
Kiedy się nade mną pastwi, mam wrażenie, że niemal osiąga orgazm, pławi się z rozkoszą w moim bólu, jest w jakiejś chorej ekstazie i już w tym samym czasie wymyśla kolejny cios, wszystko po to, żeby mnie zniszczyć, torturować psychicznie, najlepiej do utraty przytomności. Po jednej z takich akcji, znalazłam się przez niego na granicy śmierci, chciałam wierzyć, że to nim potrząśnie, że będzie się bał, że to ograniczy choć trochę jego okrucieństwo, ale zadziałało na bardzo krótko. Jakby do niego nie docierał ogrom zła, które jest w stanie wyrządzić. Gdy próbuję o tym rozmawiać, ucieka, zmienia temat, nie dopuszcza do siebie żadnych, absolutnie żadnych refleksji.
Jest niemal kompletnie pozbawiony empatii, nie jest zdolny do wczuwania się w stany innych ludzi, kolegów, znajomych z pracy, ale, co dziwne – jest szalenie wrażliwy na los zwierząt. Nie znosi rozmawiać o rzeczach smutnych, o pracy, o tym, że kogoś spotkało coś złego, a najbardziej boi się tematu „śmierć”.
Nie chce mnie zostawić. Nigdy tego nie zrobił. W trakcie tych dzikich napadów szału grozi i szantażuje, że mnie zostawi i pastwi się w ten sposób nade mną, ale nigdy nie robi decydującego kroku. Kiedyś powiedział mi „boję się żyć bez ciebie”, nie jest już ani młody, ani tym bardziej piękny i bogaty i chyba ma świadomość, że żadna kobieta nie wytrzyma z nim dłużej niż 4 miesiące, bo po 3 miesięcznej fazie godowej, w której jest absolutnie cudownym, wymarzonym księciem z bajki, pojawia się pierwsza kłótnia, w której kobiecie wylewa pierwszy, gwałtowny i nieoczekiwany kubeł pomyj na głowę, co powoduje szok niemal anafilaktyczny. Po nieudanym małżeństwie wszystkie jego związki trwały najdłużej trzy miesiące, ze mną jest ponad dwa lata.
Jest nieprawdopodobnie, chorobliwie zazdrosny i ta zadrość prowokuje agresję. Każdy, dosłownie każdy facet chce mnie przelecieć i ja na pewno mu ulegnę. Na wakacjach on pracował, ja byłam na plaży z dzieckiem i wisiałam godzinami na telefonie, a jak szłam popływać, to słyszałam później „może siedziałaś z kimś na kawie ?”. Do zazdrości nigdy się nie przyznaje, wręcz się jej wypiera, ale jak nie odbiorę telefonu w określonym czasie, bo jestem np. w wc, to w głosie już słyszę narastającą agresję i ostre „gdzie byłaś ?!”
Mam wrażenie, że nigdy nie był i nie jest w stanie mi zaufać. Wchodząc w ten związek, opowiedziałam mu o sobie wszystko, nie mam i nigdy nie miałam się czego w życiu wstydzić, będąc z nim byłam zawsze krystalicznie czysta, transparentna i uczciwa. Odnoszę wrażenie, że ta moja normalność, uczciwość, prostolinijność wydaje mu się bardzo podejrzana, irytuje go, drażni. Może jest to mechanizm w rodzaju „skoro ja kradnę, to wszyscy kradną”. Nigdy nie dałam mu żadnych powodów, żeby nie mógł mi ufać. Ale on się nigdy nie odkrywa. Informacje o najbliższej rodzinie też są szczątkowe i mocno filtrowane, nikogo z nich nigdy nie poznałam. Dzieciństwo jest przemilczane, raz jedyny napomknął, że kiedy był mały ojciec karał go za wszystko, a najbardziej go karał gdy się uderzył, spadł z roweru, albo coś sobie zrobił. Nie jest w stanie znieść łez – moje łzy nie powodują nawet próby pocieszenia, złagodzenia sytuacji, on zaczyna na mnie wrzeszczeć i wyżywa się jeszcze bardziej, jest jeszcze bardziej okrutny.